O zmroku

 

Gdy niebo cięższe jest od ziemi
Chociaż to ziemia smutki nosi
Gdy jest nieczułe na modlitwy
Łzy samotności deszczem rosi

Zamykam oczy, by nie widzieć
Jak światło ginie pod sklepieniem
I jak umiera we mnie przeszłość
I jak zabiera mi nadzieję.

We mgle schowana własnych złudzeń
Dotknęłam stopą prawdy wreszcie
I na nic serca kołatania
Słowa, gdy martwe śpi powietrze

Na nic kolory, kiedy ciemność
Rozcina prostym cięciem nicość
I na nic rozpacz, bo tej pustki
Nie da się zgłębić tajemnicą.

Zostanę tutaj nim noc minie
Ona nie będzie ze mną wiecznie
Zasadzę ogród swoich wspomnień
Niech one zwrócą mi powietrze

Jak kwiaty żywe przeszłym blaskiem
Proch ich rozpadu wzbudzi żyzność
W łagodnym świcie, w rytmie serca
Wstanie z popiołów moja przyszłość.

20 maja 2019

Podróż do Princeton

Siedzę na lotnisku oczekując na odlot do Nowego Jorku. Lecimy na naukową wizytę do uniwersytetu w Princeton, trzeciej najlepszej uczelni na świecie. Odlot się opóźnia. Samolot, który nas zabierze przyleciał późno ze Stanów i musimy poczekać aż go sprawdzą. Słucham George’a Michaela i nic mi więcej nie potrzeba. W końcu nie sprawdzę za obsługę samolotu, nie rozciągnę czasu, żeby pomieścił nasze opóźnienie, wypiłam kawę z automatu, zjadłam kanapkę z kurczakiem w stylu american lunch i czekam pisząc. Córka przedwczoraj zdała maturę, wiem to, i ona też wie. Do przedmiotu dodatkowego, jakiego wcale nie miała w szkole, nauczyła się na korkach sama i napisała go świetnie. Jestem z niej dumna, ale nie o tym chciałam napisać. Często nie widzimy faktów, a opinie. Kiedy mówię Mojej Córce, że sama zawdzięcza sobie osiągnięcia, wyniki, bo pracuje na nie wytrwale widzę, jak czasem trudno jej przyjąć, że jest wyjątkowo dobrze zorganizowana i konsekwentna. Nie widzi siebie na faktach. Wyssała to z mlekiem matki, można powiedzieć, bo mi również trudno jest przyznać, że coś mi się wyjątkowo dobrze udaje. Jak ten wyjazd, który jest wielką nobilitacją, a zawdzięczam go wytrwałej, konsekwentnej i twórczej pracy naukowej ostatnich kilku lat. Taki jest fakt, nie opinia. Fakt. Jadę do człowieka, który jak portal doskonałości naukowej przepuszcza przez swoje laboratorium wszystkich ważnych naukowców z mojej dziedziny. Publikuję z nim prace w świetnych czasopismach i się lubimy. Dzięki mnie ja i inni naukowcy polecieli lub polecą do niego i zetkną się z nauką na najwyższym światowym poziomie na uniwersytecie, gdzie tworzył legendarny Einstein i matematyk Nash, znany z filmu „Piękny umysł”. Dzięki projektowi, który wygrałam w konkursie, mam możliwość rozszerzać horyzonty swoje, a również bliskich i dalekich mi ludzi nauki, zaszczepiać zainteresowanie nowymi technologiami i ciekawością nowych aplikacji w medycynie, biologii, mikrotechnologii. Takie są fakty, nie opinie.

Mamy ten problem, szczególnie w Polsce, gdzie ludzie nie chcą się wyróżniać i chwalić, żeby ich zawiść ludzka nie kąsała, że się ukrywamy z sukcesami, z tym co nam wychodzi dobrze, albo świetnie. Ja też skromie się zawsze wycofuję, kiedy ktoś mówi, że sobie radzę w pracy, czy w życiu w ogóle. To mylące i nieprawdziwe, kiedy bardziej krytycznie na siebie patrzymy niż inni. Nie warto, bo potem dochodzi do absurdu, że ludzie chełpią się czymś nieistotnym co wynika wyłącznie z próżności i rosną w pióra, a my już siebie pomniejszyliśmy mówiąc, że to co robimy i jak robimy, jest takie zwyczajne. Warto mieć w pobliżu takich ludzi, którzy trzymając się faktów właśnie, potrafią pokazać nam, gdzie zaszliśmy, jeśli sami tego nie widzimy. Tacy ludzie wspierają nas, konfrontując z rzeczywistością. Najmocniej jednak wspiera nas nasze własne przekonanie, co potrafię, kiedy widzę siebie faktycznie, nie w oparach pochwał, albo krytyki. Staram się nie przykładać zbyt wielkiej wagi do opinii, jeśli nie ma ona poparcia w faktach. Jak zmierzyć bowiem, że ktoś jest dobrym naukowcem, kierowcą, księgową, nauczycielem czy pielęgniarką? Powiem wam, że wcale nie jest to proste. Układanie ankiet, punktacje, zarobki itd. oddają tylko część prawdy. A jak dodatkowo zmierzyć talenty? Czy Picasso był lepszy od Van Gogha? Nie da się porównać, nie ma też poziomów w innych sferach zawodowych. Wbrew pozorom, każdy z nas się realizuje na tak wielu polach, że ocena czy ktoś jest dobry, lepszy, czy gorszy po prostu moim zdaniem nie jest możliwa. I nie pomoże tu ilość wystrzałowych fotek z ciekawych miejsc na Facebookach, Instagramach w wystudiowanych pozach, nie pomoże ostry silnik w samochodzie, tytuł przed nazwiskiem, apartament w centrum, albo basen w ogrodzie i konto pękające od sześciocyfrowych liczb.

Nie ma moim zdaniem żadnej adekwatnej miary do pokazania czy człowiek realizuje w spełnieniu swoje plany, innej niż fakty kształtujące jego zdanie o sobie. Jak kobieta rodzi dziecko i odkłada plany zawodowe, a potem na siłę zakłada firmę, bo czuje się zepchnięta do szuflady nieróbstwa domowego i popada w obłęd robienia biznesu robiąc sobie krzywdę, to o jej postawie decydują nie fakty a opinie. Człowiek może realizować się wspaniale mieszkając w Bieszczadach daleko od szlaków i robiąc sobie na ogniu posiłek, jak i w wielkich korporacjach zapięty pod szyję sztywną konwencją. Liczą się fakty, a najbardziej to, co sam delikwent naprawdę myśli o swojej aktywności życiowej. Ja na moim podwórku wiem, że rodzina, praca, przyjaciele, tango, ale też drobne czynności jak robienie na drutach, czytanie w fotelu książek i kopanie w miniogrodzie, a czasem podróżowanie dalekozasięgowe i zgłębianie swojej świadomości są równie ważne i, w każdym z tych obszarów robię to, co lubię, co mi leży najwygodniej. Bo ważne jest dla mnie, czy w tym, co robię, na każdym polu, jestem ze sobą szczera, spełniona, czy się w tym, co robię kocham, czy dla odmiany tresuję do wizerunku bohatera. Dlatego jak mi ktoś wygłosi opinię, że lepsze są wakacje na Cyprze niż sadzenie kamelii japońskich przy domu, to powiem – zależy w jakiej chwili. Jak mam ochotę na kamelie, to Cypr mnie nie odciągnie od ogrodu. Wiem zwyczajnie co jest dla mnie w tym momencie właściwe, jest mi przyjemne, co mnie karmi wewnętrznie. A może Cypr nie będzie wcale, nigdy? Może, nie będę się czuła gorzej, jeśli tam nie dopłynę, bo leżenie w fotelu latem i patrzenie na kwitnące w ogrodzie kwiaty jest cudownie relaksujące dla mojej duszy i to wyczerpuje moją potrzebę piękna. Albo granie na bębnach jest dla moich znajomych ważniejsze niż latanie do Ameryki, wolą Afrykę, gdzie jest bębnów kolebka. A nawet jakby była w Pcimiu pod Starą Wsią na podkarpaciu, to wybieraliby to miejsce, a nie kurorty z błyszczącymi jachtami w porcie albo drapaczami chmur na horyzoncie. To jest wybór świadomy, realizujący to czego się pragnie najbardziej.

Zdobywanie kolejnych sprawności w życiu nie kończy się nigdy, ale ważne, aby to były nasze sprawności, nie czyjeś, nie narzucone opinie, a nasze marzenia. Nie ważne jak dalekie od popularnych w społeczeństwie stereotypów. Ja te stereotypy uwielbiam łamać, ale z wyrozumiałością patrzę, jak się ludzie silą na ciekawe życie, widać tego im potrzeba. Tylko czy zastanawiają się, po co? Czy są ze sobą szczerzy?
Właśnie ruszyło wchodzenie na pokład. Córka zamówiła mi Ubera na lotnisko i wycałowała przed podróżą. Napisała mi potem w smsie: ”Już za Tobą tęsknię.” Ja też tęsknię za dziećmi i będę tęsknić, a wracać będę z radością bo, jak mówią starzy Żydzi, to czego należy sobie życzyć to „wielu szczęśliwych powrotów”. Powrotów do dzieci, przyjaciół, ogrodu, fotela i tanga.

O miłości i religii

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo – lat prawie 6)

W tym roku nie obchodzę właściwie Świąt Wielkanocnych. Tak się złożyło w moim przypadku, ale też wybrałam nieudawanie, że się w tym odnajduję. Trzy lata temu wystąpiłam z kościoła katolickiego, złożyłam podanie, mam pieczątkę, że przyjęto, ale decyzji, że kościół odnotował moje odejście nie otrzymałam nigdy. Może powinnam pójść do kurii i tam poprosić, jak w każdym innym urzędzie, zapłacić za rozpatrzenie prośby, za znaczek skarbowy, albo zgodnie z modłą kościoła wyklęczeć, i wtedy dostałabym to, o co proszę, potwierdzenie łaskawej zgody na odejście. Można również powiedzieć, po co mi to w ogóle? Było mi to wewnętrznie bardzo potrzebne, aby nie istnieć na liście osób przynależących, jeśli nie przynależę ani duchowo, ani fizycznie, ani rozumem, ani sercem. Księdzu w parafii powiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie jestem antyklerykalna a aklerykalna i areligijna w ogóle. Nie interesuje mnie żaden związek wyznaniowy, nie czuję przynależności choć rozumiem, że ludzie chcą gdzieś należeć, bo takie mają potrzeby i to jest zupełnie zrozumiały mechanizm. Wolimy czuć się częścią czegoś niż odizolowani, sami.

Prawdziwych chrześcijan poznałam wielu i nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do ich wiary i postawy. Wiary nie da się zmierzyć, pojąć umysłem, nauczyć na wieloletnim kursie w szkole, czego dowodem są zlaicyzowane pokolenia pookrągłostołowe. Jakoś nikt tego nie chce zauważyć, ale też podważyć nie umie. Wiara albo jest albo nie, nie siedzi w rozumie a w sercu. Zerojedynkowo, nikt jej nie wpoi w połowie. W domu można tylko wytresować do obrzędu, ale jeśli jednostka nie ma wiary, zwyczajnie się dostosowuje. Ja się wystosowałam, bo nie mogłam udawać. Tak mam. To, że mnie traktowano jako katoliczkę było dla mnie jak kamień w bucie. Zostawiłam ten kamień na podjeździe w parafii i teraz, jak to mówi moja znajoma, cudowna chrześcijanka prosto z serca, grzech jest już po stronie tych, co zaniedbali rozpatrzenie do końca mojej sprawy.

