Odpowiedź na polemikę

Panie Tomaszu, ten wpis zainicjowała seria kluczowych pytań, jakie Pan postawił, w swoim komentarzu, a jakie poniżej zacytowałam. Odniosę się do nich, z pewną elastycznością, po kolei. Ponieważ temat jest drażliwy dla wielu osób i grup społecznych proponuję, aby oprzeć się na analizie problemów, jakie Pan podniósł, bazując na faktach.

Ładnie to się czyta (ostatnio trochę zacząłem przeglądać Pani blog i często mam podobne zdanie), ale problem jest taki, że w przypadku aborcji prawo do realizacji wolnej woli jednego człowieka jest odebraniem prawa do życia drugiego człowieka.”

Zacznijmy od bardzo fundamentalnego pytania, kiedy zaczyna się człowiek, którego życie rozpatrujemy. Wszystkie obecnie stawiane definicje początku i końca człowieka oparte są na przekonaniach, nie faktach, bo tych nie znamy, nie umiemy jednoznacznie określić, a co za tym idzie, bazują na ideologii, czyli bardzo subiektywnym, choć bywa, że powszechnym, ujęciu rzeczywistości. Faktem zatem jest to, że nie wiemy w oparciu o obiektywne badania naukowe/filozoficzne/ideologiczne/kulturowe, kiedy zaczyna się człowiek, nie ustaliliśmy tego, niewiele wiemy na temat powstawania jego świadomości, ale dla różnych koncepcji/interesów/pragnień/ludzi przyjmujemy subiektywnie jakiś moment. Możemy co najwyżej określić z dość powszechnie przyjętą społeczną zgodą, kiedy najpóźniej się zaczyna, czyli w momencie porodu. Jeśli coś z założenia nie jest dobrze określone, trudno to oceniać/weryfikować i bazować na takim założeniu w dalszej analizie.

Na potrzeby własne uważam, że człowiek zaczyna się wtedy, kiedy osoba, jaka go nosi, myśli o nim jak o człowieku. Paradoksalnie, wiele kobiet bardzo wcześnie zaczyna czuć, że płód jaki w niej mieszka to osoba. Przypuszczam, że gdyby zrobiono takie badania, większość z nich tak by swoje nieukształtowane i niesamodzielne płody określiła. To, że wybierają ich nieurodzenie wynika z wielkiego lęku o swoje życie, niezależnie od tego, jak my patrzymy na ich problemy i czy uważamy je za obiektywnie ciężkie np. problemy ekonomiczne wychowania dziecka w naszym społeczeństwie, stygmatyzacja społeczna, problemy psychiczne. Ponieważ nie podejmiemy się za nie wychowywać tych dzieci (tu zakładam, że Pan się również nie planuje podjąć), nie powinniśmy decydować, potępiać, oceniać ich wyborów.

Czy wolna wola jest nad wszystkimi innymi prawami? Chyba po to są te wszystkie regulacje prawne, żeby w swojej wolnej woli człowiek nie rozpędził się tak, by ograniczać prawa innych.

Wolna wola, niezależnie od tego, czy się na to zgadzamy czy nie, jest faktycznie ponad wszelkimi regulacjami, w tym prawnymi, bo to my dokonujemy wyborów. To jest fakt, że człowiek sam wybiera, biorąc pod uwagę stan jaki zastaje. Nawet jeśli prawo zabrania mu czegoś, jak jeżdżenia bez prawa jazdy. Za swój wybór ponosi odpowiedzialność, bo z każdym wyborem wiążą się konsekwencje, również prawne, te które jesteśmy w stanie przewidzieć i te, których nie możemy przewidzieć, bo nie pozwala nam na to stan naszej wiedzy, warunki w jakich żyjemy, a i tak wszystkie te konsekwencje ponosimy. Żadne prawo nie zabezpieczy nas przed zagrożeniem, że nie będziemy mogli wyrazić swojej woli, że ktoś nas okradnie, albo zabije. Prewencja prawa nie istnieje, bo ono działa zawsze po czasie. Regulacje prawne wynikają z tego, czego sobie nie życzymy, ale niczemu nie przeciwdziałają, oprócz wyrażenia naszej woli, czyli sztucznego poczucia bezpieczeństwa. Gdyby prawo miało charakter dialogu, a nie kary, miałoby sens społeczny, wpływałoby na odpowiedzialność obywateli. Proszę zauważyć, że podnoszenie kar za konkretne przestępstwa nie zmniejsza ich występowania, często jest wyrazem frustracji organów państwa, że wciąż się coś takiego, jak np. rozbój, zdarza. Zwiększenie świadomości za co, jako człowiek, jest się odpowiedzialnym, może znacznie zmienić stosunek człowieka do świata. (Tu długi temat edukacji …) Regulacje to życzenia, aby nie krzywdzić innych istot intencjonalnie, bo można to zrobić nieświadomie, można też w wyniku nieprzewidzianych wypadków doprowadzić do czyjejś śmierci. Wychowywanie w kulturze odpowiedzialności za siebie, nie kary, spowodowałoby, że prawo byłoby zapisem zasad społecznego dialogu, a nie widmem szubienicy, która nie rozwiązuje niczyjego problemu, ani ofiary, ani kata.

Czy są te regulacje potrzebne? W pewnym momencie pisze Pani, że zniesienie kary za morderstwo nie spowoduje, że ludzie zaczną się masowo zabijać. Zgoda – ale to będzie również efekt tego, że wychowali się w świadomości, że jest to karane, a więc złe. W każdym chyba społeczeństwie, najbardziej nawet prymitywnym, są jakieś regulacje. Zostawianie wszystkiego wolnej woli i sumieniu brzmi bardzo idealistycznie i nie wiem czy się gdziekolwiek może sprawdzić.

Nie wychowano mnie w strachu przed kodeksem karnym, ani nikt karą mi nie wpoił, że nie wolno zabijać/krzywdzić. Wiem to, bo czuję, a moje współodczuwanie innych pozwala mi wybrać ich niekrzywdzenie z innych pobudek niż strach przed karą. Inna sprawa, że kiedy ktoś zagroziłby mi śmiercią z pewnością bym się broniła, bo przede wszystkim jestem odpowiedzialna za własne życie, nie spodziewając się ochrony od prawa, czy instytucji po fakcie, czyli w odwecie, a obecne prawo i jego egzekwowanie ma przede wszystkim taki wydźwięk.

Przekonanie, że nigdy nie wolno nikogo krzywdzić może co więcej poczynić szkody, kiedy ludzie, z obawy o innych, albo przed karą, nie bronią asertywnie swojej nietykalności. Odpowiedzialność za siebie, a nie poleganie na prawie, pozwala widzieć sytuacje w chwili, w jakiej się ona dzieje, w prawdzie. Żadne regulacje prawne nie zmienią stosunków społecznych, sami je kształtujemy codziennym zachowaniem. Wyjątkowe sytuacje podlegające pod prawo karne mają moim zdaniem mniejszy wpływ na naszą codzienność niż to, co się dzieje między ludźmi w autobusie, w sklepie, urzędzie, szkole, na ulicy. Tam się nabywa kluczowych doświadczeń i kompetencji do współżycia z innymi. Świadome poruszanie się w codzienności jest bardzo ważne i tego należy uczyć. (Znów edukacja …)

„A jeśli już zgodzimy się, że regulacje są potrzebne, to czemu mamy rozróżniać morderstwo dorosłego, dziecka czy nienarodzonego dziecka? To są wszystko ludzie z takim samym prawem do życia.

Regulacje kształtują się jako wypadkowa różnych przekonań/interesów (tu kolejny długi temat …). Nie uważam żeby były potrzebne w społeczeństwie, które świadomie wybiera swoje istnienie. Nie jesteśmy na razie takim świadomym społeczeństwem, ale piszę o odpowiedzialności i wolnej woli, bo mam wielką nadzieję, że zbliżamy się do takiego pojmowania swojego miejsca na ziemi, jako dojrzałych, odpowiedzialnych jednostek. Piszę również po to, aby każdy mógł się zastanowić, czemu ma pokusę ukarania innych za coś, co mu się nie podoba, albo czego się boi. Morderstwa mają różną historię, tak samo aborcja. Rozpatrzenie tego czynu w charakterze konsekwentnego ciągu zdarzeń, percepcji tego, kto jej dokonuje, ze współczuciem a nie strachem, to nasza przyszłość jako ludzi. Zabranianie, karanie, wywoływanie w innych poczucia winy, bierze się z ludzkiej nieświadomości czego się sami na swoim podwórku boimy, a to najtrudniej zobaczyć. Wielu z tych broniących życia nienarodzonego, boi się przekroczenia zasad wykreowanych przez religijne autorytety, uważając, że czegoś się trzeba trzymać, najlepiej wszystkiego co określiła dana religia, niezależnie od ewolucji naszej zbiorowej świadomości. Wysuwa się tutaj strach utraty kontroli nad światem, kontroli nad ludźmi, nad ich świadomością, a jak się nie da, bo przecież się nie da ograniczyć ludzkiej myśli, to nad ciałem. Życie ludzkie, płodu, niepełnosprawność traktowane są tutaj instrumentalnie. Prawdziwie świadomy człowiek nie ocenia innego nawet w obliczu ciężkiego przewinienia w jego kodeksie zasad postępowania, ale szuka rozwiązań zapobiegania ich występowaniu. Nie o to chodzi, aby po fakcie karać, ale świadomie zapobiegać. Gdyby cała ta społeczna energia dyskusji czy płód to dziecko, przeszła na pomysły jak zapobiec takim wyborom, nie byłoby tyle walki i na próżno kruszonych kopii. Może z dobrą wolą usiedlibyśmy do stołu przy herbacie i zaczęli się zastanawiać jak zapobiegać niechcianym ciążom, jak pomagać w wyborach kobietom w trudnej sytuacji, jak wesprzeć ojców i matki. I to byłoby prawdziwe miłosierdzie i wsparcie, prawdziwa ochrona życia narodzonego, nienarodzonego, chorego, zdrowego, społecznego. To by faktycznie było prawdziwe, świadome człowieczeństwo.

