O dumie

Czytałam dziś u pewnej guru tantry, co pewnie dużo inspiracji tchnęła w życie kobiet zablokowanych na swoją seksualność, że zamiast się wstydzić dorastania, dziewczynka może być z dorastania dumna. I jak tu nie oszaleć w tym naszym świecie, jak każdy, nawet dość oświecony człowiek, nie widzi, że procesy naturalne to ani powód do dumy ani wstydu. Po co wprowadzać taki dualizm wszędzie, gdzie się obejrzymy. Kochaj albo nienawidź, weź albo odrzuć, wstydź się albo bądź dumny. Po co się sami ograniczamy tym, żeby za każdym razem kiedy się pojawia jakaś zmiana, jakieś nowum w naszym życiu koniecznie je odnosić do emocji. Wstydzę się, że mi rosną piersi, albo idę dumna jak paw. Po co sprowadzać wszystko do przeciwności?

Nie umiesz się wypowiedzieć na jakiś temat, znaczy jesteś głupi? Nie wstydzisz się swojego ciała, znaczy jesteś rozwiązły? Potrzebujesz koniecznie wejść w jakiś stan oceny, bo bez tego nie da się zrozumieć z czym masz do czynienia? A może zatrzymać się na stwierdzeniu faktu: nie wiem czegoś, idę wolniej niż inni, jeżdżę szybko, mam tłuszcz na brzuchu, dekolt, owłosioną klatkę piersiową, gram w lotto, kupuję markowe ciuchy, skończyłem szkołę podstawową, chodzę do pracy, nie chodzę wcale. Tyle! Koniec. Zatrzymajcie się na tych stwierdzeniach, a pojawi się niesamowita przestrzeń do NIEOCENIANIA! Do życia, myślenia i czucia z prawdziwym poczuciem wolności wyrażania siebie.

Nie musisz mieć nerwicy pozytywnego myślenia o innych, ani negatywnego. Zatrzymanie w ocenianiu jest możliwe dla tych, co nie leczą swoich chorób mentalnych i pozwalają innym chodzić wolno po świecie. Dlatego ja NIE JESTEM DUMNA z bycia Polką, kobietą, matką, naukowcem, kierowcą, podróżnikiem i twórczynią swojego bloga, i NIE WSTYDZĘ SIĘ, że rzadko jeżdżę na rowerze, czytam książki, nie znam się na współczesnej poezji, nie byłam na Lazurowym Wybrzeżu, gadam publicznie po angielsku, rozwodzę się, mam niski wzrost, i nie mam samochodu. To są wszystko fakty, do których nasz rozum, jak obsesyjnie nakręcona maszyna, dopina opinie. A jak dopnie, to nam ciążą, nie ważne pozytywne czy negatywne, i to mocno, dopóki sami nie przestajemy się oceniać, nie inni nas przestaną, ale my sami siebie przestaniemy oceniać. Bolą nas, dokuczają nam tylko opinie, co do których jesteśmy w cichości własnego serca, przekonani.

Jak dziewczynkę się przekona, że to wstyd mieć piersi. to będzie się wstydzić swojego ciała. Jak się ją wbije w dumę, to będzie dumna z posiadania piersi. Tylko po co ma być dumna z czegoś tak naturalnego, jak posiadanie dwu rąk? Może ja zbyt wiele wymagam, po wiekach uprzedmiotowywania kobiet, żeby zamiast teraz dumnie stroszyć się swoją kobiecą mocą, kobiety po prostu przeszły do porządku dziennego z byciem kobietą? Bo jak wiadomo, gdzie jedna z płci się rozrasta w mentalnej przestrzeni, tam druga się kurczy, wycofuje. No i potem lament się podnosi: „Gdzie ci mężczyźni…” No wyszli, gdzie było więcej świeżego powietrza i mniej prężenia z dumy.

Duma kobiet z bycia kobietami nie jest nikomu potrzebna. Owszem w dobie rewolucji warto być mocno osadzonym w sobie i swoich poglądach, ale nie w czasach, kiedy mądrość życiowa pokazuje, że kobieta jest, tak samo jak mężczyzna, powołana do bycia sobą, nie istotą nadprzyrodzoną, co ma być dumna z siebie, jakby na zapas. Już była taka dziwna mentalność historyczna o kobiecości co nas sprowadzała do tego, że co jedna miała być niepokalana, albo zamęczona przez barbarzyńców, żeby było z czego być dumną. Teraz dla odmiany trzeba dumnie się pokazać, jako kobieta z mocą, podkreślić swą kobiecą siłę, chodzić na kręgi, mieć sesje tantryczne, wyglądać egzotycznie i świecić dumą. Z czego ja się pytam? Z bycia człowiekiem? Czy tak nisko opadła nasza forma psychiczna, że to, że mam dwie nogi to powód do dumy? Bo dla odmiany, ktoś może i tyle nie mieć?

Ta duma to pojęcie zupełnie niepotrzebne. Jak dobrze ci we własnej skórze, to to jest powód do dumy? Jak robisz dobrze to co umiesz, to czekasz na oklaski i ordery? Jak wmówimy dziewczynkom, że mają być dumne z tego, że mają piersi, albo dzieciom obu płci, że mają nogi, to co z tego wyniosą? Dla mnie po prostu przerost pomieszania treścią, zamiast zwykłej akceptacji bycia tym, kim się jest. Nie bycia dumnym, ale akceptującym siebie.

Trochę się tutaj bawię konwencją wychodzenia z cienia zależności społecznej kobiet od mężczyzn. Można powiedzieć, że kobiety zrobiły ostatnio wielki postęp w byciu sobą. Jak mają ochotę to podkreślać, obwieszczać, stawać się boginiami, ucieleśniać Matkę Ziemię, niech tak robią, coś sobie tym rekompensują, pamięć przeszłych pokoleń pewnie im doskwiera. To samo robili mężczyźni przez wieki przedkładając męski punkt widzenia na świat przed żeńskim. Dla mnie te dwa obszary się doskonale uzupełniają i nie byłabym również dumna wcale będąc mężczyzną, nawet jeśli miałabym większą niż obecnie siłę sprawczą, jaką daje patriarchalne społeczeństwo. W ogóle mężczyznom też nie jest lekko tkwić w dumie bycia facetem, w odnalezieniu się w systemie, gdzie się trzeba sprawdzić na wielu polach i nie wycofać się, utrzymać na fali, bo bagienko frajerów jest chłonne. Więc może warto rozważyć i z ich strony, żeby nie popadać w macki bycia dumnym ze swojej płci, kariery, rodziny, kraju, historii, wyczynów sportowych, wyglądu i możliwości seksualnych. To samo kobiety, ale w innej kolejności.

Dla porządku, lubię się dobrze ubrać, tańczę na obcasach, czeszę się i noszę kolczyki, chodzę dość mocno ruszając biodrami. Jestem kobietą, mam piersi, głowę i szyję, mam nogi, ręce, widzę i słyszę. Robię różne wybrane przez siebie rzeczy, niektóre lepiej niż inni, inne gorzej od nich. Nie oceniam się w tym. Lubię spodnie i nie maluję się, bo mnie tusz gryzie w oczy. Ale czasem machnę sobie coś dla szyku i wiem dlaczego. Nie oceniam się w tym. Jak widzę kobietę w rozciągniętym swetrze i trampkach to nie zakładam, że nie jest skomunikowana ze swoją kobiecością, bo może wyszła wyprowadzić psa, albo myśli nad kolejną teorią unifikacji wszystkiego i nie ma czasu zadbać o swój look. Nie oceniam. Jak babeczka będzie chciała się ze swoją kobiecością wywnętrzyć to to zrobi, albo i nie. Niech sobie człowiek wygląda jak chce, czy ma piersi, czy nie. Jaki dramat mają kobiety po mastektomii podświadomie zaprogramowane na posiadanie piersi, jako kobiecej dumy, I po co tak się w tę dumę wbijać? Opadną, zaleją się mlekiem znienacka w kinie po zostawieniu dziecka w domu, są miłe w dotyku, kiedy trzeba, albo użyteczne, jak noga i ręka. Służą do różnych celów, jak to ludzkie ciało. Naturalne.