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo)

Nie znoszę kłamstwa, obłudy, fałszywych ludzi, którzy wycierają sobie usta Bogiem i wiarą, a nienawidzą tak mocno, że zaślepieni w nietolerancji atakują innych. Taki niestety widzę i dzisiejszy kościół katolicki i inne kościoły, mojżeszowy, proroka Mahometa. To, że Boga chce się ująć w zasady odpowiedniego ubrania w świątyni, w jedzenie czy niejedzenie potraw, klękanie, modlitwy i rytuały, okraszone doskonałą sposobnością na biznes kwitnący z wyrzutów sumienia jednostek, to jeszcze nie jest tak przygnębiające, jak fanatyzm nawracania wszystkich na swoją modłę i wykluczania tych, co się nie podporządkowali. Jestem poza nawiasem takich postaw i działań, formalnie, bo się wypisałam i mentalnie, bo mi to nie odpowiada, żeby innym narzucać, jak mają żyć.

Jest we mnie paradoksalnie wiele z wartości chrześcijaństwa: współczucie, miłość i prawda. Prawda mnie wyzwala, miłość mnie prowadzi, ze współczuciem widzę otaczający mnie świat i ludzi. Ludzi słabych, silnych, poukładanych i zagubionych, wolących proste zasady wpojone, zapożyczone, rzadko własne, rzadko przemyślane i uczciwie przyjęte w zgodzie ze sobą, raczej dla wygody. Takich ludzi łatwo prowadzić nawet nad przepaść absurdu, zagłady, nienawiści, nietolerancji.

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo)

Jako ludzie mamy wolną wolę, dar od Boga każdej religii i niezależnie gdzie, i z kim przebywamy możemy albo się wywyższyć przynależnością do swojego religijnego stada, albo otworzyć na różnorodność w szacunku do innych. Dopóki ci inni nie zmuszają nas do przestrzegania swoich zasad, możemy się nimi nie martwić, możemy im dać żyć jak chcą, jak wybrali.

Może to moja własna utopia, ale wiem, że kiedyś będziemy po prostu ludźmi, nie kato, ewango, islamo, greko, pastafarianami, ale ludźmi. Wierzę w mojej osobistej religii, że kiedyś wszystkie podziały weźmie jakiś uniwersalny Szatan i z miłością je spali w kominku przy fajce dla ogrzania kopyt. Tego Wam wszystkim życzę z głębi serca niepokornego apostaty, z okazji pięknego, sięgającego czasów pogańskich święta odrodzenia, przemiany i przezwyciężenia śmierci i niemocy – Świąt Wielkanocnych.

O miłości do bezsilności

Nepal 2018 [Fot. K.T.]
Ostatnio doświadczam blokady. Blokady na pisanie. Oczywiście ten wpis może się wydawać dowodem wręcz przeciwnej tezy, ale tak, jak z piosenką Ciechowskiego: „Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy”, albo „Teksańskim” Hey, jest to próba zracjonalizowania mojego oporu i niemocy. Mam tak wiele tematów w głowie, że nie wiem od czego zacząć, i to też jest problem, nie nad tym jednak chcę się zogniskować, a na poczuciu bezsilności wobec różnych życiowych chwil, sytuacji, ludzi i okoliczności, jakie napotykamy, gdy zwyczajnie idziemy w czasie przez świat. Bezsilność wywołuje w nas panikę, bo świat wydaje się, wymaga od nas, aby sobie radzić, zawsze znaleźć rozwiązanie i wiedzieć czego się chce. Inaczej patrzymy na siebie jak na fujary życiowe, nieudaczników. I tak naprawdę nie bezsilność nas przeraża, a opinia, że możemy zostać uznani za mazgaja, co się do niej przyznał. Ja właśnie nie wiem co zrobić i stoję w tym po kolana, jak w irlandzkim mule bagiennym. Już próbowałam się miotać wydostając nogi, już udawałam, że mułu nie ma, już sobie tłumaczyłam, że nie ja jedna, już płakałam z wściekłości, już obwiniłam kogo trzeba, już się rozliczyłam z przeszłości, co mnie tu, w ten muł zawiodła i …nic. Wszystkie techniki pozytywnego myślenia, joga, medytacja, kompilacja analityczna faktów, i moja mądrość życiowa nie działają. Stoję jak stałam. Nie mogę się ruszyć, a świat porusza się, nie zwalnia i mam wrażenie, że tracę czas, energię, okazję, że jestem fujara, bo choć się staram, nic … stoję jak stałam.

Wiele razy w życiu stawałam tak zafiksowana, i jak tylko się orientowałam, że to bezsilność szłam w działanie wychodzenia niemal z ciała, żeby tylko się nie przyznać, że nic nie mogę zrobić. Bo to takie słabe, nie móc nic. Kto się przyzna do słabości? Nikt. A ja właśnie, w tej chwili, bo to ważne, że to punkt w czasie, może odcinek, w tej chwili jestem bezsilna i tyle. Nie mogę nic. Sklecić zdania do wyrażenia sensownie myśli, słów co czasem płyną wodospadem, a teraz ledwie ciekną mi przez palce i czuję brak sił do dodania im ostrogi, żeby stały się mocne, wartkie, błyszczały czystością rozważań. Nie umiem i stoję w moim mule. Daję sobie czas, gubię się i odnajduję, walczę ze sobą, z bezsilnością i rezygnuję. Aż w końcu przychodzi taki moment, że świadomość zagania mnie do narożnika i wiem, że teraz nawet, gdybym się szarpała, nie mogę nic. Stoję wypełniona strachem, jak sparaliżowana i przeżywam bezsilność. Nie mogę, ponieść czyjegoś życia, nie mogę skupić się na pracy, nie mogę wybrać za kogoś dobrze, nie mogę uśmiechnąć się do syna, nie mogę zasnąć, nie mogę oderwać się od zmartwień, nie mogę wrócić i naprawić sytuacji, nie mogę wybiec w przyszłość i przygotować, nie mogę znaleźć, nie mogę wydusić z siebie odpowiedniego słowa, nie mogę przewidzieć zdarzeń, nie mogę kogoś kochać a kogoś nie kochać, nie mogę umrzeć, nie mogę wybrać, nie mogę się pożegnać, przywitać, zrozumieć, zapiąć guzika, sprzątnąć podłogi, napisać wzoru w latexu, nie mogę odpocząć. Nie mogę w tej chwili przeczytać. Nie pomaga na to delicja i kawa, nie pomaga spacer, nie pomaga rozmowa z przyjacielem, córką, nie pomaga film wieczorem, koncert, niebo. Nie pomoże, bo inaczej zagłuszę bezsilność, a ona jest autentycznym uczuciem we mnie. Nie mogę nic zrobić, zatrzymuje mnie w czasie, w chwili, kiedy ją czuję i jedynym sposobem na nią, jest akceptacja, że ma prawo wypełnić mnie sobą na chwilę. Nie mogę spowodować, żeby wgnieciona blacha samochodowa wygięła się teraz z powrotem, żeby wysypana sól nie była wysypana, żeby słowo cofnęło się po wypowiedzeniu do ust. Nie da się! Czasem po prostu nie da się …
Z bezsilnością kontaktuję się regularnie i zauważyłam, że kiedy daję jej w sobie miejsce, na wyrażenie tego czego dotyczy, kiedy patrzę na myśli, jakie mnie do niej prowadzą, oswajam tę niemoc i staje się łagodniejsza za każdym razem. Na drugim biegunie bezsilności jest siła. Często boimy się być silni. Zauważyłam, że kiedy nie pozwalamy sobie na siłę, bezsilność zjawia się jako wskazówka. Mówi do nas: „Jeśli czasem nie użyjesz swojej siły, będzie tak jak teraz. Co wolisz?” Wolę być w sile, niż w niemocy. Dlatego usiadłam i napisałam cokolwiek, nie po to, żeby przełamać opór, żeby się zmierzyć, ale żeby napisać, że akceptuję to, że mogę być bezsilna wobec różnych rzeczy. Wobec ludzi, wobec uczuć. Mogę być bezsilna, bo zaakceptowana bezsilność odchodzi i wraca siła do niesienia świata, drobnych spraw i tych istotnych. Można jej, tej bardzo niekochanej bezsilności powiedzieć: „Też jesteś pożądana. Masz u mnie dom, kiedy mam stan z jakim się mierzę.” I wtedy ona mówi: „Ok. Jestem i w ciebie wierzę.” Każdy nasz aspekt, bezsilność również, nas wspiera. Trzeba odkryć jak, indywidualnie. Kiedy czuję się bezsilna teraz, w tym momencie, zatrzymuję się, bo ona wskazuje, że może poszłam gdzie nie trzeba, że dążę do czegoś, co nie jest dla mnie, a może zbyt mocne mam intencje wobec czegoś, na co nie jestem gotowa. Kiedy będę, przyjdzie samo w sile i nie będę się czuła, jak zaprzężona w wóz pełen kamieni. Może trzeba coś przygotować, a może jest zupełnie inna droga, jaką trzeba pójść, by to samo zrobić. Akceptacja zatrzymania w bezsilności daje nam impuls do rozejrzenia się w sobie. Jak tego nie zrobię, będę brnęła w coś przy oporze całego mojego wszechświata. Dlatego to zbawienne, że czasem nie mogę, że staję w mule bezsilności i rozglądam się nie w panice, a z uwagą, co robię źle, co mnie drąży, wysysa mi energię i dobre samopoczucie. Przytulam te miejsca mocniej, zauważając ich istnienie, nie pędzę zaraz naprawiać siebie, ale widzę, że zamiast pójść na masaż pojechałam na obiad rodzinny, albo umyłam samochód zamiast pospać dłużej w weekend. Bezsilność jest hamulcowym dla naszego rozpędzonego ego, co nas gna przez świat i jeśli się jej poddamy czasem na chwilę, na moment, najpierw tylko zauważymy, że przyszła, może nie zgubimy jej przesłania, że ona nas w gruncie rzeczy kocha, że odsłania nam prawdziwą strukturę świata, jakiej nie możemy dostrzec rozpędzeni w działaniu do prędkości światła, pochłonięci robieniem tego, co uważamy za słuszne.

„- Zatrzymaj się! – powiedziała Moja Bezsilność.
– Dokąd idziesz taka skoncentrowana na celu?
– Do siebie.
– Czyżby? – spytała.
– Nie widzisz, że już tam byłaś wcześniej, kiedyś, że nie wzięłaś szalika i zmarzłaś?
– Tam jest ciepło, lecę!
– Weź mnie ze sobą, sprawdzę ci pogodę, kiedy będziesz leciała przed siebie.
– Dobrze, wsiadaj. Tylko mnie nie zwalniaj.
– Oczywiście, czasem ci tylko powiem, że jestem, kiedy zobaczę zmarznięte dłonie.
– Dłonie są nieważne, ważna jest głowa i moje myśli.
– Więc ty dbaj o głowę, a ja zadbam o dłonie. W końcu pochodzę z twojego serca, ono wie, że każda część twojego ciała jest ważna. Ono mnie wysłało, kiedy wystrzeliłaś w te swoje marzenia.
– Marzenia są ważne. Po co żyć bez marzeń?
– Tak, zawiąż sznurówkę, bo się potkniesz, albo zgubisz but między mgławicami i go nie odnajdziesz.
– Bez buta też się da marzyć.
– O tak, ale na balu w marzeniach lepiej ci się będzie tańczyć w butach, niż bez nich.
– Kochana jesteś, że o tym pomyślałaś.
– Leć już, tylko mnie nie przeganiaj, kiedy się odzywam.
– Nie obrażaj się, wiesz, że jestem popędliwa.
– Dlatego tu jestem, kochanie. Żebyś żyła najlepiej jak potrafisz. Zadbamy o to razem.”