O wolnej woli

Słowem wstępu: nie będę powtarzała poglądów zamieszczonych w internecie przez zdecydowaną większość moich znajomych przeciwko ograniczeniom w dostępności badań prenatalnych i aborcji. Cieszę się, że rozumieją oni podstawowe chrześcijańskie przesłanie, że Bóg dał ludziom wolną wolę, aby decydowali o wszystkim w swoim życiu.

Bez zaskoczenia stwierdzam, że ci, co nie rozumieją tego przesłania, wśród moich znajomych, to wyłącznie katolicy. Pozorny paradoks. O dogmatach się nie dyskutuje, więc okazuje się, że wiedzą lepiej niż ich święta księga. I jak widać, zinterpretowali swoją wiarę tak, że pozwala im ją ograniczać na innych. A o talibach mówi się, że są radykalnymi twardogłowymi terrorystami.

Wystąpiłam z kościoła katolickiego 3 lata temu. Po ostrzeżeniu od spanikowanego proboszcza, że zostanę ekskomunikowana, powiedziałam, że nie jestem antyreligijna, a areligijna, nie przynależę do tej wspólnoty i chcę formalnie z niej wystąpić. Przez następną godzinę słuchałam, jak żali się na kościół w Polsce, że odszedł od wiary biblijnej, misyjnej, bożej. Pożegnaliśmy się w przyjaźni i obopólnej zgodzie. Na koniec powiedział mi:
– Szkoda, że ludzie tacy jak pani odchodzą z kościoła. Pani ma tyle bożej miłości w sobie.
– Wiem – odpowiedziałam – i umiem z niej korzystać pomagając ludziom, nie instytucjom.

Nadal nie jestem antyreligijna, nawet po tym, jak wprowadzono 2 lekcje religii w szkole, a chemia jest jedna na tydzień, o edukacji seksualnej nie wspomnę. To, co się dzieje w Polsce nie jest sprawą religijną, ani sprawą światopoglądową. Większość ludzi nie chce nikogo karać, odbierać innym wolności, ani wylewać farby na kościelnych murach. Chcą spokojnej egzystencji gwarantowanej szacunkiem dla wolnej woli, a w konsekwencji, odpowiedzialności za podjęte wybory. Zapewniam każdego, kto to czyta, że zniesienie kary za morderstwo nie spowoduje, że wybiegniemy na ulice się pozabijać. Ty wybiegniesz? Ja nie, na pewno nie. Straszenie nas jakimiś zwierzęcymi odruchami, powszechną znieczulicą, jest biciem piany. Morderca nie kalkuluje na ile lat pójdzie do więzienia, a żądnego krwi człowieka nie zatrzyma prawo przed popełnieniem przestępstwa. Choćby prawo najbardziej szlachetne w intencjach.

Odnosząc się do faktów: to nie fakt, a hipokryzja, że zmalała liczba aborcji w Polsce po jej zakazaniu. Podziemie aborcyjne jest ogromne i sprawne. Oczywiście za pieniądze, więc wyklucza społecznie biedniejsze i często bardziej zdesperowane kobiety. Stąd faktem jest, że zdarzają się dzieci kiszone w beczkach po kapuście.

Ta sprawa dotyczy też mężczyzn. O tym się zapomina, że ciąża to wynik działania dwojga ludzi współodpowiedzialnych za nowe życie. Wolna wola obu płci jest ważna, tymczasem mężczyzn się w niej mentalnie pomija. Niektórym pewnie jest to na rękę, że ciąża kojarzy się wszystkim tylko z kobietami, szczególnie tym nieodpowiedzialnym i niezainteresowanym podjęciem trudu wychowania swojego potomstwa. Łatwo im teraz wszystko zrzucić na wrzeszczące baby. Nie oburzam się ani językiem, ani manierami. Co tam jakieś „wypierdalać”, kibice i narodowcy przyjmowani na Jasnej Górze na życzenie wystrzelą cały łańcuszek o wiele mocniejszych przekleństw i nastawią kręgi baseballami.

Popieram wolną wolę w podejmowaniu decyzji. Wszelkich decyzji życiowych i tego uczę dzieci, odpowiedzialności za to, co robią. To je zmusza do nieatrakcyjnego w naszych czasach myślenia. Doradzam z tylnych rzędów, taką mam rolę. Nie poszłam osobiście na protest. Wychowałam czworo zbuntowanych wojowników. Niech walczą o swoje zgodnie z własną wolą, walczą o swoje marzenia, poglądy i przyszłość.

O pandemii i strachu

No dobrze, czas się odnieść do pandemii, czyli naszego zbiorowego strachu. Od razu zaznaczę, że nie jestem po żadnej stronie, jakie już się kształtują na społecznej scenie. Jestem obserwatorem i wyciągam wnioski na podstawie faktów, nie złorzeczeń jednych na drugich.
Skupię się na strachu, który teraz nas otacza. Ludzie bronią się przed nim na wiele sposobów nie zastanawiając się, czego tak naprawdę się boją. Przestraszeni możliwością zarażenia się wirusem uważają, że to inni powinni ich przed tym wirusem ochronić nosząc maseczki, nie wychodząc z domu, nie jedząc na ulicach, nie uprawiając sportu itd. Z chęcią zniewoliliby całe społeczeństwo, byle się nie bać, bo wirus wszędzie na nich czyha. Z drugiej strony ci, co się boją utraty swojej wolności zaprzeczają istnieniu wirusa, drwią z niego i awanturują się o wolność.

Fakty są takie, że wirus, którego imienia Harry Potter nie wymawia :), jest bardziej śmiertelny niż grypa i łatwiej zabija tych, co już chorują na przewlekłe choroby. Niektórzy ze zdumieniem odkrywają, w jakim stanie jest ich organizm dopiero teraz, kiedy ten wirus fruwa w publicznej przestrzeni. Wcześniej groził im może zawał serca, może marskość wątroby, rak, ale do takich śmierci przywykliśmy, do śmierci wywołanej wirusem nie, dlatego wydaje nam się taka straszna. Osób chorych wyłącznie na COVID umiera parę razy więcej niż tych chorych wyłącznie na grypę. Grypa nas teraz mniej bierze, bo COVID się szybciej rozprzestrzenia. Jest tak wiele zmiennych w tym modelu rozprzestrzeniania się wirusa, że jedyne co możemy zrobić, to zwolnić jego ekspansję, ale, że przejdziemy chorobę jest prawie pewne i od nas tylko zależy, czy wzmocnimy organizm, żeby to przeżyć. Służba zdrowia dostając małe porcje pacjentów łatwiej ich obsłuży i więcej tych chorych wyzdrowieje, dlatego lepsze wydaje się powolniejsze zarażanie populacyjne, stąd rozgęszczenie, wysłanie ludzi na pracę zdalną i izolacja chorych bądź podejrzanych o chorobę. Wciąż jednak wiemy tak niewiele, że trudno się nie bać.

Wracając więc do strachu, warto zadać sobie pytanie, czego się boimy w tej sytuacji. Ktoś powie, że to oczywiste, zachorowania i śmierci. Otóż nie, boimy się konsekwencji choroby i śmierci, nie samego faktu zachorowania, bo możemy zachorować na inne choroby, a śmierci, cóż, i tak umrzemy, to tylko kwestia czasu. Więc czego boimy się chorując? Czego boimy się jeśli teraz umrzemy?

Kiedy pracuję z ludźmi i opowiadają szczerze o lękach, te mają szansę wyjść na powierzchnię i pokazać nam jakąś wewnętrzną prawdę, a to poszerza naszą świadomość nieodwracalnie pokazując nam kim jesteśmy. Przykład: ktoś się może bać, że zachoruje i straci pracę. W konsekwencji nie będzie miał środków do życia. Kiedy mówię, że jest opieka społeczna i w naszych czasach trudno głodować, a bezdomność jest kwestią wyboru, okazuje się, że nie akceptują np. tego, że musieliby poprosić o pomoc. I to jest źródłowy lęk. Niektórzy boją się, że rodzina ich porzuci w potrzebie, jak balast. Inni, że umrą za wcześnie, a nie zdążyli zrobić wielu rzeczy, czyli boją się poczucia straty. Jeszcze inni, że zostaną ocenieni jako słabi. Lęki jakie pojawiają się w tej pandemii są wyostrzone, ale towarzyszyły nam już wcześniej, one nie są nam obce. Tak naprawdę żyliśmy z tym lękiem wcześniej, często od wielu, wielu lat. Kiedy opiekujemy się kimś i sądzimy, że bez nas sobie nie poradzi, boimy się np., że choroba mogłaby nas obarczyć poczuciem winy, że nie daliśmy rady w tej opiece. W konfrontacji z wirusem nie chodzi o chorobę, ale o to, że boimy się poczuć bezradni, bezsilni, odrzuceni, a dopiero na końcu zagrożeni śmiercią. Lęk, jak wiele razy pisałam jest indywidualny, nie da się go sklasyfikować globalnie, dlatego wszelkie generalizowanie uważam za nieprawdę. Nie boimy się choroby, ale lęku, który pod nią stoi. Każdy czegoś innego, nawet jeśli są analogie między naszymi doświadczeniami, każdy ma coś swoje, co go straszy.