Duma z rzeczy zupełnie oczywistych nas zniewala. Bez powodu do dumy, stajemy się narażeni na nieakceptację, odrzucając siebie. Bez nogi, ładnej buzi, bez pracy, bez kariery, bez dzieci, bez narodu za plecami, bez dokonań, dyplomów, bez wiedzy, bez poklasku. Nie ma co być dumnym z rzeczy naturalnych, ale najtrudniej zobaczyć, że wszystkie rzeczy jakie mamy, robimy, są naturalne i pozwolić sobie na brak dumy, na brak oceny w świecie naznaczonym schodkami, ty wyżej, ty niżej pod jakimś względem. Jesteśmy niewolnikami tych schodków, tej hierarchii znaczenia. Sami ją tworzymy i sami się na nią łapiemy. Dlatego ostatnio nie jestem dumna, ani trochę z siebie i nie mówię moim dzieciom o dumie, żeby ich zawczasu nie pętać. Niech bez mojego oceniania, dumy i pogardy, co jako przeciwieństwo wyłania się z cienia dumy, idą jak najbardziej wolne. Bardzo to polecam do praktykowania, nie tyle na dzieciach, co najpierw na sobie.

O Mistrzowskich Warsztatach z Argentyńskiego Tanga

Na warsztaty z Clarisą Aragon i Jonathanem Saavedra przyjechałam zabytkowym tramwajem „T” jadącym z warszawskiej Pragi na Ochotę. Nie wybierałam go specjalnie, po prostu stanowił najlepsze połączenie i w przeciwieństwie do innej komunikacji miejskiej, było w nim przyjemnie przewiewnie. Było to o tyle istotne, że temperatura w mieście w czasie trwania Warsaw Tango Meeting roztapiała asfalt. Wysiadłam przy placu Narutowicza i pobiegłam na zajęcia w Millenium Plaza, gdzie w podziemiach panowała temperatura znośna do życia i do tańca. Sala nr 4 była przestronna, ale i tak miałam wrażenie, że ledwie mieści tłumy chętnych na spotkanie z Mistrzami Tanga. We czwartek i piątek ćwiczyła grupa średnio-zaawansowana, w weekend zaawansowana. Pary różne, choć część osób wybrała się na oba poziomy. Trochę przez szczęśliwy zbieg okoliczności, ja również do nich należałam.

Idąc na zajęcia miałam lekką tremę związaną z moim brakiem doświadczenia; tańczę od półtora roku, z przerwami i nie czuję jeszcze, że tango osiadło w moim ciele dostatecznie dobrze, bym mogła swobodnie tańczyć i czuć się na milongach. Myślę jednak, że tango to sztuka, którą można rozwijać w nieskończoność i żaden etap nie jest w nim końcowy. Tancerze zaawansowani stażem wciąż się uczą podnosząc swoją osobistą poprzeczkę. Z ciekawością przyszłam zobaczyć, czego nauczą nas ci, co osiągnęli najwyższy poziom uznany na świecie, można powiedzieć, stan pełnego sukcesu tangowego. I jak to bywa z mistrzami, okazali się całkiem inni niż myśleliśmy. Weseli, przystępni, skoncentrowani, pełni chęci przekazania tajemnej wiedzy tangowej. Atmosfera od początku do końca zajęć przez kolejne poziomy, tematy, ćwiczenia, była niezwykle serdeczna. Otwartość na pytania, zaangażowanie, wskazówki, osobiste przemyślenia, jakimi mistrzowie dzielili się z nami, powodowała, że czułam się, jak przeniesiona do ich prywatnej krainy tanga. Oboje mają w sobie niezwykły urok osobisty, a jednocześnie pasję i talent do przekazywania wiedzy, która to wiedza, w przypadku tego konkretnego tańca, jest bardzo trudna i wymaga wielkiej cierpliwości uczenia. Większość z tego, czego się dowiedziałam, należy wypraktykować, odczuć, doświadczyć, by następnie zrozumieć i użyć w tańcu.

Tango „wchodzi w ciało” powoli, dlatego tak wiele osób przychodzących na zajęcia, nawet z szerokim doświadczeniem tanecznym, uznaje tango za najtrudniejszy taniec, z jakim się zetknęło. Co w tangu jest takie trudne? Clarisa i Jonathan od tego zaczynali pracę z każdą grupą. Objęcie, kontakt i otwarcie na partnera, interpretacja muzyki i indywidualizm. Na tych filarach opiera się prawdziwe tango. Świadomość partnerów, że tańczą, że razem tworzą ruch, w obecności muzyki, w jakim wymieniają się emocjami, przeżywając dany im czas w jedności, połączeni wspólną energią. W tangu, tak jak w życiu, chwila obecna jest podstawą, końcem kroku wcześniejszego, początkiem przyszłego. Dlatego warto się umieć zatrzymać na moment, odczuwając ją z większą głębią. Nie chodzi o fizyczne zatrzymanie w tańcu, ale o stałą obecność w ciele z uważnością na stan, na ekspresję towarzyszącego nam człowieka. Tango to rozmowa, nie do końca dookreślona w naszych definicjach dialogu. Dla mnie ma ona wymiar wymiany duchowej. Mistrzowie mówili na warsztatach o tym, jak ważna jest adaptacja do unikalnego odbioru każdego partnera, że wtedy ruch w harmonii z ruchem innego człowieka staje się automatyczny, wygodny i przybiera formę płynięcia.

Nie wiem, czy kiedykolwiek tak dużo ćwiczyłam podstaw. Praca z podłogą, osadzenie w ziemi, oś i chodzenie. Czasem wolne, długie kroki, czasem przyspieszenie, obroty. Zmiana tempa, która nadal stresuje mnie przy milondze. Rady, pokazane tak obrazowo własnym doświadczeniem, że można je było obejrzeć z każdej strony, odnieść do własnych doświadczeń, przemyśleń. To co mnie bardzo zachwyciło, to przekazywane w czasie warsztatów osobiste podejście do tanga, które ma być przecież dla nas przyjemnym sposobem spędzania czasu, relaksem, sposobem porozumiewania się, a nie trudną sztuką nie do powtórzenia po mistrzowskich autorytetach. Clarisa opowiadała o indywidualnym sposobie chodzenia, ruchu ciała, o tym, że nikt nikogo nie powinien naśladować, kopiować. Myślę, że to jest trudna do zaakceptowania, choć bardzo fundamentalna prawda, że cała trudność tanga polega na indywidualnym odkryciu, jak je tańczyć. Nie chodzi o technikę, figury, postawę, czy atrakcyjne sekwencje. Chodzi o wymianę energetyczną z partnerem, która może zajść tylko wtedy, kiedy autentycznie jesteśmy sobą, nawet w niedoskonałościach i brakach, a jednocześnie jesteśmy gotowi na autentyczność partnera. To odkrycie, jakim się w tangu jest, daje możliwość otwarcia na innych, podzielenia się czymś unikalnym, co jest w nas wyjątkowe. To wysoki poziom świadomości tangowej, ale komfort w ramionach partnera, w specyficznym ruchu, podstawą którego jest wewnętrzna energia, ma sens tylko wtedy, kiedy jesteśmy nie kopią a oryginałem, kiedy nikogo nie naśladujemy, bo budowa naszych ciał jest inna, bo mamy inną motorykę, inną wrażliwość, inne potrzeby, które partner może odczytać, poprzez kontakt, czyli przepływ energii. Bez tego, oczekując na standardowe sekwencje figur, z kontrolą w ciele, myśleniem, a czasem z niezadowoleniem z poziomu partnera, czy z naszej własnej techniki, tworzymy nieprzenikalną fasadę, która blokuje nas w dojściu do komfortu w tangu. Jeśli mamy dość cierpliwości i pokory jest to stan przejściowy, kiedy uczymy się technik wykonywania konkretnych ruchów, uczymy się łapać balans, w pogłębianiu poczucia własnego ciała i możliwości otwarcia na drugiego człowieka. Najciekawszy moment przechodzi, kiedy tancerze zmieniają się, ewoluują w kierunku indywidualności. Moim zdaniem najwspanialej tańczą ci, co nie obawiają się wyrażać prawdziwych siebie w czasie tańca i umieją się tym dzielić z partnerem. Nauka chodzenia, nauka wyłączenia myśli, w świecie zabieganych zmartwień, to w nauce tanga okazuje się najtrudniejsze, podobnie jak pokazanie światu prawdziwego siebie, gdy wszyscy z taką wprawą przybierają codziennie maski. Dlatego obserwacja, jak mistrzowie świata uczą z autentyczną pasją podstaw, równowagi, swobody i komfortu w ciele podczas tańca, zamiast błyszczeć atrakcyjnymi sekwencjami, których może niektórzy oczekiwali, to niezwykłe doświadczenie.