O miłości do wybierania

Dokonujemy wyborów przez całe życie w trybie dyskretnym i ciągłym. Nikt i nic nie uchroni nas przed wyborami. Nawet brak wyboru jest wyborem, więc z dwojga złego lepiej samemu wybrać, kiedy ma się jakąkolwiek intencję w sytuacji i oczekiwania na jej rozwiązanie. Niekiedy nie możemy się zdecydować, wybór nas przytłacza. Paradoksalnie dla kogoś z boku ten wybór może być prosty, ale dla nas to impas na trzy spusty, czy wsiąść do tej łódki i odpłynąć, czy jeszcze zostać na lądzie.

Walczyłam ze sobą na wielu polach przy wyborach. Kiedy patrzę w przeszłość widzę, że często sytuacje na jakie byłam już przygotowana przychodziły jako gotowe rozwiązania, ale nie wybierałam ich, bo sądziłam, że życie nie może być proste, również w wyborach. Projekty, praca, sytuacje osobiste. Wolałam wycofać się na z góry ustalone pozycje i czekać. W ten sposób minęło mnie wiele przygód, na które się nie odważyłam. Nie miałam na nie siły, albo zaufania do świata, że mnie poprowadzi właściwie, że nie zginę. Oczywiście niewiele mi groziło, jak wiem z perspektywy czasu, ale strach miewa wielkie oczy i dopiero, jak pokochałam strach w sobie i pozwoliłam się sobie bać, zrobiło się miejsce na coś więcej i na nowe wybory również.

Wszyscy dookoła mówią mi, że nie należy żałować przeszłości co minęła. Ja się zgadzam z niezaprzeczalnym faktem, że minęła, ale żal trzeba wyrazić, jeśli przychodzi, bo jeśli go tłumimy akonto radości, ulgi, żal niewyrażony piętrzeje, spina nas i w końcu wraca z siłą, z jaką go wyparliśmy. Dlatego wolę żałować na bieżąco, po trochu. Czasem zajmuje to chwilę mojej jazdy samochodem i potem mogę już śpiewać z Celin Dion albo nucić do muzyki z „Piratów z Karaibów”. Nie chojraczę tym, że nie mam żalu do różnych sytuacji, czyli tak naprawdę do siebie, że stało się coś co mnie zraniło, coś co zniknęło, szansa, pragnienie czy miłość. Niektórzy uznają to za stratę czasu tak zanurzać się w emocje związane z przeszłością, ale nie da się zaprzeczyć, że one są. Są obecne w nas i jeśli mają ujście, zostaną wyrażone, odejdą i te miłe, i te niemiłe również. Wtedy zrobi się miejsce na nową rzeczywistość, na nowe wrażenia, uczucia. Do naszego wnętrza będzie się mogło dostać to, co może zginęłoby w środowisku emocji z przeszłości, zmarniałoby obok tęsknoty za plażą latem w 69-tym, starą miłością z liceum, wstydem z potknięcia przy szefie. Wszystko co przeżywamy zostawia emocjonalne ślady nie tylko w takich, jak ja wrażliwcach, w każdym.

Kiedy emocje płyną bez zakłóceń, kiedy robimy im przestrzeń, uwalniają nas od złudzeń, że ta plaża to jedyne co się liczyło i ta miłość, i to potknięcie. Uwalniają nas od siebie zaklętych w chwilach, myślach, o ile zdecydujemy się czuć, pozwalamy na te trudne stany, w których pozostajemy trochę bezbronni, bezradni, miotani czy to radością czy to smutkiem, tkliwością czy poczuciem zagrożenia. Moje Ja wewnętrzne nauczyło mnie, że najskuteczniej się zmieniam, kiedy pozwalam na emocję za emocją. Nie zatrzymuję ich analizując, nie tnę na plastry rozumem, ale czuję. To bolesne, żal za tym co się straciło, czego się nie podjęliśmy, ale to też twórcze. Zauważyłam, że ludzie mają szeroką tolerancję na wyrażanie emocji. Może ja przebywam ostatnio w takim gronie ludzi, dla których człowiek to stworzenie, które żyje i wyraża się niepowtarzalnym, specyficznym dla siebie kodem. Ten kod to słowa, mimika, gesty, postawa ciała, śmiech i inne dźwięki, czyli pełna ekspresja. Wyrażanie się też wybieramy na bieżąco. Powiedzieć czy nie powiedzieć, stać czy usiąść, patrzyć w oczy czy w podłogę, wziąć w ramiona, czy odejść. Nie wspomnę już o tym, co jeść, czy o tym, czy jechać autobusem czy samochodem, odwieczne problemy Warszawiaka z Białołęki.

Właśnie wpadł do mnie mój kolega z projektu i bardzo w temacie będzie musiał dokonać wyboru, jak wydać pieniądze przeznaczone na jego współpracownika w słonecznej Italii. Takie wybory są w miarę proste, bo pieniądze są na koncie, a opcji wydawania, nawet w naukowej skali, jest wiele, konferencja, wypłata, refundacja podróży, materiały do laboratorium, kolorowe obrazki w swojej publikacji, takie tam ekscesy. To się robi głową, podliczasz i wiesz.
Trudniejsze są wybory, jakie robimy sercem. Tu się nie da zmierzyć, porównać, przewidzieć. Wiele osób z jakimi rozmawiałam, wybiera, jak się okazuje z czasem, trochę tchórzliwie. Znajomy powiedział mi, że wybrał żonę spokojną, bo poprzednie kobiety przyprawiały go o zawrót głowy. Zbyt dużo było w nim sprzecznych emocji, czuł zbyt wiele trudnych uczuć. Małżeństwo nie przetrwało, ale są bardzo dobrą parą na odległość, bo łączy ich rodzicielstwo. Czasem trzeba mieć odwagę przetrwać, pozwolić się wypalić temu co nas boli przy człowieku, do którego ciągnie nas sercem. Zwykle odpalają się nam wtedy głębokie rany i tylko od tego, czy odważnie pozwolimy na ich rozpuszczenie, zależy czy będzie lepiej. A czasem po takiej pożodze nie zostaje nic i wtedy wiemy, też boleśnie, ale inaczej, że warto było przetrwać, żeby dotrzeć do prawdy o sobie. Tylko trzeba wybrać nie to, co zabezpiecza przed nieprzyjemnościami, co będzie komfortową wersją naszego życia, łatwą z jakichś względów. Racjonalny umysł nas do tego popycha wykazując milion powodów nie pójścia trudną drogą, ale kiedy serce prowadzi ścieżka układa się pod nogami, może wyboista, stroma, ale ona nas zabiera tam, gdzie nauczymy się najwięcej. Z serca i do serca. I kiedy przychodzi pora, umysł nie zatrzyma nas nawet, jak widzimy przepaść na chwilę przed zrobieniem kroku. Wyborami takimi nie powinniśmy się obarczać zanadto nawet wtedy, gdy nas poprowadziły najczarniejszą doliną cierpienia. Każdy wybór nas umacnia, uczy. Po to przyszliśmy, po naukę, z możliwością wyboru, nawet to czy się uczyć, czy nie, wybieramy.

Każdy powinien wybierać sam. Wpływanie na cudze wybory, to także wybór, ale to sprytna manipulacja. We wszystkich swoich relacjach staram się zachowywać z szacunkiem do wolności osobistej innych ludzi. Nie mówię im co wybrać, nie naciskam, nie wywołuję poczucia winy i, jak im się noga poślizgnie i wylądują w kałuży, nie piętnuję. Odpowiedzialność za swoje życie, za wybory, to trudna materia do pokazania. Ludzie mają tendencję do obarczania swoimi wyborami innych, żeby w razie czego zwalić na kogoś winę. Nie chcą, nie dążą do uznania konsekwencji swoich wyborów. W większości szukają powodów na zewnątrz, że nie podołali czemuś, coś im umknęło. Nie na wszystko mamy wpływ, ale w tym cała sztuka, żeby tę granicę swojego wpływu na rzeczywistość znaleźć. I wziąć odpowiedzialność za tę część. Jeśli ktoś jest ze sobą na uczciwej stopie, to widzi gdzie go własne wybory doprowadziły. Łatwiej na to spojrzeć kiedy się nie myśli o winie a odpowiedzialności. Wina wiąże ręce, z winy chcemy uciec. Odpowiedzialność to konsekwencja, zobaczenie co, i jak zaszło, i akceptacja tego stanu. Wtedy przychodzi czas na nowy wybór, pogłębiony nauką z obserwacji. Człowiek winiący siebie nie podejmuje wyborów racjonalnie, pragnąc się od tej winy uwolnić. Dlatego często wikła się jeszcze bardziej. Człowiek odpowiedzialny, bierze swoją część odpowiedzialności i wybiera świadomie, jak z nią iść.

Uczę się oddawać odpowiedzialność ludziom. Przez lata próbowałam udźwignąć świat za innych. Teraz wkładam kawałek po kawałku każdemu z moich bliskich odpowiedzialność na barki. Robię to z miłości i cierpliwie, nie żeby dołożyć, ale żeby uwolnić od siebie, od zależności. Idzie różnie, bo czasem tak przywykamy do tego, że ktoś za nas niesie, że nie dostrzegamy możliwości poniesienia sami i tego, że niesienie swojego życia na swoich barkach jest fascynującym doświadczeniem. Wybór to szczęście jakie, gdy je mamy, trzeba wycisnąć i za bardzo się nie wahać, nie obarczać efektem motyla, że moja decyzja strąci samolot na Malcie, albo popchnie kogoś w niewłaściwym kierunku. Gdy zrozumiemy, że inni ludzie, w tym dzieci również, podejmują swoje wybory, nie będziemy się tak obarczać ich samopoczuciem, niewłaściwym wg nas postępowaniem. Mówić co sądzimy trzeba, ale nie wymuszać, nie szantażować, aby ktoś na nasze polecenie dokonał wyboru, który z jakichś powodów nas zadowala. Ja swoje dzieci kocham jak dokonują wszelkich wyborów, ułatwiających i utrudniających życie. Miłość to akceptacja i wychowywanie do podejmowania decyzji na swój koszt, na własny rachunek. Od czasu jak moi bliscy sami jeżdżą autobusem, mój wpływ ogranicza się do tego na ile oni sami wpuszczą moje zdanie do ich świata, na ile się zechcą z nim skonfrontować. Jakakolwiek presja, kończy się oporem i winą zrzucaną na radzącego i zwolnieniem się z odpowiedzialności. Dlatego mówię, albo milczę i to działa lepiej niż tresura do usilnego wsadzenia człowieka na właściwą drogę. Tak wybrałam na podstawie moich doświadczeń. I konsekwencje takiej zmiany w wychowaniu moich dzieci i kontaktach z ludźmi już dostaję. Bywają różne, ale wiem, że kiedy podejmowałam decyzję, kierowałam się najszczerszą intencją zrobienia wszystkiego dobrze. To mnie nie uwalnia od konsekwencji, bo one i tak przyjdą, ale od winy zaniedbania, tchórzostwa i mataczenia. Wybrałam szczerość ze sobą i w relacjach z ludźmi. Jak nie lubię kogoś, to go omijam, jak lubię to pogadam. Jak mnie drażni to potrafię się odgryźć, a jak chce ze mnie ssać to odłączam definitywnie. Przy takim sposobie działania ludzie się szybko organizują, na tych co chcą i nie chcą ze mną przestawać, a ja oddycham z ulgą. Wybory stają się proste kiedy jesteśmy zorientowani o co nam chodzi we wszystkich sytuacjach, ale to raczej rzadkie. Jak nie wiem, to idę tam, gdzie mnie przyciąga najmocniej z ryzykiem, że się sparzę. Nie pierwszy raz. Ryzyko podjęcia niewłaściwego wyboru, to kolejna iluzja z jaką się zmagamy w życiu. „Gdybym wybrała tego a tego pana, to byłabym taka szczęśliwa” albo, „Gdybym sprzedał ten samochód rok temu to bym kupił nowy”. Pewnych rzeczy po prostu nie da się przewidzieć. Każdy wybór uczy, tylko czego innego i wiedząc o tym staram się odrabiać te lekcje, których jeszcze nie miałam. A z tych co miałam zapisuję mandale w sercu. Mandala za mandalą, wybór za wyborem, kolejne unieważniają poprzednie, przenikają przez siebie i kształtują mnie na co dzień. Każdego dnia jestem inna i inaczej wybieram, dlatego nie wiążę się tak ściśle z wyborami, ani koncepcjami swoich wyborów. W końcu jakoś przetrwałam do dzisiejszego deszczowego dnia całkiem zdrowa, poobijana, ale wciąż ciekawa tego, co jest za zasłoną nocy, gdzie kolejny dzień szykuje już dla mnie nowe wyzwania, emocje, obrazy, interakcje i … wybory.