I teraz krok do przodu. Kiedy uświadamiasz sobie czego się boisz, stajesz się świadomy swoich ograniczeń. Nie żądasz od nikogo, żeby na ciebie uważał, tylko sam możesz podjąć jakieś działania, aby wyjść z lęku. Pierwszym krokiem do wyjścia z paniki w lęku jest przyznanie, że nie mamy kontroli nad światem, a w tym nad wirusem. To fakt. Nie możesz przewidzieć, gdzie się z nim zetkniesz i jak. Wszelkie ograniczenia są biciem piany i zwalniają tylko zakażenia, nie eliminują ich. Dlaczego? A wyeliminowaliśmy grypę? Zaakceptowaliśmy, że ten wirus istnieje. COVID, podobnie, jak grypa mutuje, a ekspanduje o wiele szybciej niż do tej pory znane wirusy. Kiedy już przestanie się krzyczeć na świat i na innych ludzi, szukając winnych zaistniałej sytuacji, warto się sobą zająć i wzmocnić organizm. Zaraz się odezwą ci co nie mają czasu, ale za to mają milion innych pretekstów do nic nie robienia. To jest wybór, albo krzyczysz na świat, żeby cię nie zaraził, a wirus uszu nie ma, albo wzmacniasz organizm i zajmujesz się sobą. Wzmocnienie nie dotyczy tylko łykania piguł. Dbanie o siebie to dbanie wielowymiarowe, wzmacniać należy bowiem i ciało i psyche. Jak masz mięśnie jak stal i kupę stresu drenującego twój system immunologiczny, to i tak jesteś obciążony. Nadal możesz uważać, że inaczej się nie da. Nadal wybierasz. To się nazywa wzięciem za siebie odpowiedzialności.

Ci, którzy nie widzą wirusa, boją się czego innego. Mają milion teorii spiskowych na temat zniewolenia społecznego. Skąd ten lęk? Znów wracamy do lęków indywidualnych. Często są to osoby, które boją się, że nie mają wpływu na swoje życie, którzy podlegali, być może, jakimś naciskom i przy każdej okazji walczą z dowolną presją, jak o niepodległość. Odrywają się od faktów, bo cel im je zasłania, a celem jest, żeby im nikt nie narzucał jak mają żyć. Przez ten strach nie widzą, że jako ludzie istnieją we wspólnej przestrzeni dzielonej z tymi, którzy się boją czego innego. Każdy więc próbuje zmusić innych do respektowania tylko swojego lęku, żeby się z nim nie musiał borykać, nie dopuszczając, że każdy z nas może się bać czego innego. I każdy usiłuje przekonywać, że jego lęk jest ważniejszy.

Wyobraźmy sobie teraz, że uświadamiamy sobie swoje lęki i o nich mówimy otwarcie. Ci co się boją choroby i śmierci mówią co ich w tym boli, podobnie jak ci, co utraty suwerenności i wolności obywatelskich. Bez pretensji, że ktoś ma im ten świat uzdrowić z lęku, wymieniają się na zasadzie wymiany doświadczeń. Pan z maseczką może podejść do pana bez maski i powiedzieć:
– Chciałbym jeszcze pożyć, a mam chorobę wieńcową i odwiedzić córkę, której dawno nie widziałem. Podobno urodziła dziecko. Niech pan założy maskę w mojej obecności.
– Płacę podatki i nie wiem na co idą, a teraz każą mi zasłaniać twarz. Czuję się niewolnikiem rządzących. Jakbym nic na tym świecie nie znaczył, jak mrówka w mrowisku.
Wymienienie się takimi doświadczeniami nie jest ani manipulacją, ani wymuszeniem. Każdy z nas podejmuje codziennie wybór dotyczący wielu spraw. Jestem pewna, że umielibyśmy lepiej zrozumieć siebie wzajemnie, gdybyśmy mówili szczerze czego się boimy zamiast oczekiwać, że inni uwolnią nas od naszego lęku. W prawdziwej komunikacji przeszkadza nam lęk, że nie zostaniemy prawidłowo zrozumiani. Być może, ale warto podejmować takie próby zamiast się oskarżać, dzielić na obozy i upokarzać, i warto się o sobie czegoś dowiedzieć, poznając czyjś lęk, ale przede wszystkim swój własny.
Co do obostrzeń, większość z nich jest nielogiczna i usiłuje wyjść na przeciw lękom tych, co głosowali na konkretnych polityków, patrz działające podstawówki kontra ponadpodstawowe, kościoły versus siłownie.

O krytyce i niewygodzie

Napisałam ostatnio krytyczny komentarz pod dwoma postami znajomej, która prowadzi wykłady z różnych rozwojowych tematów od seksualności po świadomość wzorców rodzinnych. Odniosłam się do treści, które w tych postach zamieściła, a które poprzez tendencję do generalizowania są nieprawdziwe. Zostałam przez nią zablokowana. Nie odniosła się do moich komentarzy, nie dyskutowała ze mną tylko od ręki, ciach. Wiem, że żyje ona z tego, jak się kreuje min. tymi postami i rozumiem, że moje dwa komentarze mogły zagrozić jej autorytetowi, jako ekspertce. Zdziwiło mnie początkowo to, że ktoś, teoretycznie świadomy i dobrze osadzony w swoich poglądach, nie odpowiada na krytykę, a to przecież świetna okazja do pokazania swojej wiedzy, umiejętności i mądrości. Nic z tego. Pani mnie odłączyła, bo widać, psułam jej reklamę zawodowej działalności, czyli pokazywałam to, że się nie zna na pewnych rzeczach tak, jak to sprzedaje, powielając przestarzałe poglądy. Zrozumiałam, że to co dla mnie jest wartością, bo krytyka daje mi możliwość konfrontacji z własnymi poglądami, dla kogoś innego jest atakiem i czymś niepożądanym. I to jest nauka z mojej strony, że nawet ludzie, którzy wyrażali chęć pozyskania nowych koncepcji i poszerzania swojej świadomości, mogą chcieć tego tylko pozornie.

Napisałam te komentarze z dwóch powodów. Po pierwsze autorka powiedziała mi, że chce się ode mnie czegoś nauczyć i wyraziłam chęć nauczenia jej pewnych rzeczy. Po drugie, kiedy widzę nieprawdę rozsiewaną w najlepsze w internetach, to reaguję, kiedy czuję, że to ważne. Tej pani przyklaskuje znaczne grono wielbicieli i dobrze by było, żeby nie karmili się nieprawdziwymi przekonaniami. Tak więc, wywołana przez nią samą do tablicy, dwukrotnie skrytykowałam bardzo popularne i tendencyjne rzeczy, jakie są w internecie rozsyłane na pęczki, a z jakimi się nie zgadzam.
W moich komentarzach było wyłącznie odniesienie się do faktów, czyli słów zawartych w poście, nie było nic, za co ja mogłabym się obrazić, gdybym była na jej miejscu, bo chodziło o sprawy merytoryczne, nie kłótnię i pokazywanie, kto jest mądrzejszy. Liczyłam na dyskusję, bo optymistycznie założyłam, że ta pani ma dużo do powiedzenia i może pokaże mi taką perspektywę, jakiej nie widzę w jej wypowiedziach. Za dużo oczekiwałam, przyznam, zmyliła mnie jej chęć uczenia się ode mnie. A może publiczna krytyka jest aż tak bardzo niestrawna, że woli cukierkowe poklepywanie po plecach, choć to oczywista pułapka.

Ta reakcja koleżanki nasunęła mi ciekawą myśl. Zrobiłam sobie przegląd pod moimi postami i komentarzami, gdzie pojawiają się krytyczne uwagi. Sprawdziłam jak ja sama reaguję na krytykę. Przyznam, że bardzo ucieszyła mnie ta lekcja, i bardzo ją wszystkim polecam. Okazało się, że nie wykłócam się, nie obrażam, nie dezerteruję banując ludzi, nie biorę do siebie komentarzy, a szukam i dopytuję, o co człowiekowi chodzi. Nie zawsze tak było, kiedyś broniłam swoich poglądów siedząc na armacie i trzymając zapalony lont w pogotowiu. Teraz słucham, patrzę i jak mnie coś boli w trakcie takiej wymiany, przyglądam się temu, bo ten ból jest we mnie. Na oczywiste zaczepki sfrustrowanych nie odpowiadam, bo szkoda czasu, ale kiedy coś jest dla mnie nie jasne, pytam, bo często okazuje się, że to, co człowiek mówi w języku naszego filtra, jest czym innym niż to, co chciał powiedzieć, niż to, jaką tak naprawdę miał intencję. Czasem odłożenie emocji na bok w celu uzgodnienia języka bardzo wygładza komunikację.