Nauka tanga to ciągłe wchodzenie po spirali nad tymi samymi punktami w coraz nowej odsłonie, w innym punkcie świadomości tangowej. To, co ja przyjęłam podczas warsztatów to niezwykła waga sensytywności, tak mojej wewnętrznej, na siebie i swój komfort w tańcu, jak i na partnera. Tego poprzez ćwiczenia, proste z pozoru, wchłonęłam najwięcej, bo widać tego mi było trzeba. Każda lekcja prowadziła do celu poprzez powolne wprowadzenie w trudniejsze elementy. Cieszę się, że forma warsztatów wyglądała tak właśnie, jakbyśmy wkręcali się w coraz trudniejsze zagadnienia, stopniowo zyskując, poprzez próbowanie, wgląd w to, co w danym aspekcie tanga, figurze czy zmianie tempa, jest najistotniejsze. Bardzo mi odpowiada taki sposób uczenia, jak wchodzenie po schodach z przystankiem na każdym stopniu, do rozejrzenia się w sytuacji, w ciele, w reakcji partnera, żeby potem przygotowanym, raźnym krokiem wejść oczko wyżej, oczko więcej zauważyć. Mistrzowie zdecydowanie wiedzieli, jak nas zawieść do celów, jakie przed nami postawili. Oczywiście każdy zaszedł tam, gdzie zdołał, tam gdzie ciało i świadomość tangowa mu pozwoliły. Bardzo doceniam indywidualizm tych zajęć, widząc jak pary różnie zaawansowane poszerzały swoje doświadczenie. Nie łatwo tak przekazywać wiedzę, żeby każdy skorzystał w możliwie szerokim zakresie. Ostatnie ćwiczone elementy pokazywały skomplikowaną strukturę niektórych form tanga, zatrzymanie, szybkość, akcja-reakcja, czytanie muzyki w ekspresji. Szeregu niuansów nie mieliśmy czasu nawet dotknąć, bo z tej nauki wyłania się skomplikowana materia ludzkiej dynamiki tak motorycznej, jak i odczuwania na poziomie emocjonalnym. To najtrudniejsza partia materiału do doświadczania, bo nauka tanga to moim zdaniem, doświadczanie wielopoziomowości naszej ludzkiej egzystencji w bardzo pięknym, artystycznym i sensytywnym wydaniu.

Po zajęciach Clarisa powiedziała, abyśmy wiedzą, jaką nam przekazali, podzielili się z innymi. W ten sposób staliśmy się „misjonarzami” tangowej filozofii. Filozofii tańca polegającego na komunikacji emocjonalnej między ludźmi za pomocą ciał, czy jak kto woli, przyjemnej zabawy, bo w długiej historii ludzkości bywali także weseli filozofowie, żeby nie przesadzić z tangowym patosem. Myślę, że będąc na tych warsztatach doświadczyłam subtelnej materii tanga, jaką niezwykle trudno przekazać, jakiej często nikt w tańcu nie zauważa. Złożona filozofia tanga, to nie tylko nauka ruchu, komunikacji, ale współpracy, wymiany form ludzkiej ekspresji w celu tworzenia piękna. Sztuka, dla każdego, kto ma dość pasji, uważności w ciele, cierpliwości i ciekawości drugiego człowieka.

Nie byłam na pokazie Mistrzów w czasie sobotniej milongi. Trochę żałuję, ale po trzech dniach wytężonego treningu, mocząc co dzień nogi w misce z gorącą wodą, postanowiłam odpocząć. Jedna z uczestniczek warsztatów powiedziała mi, że podczas pokazu tak się wzruszyła, że miała ochotę się rozpłakać, takie to było piękne tango. Clarisa i Jonathan zatańczyli ich kilka również podczas warsztatów. Nagrałam ich wspaniałe interpretacje będące ilustracją do prowadzonych zajęć. Można powiedzieć, że czasem ktoś się rodzi, żeby realizować swój niepowtarzalny talent. Moim zdaniem, Clarisa i Jonathan urodzili się po to, żeby tańczyć i inspirować sobą, swoim tańcem, swoimi osobowościami coraz większą, międzynarodową społeczność tangową, do jakiej z dumą i przyjemnością czuję się przynależna. Na koniec dodam tylko, że w miarę mojego uczenia, tango nie staje się ani łatwiejsze, ani trudniejsze, tylko sprawia, że coraz mniej myślę, jak w nim wypadam, i co za tym idzie, na coraz więcej swobody, w tym popełniania błędów, sobie pozwalam. I o tym, że błędy są naturalną częścią procesu nauki tanga, też usłyszałam na tych wspaniałych warsztatach, więc chyba jestem na dobrej ścieżce do dalszego, odważnego poznawania piękna tego wymagającego, sensytywnego tańca, który wszystkim gorąco polecam.

Ku chwale słabości

Rzeźba na ścianie – restauracja w hotelu Korona w Braszowie.

Współczesne, silne, niezależne kobiety idą przez życie z przekonaniem, że muszą sobie zawsze radzić same. I ja też idę, ale zmiany, jakie nastąpiły we mnie w ostatnim czasie pozwalają mi wyhamować, kiedy jeszcze mogę nie zrobić sobie krzywdy zbytnim forsowaniem. A forsowania potencjalnie mam dużo, dom, dzieci, praca. ciągłe wyzwania, niespodzianki i twarde problemy natury codziennej. Jak każda silna kobieta biorę się za to i mierzę z rzeczywistością na bieżąco, inaczej się z resztą nie da, bo ucieknie, bo rachunki, sytuacje, wybory od ręki, nie ma czasu na dywagacje. Zatrzymuję się czasem i patrzę czy jestem tam, gdzie trzeba, czy chciałam zajść w miejsce, w jakim się znalazłam, czy coś mnie zsunęło ze szlaku, czy coś mnie uwiera i zamiast pędzić przyglądam się czemu akurat to staje mi na drodze, sytuacja, słowo, człowiek.
Ostatnio miałam konfrontację ze swoją słabością. Źle się poczułam w drodze, w podróży. Męczyłam się bardzo i zauważyłam, że pierwszy chyba raz pozwalam sobie źle się czuć, że szukam pomocy i ją przyjmuję, gdy nadchodzi. Leżąc na tylnym siedzeniu samochodu zamiast sobie wymyślać od naiwnych zjadaczek słodkości, zwyczajnie się o siebie martwiłam, mówiłam do siebie spokojnie, żebym oddychała, czułam jak ciało się rozluźnia i dociera do mnie z przekazem, co jest mu potrzebne w tej sytuacji. Kiedy się zatrzymaliśmy weszłam poboczem do góry pod dom jakichś ludzi, a oni udzielili mi pomocy. W końcu zaakceptowałam, że nie muszę się męczyć sama, że jak tylko poproszę o pomoc ona przyjdzie, że wystarczy się otworzyć na ratunek.
Całą drogę do domu myślałam, że wybaczam sobie tę słabość, że nie mogę prowadzić i pomóc koledze, co dzielnie przejechał z Węgier do Polski z przerwami na ratowanie mnie po drodze, że przykrywał, pytał, szukał stacji, że był i dał mi taki bufor bezpieczeństwa, jaki może dać mocne męskie ramię w potrzebie. Nie zawsze muszę być silna, nawet jeśli drzemie we mnie smok i umie się budzić do działania. Są takie sytuacje kiedy jestem słaba i nie ganię się za nie. Widać słabość, choroba, chwila załamania stają się momentem zwrotnym w postrzeganiu siebie, istoty może i niezłomnej, ale czasem wątłej, klęczącej na trawie z jedyną myślą w głowie:”nie wiem, co zrobić, nie wiem”. I zupełnie szybko przychodziła mi akceptacja siebie, że mogę nie móc, że mogę nie wiedzieć. Nie złościłam się jak to bywało kiedyś, nie walczyłam wstając.
Taka się ze mnie zrobiła spokojna tygrysica. Skupiona na zranionej łapie, na sobie. Dostrzegłam jak często nie pozwalałam kiedyś w takiej sytuacji do siebie podejść, z obawy, że ktoś mnie jeszcze mocniej zrani, że w takim stanie nie mogę się bronić. Nawet jeśli ktoś podchodził mi założyć bandaż, podrapać za uchem. Teraz już umiem rozpoznać intencje, zamiary tych, co podchodzą kiedy źle się czuję, czuję się słaba. I umiem z nimi rozmawiać, umiem dać sobie pomóc. Nie uciekam przed słabością w dumę samowystarczalności. Prawdziwa mądrość pokazuje, że zawsze jest ratunek dla tych, co mają w sobie dość miłości, żeby po niego sięgnąć w porę, by poprosić. Mają wolę przetrwania nie tkwią w potrzebie karania siebie zbytnim frasunkiem, zbytnim cierpieniem. Po prostu pierwszy raz poczułam, że na taki ratunek zasługuję, że mogę go sobie dać, bez krygowania się czyjąś fatygą w ratowaniu mnie, czyimś poświęceniem. W końcu, jak zauważam teraz siedząc spokojnie i w dobrym stanie w swoim domu po powrocie, ja również zrobiłabym wszystko co możliwe, żeby pomóc temu, kto przy mnie czuje się źle, słabo. Warto się temu w sobie przyjrzeć, że często nie dajemy sobie tego, co dajemy innym, wyrozumiałość, pomaganie, opieka, czuwanie. Dzieje się tak wtedy, kiedy nasze pomaganie jest dla nas uciążliwe, jesteśmy zmęczeni ratowaniem innych, wtedy konotujemy, że każda osoba przychodzi z podobnym do nas znużeniem poświęcaniem się. Czyli prosty wniosek, jeśli potrafię przyjąć pomoc, dobrą energię, to nie męczy mnie już pomaganie innym. Umiem dać sobie pomoc od innych, bo nie widzę pomocy jako poświęcenia, a jako odruch naturalny, wynikający z potrzeby serca.
I tak właśnie w prosty sposób się zmieniam. Nie tracę siły na to, na co nie potrzeba, na kłócenie się ze sobą, że po co ci to było, po co, na dowalanie sobie komentarzem, że idiotka ze mnie, żeby jeść muffinkę w barze, albo podobne brednie. Każdą taką sytuację da się wykorzystać na lepsze zrozumienie siebie, na zobaczenie, gdzie sobie życzymy dobrze, a gdzie źle. W porę się zorientowałam, bo ostatnio po całej nocy męczenia się w podobny sposób pojechałam do szpitala. Tak sobie nie dawałam szansy na ratowanie. Siłaczka co ma serce na siebie otwarte wie, kiedy przestać, wie kiedy przytulić swoją ranę i wyciągnąć ją do leczenia. Wie kiedy strzepnąć dumę i powiedzieć „proszę”. Wie, kiedy całą swoją siłę odłożyć na potem. Bo potem przyjdzie i siła się przyda, czasem trzeba dać miejsce czyjejś sile, żeby nas chroniła, przykrywała, była. Bo to jest po prostu najmądrzejsze i do tego skłania nas nasze własne serce.