Ps. Dziękuję za zdjęcie Autorowi, którego zdjęcia są tak piękne, że wywołują ciarki na moim ciele 🙂

Z miłością na Dzień Kobiet

Dziś Dzień Kobiet. Międzynarodowy. Kobiety całego świata zwracają oczy w kierunku innych kobiet. W kierunku świata kobiet i ich roli w tym świecie. Jest wiele dyskusji, wiele akcji, wiele inicjatyw. Kobiety w domu, w demokracji, w pracy, w biznesie, w szkole, w parlamencie i w połogu. Wszędzie kobiety, połowa populacji globalnej, ale nie w każdym społeczeństwie. W Chinach, Indiach, gdzie dziewczynki w ostatnich dekadach nie były mile widziane, jest ich dramatycznie mało. Mężczyźni dostają tam autentycznego bzika z powodu niedostępności żeńskiej przeciwwagi. Rząd Chin namawia na gry komputerowe młodych mężczyzn, którzy nie mogą znaleźć partnerki, mafie kradną dziewczynki na żony, a w Indiach nastąpiła eskalacja przemocy seksualnej.
W spokojnej względnie Europie kobiety chcą walczyć o wyrównanie szans na rynku pracy, równowagę w opiece nad dziećmi i respektowanie nietykalności osobistej, o tolerancję dla ich inności od mężczyzn. Patriarchat zrobił już swoje i odpływa w zapomnienie na dobre. Pogorzelisko, jakie zostawił, leczyć będziemy pokoleniami. Mężczyźni paradoksalnie nie zyskali na nim specjalnie wiele. Wymagania jakie stawia spuścizna patriarchatu są nieszczęściem dla wielu panów, którzy świadomie chcieliby robić coś innego, być kimś innym niż macho, dorobkiewicz, szczur korporacyjny, co z lekceważeniem mówi o swojej kobiecie, popijając drinki w towarzystwie innych facetów pretendujących do bycia alfa-samcami. Z prawdziwą męskością niewiele to ma wspólnego. Świadome kobiety prawdziwą męskość rozpoznają w masie fałszywych atrap. I tak, jak prawdziwa kobiecość, ma ona wiele barw, wiele temperamentów. Mężczyzna szachowy, spokojny, zrównoważony, cichy. Mężczyzna tramp, wędrujący, wesoły, poszukujący. Mężczyzna muszkieter (pewien mój kolega wybitnie) opanowany, bystry, błyskotliwy. Mężczyzna skała, zawsze gotowy do wsparcia, mężczyzna tancerz tanga, namiętny, stabilny, wrażliwy, potrafiący kobietą i jej energią wyczarować prawdziwe piękno. Mężczyzna artysta twórczy, kreatywny,  mężczyzna bohater, poświęcający się dla innych. Ale na bok stereotypy vel archetypy. Wielu ich widziałam i widzę na co dzień. Ważne jest to, że męska energia w świadomych siebie mężczyznach jest zrównoważona energią kobiecą. Kobiecą empatią, subtelnością, wdziękiem. To nie jest niemęskie, kiedy mężczyzna potrafi mówić o emocjach, nie pozuje na twardziela, kpiarza. Pewnemu koledze powiedziałam, kiedy się przy mnie rozpłakał, że łzy mężczyzny są dla kobiety piękne. Prawda dziewczyny? Prawda. Wiele sytuacji trudnych, stresowych, można by łatwo rozładować stwierdzeniem: „To mnie boli”, zamiast atakiem w stylu: „Spadaj!” Ale do tego, żeby przyznać się do emocji potrzebna jest odwaga, a odwaga to – męstwo, czyli to co męskie. Warto się nad tym zatrzymać chwilę i poczuć, że paradoksalnie to, co w naszym społeczeństwie jest uznawane za męskie, siła fizyczna, buta, pozorny blichtr, pogarda dla słabości, to niedojrzałe postawy rodem z neolitu, kiedy łowca o takich cechach mógł się przydać do zabicia mamuta i inaczej swego plemienia, wspólnoty nie wspierał. Za rozwój społeczeństw zaś odpowiadali osobnicy przekraczający bariery umysłu, świadomości społecznej, mający dalekosiężne idee, plany, strategie, którzy pojmowali więcej niż, jak dopaść zwierzę, albo przeciwnika co wlazł na zajęty teren.

Nie jestem feministką, bo skutecznie obrzydzono to pojęcie, ale z wieloma ideami równości płci się zgadzam. Wiem jednak, że na zmianę optyki do zobaczenia tego, że kobiety mogą robić pewne rzeczy i nie powinno im się tego zabraniać, potrzeba lat. Trzeba wychowania nowych pokoleń mężczyzn i kobiet, którzy nie niosą np. społecznych uwarunkowań zależności żon od mężów, czy akceptowania przemocy w rodzinie. Dlatego moich chłopców i dziewczyny wychowuję w jednakowym poczuciu ich wartości jako ludzi, nie stosuję kodów ani religijnych, ani nawet kulturowych. A w każdym razie się staram. Wiem, że każdy z nas ma jakieś naleciałości w stylu – chłopak może wchodzić na drzewa, dziewczynkom nie wypada. Ja mam tego mało może dlatego, że jak byłam mała, łaziłam po drzewach jak małpa i niczego się nie bałam. Zauważam jednak inność moich dzieci pod względem płci i preferencji. Czasem, jak widzę pewne zachowania chłopców, mówię: „Wy to jednak jesteście z Marsa”. A oni się śmieją, tak po męsku z dumą, że tę męskość zauważam. Prawdziwym testem tolerancji dla indywidualizmu moich dzieci jest dla mnie ostatnio to, że Syn chce sobie przekuć uszy, a Córkę podleczam altacetem po rozbijaniu desek dłonią na taekwondo. I tu się biedzę i tam się biedzę, bo wiem, że nasze społeczeństwo nie na wszystko jest gotowe.

Świadome kobiety rozpoznają prawidłowo role, jakich się podejmują, role matek, żon, pracownic, liderek, źródeł wsparcia, zaplecza, stabilności, zaradności, kreatywności. Widzą konsekwencje podejmowanych decyzji zupełnie jak mężczyźni, nawet jeśli podejmują je inaczej. Nie są strukturalnymi ofiarami społecznych przekonań, nie czekają na względy, widzą co jest możliwe i czują swoją wartość. Kobiety posiadające rodziny i bezdzietne, bizneswoman i straganiarki, które mijam na bazarze pod Banacha. W przeciwieństwie do mężczyzn, przeważnie przyjmują strategie długofalowe, nie ryzykują. Ewolucja pokazała im, że warto pomyśleć w dłuższej perspektywie niż jedna zima, albo wiosna, kiedy dzieci rosną przy piersi. Wszystko wskazuje na to, że kobiety średnio są lepiej wyedukowane od mężczyzn. Tam gdzie edukacja kobiet jest wartością społeczną, abstrahując od możliwości rozwoju na rynku pracy, kobiety rodzą mniej dzieci, a społeczeństwa się bogacą. Dotyczy to i krajów skandynawskich, i Arabii Saudyjskiej.  Wszędzie tam, gdzie z kobiet robi się trochę inteligentniejsze zwierzęta lub trofea z wianem, cywilizacja cofa się do średniowiecza. Tam rodzi się przemoc na wielu poziomach społecznych od rodziny, po klany, kasty, narody, rasy. Tam z nienawiści robi się prawo państwowe, niepisane albo religijne, tam króluje tabu i zakłamanie egzystencjalne. Tam kobiecość zeszła do podziemia, wypierana jako zło, wywołująca strach, zasłonięta, obarczona grzechem istnienia. Szanuję każdą kobietę, taką jaka jest, w swych religijnych, społecznych przekonaniach, jeśli jest ona w nich prawdziwa. Często się jednak zdarza, że kobieta jest niewolnikiem systemu w jakim żyje. Jestem pewna, że podnoszenie poziomu świadomości we wszelkich sferach  takich, jak oczekiwania ekonomiczne, relacyjne, prawne, edukacyjne, seksualne, pasje, ambicje, poczucie wolności wewnętrznej i społecznej powinny być polem do dyskusji między nami. W tym wypadku kobietami i mężczyznami, albo zwyczajnie ludźmi. I również wiem, że nie wszędzie jest to możliwe.

Kobiety, nie oszołomki, nie walczą o masowy powrót kobiet na traktory i aborcję zamiast antykoncepcji. Kobiety walczą o świadomość ich wkładu w rozwój społeczny, czego nadal im się odmawia, zalepiając im usta słodkimi słówkami: „Proszę iść poniańczyć dzieci. Niech się pani nie obraża, ale pani nie da rady.” Nie wykluczajmy, bo może kobieta jednak sobie poradzi, może pani wymyśliła podnośnik do tej rzeczy/sprawy. Długa jest lista kobiet, które podniosły poziom naszego życia i świadomości. Pierwsze lądowanie na Księżycu lotu Apollo 11 oprogramowała piękna dwudziestoparoletnia blondynka. Nie sugerujmy się za mocno ani płcią, ani pozorną słabością naszej płci, bo  powiem przewrotnie, dlaczego by drzemiącego w kobietach potencjału, Drodzy Panowie, nie wykorzystać? Nawet do własnych celów, za zgodą, w harmonii, w pięknej symbiozie, jak w tańcu żywiołów: woda i ogień, ziemia i powietrze.
Kiedy widzę tańczące pary, w szczególności w tangu, a w nich autonomiczność osób i zależność jednocześnie, myślę sobie, że na tym polegać będzie nowa era współpracy między kobiecością i męskością w świecie. O ile znajdziemy na to w sobie dość odwagi do wyjścia z nierozwojowej, ale oswojonej sytuacji pozornej dominacji racjonalnych, silnych mężczyzn nad nieracjonalnymi, słabymi kobietami. Kobiety są już gotowe okazać się sobą w świecie uregulowanym przez męskość, gotowe do zmian takich, które nie tylko w Dniu Kobiet połowę populacji świata zauważą jako wyjątkowe,  twórcze, indywidualne osobowości wnoszące zrozumienie, tolerancję, miłość i pokój. I za to właśnie chylę czoło i powiem, bez przesady: Chwała kobietom, dziewczynom i dziewczynkom za to, że przetrwały, za to, że idą swoimi drogami, w zgodzie z kobiecością, która się staje dzięki temu wspaniałą wartością w naszym chaotycznym  ponaprężanym niebezpiecznie konfliktami świecie! Odwagi dziewczyny, odwagi!