Emocjonowanie się podczas dyskusji nie jest niczym niewłaściwym. Oznacza tylko, że temat jest dla nas bardzo ważny i należy go wykorzystać do lepszego poznania siebie.
Pandemia jest dobrym przykładem i pretekstem do takiej właśnie weryfikacji, co nas boli, czego się obawiamy. Zamiast kłótni czy te maseczki nosić czy nie nosić, czy chodzić i tańczyć, czy się odizolować, warto w głębokiej szczerości spytać siebie czego się boimy, a nie zmuszać innych do bezwarunkowego przyjęcia naszego punktu widzenia, żeby nie męczył nas ten lęk. Pandemia bowiem to strach, ujawnia nasz najgłębszy wewnętrzny lęk i wszelkie dyskusje na ten temat toczą się wokół osobistych lęków z nią związanych. Jakie to lęki? Spróbujcie zajrzeć w nie sami. Wrócę do tego tematu, bo on jest warty rozważenia na bazie faktów, a nie kłótni i emocji w następnym wpisie.

Lękiem mojej znajomej, gdy swoimi komentarzami podważyłam jej autorytet, być może było niskie poczucie własnej wartości, albo zagrożenie związane z odpływem potencjalnych klientów, może świadomość, że oszukuje ona siebie twierdząc, że chce się uczyć, a woli zostać w komforcie przekonania, że wie wszystko i się nie może mylić? Tego nie wiem, bo każdy z nas ma odmienne lęki i inaczej je definiuje. Dla mnie było to bardzo ważne doświadczenie, bo przekonałam się, że nie boli mnie odrzucenie-zbanowanie, że nie zależy mi na poklasku osób czytających moje publikacje, że jestem mocno osadzona w swoich poglądach i nie obawiam się krytyki, a wręcz z ciekawością za nią wyglądam, żeby poszerzać swoje spojrzenie na świat. Zobaczyłam, że komfort uznania siebie za osobę oświeconą, mam już za sobą, że to pułapka, która uniemożliwia zrobienie prawdziwego postępu w świadomości, że nie trzymam się tego, bo ufam swojemu oglądowi spraw, że zawsze mogę zmienić spojrzenie, wzbogacona o nowe doświadczenia.

Potrafimy się bardzo omamić wiedzą. Łykamy coraz to nowe teorie, słowa, nauczycieli, „prawdy”. Prawdziwy postęp jednak idzie przez niewygodę, przez konfrontację. Jeśli nie umiemy wyjść w tym kierunku kręcimy się, jak chomiki w swojej wygodnej, ograniczonej klatce, a nowe teorie, mądre sentecje, jak nowe trociny spadają na dno tej klatki. Z czasem, gdy nie konfrontujemy się ze sobą, ten stan rośnie do koncepcji wewnętrznej religii, codziennie medytuj, czytaj jakichś mistrzów, wchłaniaj czyjeś myśli, bo twoje są nieważne, twoje są żadne. W ten sposób umniejszamy siebie, sądząc, że musimy się posłużyć kimś, komu przypisujemy wartość, „ten mądrze gada, to go będziemy – bezkrytycznie – powtarzać”.

Może ja zbyt wiele od ludzi wymagam, ale taka jest prawda. Ta cała wiedza jaką wchłaniacie, sytuacje, kontakty, doświadczenia, są tylko po to, abyście się w nich przejrzeli, a nie brali za swoją prawdę. Konfrontujcie siebie w nich, patrzcie, co Wam dany mistrz tak naprawdę powiedział, czym te słowa wybrzmiewają w Was samych i czym one wybrzmiewają. Tylko to jest ważne, bo przyszliście tylko po taką wiedzę, nie po czyjeś teorie, słowa, rytuały albo gotowce, jak powinniście żyć i odkrywać siebie. Sami jesteście swoimi drogowskazami. Przyjęcie czyichś mądrości to zatrzymanie się na nich.

Rozpowszechnianie przekonań, jako prawd arbitralnych, jest karykaturą wiedzy o świecie. Każdy ma swoje prawdy i może je z powodzeniem weryfikować. Ten kto nie weryfikuje ucieka od swojego lęku w złudzenie komfortu wiedzy o świecie. Moja znajoma odcinając mnie, uciekła od swojego lęku, czymkolwiek on jest, ale dała mi doświadczenie, że we mnie nie ma już lęku tam, gdzie kiedyś był. Widać, rozpuścił się. Bardzo się z tego powodu cieszę.

O naiwności i ignorancji

Tytuł jest adekwatny do mojego obecnego stanu ducha. Przytłoczyła mnie dziś naiwność ludzi i ignorancja.
Wchodzę w internet i widzę wpisy, oglądam filmiki i patrzę moim sceptycznym okiem przeszkolonym na naukowych metodach i intuicji w poszukiwaniu prawdy, a tam bajoro różnych samozwańczych teoryj na temat rzeczywistości i tego, jak z niej wycisnąć dla siebie nowy samochód i futro dla żony, żeby się nie czepiała, że się wypuściliśmy mechanicznymi końmi w dal.

Najbardziej nie mogę ścierpieć, jak ktoś naukę do tego zaprzęga i przekonuje, że wystarczy afirmować cadilaca przez trzy tygodnie, a potem zapomnieć, a już wedle świąt Bożego Narodzenia zjawi się na podjeździe i, jak się ma odpowiednie zasługiwanie w tych siłach kwantowych, co się je do tego zaprzęgło, to będzie srebrny metalik.
I ludzie siedzą i afirmują, palą świece, rysują wyobrażenia, wysyłają w przestrzeń, wizualizują i, jak się cadilac nie pojawia, to zaczynają od początku z inną marką, skromniejszą, może już nie być metalik, a może motocykl wystarczy, albo chociaż rower górski z dobrą ramą.

Wystarczy, że ktoś w sieci wytrze sobie buzię zrozumieniem pojęć fizyki kwantowej, a jak muchy niespełnieni ludzie lgną i spijają bez refleksji, zrozumienia. Nie daj boże to jest jaki dochtór, takiego piją litrami i siedzą, i czekają, i medytują zawzięcie i czytają, że się komuś udało i wyleczył się z choróbska i wpadają w poczucie winy, że oni widać w złej kolejności te świece zapalili, albo myśli mają jakieś pofałdowane w inną stronę, a może ich demon jaki podjada z tej kwantowej energii, bo już by im dała co chcą.

Chryste!- chciałoby się zawołać, gdybym nie była apostatką. Na ludzką naiwność nie ma lekarstwa i afirmacji. Wszyscy ci bowiem afirmujący w grupach wzajemnego wsparcia są mądrzy. Niechaj im kto powie, że nie. To wyprą, wyśmieją, że ktoś się nie orientuje w tej nowej nauko-sztuce pozyskiwania wszystkiego, bo wszystko jest możliwe. I to paradoksalnie jest prawda.

Moja wiedzą na temat fizyki kwantowej jest całkiem podstawowa, tak, jak i wiedza dotycząca ludzkiej świadomości. Podsumowaniem praktyk i filozofii tych wszystkich ludzi nauczających o kwantowym przyciąganiu, jakich oglądałam, jest postawa Mateusza Grzesiaka, który, tu cytuję z jego wystąpienia, każdy dzień zaczyna od wykrzywienia na siłę uśmiechu do lustra i zakrzyknięcia ochoczo: „To będzie wspaniały dzień!!”. Czyli okłamania swojego stanu ducha. Ja wolę być istotą zgodną ze swoimi emocjami i uczuciami, nie okłamującą się. Wolę być ze sobą szczera niż tresować się kłamstwem do bycia kimś innym. To co on robi, robią ci co afirmują, wprowadzając się w stan, sztucznie, podczas medytacji i wyciskając z rzeczywistości to, co sądzą, że jest im potrzebne. Grzesiakowi potrzebny jest wspaniały dzień, bo co gdyby nie był, może warto zapytać? Straciłby twarz wobec nauk, jakie rozpowszechnia? W końcu jest ich twarzą, a sprzedaje sukces.

Kwantowa energia to po prostu energia z jakiej budujemy rzeczywistość i prawdą jest, że nasze życie jest obrazem naszego wnętrza. Skupiając emocjonalnie uwagę na tym, co się w nim pojawia, wybieramy i osadzamy rzeczy, sytuacje, sprowadzamy i odpychamy ludzi i doświadczenia. Za pomocą emocji, uczuć i przekonań. To wszystko prawda, ale w świat kreacji kwantowej trzeba wejść bez intencji. Jak ktoś się chce uwolnić od niskiego poczucia wartości posiadaniem cadilaca, to nawet jak tego cadilaca dostanie, nie zyska na wartości wewnętrznie. Jego podświadomość, jak każdego człowieka, działa podobnie. Żaden cadilac, futro, sławny znajomy, tytuł naukowy, ekskluzywny zawód i hobbi nie zalepi w środku dziury braku poczucia własnej wartości. Tak jak żaden partner nie uwolni od lęku przed samotnością. Kiedy odejdzie, lęk gotowy.