W drodze przez Transylwanię

Wędrujemy przez Transylwanię. Wyruszyliśmy popołudniem, jechaliśmy na zmianę całą noc i rankiem zobaczyliśmy pierwsze rumuńskie osady. Na granicy między Węgrami i Rumunią brak dokumentów samochodu przez chwilę wstrzymał nas niepewnością celników, którzy wypuszczali nas ze strefy shengen. Wiedziałam, że puszczą nas przez granicę. Tak to jest, jak się ma wiedźmę na pokładzie, a ona chce jechać. Krzątali się, dzwonili. W końcu wzięli od nas telefon ze zdjęciem ksero nieważnego dowodu rejestracyjnego, popisali, popatrzyli i puścili. Wiedziałam, że brak dokumentów mnie nie zatrzyma, bo jak ja chcę, naprawdę chcę czegoś, to to coś się zdarza. Dlatego podróż się toczyła. Nie zatrzymała mnie łania na drodze nocą, ostro hamowałam, lisy, kuna, psy i koty, nie zatrzymały krowy po rumuńskiej stronie, nie zatrzymało zmęczenie, bo po nocy zdrzemnęliśmy się na 2 godzinki i dalej w drogę.
Nasza podróż ma jakiś schemat w tle, ale nie trzymamy się go kurczowo. Jedziemy za sobą, tak jak chcemy. Pierwszego dnia zamiast od razu w Rumuni jechać do Transylwanii odwiedziliśmy Bystrzycę, jeden z grodów Siedmiogrodu, co wcale nie była w planie, bo nie pasowała pozornie do trasy, ale na tyle szybko i wcześnie zajechaliśmy, że zyskaliśmy pół dnia. Po obejrzeniu Bystrzycy, starych kamieniczek, wieży kościoła, na którą dojechaliśmy nowo wstawioną windą, kontemplowaliśmy lokalną kuchnię. Bez pośpiechu, bez zaliczania, ze spokojem ludzi, którzy cieszą się każdą chwilą. Plan nam potrzebny jest tylko do sukcesywnego zmieniania. Dziś po drodze do Braszowa, zobaczyliśmy ogromną budowlę na wzgórzu i od razu tam pojechaliśmy. Elastycznie, za ciekawością. Po to się w końcu podróżuje, żeby z ciekawością oglądać miejsca, nie odhaczać na obowiązkowej liście. Od czasów mojej podróży do Lizbony zmieniło mi się podejście do podróży w ogóle. Jadę gdzieś, mniej więcej wiedząc gdzie i się włóczę, w swoim tempie, patrząc na miejsca jakie mnie przyciągają. Mijam muzea, kościoły i inne podręcznikowe atrakcje chyba, że coś w sobie mają. Dziś weszłam na wzgórze w Sighisioarze, gdzie podobno urodził się Drakula. Mają tu dużo cepelii z tym związanej, ale szczególność  tych miejsc tkwi w pięknej, choć często zaniedbanej architekturze rynków, uliczek, w detalach, gzymsach, portalach, drzwiach, klamkach.
Jadąc przez mniejsze miejscowości widzę cyganów rumuńskich, ich wystawne domy. Dziś minęliśmy taki, że nie da się go opisać, kapał od złota i w słońcu aż raził w oczy. Bizantyjski przepych w wydaniu iście uroczym.  Przeciętnie domy są niewysokie, szczytem skierowane do ulicy i mają piękne kute bramy. Dom może być w nie najlepszym stanie, ale brama – cudo. Od bramy idzie podcień z pnącego się wina przez całe podwórko, chroniący w upały. Drogi dobre i kiepskie. Niektóre porzucone w czasie przebudowy, sterczące zardzewiałą stalą wiadukty. Często widzimy zapadnięte fabryki, zakłady, a z drugiej strony pola słoneczników, winnice. Swojski klimat, kierowcy jak w Polsce, rozpędzeni w drodze do nieba lecą na trzeciego na podwójnej ciągłej w przekonaniu, że kto pierwszy ten lepszy. Kolega powiedział mi komplement prosto z męskiego serca, że kiedy patrzy jak prowadzę, to „dobrze mieć za kierownicą kobietę z jajami”.
Jutro mamy jakiś plan, zwiedzimy Braszów, potem zamek Drakuli, itd, a potem powrót do Klużu-Napoka. Zobaczymy. W tej podróży liczy się tylko to, czego w danej chwili chcemy. Jak na poboczu leżymy w trawie, bo słońce przypieka, a my chcemy poodpoczywać,  to leżymy. Trawa jak w domu, wyschnięta, ostra. Susza i tu króluje, a z innych podobieństw Rumunia również świętuje stulecie państwowości po I wojnie. Flagi wiszą tu wszędzie. Tak jak wszędzie są pomniki wilczycy rzymskiej, wszak Rumunii są potomkami cesarstwa Rzymskiego, jakie wycofało się stąd przed średniowieczem. Potem przyszli Niemcy na zaproszenie Węgierskiego króla i pozostałością po tej wielokulturowości są nazwy miejscowości, które tu widnieją na tablicach miast w 3 językach: rumuńskim, węgierskim i niemieckim.
Robię mało zdjęć, dużo patrzę i chłonę, swojskość tej krainy, roślinność jak w domu, serpentyny na drodze, domy z bramami, kolorowe spódnice, biedę i luksus, zardzewiałą pamięć po komunizmie w polach gospodarstw państwowych i marki europejskie w sklepach, bajeczne ornamenty na domach wszelkich, drewniane drzwi, okucia. Ludzi cieszących się życiem, uśmiechniętych, kobiety piękne, smagli mężczyźni, niewysocy.
Szukałam tanga, ale się minęłam z kursem i milongą w Braszowie. Była w sobotę. Jak się okazało z tutejszą instruktorką tanga mam na facebooku 3 wspólnych znajomych. W sierpniu jest tu festiwal tanga argentyńskiego 12th Transylvania Tango Maraton. Tango wszędzie sięga. Jak filozofia życia, jak sposób wyrażania siebie. Za parę dni wracam na warsztaty z mistrzami świata. To dopiero będzie praca. Teraz tylko uda bolą mnie od wspinania na warowne kościelne twierdze i średniowieczne zamczyska. Dobra wprawka przed pracą nad prawidłową postawą tangowego ciała. A dziś z braku tanga wybraliśmy się na kolację na rynku Braszowa, sukienka tangowa nie powinna w szafie się marnować. Przyświecał nam zamiast księżyca napis „Brasov” na wysokim wzgórzu za miastem. Braszów jak Hollywood prawie, ale swojski, bo chociaż nie słowiański, to bliski nam mentalnie.