Ps.
Dziś dostałam tulipana, piękny wiersz Gałczyńskiego, czekoladę z żurawiną, życzenia z całusem i przytulasy. Od kilku mężczyzn, w tym od Syna. I tę dobrą energię wysyłam do Was wszystkich, Kobiet i Mężczyzn, którzy to czytacie.

O neurotyczności współczesnego świata

Współczesny świat dąży do zaplanowania. My dążymy. Tak boimy się zaskoczeń, chaosu, że planujemy, ograniczając potencjalne wystąpienie porażki, łykamy suplementy, a plany ograniczają dostęp wielu nieprzewidzianych zdarzeń i ich konsekwencji, niekoniecznie niewłaściwych. Neurotycznie staramy się zapanować nad pogodą, pracą, rodziną, życiem społecznym. Mamy ambicje i wyobrażenia, jak to wszystko co nas otacza powinno działać, na koniec mamy oczekiwania, żeby nasz obraz się wcielił i cała nasza energia idzie w realizację zaplanowanego oczekiwania.
Pokażę to na przykładzie dzieci. Z neurotycznością pragniemy, żeby im było lepiej niż nam, żeby uniknęły pułapek, w które, jak sądzimy wpadliśmy i chronimy, chorobliwie dbając i ograniczając dziecięcą fantazję do bycia sobą, a nie naszym wyobrażeniem w drodze do idealnej dla nich przyszłości. Moja córka ma talent plastyczny i jest bardzo bystra. Wymyśliłam sobie, że można to połączyć w dobrej pracy i skierowałam ją w kierunku architektury. Przez dwa lata chodziła na rysunek przygotowujący do egzaminu, ale kiedy przyszło do zdawania, powiedziała „Basta!”. I chwała jej za to, że się nie dała. Wybrała inny kierunek, swój własny. Powiedziała mi, że nie jest dla niej ważny status społeczny, kasa, ani moje poczucie spełnienia dobrze swojej roli, bo o wiele lepiej ją spełniam, kiedy córę wspomagam w realizacji jej własnych pasji. Odpuściłam, przebolałam i zobaczyłam w sobie, że tak bardzo się starałam w dobrych intencjach, ale własnych. Mam jednak dość pokory i zaufania do córy, żeby nie biadać, a dać jej przestrzeń na samodzielne działania. Są rodzice, którzy nie umieją przestać kontrolować dzieci. Od podstawówki i wkładania śniadania do plecaka, aż do dorosłości i wyboru życiowej drogi, partnera, kraju zamieszkania. W swojej neurotyczności trzymają sznurki życia dziecka żeby sobie udowodnić, że ich rola jest dobrze obsadzona i ważna, że tylko oni mogą dziecku dobrze tę drogę wyznaczyć. Każde dziecko zaś to indywidualność i kiedy rodzic je spłaszcza do własnych wyobrażeń, zubaża je i pozbawia własnego zdania, zaufania do siebie i do świata.
Neurotyczność otacza nas wszędzie. W pracy planowanie zadań, w domu zakupy, pranie, plany na miesiąc, rok, dekadę, plany emerytalne, wakacyjne, towarzyskie, kalendarze spuchnięte od wydarzeń i ciągłe napięcie związane z wypełnianiem tych punktów na mapie czasu. Bo jak coś się poślizgnie, obsunie w misternej pajęczynie zdarzeń, w dążeniu do celu, zapomni, nie daj boże, to poczucie winy sięga zenitu i znów gonimy, żeby dopaść do mety. Niektórzy w planowaniu biją innych na szyję i głowę, bo mają już zaplanowane całe życie swoje i swoich bliskich. I dążą, pocą się, złoszczą kiedy nie idzie jak miało być. Winią, karzą siebie i innych za niepowodzenia w spełnianiu się tego koncertu marzeń.
Patrzę na moje koty i myślę, że gdyby miały świadomość poznawczą i porównawczą, to by bez przerwy kręciły głowami z bezbrzeżnego zdumienia, po co i dlaczego my tak neurotycznie brniemy w schemat, żyjąc pod dyktando wypełniania kolejnych pól na schodkach życia. Czy brakuje nam wyobraźni, żeby pojąć, że dostaliśmy życie po to, by z niego czerpać, a nie biec z innymi szczurkami w wąskim kanale do ścieku, koniecznie na przedzie?
Zatrzymanie jest w naszym świecie niewyobrażalne, bo szkoła, szef, pensja, partner, uff … niewykonalne, a poza tym kiedy wszyscy biegną łapiąc po drodze co popadnie, stajemy się frajerami na końcu stawki i wmawiamy sobie, że dla nas już nic nie zostanie. Kiedy opadamy z sił, tracąc wiarę, rozglądamy się w poszukiwaniu pomocy i widzimy, że zatrzymali się tacy, co ich poraził piorun bezdomności, szaleństwa albo objawienia, że „Bóg jest miłością i nic więcej nie ma”. Oświeceni guru łapią nas wtedy za ręce i nogi proponując swoje usługi obdarzenia cudownymi mocami uzdrowienia, skaczą po scenie jak szamanka voodoo i przekonują, że wystarczy zapłacić za technikę oddychania, wypierania niepowodzeń, rozluźniania powięzi, śpiewu i wyrażania emocji, dzięki którym prędkość zbliżania się do celu się podwoi. Gotówką najlepiej, bo często nie chcą płacić podatków.
Kiedy się zatrzymałam mnie też dopadły różne wampiry. Potykałam się idąc kiedy wszyscy biegli, nogi tak były nieprzyzwyczajone do wolnego poruszania. Byłam natomiast na tyle czujna, że się nie wywaliłam, a w chwili największego załamania się położyłam i leżałam. W końcu wstałam i odkryłam, że życie idzie nie w jakimś uniwersalnym tempie, ale w moim, że jestem kreatorem, ale nie niewolnikiem swoich wyobrażeń, że nie pocę się do ról, ale się spełniam powoli, że nie mam oczekiwań, ani marzeń. Zamiast się neurotycznie zapracowywać podziękowałam tym, z którymi praca była nieefektywna. Otworzyłam się na innych, bez oczekiwań. I przyszli. Stojąc na poboczu autostrady samorozwoju zrozumiałam i odczułam, że ludziom da się sprzedać wszystko co przyniesie im chwilową ulgę w odpowiedzialności za ich własne wybory. Jak mąż cię zdradzał z kochanką w twoim łóżku, to jakaś zdolna terapeutka wytłumaczy ci za odpowiednią sumę w ustawieniach, że to konsekwencja miłości teścia do kobiety jaką kochał, ale inną poślubił, albo że to wibracyjna energia jakiej mąż nie był w stanie się oprzeć, albo karma, albo tarot pokaże, że mu chodziło o pieniądze itd, tylko uwierz, skoro zapłaciłaś. Najtrudniej ponieść prawdę, że mężczyzna, który tak zdradza zwyczajnie, przyziemnie i najprościej nie kocha cię naprawdę, a to, że od ciebie nie odszedł to znaczy, że cię potrzebuje, bo nie czuje się kompletny. Brzytwa Okhama bezlitośnie, ale precyzyjnie wyznacza granice prawdy i iluzji, jakie tworzymy wokół zdarzeń dla nas zbyt bolesnych, żeby je przyjąć na raz.
Neurotyczność w wielu aspektach życia pokazuje, że tak boimy się zatrzymać, że nie żyjemy w ogóle. Albo myślami jesteśmy w przeszłości, wciąż rozrywani podjętymi wyborami, albo usiłujemy sobie wykreować przyszłość. Chwila obecna, ta chwila, w jakiej piszę na klawiaturze, nam umyka, a tylko ona jest prawdziwa, tylko ona składa się punkcik do punkcika na naszą wieczność. Wszystko co minęło znika, co będzie – nie wiemy. Jedna z moich mądrych przyjaciółek powiedziała mi kiedyś:”Ludzie chodzą do jasnowidzów po to, żeby się nie bać wytworzonych we własnych głowach smoków”. Chcemy zapewnienia, że przyszłość będzie zgodna z naszymi oczekiwaniami. Wielokrotnie przekonałam się, że to co przyszło w zastępstwie moich marzeń, było o wiele cenniejsze, głębsze i choć dalekie od moich wyobrażeń, wnosiło w moje życie nową energię i mądrość. Kiedy fiksujemy się na planach, tracimy lekkość, elastyczność, zamykamy się na szansę otrzymania czegoś niewyobrażalnie innego.
Neurotyczność współczesności wyraża się również w dążeniu do doskonałości. Nie cenimy średnich rozwiązań, zachmurzonych dni, oczekujemy, że życie będzie przyjemne, łatwe albo, jak mówią warsztatowcy od rozwoju, że będzie wreszcie energia, sukces i spokój. (O sukcesie jeszcze kiedyś wspomnę. Słówko majstersztyk.) Życie nie po to jest, żeby w nim panował tylko oświecony spokój. Nie jesteście mniej oświeceni od mnicha buddyjskiego tylko dlatego, że on siedzi w medytacji całe dnie. Życie po to jest, by go doświadczać na wszystkich poziomach, rodzinnym, w relacjach, w pracy, w pasjach, w samotności i wśród ludzi. Nie żeby planować własny rozwój – w tym miesiącu rozwinę kobietę wewnętrzną i rozliczę się z rodzicami, popracuję nad pozycją drzewo w jodze, odbędę warsztaty z wystąpień publicznych i wejdę na K2 – nic w tym stylu. Podstawową prawdą, jaką współczesny świat nam zakłamuje neurotycznością strachliwego planowania, jest to, że życie nas prowadzi. To my się opieramy, uciekając przed życiem, przed uczuciami. Idziemy w komfort. Jak wszyscy lecą na skraj tej grani, to my też, w razie co – byliśmy w stadzie, więc nas nie ocenią z zewnątrz, a ci wszyscy co się zatrzymali i nie spadli, pewnie nie mieli dość bohaterskiej odwagi w samounicestwieniu.
Sądzę, że nasza neurotyczność w życiu, ciągłe planowanie, podsumowywanie przeszłości, analizowanie na rozum jak tu następnym razem uniknąć przeciwności, ma głębokie podłoże lękowe. Najwięcej planów i analiz przeprowadzają ludzie siebie niepewni, nie mający do siebie zaufania. Jakie mają lęki? Każdy może sobie sam odpowiedzieć. Mój lęk wynikał z negatywnego oceniania siebie. Braku własnej wartości. Moja neurotyczność doprowadziła do tego, że niosłam na plecach cały zaplanowany świat, wybory swoje, dzieci, bliskich dorosłych, bo sądziłam błędnie, że mam wpływ na zachowania otoczenia, że mogę tak zorganizować przestrzeń, że będę kontenta. Energia jaką wkładałam w każdy dzień, puściłaby z dymem w wybuchu kolejną Hiroszimę. Kiedy zwolniłam, wyszłam z koleiny, potykając się o różnych fałszywych ludzi, zobaczyłam jaką mam siłę. Teraz idę w poprzek, w zupełnie innym kierunku niż przez ostatnie lata. Praca ta sama, ale inna, dzieci te same, ale inna relacja, ja ta sama, i nie ta sama. Kiedy świadomie, bez zakłamania podchodzę do swoich uczuć, intencji, prawda pojawia się samoczynnie i ona prowadzi mnie do zrozumienia mojej rzeczywistości, nie do wygodnych projekcji. Nie ciągnie mnie więc do iluzji, np. takiej, że jak się napocę w życiu, to dostanę w prezencie spokój spełnienia. Spokoju doświadczam tyle ile trzeba, niepokoju również. A każdy niepokój, to wskazówka, gdzie jeszcze przeciekam, gdzie ucieka mi moja miłość własna.
Nie uciekam przed neurotycznością współczesnego świata, co zalecają wszelkiej maści oświecone trendy rozwojowe, w stylu:”Załóż sandałki i leć do Indii, tam się odprężysz i znajdziesz spokój wewnętrzny. Spróbuj techniki xyz – to jest czadowa zmiana, świat stawia na głowie”. Widzę neurotyczność, również w rozwoju osobistym, latanie na warsztaty, jogę, gongi, byleby się nie zatrzymać i nie spotkać ze sobą. Łatwiej się wyłączyć jakąś modną metodą. Neurotyczność widzę i jej doświadczam w kontaktach z ludźmi, w relacjach. Umiem też zobaczyć jak mnie czasem kopnie. Nie obrażam się na nią, jak na niesforne dziecko. Neurotyczność jest szansą. Kiedy się pojmie swoje intencje życia w neurotycznym świecie, neurotycznego podchodzenia do jego aspektów, przychodzi czas na wybór, zmianę, na refleksję i na odkrywanie samego siebie, a nie magiczne oczekiwanie oświecenia. Przychodzi głęboka konieczność nie brania udziału w owczym pędzie neurotyczności wynikającej z zakłamania wartości współczesnego świata. Przychodzi odpowiedzialność za przeszłość i zgoda na przeżywanie życia w każdej odsłonie, uniesień i bólu, niepokoju i wzruszeń. Odkrywa się, że nie ma dobrych i złych chwil, są chwile o mniejszym i większym wpływie na nas. W tej akceptacji jest i miłość uniwersalna, i moja własna, i stabilność, i niestabilność. Jest przepływ energii życiowej między biegunami przeciwnych emocji, racji. Jak ktoś dąży do bezpiecznego siedzenia w centrum komfortu bez uczuć, bez zmiany, w masce zdystansowanego do życia guru, kupionej na targu rozmaitości rynku rozwoju osobistego, i trzyma się tego rękami i nogami, nawet kiedy widzi, że to go zubaża, że życie omija go w swym bogactwie doświadczeń, może tak zostać w zgodzie ze sobą, ale niech rozważy czy nie lepiej kupić trumnę i się położyć. Zużyje mniej energii i grabarzowi da zarobić. Podobnie jak ten, co pędzi na oślep w wyścigu cywilizacyjnego stada.