I tak, projektujemy i zmieniamy rzeczywistość tym, co w nas się dzieje. Emocje nie są jednak do wytrenowania, a jak kto je skrzywia, jak tym wymuszonym uśmiechem, to odrzuca siebie, czyli najprawdziwszą istotę jaką stworzono, żeby ten świat oglądała. Nie ma złych ani dobrych ludzi. Każdy ma dostęp do kreowania i robi to na bieżąco, wybierając pieczywo, partnera, drogę do domu. Każdy przejaw naszej egzystencji zmienia rzeczywistość naszą i innych, bo jesteśmy połączeni. Więc jak ktoś siedzi i trenuje podświadomość, żeby mu się powodziło, jest tak skupiony na zadaniu, że może nie zauważyć, że idąc do łazienki zbeształ syna i odcisnął na świecie o wiele większy wpływ niż swoją wielogodzinną afirmacją o zdrowie rodziny.
Wchodząc w takie praktyki ludzie chcą uwolnić się od swoich lęków, których wolą nie widzieć i cały swój czas i energię wkładać w uciekanie od nich. Zamiast udawać świętego mnicha i usiłować naginać rzeczywistość do swoich wyobrażeń, lepiej patrzeć na nią szczerym okiem i powiedzieć sobie, dlaczego chce się ją zmienić. Ale najpierw zaakceptować, że się ma te lęki i taki świat, jaki się stworzyło, bo jest on obrazem naszych wyborów. I ta akceptacja to jest prawdziwa miłość do siebie, nie tego wykrzywionego w uśmiechu showmana pozującego na kogoś innego, nie tego posiadacza cadilaca świecącego w oczy sąsiadom, ale siebie, czasem marnego, czasem pogubionego i słabego, bo na tym też polega człowieczeństwo. I do tego człowieczeństwa zalicza się również ucieczka w naiwność i ignorancja. Dlatego ich nie odrzucam, widzę i mimo, że mnie mierzi, jak ludzie uciekają od siebie w takie techniki, jest to dla mnie lekcja. Zauważać, żeby tego nie wybierać w trosce o siebie, taką jaka jestem, bez cadilaca i futra, takiej siebie, która do medytacji siada, żeby zrozumieć i czuć, a nie po to, żeby wycisnąć rzeczywistość jak cytrynkę.

Swoją drogą znakiem czasu jest, że coaching tak się rozwinął, że sprzedaje praktyki zgodnie z zamówieniami ludzi, czyli pójścia na skróty. Ale, że zgrabnie wplótł w swój przekaz teorie fizyki kwantowej, to swoją drogą świetna manipulacja. Warto się wsłuchać w to, co człowiek mówi i iść po ludzkich intencjach. Wielu ludzi po prostu robi kasę na ludzkiej naiwności, ale ci „mądrzy” praktykujący, za skarby nie przyznają się do błędu i dzięki temu stają się idealnym, lojalnym klientem swojego „uczonego” nauczyciela. Innym sposobem utrzymania takiego klienta jest wmówienie ludziom, że praktykują w celach ideowych, dla dobra ludzkości, pokoju, rozbrojenia, albo zupełnie enigmatycznie miłości międzyludzkiej. Podnoszenie wibracji, oczyszczanie aury, a po prawdzie niezrozumienie swojej świadomości doprowadza ludzi do uzależnienia od takich praktyk. Medytacja, robiona bez zrozumienia, jak tabletka na ból głowy, też może stać się nałogiem, i jeśli nie jesteśmy ze sobą szczerzy, nie rozumiemy co nami kieruje, bo tego zrozumieć nie chcemy, tylko efektu końcowego, to bipasem skaczemy nad sobą w stanie medytacji. Nie dochodzimy w niej do niczego oprócz odrobiny relaksu. Choć w czasach głębokiego niejawnego stresu całych populacji to jedyny zysk z tej techniki, bo żadna technika maskująca nie pomoże w rozwiązaniu naszych prawdziwych człowieczych problemów. Nie ważne jak atrakcyjna, i jak kwantowa.

O darciu pierza – przewrotnie

Scena z filmu „Fight Club” (1999) reż. David Fincher

Wszyscy się kłócą. Polityka atakuje nas antagonizmami. Idee równości i praw człowieka odpływają w morzu nietolerancji. Fala za falą, a czas ucieka i zbliża nas do wiekopomnego dnia – dnia wyborów.
Nie oglądam telewizji, nie czytam portali, słucham ludzi, czasem radia. Przyglądam się faktom, nie opiniom. Opinie mnie nużą, bo często podszyte są jakimiś strachami, a to atakiem pedałów, a to ciemnoskórych, a to nacjonalistów w ciężkich buciorach, albo szfadronu pielgrzymkowych aktywistów. Tak jakoś mam, że ponieważ nie neguję istnienia dowolnych postaw, dogaduję się ze wszystkimi. Może oprócz tych, co zamiast gadać wolą agresywnie krzyczeć. Do tych nie warto mówić. Akceptuję ludzi dowolnych opinii, mają prawo co chcą myśleć, robienie ludziom w głowach rewolucji ideologicznej już było. Warto sięgnąć do historii – już było przekonywanie i wychowywanie do jedynie słusznych poglądów na siłę. Nie musimy już tego powtarzać, ale co jakiś czas wciąż to wraca na skalę społeczną. Nagle dziewczynki do garów, chłopcy do łopat, albo księża na Księżyc, albo Bóg, Honor, Ojczyzna, za pomocą czerwonych od przejęcia mówców, albo takich z rączkami w piramidkę.
To wszystko już było, ale część ludzi nadal się tym żywi. Dlaczego? Bo zamiast zająć się własnym życiem, wolą żyć w iluzji większej idei. To ich stawia w lepszym świetle, robią się sami dla siebie więksi. Czemu czują się zatem mali, żeby się tak windować? Pytanie indywidualne do każdej babki i każdego chłopa. Co tam cię, drogi obywatelu, boli osobiście, że się podczepiasz pod gremium wybrzydzające na innych? Jaki pedał ci zawinił, że nie masz lepszego samochodu, albo jaki ksiądz ci podprowadził wolność osobistą?

Żyję w tym kraju już jakiś czas i wciąż się natykam na antagonistów. Taki antagonizm chroniczny, jak choroba żołądka i przełyku, zwana zgagą. Jak to się dzieje, że nie umiemy wyjść ponad to chroniczne, uciążliwe dla ucha zakrzykiwanie przeciwnika? Bo nie umiemy w uczciwości własnej przyznać się do faktów. Każde stronnictwo jest lepsiejsze i ma plan na poprawę bałaganu zostawionego przez poprzednika, w który samo nie wierzy, ale to sprzedaje, a krzyczący zapamiętale ogół i to kupi, bo z góry wiedział, że lipa. I tak koło się zamyka.

Zamiast nawoływać do zmiany, siedzę sobie w domu, albo stosownie, w pracy i patrzę na tę rzeczywistość, jak na grę żywiołów. Co jest lepsze woda czy ogień? Po nadmiarze jednego mamy powódź, po drugim zostaje popiół. Mądrzy starożytni pisali, że „panta rei”, więc płynę w tym nurcie wzniosłych idei, jak w wodzie Gangesu. Tu trup, tam kwiat, z dystansu muł, nie woda. Mam własne poglądy, wygłaszam je kiedy jestem do tego zaproszona, albo kiedy ktoś przy mnie dmie z trąby głupoty. Nie obrażam się jak ktoś do mnie mówi, jak mój niedawny „przeciwnik”: „Kiciu, ty to nie wiesz o czym mówisz”. Taka osobista wycieczka zwykle oznacza, że człowiek doszedł do swojej ściany argumentacji i, że się już połapał, że nie umie na nią wleźć, a odwrócić się wstydzi. Dlatego, jak ktoś zaczyna szydzić, agresywnie lub z pozoru nie, znaczy, że jego strategia przekonania cię bierze w łeb. Innym sposobem „pokonania” przeciwnika jest powołanie się na prawdy objawione, w stylu, „przecież to każdy wie”, „wszyscy tak robią”, „tak się stanie, zobaczysz”, „oni już tacy są” itd. Żadnych konkretów, truizmy pułapki, z takich trudno się wychodzi w dyskusji, bo człowiek utyka w przekonaniu i nie widzi faktów, że żadni „wszyscy”, nie „każdy”, co się stanie – nie wiemy, jeszcze tego nie ma.

Ostatni problem w świadomej dyskusji to słowo klucz. Mój oponent sądził, że użył go przeciwko mnie – „kicia” – mnie tam nie obraża, bo ja słucham co ludzie mówią a nie jak mówią, i zawsze wracam do faktów, nie przejmując się zbytnio stylem ich wypowiadania. W większości zaś jest inaczej. Słowo klucz może być nie koniecznie obraźliwe jak „homoś”, „łysa glaca”, albo „dziunia”. Zaskakujące jest, i warto to wiedzieć, że słowo klucz może mieszkać w słowie „porażka”, „kobieta”, „ser”. Skąd się to bierze? Z naszych doświadczeń i skojarzeń. Coś neutralnego dla jednej osoby, dla innej ma głębokie, bolesne konotacje i tego, naprawdę, nie da się przewidzieć. Dlatego dyskusja z kimś wyczulonym emocjonalnie na słowa, nie fakty, nie ma sensu. Człowiek reagujący na słowo klucz np. „stado” ( tworzycie stado wokół tego lidera – może być odebrane jako stado wokół barana, albo doświadczonego przywódcy), albo przykład z doświadczeń mojej przyjaciółki – „łożysko” (z ciała kobiety? czy z kosiarki?), zaczyna się kręcić wokół tych emocji i dyskusja siada, a podnosi się ciśnienie. I na nic rzeczowy powrót do meritum sprawy, kiedy odpaliliśmy czyjś bolący punkt. Trzeba nie lada uważności na samego siebie, żeby ten punkt w ogóle zauważyć i w niego nie wpadać.