O starości

Ja za x lat

Dziś rano jadąc do pracy spojrzałam w szybę autobusu i zobaczyłam zmęczoną twarz z podkrążonymi oczami. Staram się zdążyć z zamknięciem paru spraw przed wyjazdem, żeby nie wisiały nade mną, bo lubię mieć posprzątane podwórko i dopiero odpocząć. Ograniczam się w ten sposób, ale z programu sprzątania spraw wychodzę powoli, nie zbyt gwałtownie. Sprzątam więc konferencję, podsumowania finansowe, robię rysunki do publikacji, bo właśnie przyszły recenzje, doliczam coś, wprowadzam zmiany w projekcie, żeby moi koledzy latali kiedy chcą po świecie, robię zakupy, pilnuję dzieci itd. Dużo tego, nie do końca się wysypiam, choć mało się martwię, ale moja zmęczona twarz nie maskowana makijażem wyraża to, co jest naprawdę.

Wczoraj wieczorem przyjaciółka, też wiedźma, przesłała mi swoje zdjęcie po przerobieniu przez funkcję starość w apce. Było aż nad podziw realistyczne. Oto nasza skrócona wymiana po uzupełnieniu interpunkcją, ale oryginalna:

 

– Rany, ale realistyczne 🙂
– Szokująco, prawda?
– Rany, ale z drugiej strony patrz jak młodo teraz wyglądamy 😄
– Ja mam deprechę odkąd to zdjęcie zobaczyłam.
– Częściej patrz w lustro 😄 Tam jesteś młoda i piękna 😍
– Powiadasz 🤣 Zaczęłam masaż twarzy z wrażenia. I kupiłam bardzo drogi krem. I elektrostymulator nawet.
Tutaj zaczęłam się śmiać bez opanowania na przystanku w przesiadce.
– Sikam na przystanku 🤣🤣🤣
– Ale zgubiłam depilator, wiec nogi mam jak sarna. Nie sikaj na przystanku, tylko za 😂
– Ludzie się na mnie gapią 😲
– Ja też nie mogę sikać jak ktoś na mnie patrzy 🤣
– Teraz za każdym razem jak spoglądam na zdjęcie to wpadam w chichot 😄
– Hahhah!
– Betonowa dżungla i nie ma gdzie pójść na stronę 😄
– Widzisz jakie to życie przewrotne, co jednego dołuje, drugiego bawi, jakie to piękne 😁
– ❤️
– Mam gdzieś inną wersję wstrzymaj mocz.
Dostaję wersję z okularami. Siedzę już w następnym autobusie i zanoszę się śmiechem przykuwając ponownie uwagę ludzi.
– Genialne, jadę i śmieję się na głos 😄😄😄😄 Zachowaj te zdjęcia dla wnuków 😄
– Chciałam kupić elektrostymulator twarzy i biustu, ale stwierdziłam, ze to burżujstwo, wiec taki na mięśnie nabyłam.
– To (tu imię córy, nie wymienię bo nie zdradzam personaliów) mnie tak zainspirowała jak wysłała swoje. Zbieramy na botox 😂
– Dziecko masz niezwykłe i piękne 😍😍
– Dzięki, obu nam się latorośle udały nie powiem.
– O tak duma mię rozpiera 😄 tylko ja się rozpędziłam a Ty roztropnie zastopowałaś 😄
– Ja się chciałam rozpędzić ale mi nie wyszło.Tak wiec masz poczwórną dumę a ja pojedynczą hihi!
– Ale średnio wychodzi po 2,5 na każdą więc ok ❤️
– Aahahah no tak!
– (Tu imię) dziękuję za ten niepohamowany śmiech i zdjęcia. Cudowne są 😍
– 😂 zawsze do usług
– 😘
– Mi się też humor poprawił od razu chociaż teraz boję się uśmiechać ze względu na zmarszczki 😆
– Wolisz takie od smutku 😄 Ja wolę od śmiania 😄
– Prawda, takie zakrzywione w dól są fatalne.
– Kanar mnie sprawdził 😄 może się za dużo śmieję publicznie 😄

I tak jechałam śmiejąc się cały czas, a potem sobie zainstalowałam apkę do zmiany twarzy i wstawiłam swoje zdjęcie i się postarzyłam. Dziwne, bo kiedy na nie patrzę nie czuję się źle, nie odrzuca mnie moja starość, moja twarz pokryta zmarszczkami, koścista. Jestem na tym zdjęciu bardzo podobna do mojej babci i włącza mi się przy nim taka tkliwość. Wysłałam to zdjęcie przyjaciółce i napisała, że wyglądam jak szamanka. Zdałam sobie sprawę, że mi ta twarz nie przeszkadzałaby nawet teraz, nawet tak stara. Czyżbym nie bała się starości w sensie zmian wyglądu? Może mój wygląd odzwierciedlający to, jaka jestem w środku jest całkiem do zaakceptowania? Moje podkrążone oczy ze zmęczenia, mój chód powolny, albo energiczny, moja skóra rozciągnięta na brzuchu, gdzie nosiłam dzieci jak kangurzyca, moje stopy z odciskami po tangu … Wszystko to moje, wszystko zaopiekowane. Wczoraj jak Córka skarżyła się na ból kolan powiedziałam jej, żeby je przytuliła mentalnie.
– Powiedz do nich: Moje kochane kolanka, tak bolą, takie biedniutkie, zaraz je pomasuję. I pogłaszcz, podotykaj. Przejdzie. Taka miłość do ciała, do zwierzątka w jakim mieszka twoja świadomość. Ono lubi być przytulone, zaakceptowane. Daj to sobie. Ja daję.

Dlatego jak zmęczona jadę do pracy, choć od dziś jestem już na urlopie, żeby coś skończyć, to się patrzę na moje podkrążone oczy z troską i miłością do siebie. Niedługo wypocznę, a ze mną wypoczną i one.

O zasługiwaniu

Przez całe niemal życie wychodziłam z założenia, że na rzeczy dobre trzeba zasłużyć, postarać się, popracować, wyczekać. Sh..t prawda! Najlepsze rzeczy, sytuacje, związki, relacje, wyjazdy, praca, ubrania, przytulaki, słowa, dostałam całkiem za darmo, bez proszenia, czekania, pracy. Po prostu otworzyłam się na sytuację, że zasłużyłam na nią samym tym, że jestem na miejscu i mam otwarte ręce do wzięcia tego, co przyszło. Prosty przykład, w tym tygodniu jadę do Transylwanii. Miałam nie mieć wakacji, bo rozwód, praca, dzieci, zarabianie pieniędzy, projekty i tym podobne wymówki. A przecież chciałam odpocząć, więc jak to? Mogę czy nie? „Mogę” powiedziałam sobie i kiedy kolega SAMOCHODEM (!!!) postanowił zwiedzić krainę Drakuli, postanowiłam i jadę. Samochodem podkreśliłam, bo tęsknię do jeżdżenia, a tu nagle dwa w jednym! Nie pięknie się składa? I po co mam czekać na następną okazję? Stać mnie na jedzenie, benzynę i lokum. Jakoś dociągnę do pierwszego, jakoś coś najwyżej spieniężę, albo sprzedam kolejne sesje, bo zaczynam się rozkręcać terapeutycznie, a w ogóle to zarobię i nie ma się co martwić. Jadę, bo chcę i tyle. Może czarnowidzący rozsądni popukają się z lekka w czaszki, ale mam to gdzieś. Mam dość wyobraźni i doświadczeń z przekładaniem super sytuacji, relacji, rozmowy, filmu, kupienia pięknego zielonego swetra, był rano, wieczorem już nie ma! Dość tego uciekania, dość tego martwienia. Idę w wyjazd z kolegą, co nam się rozmawia tak przednie, że rzadko z kim mam takie rozmowy od serca szczere. Facet stuprocentowy, zaplanował wszystko, ja się tylko spakuję i gaz do dechy!

Przekonania silne na amen trzeba odczyniać narażając się, nie da się inaczej. Oczywiście jeśli się naprawdę czuje, że już pora coś odczynić. Nie łamiąc się do sytuacji, bo jak złamiemy jakieś przekonanie, to potem je kleimy i wracamy do starego, żeby sobie udowodnić, że nie mieliśmy racji. Przykład. Wyobraźmy sobie, że się zapożyczyliśmy i potem martwimy się cały czas wyjazdu, jak to spłacimy. Do kitu taki wyjazd, więc wracamy pełni przerażenia, co teraz i przyrzekamy sobie, że więcej takich eskapad nie urządzamy. Robimy sobie wyrzuty, żeśmy się zadłużyli w nieznanym i dostaliśmy po łapkach. Dlatego ja się nie łamię, tylko w pełnym zaufaniu do siebie jadę na coś, czego bardzo mi potrzeba, bo zauważyłam, że próbuję się ukarać brakiem wakacji i zamknąć w domu za to, jak zmieniam swoje życie w pozorny bałagan w stosunku do tego, jak przyrośnięty do starych struktur był w przeszłości.