O miłości w obecności

Jestem w dolinie między Gorcami a Pieninami i internet to dobro mocno ograniczone, ale chciałam opisać ciekawą historię, jaka nam się ostatnio przydarzyła. Niestety zostałam zblokowana przez dzieci, bo to o nich chciałam napisać. Ostatnio miałam z nimi starcie zasadniczej natury, że publikuję prawdziwe wydarzenia z ich życia bez ich zgody. W trakcie rozmowy usłyszałam między innymi:
– RODO, mama, RODO!
No to się poddaję. Autoryzacja mnie zatrzymuje. Szczególnie, że jak mówi moja córa, nawet jacyś jej koledzy czytają mojego bloga. Rany, chyba się nie przygotowałam na taki zasięg multipokoleniowy.

Napiszę więc neutralnie, bez szczegółów, że w obliczu ostatnich wydarzeń widzę, jak ważne jest czujne bycie, towarzyszenie temu, kto zmaga się ze swoją słabością. Jeśli kogoś kochamy, widzimy go w prawdzie i jeśli nam pozwala, bo to także jego wybór, możemy być przy nim, gdy podejmuje trudne zadania, walcząc z jakimiś swoimi strachami. Często patrzę na otaczających mnie ludzi i, ponieważ mam dużą dozę empatii, widzę jak zmagają się ze swoimi słabościami na różnych polach. Widzę to wszędzie, w pracy, w domu, w tramwaju, w sobie. Różne są podejścia do radzenia sobie z sytuacjami życiowymi. Jeśli problem wydaje się beznadziejny poddajemy się czując się bezsilni. Niekiedy próbujemy, złoszcząc się i przeżywając najtrudniejsze uczucia jak gniew, żal, rozpacz. Zauważyłam skuteczność pewnej metody, i od jakiegoś czasu ją stosuję, metodę obecności, bycia przy tym, kto się trudzi. Jestem takim trochę towarzyszem, trochę lustrem. Wyobraźmy sobie długą drogę pod górę w śniegu z deszczem, w ciemności, kiedy mijają nas samochody z wygodnie rozpostartymi personami, a my idziemy i nic nie możemy zmienić. Można się poddać, zawrócić, można czekać na coucha co nas będzie tresował mówiąc całą drogę:”Dawaj człowieku, dawaj! Widziałeś tego jednonogiego co cię minął? Myślisz, że jesteś gorszy? Udowodnij sobie i innym, że cię stać na zrobienie tego!” itd. w ten deseń.

Moja metoda jest inna. Polega na towarzyszeniu aktywną obecnością. Kiedy ktoś obok robi wysiłek, zmaga się ze swoją słabością, ja jestem. Przytomnie jestem. Jak się potyka ze złością mówię: „Możesz się złościć, albo iść pod górę i całą energię przeznaczyć na nogi.” Kiedy ma ochotę komuś za swój los przyłożyć, mówię: „Możesz to zrobić, ale wyobraź sobie konsekwencje tego, co się stanie i czy chcesz brać za to odpowiedzialność.” Kiedy potrzebuje przytulenia, przytulam. Nie oceniam, nie moralizuję. Nie zdejmuję z człowieka obowiązku jego zadania, biorąc je na swoje plecy, ale czuwam i wspieram jego siłę.

Historia, której tu nie opiszę, dotyczyła właśnie mojego towarzyszenia w trudzie komuś, kto czuł duży ciężar. Pokazała mi, jak łatwo się pomaga tylko umiejętnym byciem. Moja znajoma powiedziałaby: „Kiedy jesteś w czakrze serca i z tego poziomu patrzysz na ludzi, widzisz czego im naprawdę potrzeba. I dajesz im to bez trudu.” Dlatego mam generalnie dużą awersję do wszelkich trenerów osobistych, trenerów rozwoju i tym podobnych dawców produktów, coraz bardziej masowych. Oczywiście metoda jest tak dobra jak człowiek, który z niej korzysta, więc znając skutki kontaktu z osobami z tej branży można wnioskować co nam posłuży, a co nie. Każdy z nas jest jednak inny i to, co działa na wielu, na nas nie musi. Warto to rozważyć zanim się utknie u jakiegoś guru rozwoju osobistego. Znam pana, co od lat chodzi na ustawienia hellinger’owskie, a nadal ma problemy z traumami z dzieciństwa. Uparcie jednak nie zmienia metody, bo pani terapeuta mu schlebia, a tego pan nie chce się pozbywać w swoim narcyzmie. Dla pani terapeuty to żaden problem. Klient jest klient. Inny pan po kilku latach terapii zdał sobie sprawę, że nie rozwiązał żadnego swojego problemu, choć wszystkie omówił. Po krótkiej rozmowie ze mną doszedł do prawdy, że nie mógł zaufać terapeucie, nawet jeśli ten mówił rzeczy prawdziwe, bo terapeuta był tylko magistrem, a pan ma doktorat i podświadomie ignorował jego zdanie. Zadziwiające rzeczy widać kiedy patrzy się na ludzi z poziomu serca, nie rozumu.
Ludzie czytają książki dla inspiracji osobistego rozwoju, tresują się metodami, chodzą na kolejne warsztaty i kręcą się wokół własnych problemów generalnie dlatego, że nie chcą spojrzeć w swoje strachy, że odrzucają się w strachu, że jakaś metoda się sprawdzi i pozwoli im nie zajrzeć w strach a rozwiązać problem. Nie ma się co dziwić, kiedy wokół krzyczą, że odwaga się liczy, a strach to zło, więc wypierają, maskują, uciekają przed strachem wszyscy, żeby go przypadkiem nie okazać, nie poczuć.

A ze strachem jest jak z drapieżnikiem co zawsze może czyhać w krzakach. Denerwujesz się kiedy idziesz w gąszczu życia. Couche mówią o ich łamaniu, wychodzeniu naprzeciw, o narażaniu się, żeby je spotkać i ustrzelić. Zabijać strach. Dlatego w wyniku takiej bądź innej manipulacji nieśmiali są zmuszani do wyzbycia się wstydu, strachliwi do odwagi, słabi tresowani zadaniami ponad siły. Wstawaj o godzinę wcześniej i zrób to, czego nienawidzisz, wygnij się w jodze jak wąż kiedy czujesz się sztywny, skocz na bungee, jak ci cierpnie skóra na wysokości i .. złam strach. Wyśmiej go, wydrwij, dorób mu zajęcze uszy. Jak słucham tego couchowego bełkotu myślę, że niekiedy ludzie są tak złaknieni natychmiastowego rozwiązania swoich problemów, że z łatwością stają się marionetkami w umiejętnych rękach biznesmenów rozwoju osobistego, ale jak ktoś usiłuje zbolałej duszy wmówić, że ma kropnąć tego smoka, co go straszył latami, tu zaraz przy wszystkich, to się wycofuję chyłkiem z takiej oświeconej prelekcji z wielkim współczuciem dla audytorium. Jeszcze inni nawiedzeni znawcy zalewają wszystko miłością i powtarzają bez przerwy, że na świecie jest tylko boże dzieło, czyli wszelkie przejawy niegodziwości – to miłość – tylko niezrozumiała w naszym ludzkim ograniczeniu. Skóra cierpnie kiedy widzę jak facet powtarza, że molestowane dziecko nie może mieć żalu do rodzica, co je niszczył latami, bo ma obowiązek wybaczyć, bo to miłość, ale w innej postaci. Tacy chorzy ludzie też nauczają i mają zwolenników, a nawet wyznawców. Biznes rozwoju duchowego wchłania tyle chaosu, ile mamy obecnie w życiu i jego pomieszanie rośnie wraz z entropią otaczającego nas świata. Trzeba się rozeznać dobrze w sobie żeby nie utonąć w nonsensach.