Na koniec powiem jeszcze tylko, że niektórzy Polacy bardzo szybko uznają się za ekspertów w zasłyszanej dziedzinie. Takiego nie przegadasz, mina takiego speca sama mówi za siebie. Z takich rozmów ze spokojnym, czasem rozbawionym wewnętrznie obliczem, szybko się wycofuję. Jak nie zdążę, to dostaję głupawki, na duby smalone, jakie można usłyszeć. Z drugiej strony tacy eksperci są nieocenionym źródłem anegdot do późniejszego opowiadania we właściwym towarzystwie.

Jeśli już rozmawiać, to słuchać jednocześnie. Zaoszczędzam w ten sposób mnóstwo mojej energii osobistej w oczekiwaniu na ciekawego rozmówcę – słuchacza. Wtedy następuje prawdziwa wymiana i z takich dyskusji, czasem dynamicznych, czasem cierpkich, ale rezonujących zrozumieniem obu stron, rodzi się coś. Coś, co wyrasta ponad jeden pogląd i drugi, co się starły i może czasem wzięły za łby, ale w ostatecznym rozrachunku dały sobie szansę, zobaczyły siebie w całej krasie i zaakceptowały fakt, że istnieją jednocześnie w tej samej przestrzeni naszych świadomych myśli, opinii i nadziei, na koegzystencję postaw, nie zwalczanie „wrogów”. Bo z całą pokorą trzeba powiedzieć, że to co teraz uznajemy za chwast w przestrzeni publicznej, może się okazać lekarstwem, a nawet wybawieniem w specyficznych sytuacjach. Dawkowane w odpowiedni sposób patriotyzm, liberalizm, feminizm, szowinizm, czy totalitaryzm dają efekt końcowy, który wyprowadza nas w nową rzeczywistość. A ta się zmienia i warto nie odrzucać niczego, tylko umieć ze wszystkiego, ale mądrze i z umiarem czerpać.

Kierunek do wewnątrz

Siedzimy. Siedzimy można powiedzieć za niewinność, w trosce o siebie. Drzwi zamknięte, lodówka pełna, dzieci w łóżkowej szkole, ja w pracy w piżamie, między kuchnią a sypialnią. Snuję się, to takie nietypowe nagle mieć tyle czasu dla siebie. Zagubiłam rytm dnia, wstaję niby wcześnie, ale grafik mi codziennie pada i już nie walczę o systematyczność. Robię jak wyjdzie i nawet nieźle wychodzi. Telekonferencje mojej grupy bywają śmieszne, Paweł pokazuje kartkę i wyniki, kłócimy się, zaczynamy od nowa, albo zmieniamy koncepcję. Rutyna.
A wewnątrz, wewnątrz wiele zmian. Jestem ze sobą na co dzień, non stop i dotykam bardziej siebie, tej, która na zewnątrz, w pędzie życia rzadko się odzywa. Początkowo miałam trudność w przestawaniu tak dużo na bieżąco ze sobą, w dzień, w noc, przed komputerem, na sofie, na tarasie. Z czasem zaczęłam inaczej na siebie i otoczenie patrzeć. Wiem, że to inaczej już zostanie, że będę od tej pory jeszcze uważniej widzieć co się ze mną dzieje, kiedy jestem w stanie tego pozornego uwięzienia. Zaakceptowałam to, że nie mogę pewnych rzeczy zrobić, robię inne, albo nie robię nic, i pozwalam sobie na to lenistwo w działaniu. O wiele więcej mogę wtedy zauważyć, kiedy się zatrzymuję i nie spieszę.
Niepewność tego co będzie jest ciekawym doświadczeniem dla wszystkich. Kiedy nas wypuszczą, zluzują restrykcje, kiedy odetchniemy? Nie wiadomo. Teraz nie da się przewidzieć. Niektórzy czują strach, inni nie chcą czuć strachu i buntują się złością. Nie ma wyjścia, jesteśmy w pewnym sensie bezradni i musimy się poddać, poczekać, zostać jeszcze w tym stanie, do jakiego nie przywykliśmy. Tak naprawdę jednak w normalnym codziennym życiu tylko łudzimy się, że jest inaczej. Łudzimy się, że mamy kontrolę nad sytuacją i swoim światem. To, że możemy wyjść i żyć w sposób sprzed pandemii nie dawało nam więcej wolności niż nam się wydaje. Wolność poruszania się do pracy, do domu, do znajomych, teraz realizuję inaczej, bo ruszam się w sieci nie w przestrzeni. To nasze wewnętrzne przekonanie, że jesteśmy zamknięci i zbici z tropu normalnych zajęć nie pozwala zobaczyć, że nigdy nie mieliśmy władzy nad światem, tylko złudzenie jego kontrolowania. Warunki zamknięcia powodują dyskomfort, bo nie możemy się odwrócić i pobiec do zajęć, musimy się oswoić, że zmiany duże i małe następują w sposób ciągły i tylko nam się wydaje, że kiedyś było inaczej. Po prostu zostaliśmy zatrzymani żeby się przypatrzeć, przyjrzeć swojej rzeczywistości, jaką na bieżąco kreujemy.
Parę dni temu założyłam buty do tanga i tanecznym krokiem pląsałam po kuchni robiąc obiad. Pandemia ogranicza mnie w tańcu tylko trochę. Mogę tańczyć sama, kiedyś z kimś znów zatańczę. Śpiewam do garnków, albo prania, na tarasie wchłaniam słońce. Przyjaciółka zaczęła pisać książkę. Czytam i się zachwycam.
Jestem ze sobą na poważnie, kłócę się czasem, słucham, mówię do siebie i poznaję siebie od nowa. Wędruję tak dużo wśród ludzi, że teraz mogę pobyć ze sobą i się na siebie patrzeć, polubić to kim jestem, albo zaakceptować, że w czymś się nie lubię. To dobry, bardzo potrzebny czas dla mnie. Tak go widzę, choć bywają sytuacje, że zamykam się w pokoju i w sobie. Nic nie poradzę, czasem trudno jest być ze sobą. Odpoczywam wtedy i daję sobie czas.
Nie pisałam długo przystosowując się do zmian, do akceptacji nieustającej zmiany w moim życiu. Kiedyś wrócimy do siebie, do przyjaciół, znajomych, kolegów. Zobaczymy się na nowo i będziemy inni, zawsze się zmienialiśmy, ale teraz zobaczymy to wyraźniej, bo po tak długim czasie nie widzenia się, nie kontaktowania, zmiany się wyostrzą. Wiem, że będę bardzo się cieszyć z powrotu do kolegów z pracy i ich żartów w pokoju socjalnym. Do tanga i partnerów, do przyjaciół rozsianych po domach i dzwoniących albo piszących z tęsknotą. Też za Wami tęsknię. Zobaczymy się na nowo, otwarci bardziej na siebie wewnętrznie i na siebie wzajemnie. Może jakieś animozje znikną, bo stracą sens, może jakieś cele wyostrzą się komuś w skupionej soczewce samotności? Może ktoś zrzuci kajdany starych programów co go męczyły, a ktoś inny odnajdzie siebie, bo nie będzie mógł siebie nie zauważyć. Zaakceptujemy, że w gruncie rzeczy mało mamy czasu w tym pobycie na ziemi, nawet jeśli teraz on się dłuży w odpowiedzi na nasze niekomfortowe samopoczucie wewnętrzne.
Wyobrażam już sobie, jak się będziemy cieszyć, kiedy pierwszy raz znów staniemy przed lustrem w sali na Nowym świecie u Marii i Nazara, jak będzie pachniała kawa w kawiarni na nowo otwartej za rogiem, jak głosy ludzi w tłumie czy za oknem staną się przyjemne. Jak zwykła jazda autobusem, kanapka w parku, słońce za oknem zmieni się w cud podniesiony rangą naszej wolności. Jak ta wolność w końcu zwrócona rozepnie przed nami wachlarz możliwości cieszenia się, doświadczania życia, niby w tym samym cośmy już robili, ale inaczej, bo skierowani do wewnątrz, w tej właśnie chwili, o wiele bardziej zmieniamy się i będziemy już inni.

Pozorna dysproporcja

Poszłam dziś na seminarium na Wydział Fizyki. To cotygodniowe wydarzenie łączące moją pracownię tzw. Miękkiej Materii z Fizyką Statystyczną. Moją uwagę zwróciły proporcje na sali. Słownie 3 kobiety i 15tu mężczyzn. Od wielu lat tak jest, od dziesięcioleci. Cały problem w tym, ze problemu moim zdaniem nie ma. Fizyką taką, jaką ja się zajmuję, zajmuje się stosunkowo niewielka liczba kobiet. Ilość nie jest ważna, ważna moim zdaniem jest kondycja nauki, jaką robimy. To, że przedmiotami humanistycznymi kobiety częściej się interesują jest po prostu społecznym faktem. Nie ma czegoś takiego, jak zawód męski i żeński. Robimy to, co dla nas ciekawe. Co innego, jak ktoś robi, bo nie widzi innej możliwości. Tak też może być, ale zapewniam, że tak samo mężczyźni, jak i kobiety są zablokowani na wykonywanie konkretnych prac.