Co więcej, w tym roku jadąc do Stanów w końcu sobie pozwolę po pracy pojechać na Death Valley. Wynajmę samochód i wyruszę w tygodniową włóczęgę. Będę spać gdzie popadnie i jechać gdzie mnie droga poniesie. Do czasu, kiedy dojadę do Las Vegas i polecę do domu. A w przyszłym roku po kolejnej podróży do Stanów wrócę przez Kubę. Marzyłam o tym. Mam jeszcze czas wszystko przygotować, zaplanować i cieszyć się oczekiwaniem, bo jeśli okaże się, że coś mi wypadnie, to co? To najwyżej nie pojadę! Tyle.

Cudownie jest marzyć bez zobowiązań. Tak jak być w związku bez zobowiązań. Przyjemność bez poczucia straty. Chyba zaczynam postrzegać życie przez pryzmat możliwości, nie ograniczeń, w związkach także. Doświadczanie relacji, w całkowitej ze mną zgodności nie ma żadnych ograniczeń. Ostatnio koleżanka powiedziała, że jest w związku o nazwie „seks bez zobowiązań”. Całkowicie szczerzy ludzie nie muszą się wiązać wcale, bo życie jest zbyt zmienne, zbyt dynamiczne. Pada mi kolejne przekonanie, że miłość wiąże do końca życia. Poczucie bezpieczeństwa mam w sobie, nie muszę go brać z tego, że ktoś obiecał być przy mnie. Dbam o siebie sama, nikogo o to nie muszę prosić. Ktoś powie do czasu. Jasne. Ale patrząc na zmuszone do życia ze sobą związki bliższych i dalszych znajomych potwierdza się we mnie przypuszczenie, że ja nie urodziłam się, żeby żyć w takiej „Jedności”. Lubię się przemieszczać w głowie, w relacjach, w przestrzeni. I mam do tego prawo, jak każdy. A to, że nie wszyscy sobie to prawo dają? Cóż, to co mi służy nie wszystkim musi służyć. Właśnie się zorientowałam, że moimi wpisami narażam się na ostracyzm. Trudno. Nie dogodzi się wszystkim. Niech każdy się ze sobą zmaga i kształtuje swoją rzeczywistość. Ja nikomu nie przeszkadzam, ani tym co myślę, ani tym, co piszę, ani tym jak żyję.

Uwielbiam słońce, więc jeszcze marzy mi się plaża. Jadę na Kanary we wrześniu, to się poopalam, poleżę, pokontempluję moje ciało. Ono lubi się nagrzać prawie do temperatury ścinania białka. Błoga nieświadomość mnie wtedy ogarnia, jakbym się wyłączała i ładowała baterię słoneczną, oświecana przez swoją gwiazdę dzienną. Ależ mam szczęścia w tym roku. Czy kiedyś nie miałam? Miałam, tylko go nie brałam, przekonana, że przyjdzie taki czas, że będę mogła. No więc przyszedł właśnie. I biorę. Garściami. A dziś pewnie popracuję, a potem potańczę. Albo nie potańczę, tylko obejrzę film o Drakuli Forda Coppoli. Mój najlepszy obraz o miłości ever. On diabeł wcielony, ona naiwna i czysta. No klasyk. Muzyka Kilara, bez niej ten film by nie istniał. W Rzeszowie jest jego ulica, bo stamtąd pochodził. I tak to się wszystko ze wszystkim łączy. Przekonania z tym co dostajemy, poczucie zaufania z tym na co sobie pozwalamy, zasługiwanie z miłością do siebie. Kropka. Czas na zasłużoną kawę dla przyjemności.

O mojej książce

Ktoś mnie ostatnio pytał, jak mi idzie pisanie książki. Powiedziałam, że pisanie jej to jakby chodzenie po rozrzażonych węglach. To trudne i pełne odwagi przedsięwzięcie, na skalę mojej bezsilności. Mam przebłyski, potem flauta, życie wdziera się drzwiami i oknem. Potem stwierdzam, że lepiej będzie żyć niż pisać. I wreszcie znów wraca podmuch w którym niesie mnie gdzieś nieprzerwanie myślami i usiłuję to złapać, wyzyskać do ostatniej kropli. Jest w tym i oczekiwanie na zrozumienie i na ulgę, która przychodzi kiedy znów się zamyka kanał połączenia i czuję się zmęczona i jednocześnie poukładana od nowa. I tak właśnie jest. To nie ma znaczenia, że to może być gniot i nikt tego nie przeczyta. To długotrwały stan oczyszczania i wglądu w siebie na poziomie niemal komórkowym. Jakbym zmieniała swoje DNA. Jakbym na nowo się rodziła. Tylko temu jest poświęcona ta książka. Taką ma rolę nic jej nie więzi, żadna ludzka ambicja. Jak mnie teraz. Jakbym patrzyła jej głęboko w oczy i mówiła do siebie. Jakbym się na nowo zobaczyła, ta wewnętrzna ja przyglądająca się tej zewnętrznej w całkowitej szczerości na jaką stać tylko głęboko kochające serce.

O męskich uczuciach inaczej

Istnieje błędne przekonanie, że mężczyźni czują inaczej. Nieprawda, czują to samo co kobiety, ale nie uzewnętrzniają tego, czując bardziej do wewnątrz. Kobiety czują na zewnątrz. Stąd z kolei błędne przekonanie mężczyzn, że kobiety to histeryczki, bo uczucie się z nich wylewa. Dlatego też tak trudno nam się dogadać między płciami. Ponieważ jednak mamy, każdy z nas ma, w sobie oba pierwiastki i kobiecy, i męski, więc komunikacja jest możliwa. I dotarcie do męskich uczuć też. One są, ale jak spytasz faceta, co mu jest, bo widzisz, że coś mu leży na sercu, to nie powie zwykle nic. Tak już jest i nie jest to bezwzględność męskiej duszy, a nieoswojenie jej z tym, kto pyta. Mężczyznę można oswoić ze sobą poprzez umiejętne włączanie swojego męskiego pierwiastka. Dlatego jak kto chce z samcem się dogadać, powinien na początku być trochę jak facet i rozumieć proste komunikaty. Jak mówi, że nie dojedzie na spotkanie, to nie dojedzie i tyle. Nie ma co wymyślać dramatycznych scenariuszy, że pewnie się z kimś spotyka, co jest typowo żeńską cechą kreatywnego skądinąd myślenia. Jak mu się nie powie, jak ma się zachowywać, czego się chce, albo nie, to bierze co chce, boś nie mówiła. Dlatego tak ważne jest normalne, stanowcze „nie”, kiedy trzeba i stanowcze „tak”, kiedy się czegoś chce. Tylko nieliczni faceci mają dość empatii, żeby czytać pośrednie komunikaty, stąd ryzyko niezrozumienia i fochy, że nie odczytał, albo się zagapił. Nic podobnego, nie artykułowałysmy kodem jego języka. Fakt, niektórzy tak przywykli do wygodnego zdania, że kobieta sama nie wie czego chce, że naginają granice nawet przy stanowczym „nie”. Tu już trzeba użyć argumentu porządkowego, na przykład męskiego sierpowego. Z mojego doświadczenia wynika, że faceci szybko się uczą kobiecego języka, jak im się chce, ale żeby im się chciało muszą mieć motywację i zrozumienie podstawowych zasad składni i łebskiego odbiorcę po drugiej stronie. Kobieta może trochę się postarać ograniczać swoje kreatywne reakcje i biorąc, jako narzędzie swoją intuicję i empatię, nauczyć się najpierw faceta sama. Co nam szkodzi poznać „wroga” zanim on nas pozna?
Niedawno gawędziłam w knajpie z przyjacielem i ten mi powiedział, a facet jest bardzo świadomy siebie i dojrzały, że za dobrze znam mężczyzn, za łatwo ich rozumiem. To nie problem dla mnie, ani dla nich, bo tego przeciw nim nie wykorzystuję. Moja graniczna szczerość w kontaktach jest dla nich jak balsam, bo niestety każdy spotyka kobiety, co rozłożą faceta, jak puzzle i potem trzęsą konstrukcją według swoich interesów i zasad. Mnie to nie interesuje. Mam wielu przyjaciół mężczyzn, z jakimi blisko rozmawiam na wszystkie tematy, z zachowaniem pełnej dyskrecji i obustronnym zaufaniem, bo facet niczego tak nie potrzebuje w kontakcie z kobietą, jak odkryć się przed nią swoją miękką częścią w ufności, że ona go zrozumie i, uwaga, zaakceptuje w pełni jego część i kobiecą i męską.
Jest wiele różnic między nami. Szczerość w kontaktach, zrozumienie, empatia, ale też wyznaczanie granic to klucz do przyjaźni, relacji, do miłości. Dlatego prawdziwe partnerstwo damsko-męskie opiera się na szczerości, zaufaniu i wolności. Nikt złapany w klatkę śpiewał nam nie będzie.
Przed chwilą mój mały facet, syn, wsiadł do autobusu, jakim wracam do domu i przy swoich wyrośniętych kolegach powiedział przyjaźnie:”Część mum!” Tak się do mnie zwraca. Odpowiadam:”Cześć Bartek.” Z nim też rozmawiam, jak z facetem, bo na takiego rośnie. Szczerze, poważnie, serdecznie. Lubię moje kontakty z facetami, bo mężczyźni są dla kobiet, jak podesłani z innej planety, a jednak nasi. I dlatego są tacy ciekawi i tak nas do nich ciągnie.