Co do strachu, to najlepszym sposobem, jaki sama przetestowałam, jest oswojenie. Wyobraźcie sobie, że jakąś metodą zastrzelicie gada tak, jak couch wam kazał. Obedrzecie go ze skóry, zrobicie sobie ucztę itd. Następnym razem, jak wam podobny gad wyskoczy zza krzaka, zobaczy skórę na biodrach i trochę się stropi, ale nadal będzie groźny, i kolejny raz ubijecie go, może trochę sprawniej. I tak historia będzie się powtarzać, ale za każdym razem będzie wymagała zabicia kolejnego potwora, dopóki nie skontaktujecie się skutecznie ze swoim strachem.
Wyobraźmy sobie inną sytuacje. Idziecie sawanną życia. Z zarośli wynurza się lew. Nie macie broni w postaci techniki do zabijania lwa np. wyśmiania. Ale zanim lew skoczy na was, spoglądacie mu w oczy i mówicie:
– Wiem kim jesteś. Jesteś mną. Boję się ciebie, bo cię nie rozumiem, ale wiem, że jesteś silny. Akceptuję swój strach i ciebie w sobie. Wszystkie uczucia i sytuacje jakich jesteś symbolem.
Zrobiłam to kiedyś z wielkim strachem we mnie i po kilku podejściach, zadziałało. Od tej pory, zamiast skóry lwa na biodrach, mam oswojonego lwa przy nodze. Czasem mogę go użyć w obronie, ale to, co jest najbardziej istotne, że z jakichś powodów inne strachy widząc moje oswojone zwierzę, nie podchodzą, albo się z łatwością przyłączają w drodze. Idziemy tak stadem, ja i moje strachy. Myślę z wyrzutem o couchach co radzą pozabijać strachy w sobie. Wszystko czego się boimy w świecie jest nieuświadomioną częścią nas. Trzeba ją przyjąć i oswoić, rozpuścić jej nieznaną naturę i wchłonąć jej moc, nie zakopać w rowie, nie wyszydzić. To jest praktyczna metoda oswajania cienia. Świat pomaga nam w tym dojrzeć, ale tylko wtedy, kiedy nie poruszamy się unikając strachu, bo nie widzimy wtedy siebie. Strach obnaża naszą bezsilność, poczucie odrzucenia, samotność wobec problemów. Dlatego najlepszą metodą pomocy jest towarzyszenie w drodze tym, których chcemy wesprzeć, z czujnym patrzeniem z poziomu serca na ich lęki. Dla tych co się obawiają swoich demonów wewnętrznych, powtarzam, że demony nie podchodzą kiedy nie jesteśmy gotowi na nie, na ich zobaczenie. Dla nieprzygotowanych są niewidoczne. Za to ich unikanie, zabijanie czy wypieranie, kończy się mocnym pomieszaniem w życiu i osłabieniem, skazaniem siebie na ciągłą walkę z tymi samymi ciemnościami. Dlatego nie trzeba zabijać, łamać siebie, a strach oswoić. A najpierw na niego sobie pozwolić, nie wypierać, dostrzec i pójść za nim, być w nim obecnym. Strach nas doprowadzi do tej części nas, do tej słabości, gdzie tkwi największy potencjał. Do wolności od strachu w życiu. Do wolności przemierzania życia ze strachem przy nodze nie w sercu, ze strachem gotowym do zaatakowania w naszej obronie. Bo im ludzie więcej wiedzą o strachu, tym pewniej czują się w życiu. Za to ci, co strachu nie znają, idą nieświadomi, nie rozumieją celu tej drogi i swojej w nim roli. Strach dla mnie miał wielkie oczy do pokochania. Kocie, jak oczy pantery albo lwa i nie bardzo się zdziwiłam, że był wielki. Wszak długo go wypierałam. Nie byłam winna powstaniu tego strachu. To jest warunkiem oswojenia. Nie obarczanie się winą powstania strachu, to niezależne od nas. Tak się składa, że każdy demon ma swojego anioła do kompletu. Od naszego świadomego wyboru zależy, czym posługujemy się w życiu, dbając o siebie i otoczenie. Patrzenie sercem, pomaganie obecnością, nieocenianie, daje spokój i uważność, sprzyja naszej prawdzie. Zamiast rozwoju osobistego, którym autentycznie wymiotuję mentalnie, proponuję odkrywanie siebie. Nie super potencjałów, mocy czy szczęścia, ale siebie. Nic więcej nie jest nam potrzebne, jak świadomość kim jesteśmy, bo to dążenie jest przejawem głębokiej miłości do swojego istnienia na ziemi. Rozwój sugeruje, że czegoś nam brak, a moim zdaniem jesteśmy kompletni tylko schowani, ukryci za swoimi strachami. Obecność w strachu pozwala nam zdjąć tę zasłonę i odkryć prawdę.

O miłości do emocji

Odrzucamy się w emocjach. Już od wczesnego dzieciństwa kiedy zachowujemy się naturalnie, w zgodzie z tym co czujemy, słyszymy:”nie płacz, nie złość się, nie krzyw, nie śmiej się tak głośno, a co ty robisz? itd.” To wieloletnie tresowanie pokazuje nam w nieświadomym jeszcze czasie, że wyrażanie emocji jest niewłaściwe i zaczynamy, żyjąc w społeczeństwie podobnie reagujących jednostek ukrywać, tłumić a z czasem wypierać, mrozić i spychać emocje pod powierzchnię naszej świadomości. To jest przyczyna większości chorób naszej psyche.
Niedawno byłam w kinie i mój kolega śmiał się podczas scen, przy których mi było smutno. Doznawałam świetnego dualizmu uczuć, obserwowałam, jak ja to odbieram. Początkowo mnie to irytowało, aż puściłam zupełnie kontrolę i tak, jak on się śmiał, ja się smuciłam bez poczucia dyskomfortu. Każdy z nas reaguje inaczej na sytuacje, bo jesteśmy indywidualnościami. To co jest dla mnie śmieszne, kogoś może wręcz ranić, wywoływać żal, wstyd, pomieszanie. Ostatnio nie zastanawiam się dlaczego coś czuję – tylko czuję, obserwując jednocześnie, ale nie nadmiernie kontrolująco to, co się we mnie dzieje.
Przychodzi do mnie córka z jakąś pretensją i podnosi głos. Wywołuje mój gniew, bo nie mam ochoty załatwiać spraw w kłótni, a trzeba racjonalnie sprawę przemyśleć. Wypalam:
-Nie krzycz, bo pojedziesz zaraz autobusem sama.
I wychodzę do garażu po samochód. Przychodzi naburmuszona, cicha. Nie odrzucam się w gniewie. Mam prawo do każdej emocji, rozdrażnienia, złości, nawet jeśli ktoś ma to odczuć dogłębnie. Następnym razem, jak podejdzie z problemem rozważy, czy opłaca mu się ze mną kłócić.
Czasem nie wiem co czuję. I tak też jest w porządku. Takie uczucie wydostaje się powoli i daję mu do tego chwilę. Zatrzymuję się na nim, spoglądam i widzę, że już jest. Pozwalam na wszelkie emocje, żalu, złości, rozmiękczenia kolan rozpaczą. Kiedy niczego nie tłumię, emocje trwają parę chwil i mogę iść dalej. Nie medytuję nad nimi, nie skaczę, żeby podnieść wibracje do tych tzw. emocji wyższych, bo ich nie można poukładać względem lepszości i jeśli ktoś myśli, że lepiej czuć się radośnie niż smutno, to się myli. Każda emocja jest wskazówką, jest strzałą zrozumienia prowadzącą nas przez ego do serca. Kiedy zakłamujemy emocje w imię lepszego życia, oświecenia w bezbrzeżnej miłości, odrzucając to co czujemy naprawdę prawdopodobnie mamy coś nieprzepracowane co nas przerasta na tę chwilę. To przejdzie, bylebyśmy nie utknęli w przekłamaniu, że wystarczy warsztat rozwoju osobistego, mantra, albo inna technika wyzwalania światła, aby nie czuć tego co się czuje w cieniu naszej świadomości. Te emocje uznawane za trudne wybrzmią groźniej skumulowane w pakiecie zbiorczym wtedy, kiedy najmniej się spodziewamy, jeśli nie damy im miejsca w życiu.
Przez lata odrzucałam się w gniewie, karałam za to, że mam ochotę komuś przywalić, a okazji do walenia było wiele. Nie znaczy to, że teraz jestem groźnym człowiekiem, wręcz przeciwnie. Kiedy pozwalam sobie na gniew, on schodzi samobierznie, jestem sobą i każdy w moim otoczeniu wie, jakie są moje granice. Narażają się ci, co je przekraczają, na własne ryzyko. Za to udawanie dobrej kobietki, co wszystkich zrozumie i wybaczy, mam już za sobą. Jak chyba większość ludzi co obudzili się po latach wykorzystywania przez otoczenie. Otoczenie nie jest temu winne, po prostu brało czego nie zablokowaliśmy bezwiednie.
Nie odrzucam się też we wstydzie. Nie przełamuję go, ale akceptuję, że się wstydzę w pewnych sytuacjach. Jak powiem coś głupiego, jak ktoś mnie gani, jak sama dostrzegę w sobie jakiś feler. Nie ma już: o rany! co ja robię? I ucieczka przed wstydzeniem. Wstydzę się na tyle na ile czuję i jestem w tym. Obserwuję tę emocję i myślę potem, kiedy wstyd ustanie, że to w sumie bardzo poczciwe uczucie, taki stan jak w dzieciństwie, kiedy mnie blokowano na różne działania wstydem. Myślę wtedy, czy faktycznie to, co zrobiłam było wstydliwe. I w większości przypadków wcale nie jest to oczywiste. Kiedyś weszłam do sklepu i obcas utknął mi w posadzce. Kiedy go wyciągnęłam okazało się, że odpadł mi flek. Pierwsza reakcja – wstyd. Tak mam. Spłonęłam, ludzie gapili się na mnie, a ja się wstydziłam i jednocześnie obserwowałam swoje emocje. I kiedy minęła chwila największego piku emocjonalnego, podniosłam flek, podeszłam do lady z półką na torby, zdjęłam but, wsadziłam flek na obcas i mocnym ruchem walnęłam obcasem w półkę, aż zadudniło. Nabił się pięknie, założyłam but z powrotem i poszłam z uczuciem, że ze wstydem da się żyć, on nas nie paraliżuje tylko pokazuje co nas ogranicza, co nam przeszkadza w życiu swobodnie iść.
Obserwuję jak ludzie starają się być jacyś, konkretnie tacy, aby ich zaakceptowano i o wiele bardziej wolę jasne sytuacje, kiedy ktoś się nie sili na dyplomację i dyskrecję, a jest autentyczny. Coraz więcej uczuć i emocji tłumi się w nas w imię lepszych stosunków międzyludzkich. Staramy się wszystkich lubić albo tolerować, nie złościć się, nie być nachalni w swoich zachowaniach, dystans, wzorowa komunikacja, zdrowy tryb życia. Jak ktoś się objada, to wszyscy patrzą na niego z politowaniem, ale nie robią uwag. Jak ktoś aż trzeszczy od traumy, to się spinają przy nim żeby nie urazić itd. A stres rośnie pod sufit. Nie chodzi o to, żeby walić między oczy prawdą, ale żeby sobie nie wmawiać, że trzeba być dobrym dla innych, bo dobro jest względne jak diabli. To, że ktoś je kompulsywnie, bo nie umie sobie poradzić z jakimś problemem, może być jedyną radością, jedynym dostrzegalnym sposobem radzenia sobie na tę chwilę i nie ma co naprawiać człowieka na siłę mówiąc mu: „Nie żryj tyle!”. Ale uśmiechać się i wspierać jego demona nie ma potrzeby, mówiąc: „On zawsze był kurpulentny”. Jeśli czujemy odrazę do czegoś, co jest powszechnie tolerowane, to nie znaczy, że z nami jest coś nie tak. Czuję odrazę do sztuczności, do fałszywości ludzi. Widzę tę odrazę w sobie i tak teraz mam, że nie ganię się za to, że mi przeszkadzają oszuści emocjonalni, albo ludzie świadomie kręcący z tym co czują, żeby lepiej wypaść przed innymi. A widzę to kręcenie nawet w sobie czasem. Uśmiecham się do kogoś kogo nie lubię i myślę wtedy: „A widzisz, nawet ty się zmuszasz do udawania. Widać jeszcze nie dojrzałaś do szczerości z tym kimś.” Ważnym krokiem jest dla mnie nie kręcenie przed sobą, to poważny krok. Znam sytuacje, kiedy ludzie są w związkach, nawet małżeńskich, udając miłość i bóg wie jakie zaangażowanie, a naprawdę boją się samotności albo straty finansowej, jaką by ponieśli w wyniku rozstania. A wystarczy przyznać się przed sobą, nawet nie partnerem:” Sam/a nie dam sobie teraz rady, poczekam aż dojrzeję.” Ale nie ukrywać, nie oszukiwać siebie. Słabość wobec skomplikowanych ludzkich sytuacji jest ludzka, zwyczajna. Zakłamywana może się stać kulą u nogi na lata.
Wracając do emocji, pozwalam sobie też na przepływanie błogości, radości, ekstazy. Jeśli je czuję, nie upajam się, nie zatrzymuję, nie siadam jak kwoka na nich, tylko smakuję. Umiem się paradoksalnie, nakarmić wszystkimi odczuciami. Bo one wszystkie są dla mnie, złość, radość, rozpacz, zadowolenie, smutek, cierpienie i rozkosz. Jestem boskim stworzeniem co ma ciało do odczuwania wszystkiego, do pojmowania stanów w jakich jestem. Coraz swobodniej się czuję z emocjami na co dzień i one trwają też jakoś krócej. Nie martwię się, że szybko przepływa radość, bo łatwo też przechodzi mi żal. Dzięki temu, że emocje przepływają, nie czuję się przez nie kontrolowana. Nie wysysają energii ze mnie. Chodzę nie zestresowana a ciekawa co za chwilę będzie. I zwykle przychodzi co ma być, ani za silne, ani za słabe. Odpowiednie, żeby żyć. Bo po to, by czuć emocje, uczucia żyjemy, reszta, okoliczności, ludzie, przedmioty, są tylko rekwizytami do scen odczuwania. Wiem to, bo kiedyś miałam piękny i prawdziwy sen, co mi odsłonił, czym jest świat. Ale o tym może następnym razem.