Kiedy przestajemy myśleć schematycznie, że baba nie podniesie 50-cio kilogramowego wora, a chłop nie trafi w żyłę, wszystko się rozwiązuje. Zapewniam, że worów nie trzeba dźwigać, a do żyły bardziej się przydaje zimna krew kłującego, niż to czy nosi stanik czy nie. Gdybyśmy przestali szeregować ludzi na odpowiednich do zawodu, gdyby oni się sami nie wkładali do szufladek, potwierdzając te stereotypy, pewnie spotykalibyśmy więcej spełnionych pracowników i ludzi. Oczywiście, żeby się realizować w tym, co się lubi trzeba mieć czasem nie lada odwagę i wyjść z przekonań, że nie wypada, nie dam rady, bo inni już próbowali, ale w gruncie rzeczy to są strachy przed ujawnieniem się, pokazaniem kim się jest.

Kiedy wspominam, czym się zajmuję, ludzie reagują różnie. Mam już za sobą wszelkie stereotypy z tym związane, że jestem jajogłowa, zaniedbana okularnica zaczytana w książkach, że się ze mną pewnie nie pogada o niczym normalnym, a tak w ogóle to mi zrobili łaskę, że mi w tym świecie, męskim do szpiku kości, zrobili miejsce. Zapewniam, że o nie musiałam o nie walczyć. Po prostu robiłam co było trzeba i to dobrze robiłam, nic więcej, ale też nic mniej, co oznacza, że nie liczyłam na to, że kobiecie to odpuszczą, bo słabsza.

Lubię pracować z mężczyznami, mam silny męski pierwiastek w sobie i dużą kobiecą intuicję i kreatywność. To dobra mieszanka do wykonywania mojego zawodu. Kiedy z nimi rozmawiam, oczywiście jestem sobą, a to oznacza, że wyrażam się jako kobieta, bo to naturalne. Nikomu to nie przeszkadza, nie wyczuwam tutaj żadnego problemu, że na sali jest tylko parę kobiet a większość facetów. Tak po prostu jest. Nie mam też żadnej misji w imieniu kobiet nauki, albo gremiów, co walczą parytetami jak włócznią. Nauką powinni się zajmować ludzie nią zainteresowani. To na poziomie edukacji i wychowania robi się z dziewczynek słabowate i zależne jednostki. Kultura społeczna to potem utrwala i mamy gotowe pole do konfliktu. Zacznijmy, jak tak się chcemy wykazać, wychowywać swoje dzieci na zrównoważone w poczuciu własnej wartości jednostki, nie będzie wtedy potrzebna żadna odgórna kampania wyrównywania szans. Tych szans się zresztą zrównać nie da, bo każdy ma, niezależnie od płci,  inne zdolności i talenty, w których warto go wspierać. Nie załatwi tego państwo, fundacje, ani nawiedzone ideologicznie autorytety, tylko od pierwszego dnia: mama i tata. Reszta ludzi to potem tylko pochodne tego, co dzieci usłyszały od nich. Ja od moich nie usłyszałam nic dobrego, ani niedobrego, ale przynajmniej mnie nie zablokowali na naukę.

Z mężczyznami świetnie się pracuje. Z kobietami również, pod warunkiem, że nie próbują udowodnić, że są lepsze od mężczyzn. Tak już jest, że jak ktoś ma środek ciężkości położony w kompleksie, to trudno z nim współpracować i robić cokolwiek. Dlatego wybieram ludzi co są szczerzy i znają swoją wartość oraz słabości. Nie ma wtedy problemu, że trzeba omijać czyjś wrzód, a z czasem ten wrzód staje się nieznośny. Nie mam też kompleksu, że robię coś wyjątkowego i lepszego, bo nie robię. Robię coś podłóg własnych zdolności i tyle. Jak ktoś projektuje wystawy sklepowe to jest w tym lepszy ode mnie, bo ja nie umiem, a takie wystawy ogląda mnóstwo ludzi, podczas, gdy moje prace przeczyta garstka osób, a jeszcze mniej rozumie.

Wyciskanie na społeczeństwie zachowań, które nie urągają kobietom, jest śliskie. W Stanach musiałam podpisywać szereg dokumentów, że wiem jakie mam prawa w tym, że wiem kiedy ktoś mnie molestuje i do kogo się z tym zwrócić. Teraz nie spotykam mężczyzn, którzy by naruszali moje granice, ale jak spotkałam, to poszłam na policję i sprawa rozwiązała się natychmiast. Oczywiście trzeba dojrzeć do obrony swoich granic a najpierw je poznać, ale każdy ma szansę tego doświadczyć, zapewniam każdy na pewnym etapie życia musi się zmierzyć z ich wyznaczaniem i obroną.

Mężczyźni również lubią pracować z kobietami. W moim zawodzie, gdzie kobiet jest mało, to aż im się buzie cieszą, że taka jedna z drugą przychodzi. Robi się pełniej, ciekawiej, bardziej ludzko i mężczyźni, co robią naukę też się lubią poczuć mężczyznami w towarzystwie kobiet. Do tego nie trzeba sztucznych proporcji. Jedna kobieta na pięciu w moim środowisku wystarcza. W innych może być inaczej i to też jest naturalne. Tak jak mówiłam nie ilość, a jakość tego kontaktu i komunikacji wywołuje ten fenomen. Kiedy mówię o pracy, mówię tak samo do mężczyzn jak i do kobiet, to w tyle głowy zauważam płeć rozmówcy, bo ją widzę, ale dla współczynników dyfuzji makromolekuł w cieczy nie jest to w ogóle istotne.

O Pięknie

To ja, siemka, jak mówi mój Syn Kawa się pije, dłonie marzną 🙂

Miałam kiedyś sąsiadkę, która była pięknie skonstruowana. Pomoc chirurga plastycznego dała jej idealne kształty ciała, uwydatnione i absolutnie symetryczne. Patrząc na nią widziałam niedbałość proporcji mojego ciała i niedociągnięcia moich naturalnych partii w stosunku do ideału z profesjonalnych sesji zdjęciowych supermodelek. Sąsiadka swoje ciało ubierała w najlepsze, wyszukane stroje, na jakie przecież zasługiwało po nie lada trudzie dojścia do takiej postaci. Zastanawiałam się czemu ja nie zrobię sobie jakiejś operacji. Przydałoby się tu dodać, tam odjąć, tu wyprostować, tam zgiąć w interesujący łuk i moje samopoczucie wzrosłoby niepomiernie. Nie poszłam jednak po pomoc do specjalistów, uznałam widać, że nie zasłużyłam na lepszy wygląd niż mam. Nawet aparat dentystyczny rozważyłam tyko przez trzy minuty, bo uznałam, że jestem zbyt leniwa, żeby o to coś dbać i jeszcze tolerować coś takiego w buzi. W końcu obejrzałam moje ciało i zrobiłam podsumowanie: nogi – chodzą – nawet prędko, ręce – sprawne – chwytają co karzę, nos – krzywy- czuje co powinien i oddycha, oczy – widzą – czasem potrzebują okularów, pupa – mało miękka – na twardym długo nie usiedzę, podtuczyć jakoś mi się nie udało, brzuch – w normie – skóra rozciągnięta nieznacznie, włosy, paznokcie – własne, nie doklejane, nie kolorowane, ewentualnie lakier, twarz – rysy niesymetryczne – lubię na nie patrzeć kiedy się śmieją, uszy – małe, stopy – względnie duże, dobrze łapią balans w tangu. Cóż, może nie warto się tak starać w dążeniu do ideału. Pokochanie własnego ciała to w naszych czasach nie lada wyczyn. Samo dawanie mu jedzenia to sztuka w gąszczu zakazów, diet i dobrych rad. Dlatego jak idę do lodówki to wybieram to, na co mam ochotę, bo tylko w taki sposób daję sobie to, co dla mojego ciała jest dobre. Za chwilę będzie to kawa.
Szłam kiedyś w podziemiach metra i zobaczyłam skrzypka. Grał Bacha. Poprosiłam, żeby mi coś konkretnego zagrał i zapłaciłam. Stanęłam pod ścianą naprzeciwko niego i słuchałam. Między nami cały czas chodzili ludzie, ale ja byłam skupiona tylko na skrzypku i jego muzyce. Kiedy skończył grać, podeszłam i podziękowałam. Powiedział mi, że nigdy nie widział tak pięknej twarzy, jak moja.
– Co pan opowiada – żachnęłam się – widział pan mój nos, jestem asymetryczna.
– Ale to nie ma znaczenia – odpowiedział – pani ma coś takiego w oczach.
Coś w oczach, jako definicja piękna. Czy mogłabym się czegoś takiego spodziewać? Czy ktokolwiek z nas? Czym jest idealnie ujęta modelka w najlepszej kreacji światowej sławy projektanta? Jest wyobrażeniem tego, czego uchwycić się nie da. Bo to coś jest nieuchwytne. Piękno nie mieszka w kształtach, formach, przedmiotach. One co najwyżej mogą to piękno przypominać, imitować. Piękno to blask, jaki przypisujemy wrażeniu, że coś już nie może być lepsze, dopełnione, doszlachetnione. A każdy obraz twarzy można zmienić, wydłużyć coś, coś powiększyć bądź zmniejszyć. Dlatego, jak sądzę, prawdziwe piękno nie ma nic wspólnego z kształtem i proporcjami. Piękno prześwieca z wnętrza i ten uliczny grajek mi to uświadomił, choć długo jeszcze potem czułam się nie piękna. Nadal widzę asymetrie, tu płaskie, tam wypukłe, tu długie, tam krótkie, tu brązowe, tam czerwone. Nie skupiam się jednak na formie. Zakładam na to ciało portki, albo sukienkę i idę tam, gdzie chcę w poczuciu, że niezależnie od tego, co mam na sobie i jaki kształt dziś przyjęłam, jestem sobą, bo to kim jestem wydostaje się niezależnie ode mnie z samego wnętrza. A tego co wewnątrz nie da się zapudrować, wyciąć, uformować. Jest, jakie jest, i albo zgadzamy się na nie i błyszczy wtedy poprzez nasze ciało, albo nie i wtedy zakładamy maski, żeby się ukryć i formujemy kształty zewnętrza. I nie ma w tym nic absolutnie złego czy niewłaściwego, jeśli nam to pomaga żyć, jeśli presja jest tak wielka, że trzeba się dopasować, dociąć, dosztukować. To lepsze na pewno niż depresja, albo inna autoagresja. Moja sąsiadka była piękna zewnętrznie i dała sobie wszystko, co było jej potrzebne do szczęścia. Ja nie lubię się aż tak starać, mnie wystarczy za to szwajcarska gorąca czekolada i kot w nogach łóżka, słońce na dworze i cisza w otoczeniu lasu na tarasie. Nieoczywiste piękno ludzkich słów i myśli, śmiech powszedni i mocniejsze uderzenia serca, kiedy śpiewa ktoś nieoczywiście piękny, jak Barbra Streisand.