No to się wylało …

Zaczęłam pisać, tfu, tfu przez lewe ramię, książkę. Co z tym będzie? Nie wiem. Nie dałam rady nie pisać i takie mam alibi w razie czego, jak mnie kto spyta. Może piszę do kosza, do szuflady, nie do bloga na pewno. Za dużo tam szczegółów z mojego życia, jakie jeszcze nie zostały oswojone, ale będą. Czuję, że będą.
Jedno wrażenie, ta książka się ze mnie wylewa, jak nieustający potok. Wstrzymywałam ją zbyt długo, znaczy się, bo piszę jadąc autobusem, myślę o niej myjąc zęby i jedząc, robiąc podsumowanie symulacji, zasypiając, robiąc przelew. Jakby mnie przepełniła i teraz mam potop. Leje się, leje, słowa, słowa, wspomnienia, sytuacje. Powiedziałam koledze w pracy, a on na to:
– Teraz się trzeba będzie przy tobie zachowywać, bo jak nie to nas obsmarujesz w książce.
Żart, ale ja nie piszę brukowych historyjek. Piszę o sobie i o tym, co zdarza się jak się wywracasz i wstajesz z mojego czysto osobistego punktu widzenia. Konfrontuję się ze sobą na bieżąco w głowie, to czemu tego nie opisać? Nie podpowiedzieć komuś co się może wyłożył plackiem i nie umie się rozeznać, którą nogą planował wstać. Bo planował zapewne, a tu nie wyszło. Ja leżę ostatnio parę razy na dobę, ale jakoś się czołgam do pracy, do domu, na tangu tańczę z rwącym bólem klatki piersiowej, albo pieczeniem w gardle. Ale ja, typ siłaczki, jak mogę nie wstać? Wiem, jestem tego świadoma, że ta książka to także rodzaj ucieczki, ale też muszę, czuję, że muszę uporządkować to, co wiem o mojej przeszłości w świetle tego, co teraz widzę. I tyle. Tak chcę i tak robię. Nie brak mi czasu na to, jakoś tak jest, że jak czegoś naprawdę chcemy to się zdarza i mamy na to czas. Tu konferencja się zbliża, współpraca z Princeton aż kipi od obowiązków, projekt mi wisi, dzieci, dom, wybory, rozstania, spotkania, przyjaciele, sen. Mam na to wszystko czas, jak tego chcę. Więc jeśli twierdzisz, że chciałbyś coś zrobić, ale nie masz czegoś, żeby to zrealizować, środków czasu itp., to zastanów się co cię blokuje przed wzięciem tego. Może opinia, że za dużo chcesz i nie chcesz źle wypaść przed znajomymi? A może masz przekonanie, że ci się nie należy?
Ja miałam przekonanie, że jeszcze nie pora zaczynać, że za mało wiem i potrafię, że może jestem nieciekawa i nikt nie będzie chciał tego czytać. Te wszystkie rzeczy zweryfikują się same. W swoim czasie. Teraz zaczęłam, bez spinki. Może w ogóle to rzucę za dwa dni, albo za tydzień. Nie mam deadline’ów, nic mnie nie goni oprócz tych słów co się same pojawiają i nie dają spokojnie mi żyć. Dziś się waham czy pójść na tango, czy wrócić i pisać. Nic na siłę, spontanicznie zdecyduję. W swoim czasie, w chwili, w jakiej się zatrzymam na wyborze. Nic mnie przed tą sytuacją nie blokuje. A jak to będzie gniot, to wyrzucę. Czujecie jakie to lekkie i wolne? Można robić, albo nie robić i żyć z każdą możliwością. Nagle mogę jednocześnie pisać na blogu, kończyć tabelę wyników, kierować organizacją konferencji, przyjmować zagranicznego gościa, sprawdzać przelew córce, wypić kawę i pogadać, odpocząć od myśli i co jeszcze, co jeszcze? A jest dopiero 11.
Brak ograniczeń jaki czuję jest ulotny. Może mnie zaraz dopadną, a może im się wyślizgnę. Mogę sobie romantycznie pomyśleć o jakiejś ostatniej sytuacji z mężczyzną, mogę rozliczyć wyjazd zagraniczny i podpisać faktury. A tak byłam zblokowana wczoraj, że tylko miałam siłę dojść do pracy. I z tej gigantycznej niemocy i akceptacji, że nic nie mogę, z przeżycia całej wewnętrznej wściekłości, coś przeskoczyło we mnie naturalnie, bez pomocy, bez treningu pod dyktando metod rozwojowych, medytacja, joga, określenie celów, mapa marzeń, planów. W cholerę jasną, ile można się tresować tym wszystkim? Biedne zwierzątka mają lepiej.
Zdałam sobie sprawę, że mnie zawsze odrzucało od wszelkich dróg rozwoju osobistego. Aż się wzdragam, że miałabym wejść w jakąś koleinę czyichś metod. Chyba jestem zbyt indywidualna, odstrzelona na orbitę, żeby się naginać. Myślę, że każdy jest, ale nie każdy sobie pozwala. Przystosowujemy się do norm, do reguł, nawet je narzucamy innym. „No, jak on mógł coś takiego powiedzieć?” oburzamy się kiedy ktoś je przekracza. Napisałam ostatnio świński wierszyk. Ale tak świński, że odważyłam się go pokazać tylko dwóm moim koleżankom i jednemu facetowi. Koleżanka napisała, że mój geniusz literacki próbuje się przebić, a druga, że świetny i że wychodzę nim ze strefy komfortu. Jakiej strefy, spytałam siebie? Strefy komfortu grzecznych dziewczynek. Ułożonych, wykształconych, które wiedzą, umieją się zachować, nie plują, nie rzucają kamieniami, nie dają po pysku. Zdałam sobie sprawę, że ja, nawet jeśli nie mam ochoty nikomu teraz dołożyć, to czemu odbieram sobie prawo do tego, kiedy zajdzie taka potrzeba? Przecież może zajść. Nie chodzi o to, żeby się awanturować, podkreślam, ale żeby wyzbyć się ograniczenia, że nie wypada, że duma, godność nie pozwala, że trzeba być miłym, dostojnym, jak statua wolności. O nie, daleko mi do statuły. Czasem mam ochotę rzucić mięsem i mam świetnego kolegę do tego, rąbiemy mięso w rozważaniach fizycznych. Fizycy są pod tym względem świetni. Kląć i pisać równania, czemu nie. Język jakiego używamy nie piecze od słów na „k”, ale zdarza nam się pieprznąć jakiś parametr, albo wypierniczyć kappę, bo zawadza. Chrzań ten wynik, nie przystaje do innych, znaczy się nie zgadza. Nie czuję, że nasz język nas zubaża, wręcz przeciwnie, czuję, że się doskonale porozumiewamy. Nadajemy na tych samych falach. A te wszystkie „ą” i „ę” mi się nudzą.
Wracając do wierszyka, przeczytały go też moje córy. Jedna zrobiła oczy jak talerze, a druga podsumowała: „Ale przecież tak jest! Ja tam o siebie dbam, bo się depiluję.” I tyle jeśli chodzi o autorytet, o powagę i majestat. Syn zajrzał mi przez ramię i z wypiekami przeczytał. A niech ma. Gorsze rzeczy może spotkać w internecie niż słowo „ruchanie” napisane do rymu przez własną mamę. Żaden ze mnie Tuwim, co krytyków swoich zachęcał, żeby go „w dupę całowali”, ale miałam z tym wierszem więcej niż jedno zderzenie wewnętrznych przekonań i tabu językowego. Więc może właśnie tak jest, że jak się pozbywam granic zyskuję dystans do samej siebie i wtedy w ogóle mogę wybrać czy chcę kląć czy nie, bo jak ktoś nie daje sobie do czegoś prawa, to nie wybiera tylko jest skazany na dyplomatyczne wyrażanie się. To żaden wybór. Podobnie z gburami. Jak ktoś może być niemiły a wybiera bycie miłym to robi to świadomie i jego bycie miłym jest cenne, w przeciwieństwie do ludzi, co zawsze są mili, bo ich tak nauczono, wytresowano, ograniczono. Stąd wolę chyba gburów, co zabłysną delikatnością i sympatią do rozmówcy, niż wyuczonych dyplomatów ze sztuczną miną. Coś mi się porobiło w tej autentyczności, że chyba już nie będę taka miła dla innych i taka dobra dla ogółu. I chwała tym, co mnie na to naprowadzili.