16 luty 2020

O zazdrości

Długo nie pisałam. Kolega mnie dopingował, ale brakło mi czasu. Swoją drogą miło było się dowiedzieć jak wielu panów czyta moje wpisy. Życie potrafi zaskoczyć, bo sądziłam, że piszę bardziej dla kobiet. Widać się myliłam. Tematów za to w brud. Nie sposób nadążyć. Odpuszczam zatem i wpisuję tylko wtedy, kiedy akurat coś mnie na tyle poruszy, że nie mam wyjścia i chcę się zmierzyć. Wtedy siadam i piszę.

Zobaczyłam zdjęcie. Nie jest do końca ważne jakie. Zobaczyłam i poczułam zazdrość. Tak się dzieje. Zwyczajne, ludzkie emocje. Postanowiłam pokopać w sobie, czego zazdroszczę. Zazdrość ma swoją dobrą stronę. Widać po niej, czego sobie nie dajemy, a chcemy mieć. I tylko taką funkcję ma zazdrość. Żadną inną. Zazdrość nie jest sama w sobie żadną wartością, jedynie bodźcem, jak wszystkie emocje. Kiedy się pojawia, czujemy. Nie ma co się jej wypierać, udawać, że jesteśmy tacy cnotliwie miłujący wszystkich i nie zazdrośni, broń nas Boże, od zła zazdrości. Zazdrość to informacja, gdzie nam brak, bo czasem sobie nie uświadamiamy, że czegoś chcemy, ba … pragniemy. Często ludzie wypierają ten brak. Mnie tam niepotrzebny ten maybach, futro, praca w ciekawej firmie, prestiż, dziecko, order, ładne nogi, kumpela, podróże w fajnym towarzystwie, seks, wygodny fotel, ciekawe spostrzeżenia do wygłoszenia. Cały worek mi się wysypał różnych rzeczy, jakich człowiek może pragnąć. Spokoju na ten przykład, miłości i bliskości, poukładanych spraw, cierpliwego słuchacza, wyrozumiałej partnerki, ciszy, albo śmiechu.

I kiedy czegoś brak, pojawia się zazdrość, jak znak, że tu chcemy. Zazdrość jest sygnałem z wnętrza, światłem, dzięki któremu możemy się przyjrzeć i zdecydować co dalej, czy bez tego, czego brak naprawdę chcemy iść, czy może zatrzymamy się i rozejrzymy, gdzie to dają i za ile. W zazdrości nie chodzi o koncentrację na tych co mają, oni tylko symbolizują nasz brak. Są jak obraz, który nam się jawi, żeby nam było łatwiej wychwycić te braki. Za wszelkie zaś braki odpowiadamy sami. Czasem są to konsekwencje poprzednich wyborów. Czasem tego, że nie czujemy, że zasługujemy na pewne rzeczy. Zazdrość uczy nas czego nie wzięliśmy, bo wszystko jest dostępne, ale wielu rzeczy nie dostrzegamy. To nie znaczy, że futra po kryjomu leżą w supermarkecie za free, albo pod domem stoją niewidzialne samochody. Niekiedy zdarza się, że dostaniemy dobrą propozycję pracy, ofertę kupna, albo spotkamy ciekawego człowieka, który zmienia nasz punkt widzenia na życie, ale zbyt mocno się opieramy zmianom i nie bierzemy tej okazji. Wolimy się wycofać w to, co znamy. Potem oczywiście żałujemy i zazdrościmy tym co mają, bo czujemy, że sami nie mieliśmy odwagi wziąć tej pracy, oferty, człowieka.

Zazdrość nie jest też po to, by się w niej spalać. Można w niej utknąć, na długie lata, ale wtedy traci ona swój informacyjny sens. Ludzie trawieni zazdrością, jak chorobą, próbują odcinać się od niej na różne sposoby. Na przykład przez wyśmianie tego, czego im brak, a co mają inni. Albo poprzez wyparcie, że im nie potrzeba takich zbytków. Na koniec poprzez fizyczne odcięcie się od tych co mają, żeby nie stykać się z brakiem zbyt często. Życie jednak nigdy z nas nie rezygnuje i podtyka coraz to nowe sytuacje, ludzi, żebyśmy mogli konfrontować się ze swoimi brakami, z zazdrością. Dlatego nie da się od niej uciec, nie ma zresztą po co. Wystarczy ją wpuścić do serca, a ona pokaże czego nam brak i nawet jeśli wzbudzi łzy, ból, smutek, zwątpienie, pokaże nam, gdzie jesteśmy. Jak o siebie dbamy, czy dajemy sobie uwagę, bliskość, spokój, wytchnienie, spontaniczność w życiu, czy raczej tkwimy w marazmie codzienności, jaka dawno już nas nie cieszy. A może właśnie codzienna monotonia to potrzeba, jakiej dla siebie nie spełniamy?

Mamy różne potrzeby i różne strategie ich zapewniania. Czasem coś kupujemy, negocjujemy, czasem wystarczy się zdecydować i wziąć, bo leży i czeka. Zazdrość boli, bo odsłania naszą niemoc w podjęciu tego, czego chcemy. Wydaje nam się, że to niesprawiedliwe, że ktoś ma, gdzieś coś się dzieje, a my jesteśmy tego pozbawieni. Największą iluzją umysłu w zazdrości jest to, że ci co mają, są absolutnie szczęśliwi, w przeciwieństwie do nas, bez tej wartości. To nie jest prawda, ale zazdrość tak działa, idealizuje obraz, bo go wyostrzyć, byśmy mogli dostrzec szczegóły tego braku i zobaczyli jak, i dlaczego nie dajemy sobie tej właśnie rzeczy.

Jak mam sobie dać maybacha, ktoś powie? A może nie w maybachu brak, czyli problem. Odkryłam, że potrzebuję samochodu, tak jest mi wygodniej, a na razie nie mam. Czyli brak mi komfortu jeżdżenia. Mogę to sobie dać, chociaż jeszcze nie teraz. Kiedy opadają emocje zazdrości i skupimy się na tym, czego chcemy, okazuje się, że nie chodziło o podróż do tropików, a o pokazanie się, prestiż, którego akurat nam w życiu brakuje, gdy nasze poczucie wartości pikuje w dół. Nie chodzi o mięśnie kolegi prezentowane na zdjęciach, ale o wzrok żony, która to zdjęcie komentowała. I jeśli zatniemy się na zazdrości, utkniemy w złudzeniu, że o podróż chodzi, albo o wygląd. O nowe dziecko, albo posadę. Przegapimy sedno sprawy. Chodzi zawsze o coś więcej, głębiej, i za tym idą ci, co umieją zazdrość przeżyć nie zatrzymując się na niej. I po takim szczerym przeżyciu zazdrości facet, co zazdrościł bicków koledze, wbije się w dres i poćwiczy, albo znajdzie inną partnerkę, co tych bicków nie chce, zamiast palić się w zazdrości bez celu, zajadając ją chipsami.

I tak sobie siedzę i zazdroszczę, zupełnie świadomie, wielu rzeczy innym. Nie twierdzę, że mam dostatecznie dobre życie, że to nie ładnie zazdrościć. Zazdroszczę, bo wtedy patrzę i widzę, a jak zobaczę czego naprawdę chcę, to za tym idę i, jak się da, to sobie daję. Najwyżej poczekam, trochę pozazdroszczę jeszcze, albo zapomnę po drodze, że czegoś tam chciałam, bo dostanę coś innego, co odsłoni mi iluzję np. maybacha. Tak bywa, że pewne potrzeby są całkiem urojone, jak futro z norek, a inne całkiem niezastąpione, jak miłość i akceptacja drugiego człowieka. I do tego właśnie dochodzę, kiedy poprzez zazdrość komunikuję się ze sobą. Widzicie jak coś pozornie złego może zwiększyć naszą świadomość? Wszelkie emocje to sygnały z naszego wnętrza. Idźmy za nimi, bo one prowadzą nas prosto tam, gdzie na nas czeka, prawdziwa ja, prawdziwy ty.