O mojej sile

Ostatnio wiele się u mnie dzieje, więc trudno mi znaleźć czas na pisanie. Dom, rodzina, praca, znajomi. Wszystko się zmienia. Zauważyłam, że przetrwały tylko autentyczne relacje i autentyczna ja, w tym zawirowaniu, w jakim jestem. Chciałam napisać o sile, jaką nagle w sobie odkryłam, ale w międzyczasie wielokrotnie potknęłam się, albo raczej zawiesiłam, na bezsilności, bezradności i braku poczucia jakiejkolwiek wartości wewnętrznej. Pomyślałam, że może nie jestem dość silna, żeby jednak pisać o sile, że nic o niej nie wiem?

Dziś, po długim weekendzie, obfitującym w wiele wypadków, zmian i moich obserwacji, zrozumiałam, że moja siła tkwi w akceptacji tego, że czasem mam prawo być zwyczajnie bezsilna. To stan przejściowy, jak wszystko w życiu. Zmienia się z chwili na chwilę, nie warto dlatego uciekać od uczuć jakie przychodzą, nie warto dawać im się spiętrzać. Prawdziwą siłą dla mnie jest widzenie spraw takich, jakimi naprawdę są i przyjmowanie ich z dobrodziejstwem inwentarza. Ktoś odchodzi, ktoś wraca, nowa praca, nowy dom. Wszystko to jest przez chwilę zmianą, potem przywykamy i staje się fundamentem, czymś rozpoznawalnym dla nas.

Strach przed nowym jest naturalny. Czasem nasze życiowe doświadczenia ostrzegają przed zmianami. A zmiany to codzienność i nie tylko w tak trywialnym sensie jak pogoda, ale w takim jak reagujemy na ten zmienny świat, jak robimy sobie w nim przestrzeń, do czego dążymy, czego pragniemy. Każdego dnia wygląda to nieco odmiennie i to jest naturalne, bo każdego dnia jesteśmy odrobinę, albo całkiem poważnie, inni. Zatrzymanie się w czasie na przeszłości, która boli, która wiąże nas, jest również naturalne. Niektóre procesy wymagają czasu, wypalanie się złości, żalu, nostalgii. Na to wszystko potrzebna jest akceptacja przemijania. Akceptacja ulotności naszego życia i naszego kontaktu z tym, co się w nim zdarza.

Nauczyłam się nie zamykać na doświadczenia. Ostatnie lata mocno dały mi w kość, ale zrobiłam się od tego nie twardsza, ale mądrzejsza i bardziej doceniłam siebie, pokochałam się nawet w rejonie cech, jakie uznawane są za nie najlepsze, takie jak nierozsądne lokowanie uczuć (jakby rozsądek miał coś wspólnego z miłością), jak swoboda w wyrażaniu siebie (jakby sztywne przestrzeganie manier czemuś służyło), jak dziecięca ciekawość świata (jakby dorosłość była taka fajna), jak płynięcie z życiem, a nie pod prąd (jakby wysiłek w walce z tokiem zdarzeń był czymś innym niż startą czasu, mylnie zwaną bohaterskim męczeństwem za sprawę). Jest tego więcej, ale tyle na razie wystarczy. Do tego, żeby wyrażać się właśnie tak, jak się czuję, musiałam iść przez ciernie iluzji mojej przebogatej wyobraźni. Iluzje straszące mnie, że jak coś powiem, zrobię, nie tak, to pożałuję. I okazało się w małym podsumowaniu, że raczej żałuję, że nie zrobiłam czegoś niż, że zrobiłam to, czego naprawdę chciałam, nawet jeśli potem w konsekwencji tego, co wybrałam, wchodziłam w miejsca i sytuacje, jakich nie znałam, potykałam się i myliłam. W końcu prawda się odkrywała w pełnej krasie i widziałam ją, a ona jest najsilniejszym fundamentem rzeczywistości, warto do niej dążyć. Prawda o mnie, o świecie wokół, o ludziach, których czasem widziałam lepiej, niż oni sami siebie widzą, bo miałam perspektywę swoich wielu bardzo trudnych doświadczeń, które mi poszerzały spojrzenie o milę.

W ostatnim roku nawiązałam wiele prawdziwych, głębokich przyjaźni, one też dają siłę. Ludzie jacy mnie otaczają są wspaniali, wielowymiarowi i odważni. Jestem dumna, że mogę z nimi coś przeżywać, że mogę się do nich zwrócić ze swoimi sprawami. Czuję, jak ta przyjazna przestrzeń kojąco na mnie wpływa i czuję, że ją współtworzę ze świadomością, że nikt absolutnie nie jest idealny, ale każdy jest unikalny. To jedna z najsilniejszych prawd, jaka mi się odkryła. Nauczyłam się też, że na ludzi nie powinno się wpływać, manipulować nimi, nawet w sytuacji, kiedy wydaje nam się, że im pomagamy. Oni pomoc wybiorą sami, jeśli są na nią otwarci. To również siła powstrzymać się przed działaniem, przed ratowaniem kogoś na siłę. Ta siła to mądrość. Odkryłam, że nie muszę być nadmiernie silna ale, że mogę się z niemocy położyć i leżeć, czasem minutę, godzinę. A czasem trwa to tylko sekundę, ale warto ją zauważyć, by być bardziej świadomym siebie.

Kiedy jestem w sile, przychodzą do mnie doświadczenia małe i wielkie. Czasem bardzo dojmujące, zmieniające mnie na zawsze, a czasem trochę porządkujące moje widzenie siebie. Odkryłam, że moja siła to również szczerość z samą sobą. Kiedy jestem szczera, zawsze jestem silna, nawet swoją niemocą. Kiedy jestem szczera potrafię spojrzeć na problemy nieszablonowo i odkryć rozwiązanie, jakiego bym nie zauważyła zakłamując rzeczywistość.
Moja obecna siła to autentyczność, a kiedy się na nią nie zdobywam, akceptacja tego, że jeszcze nie jestem dość silna w zaaprobowaniu wszystkich swoich cech, szlifów osobowości. Pewnego dnia części mnie, na razie odsunięte, znów znajdą we mnie miejsce. I to wydaje mi się prawdziwie piękne, przyjmowanie siebie takiej, jaką się w danej chwili jest, z całym dobrodziejstwem, z powrotem, na miejsce. Jakbym układała puzzle idealnie pasujące, ale rozproszone z cierpliwością do wciąż zmieniającego się obrazu.

Wiem, że to co piszę może być nieczytelne dla tych, co szukają dróg na skróty, chcą szybkiego efektu, ale każda droga wymaga czasu. Moja idzie bardzo bujną w doświadczenia krainą. Aż czasem śmieję się w duchu, że nie wiem, bo autentycznie nie wiem, co czeka mnie za rogiem, za drzewem, za mostem. Ale mam dość ciekawości życia, żeby iść i najpierw spojrzeć, spróbować, potem tam dotrzeć, a czasem rzucić się nawet w niepewną otchłań w celu dotarcia do jakiegoś doświadczenia. Ale to oczywiście jest mój wybór. Nikomu nie zalecam się przełamywać do szaleńczego tempa, bo niekiedy wystarczy potruchtać, nie biec, a efekty i tak przychodzą. Po prostu taka jestem, że nie wystarcza mi wolne tempo, więc przyspieszam, bo czuję się wtedy zdrowo, dynamicznie i prawdziwie.

Moja siła, czyli mądrość, pozwala mi zaakceptować każdą pozorną porażkę, bo wszystkie one są tylko lekcjami życia. Zaakceptować odejścia i przyjścia, elastycznie przystosowuje mnie do bycia. I otwiera mnie na to, że sobie poradzę, będąc tylko i aż sobą w tym, co nieodgadnięte, nieznane, a co nazywamy przyszłością.