O miłości do nienawiści

Tytuł tylko pozornie jest paradoksem. Nie ma nic wspólnego z nadstawianiem drugiego polika i poświęcaniem się tym, co nas nienawidzą. To fałszywe, wdrukowane często w młodości, pojmowanie świata i rzeczywistości. Miłość do nienawiści jest prosta – jeśli kogoś nienawidzisz nie kłam, że kochasz, że tolerujesz go, że jesteś ponad tę nienawiść. Nienawiść pojawia się wtedy, kiedy ktoś naruszył naszą granicę, granicę naszej jaźni, wielokrotnie nam szkodząc, więc nie oszukujmy się, że jesteśmy aniołami i będziemy agresji odpowiadać miłością. Bronienie siebie jest priorytetem. Jeśli ktoś nas nienawidzi, bo tylko z tego powodu może nas ranić, mamy prawo odpierać jego ataki na nasz świat, na nasze wartości. Mamy prawo nienawidzieć go i czuć to, co czujemy w pełni.
Spotkałam w swoim życiu wielu agresorów. Jedni byli jawni, inni ukryci. Nienawidzili mnie za moje sukcesy w pracy, za rodzinę, zazdrościli mi wielu rzeczy, jakich do głowy nie przyszło mi zazdrościć innym. Byłam naiwna wierząc, że ludzie mają w większości dobre intencje w kontakcie ze mną. Wynikało to z mojej własnej postawy, w myśl której podchodziłam z szacunkiem i troską do wszystkich ludzi. Dlatego byłam łatwym żerem dla bandytów emocjonalnych. Prosty przykład – spotkanie z teściową. Siedzimy przy stole:
– Córki to się wychowuje dla siebie, a synów dla innych kobiet.
Kontekst rozmowy, syn za rzadko odwiedza mamusię. Ale syna nie ma przy stole, jestem tylko ja. Zakamuflowana agresja, tak zwana agresja pasywna. Agresja jawna w tej sytuacji wyglądałaby tak:
-Oddaj mi mojego syna!
Ale na taką agresję trzeba się zdobyć.
Są dwa typy agresorów: nieświadomy i świadomy. Z agresorem świadomym jest o tyle łatwo, że jak cię kąsa, to otwartym kodem. Mówisz wtedy:
– Nie oddam.
Albo:
– A weź go sobie – i sprawa załatwiona.
Trudniej jest z agresorem pierwszego typu. Zanim człowiek, jak ja naiwny, zobaczy agresję w komunikacie, poszuka najpierw w sobie winy, przeanalizuje trudną życiową sytuację teściowej, i tym podobne opłotki odwiedzi, zanim dojrzy, że ten człowiek atakuje i, że na atak nie powinno się być biernym. Bo ataki z czasem dają echa. Odparte wracają w postaci siły do odpierania innych ataków w przyszłości, budują charakter, waleczność, odwagę. Nieodparte, podcinają nogi przy kolejnych takich sytuacjach. Dlatego zbieram się kiedy czuję, że ktoś mnie atakuje i, nawet jeśli potem się okaże, że potencjalny agresor miał coś innego na myśli, a ja pomyliłam jego intencje, walę petardę ostrzegawczą. Kontynuując schemat:
– To trzeba rodzić tylko córki, a synów od razu oddawać na wychowanie. Po co się trudzić?
Inny przykład. Żona prezentuje się stale krytykującemu ją mężowi w nowej sukience:
– Jak wyglądam?
– No ładnie, ale czemu taka czarna, jak na pogrzeb?
Właśnie ten pan pogrzebał swoje szanse na coś miłego wieczorem. Sytuacja warta zanalizowania. Po pierwsze, jeśli mąż stale krytykuje żonę, to po co ona go pyta o ocenę? Przecież jego zdanie jest z góry przesądzone. A może czeka na akceptację? Po co nam akceptacja stałego krytyka? Ja się od stałych krytyków odcinam. Mam dość mocnego krytyka w sobie, żeby się jeszcze borykać z żerującym na mnie krytykiem zewnętrznym. Hejt ma to do siebie, że mali ludzie sztukują sobie braki pomniejszaniem innych i poprzez krytykę kamuflują swoje własne kompleksy. Po co się wystawiać na żer dla nich? Nie warto. Jeśli się pani podobała sukienka na tyle, że ją kupiła, to czy musi przejść w domu krytykę swojej decyzji oczami stałego zewnętrznego krytyka? Czy chodzi o narcyzm, który się domaga pogłaskania? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania, zanim się człowiek wystawi do oceny. Ludzie niepewni siebie często potrzebują czyichś oczu, żeby zobaczyć, że są coś warci. Do pewnego stopnia źródłem tego może być narcyzm.
Wróćmy do nienawiści. Nienawidzą ludzie, którzy zazdroszczą innym tego, czego im samym brakuje. Gdy rozwiedziony wmawia wszystkim, że małżeństwo to fikcja, to mu go brakuje. Zatrzaśnięty w małżeństwie za to notorycznie zachwala więzi rodzinne. Do prawdy nie trzeba przekonywać. Obu się czasem zdarza popuszczać parę zwątpienia w postaci agresji wobec tych, którzy uświadamiają im braki w ich własnej sytuacji. Na pewno macie takich ludzi wokół. Rozwiedziony wymawia zamężnym domowe kapcie, a zamężny w gorzkich żartach pyta o pustą lodówkę rozwiedzionej osoby. Paradoksalnie wszyscy widzimy po twarzach, po postawach, że mają nieprzepracowane braki, że nienawidzą się nawzajem, że zazdroszczą sobie tego, czego jak sądzą potrzebują. Ale jawne wyrażenie nienawiści nie następuje, bo przecież wszyscy jesteśmy tacy cywilizowani. A tu proszę wielkiego państwa: „Król jest nagi!” i nie ma co sobie wmawiać, że nikt nie zauważy, że ten z pustą lodówką tęskni do podanych kapci, a zamężny do pustki w domu wieczorem po kolacji i chętnie opróżniłby lodówkę, żeby to nastało.
Ludzie kierowani nieświadomą nienawiścią tej nienawiści nie spalają. Dlatego, paradoksalnie, ci, którzy nienawidzą jawnie, mają na to szansę. Jawna nienawiść pokazuje czego nam brakuje w życiu, co powinniśmy dla siebie zrobić, żeby poczuć się lepiej i nie chodzić między ludźmi z fochem. Nienawiść nieświadoma jest podszyta wielowarstwowym problemem. Ale nie jest to nasz problem i nie warto się wikłać w czyjeś złogi psychiczne. Dla własnego bezpieczeństwa po pierwsze należy unikać otwarcie nienawistnych ludzi, bo oni nienawidzą nie dla nas, ale dla siebie. Po drugie, unikać jeszcze bardziej tych, co nienawidzą skrycie, bo jad z kontaktu z nimi jest trudny do odkrycia i zmycia. Unikać i się bronić kiedy zachodzi potrzeba, nawet za cenę ryzyka niezrozumienia, popsucia kontaktu, bo jeśli ktoś nas lubi szczerze, albo kocha, zrozumie nasz niepokój, współczuciem taką niezręczność pokryje od ręki. Ten co nam nie sprzyja, zrażony odejdzie. I tak jest łatwiej odróżniać tych, co są na naszej drodze przychylni, od tych co na nas żerują.
Dlatego kocham nienawiść – jawna i niejawna uczy mnie odróżniać przyjaciół od wrogów. Uczy mnie też, że nie wszystkich muszę kochać, jak mnie uczyli na religii, w szczególności tych, co najmocniej we mnie bili. Mogę ich odcinać, mogę ich boksować jak się zbliżą. A power w sierpowym mam mocny. Idzie w pięty, więc nie polecam się narażać tym, co coś przeciw mnie knują. Szanuję ludzi obcych i zostawiam w spokoju, z pozornych przyjaciół też robię ludzi obcych, kiedy widzę, że mi szkodzą. I pewnego dnia odkryłam, że nienawiść to siła, dzięki której się pozbyłam tak, bądź inaczej, wrogów, bo świat o dziwo nie czekał na drugi policzek, tylko na akceptację prostego prawa: nie musisz być żerem dla wampirów żeby ich zauważać.
A z nienawiścią, jeśli kogoś niepokoi fakt nienawidzenia innych, jest tak, moi drodzy, że świadoma nienawiść rozpuszcza się w czasie. Dłuższym, krótszym, ale odchodzi, kiedy nie wystawiamy się na ludzi i sytuacje, jakie przychodzą do nas z nienawiścią. Kiedy porobimy porządki w sobie, nienawiść jest rodzajem uczucia ostrzegawczego, co nas również oddziela murem od tych, z którymi nam nie po drodze, którzy nam nie sprzyjają. Oni mają swoje własne ścieżki, niech idą sobie. I tyle jeśli chodzi o nienawiść. Dlatego ja ją biorę, widzę, szukam intencji, jaka ją wywołuje i podejmuję decyzję co z nią zrobię. Czy wykorzystuję do domknięcia mojego świata i w jakim aspekcie? A jak nie wiem dlaczego kogoś nienawidzę, to czekam, bo życie pokaże mi to prędzej, czy później. Ale nie kłamię, nie nakładam fałszywie aureoli świętości i wybaczania za krzywdy. Wybaczać należy tylko dla siebie i tylko tym, których ostatecznie odcięliśmy. Ci, którzy nas nagabują swoim postępowaniem, nie ważne świadomie, bądź nie, biorą odpowiedzialność za swoje działanie, również za wyrzucenie poza horyzont naszego świata. Na zawsze, bądź na czas swojego dogłębnego poukładania, aby wchodząc w nasz świat ponownie, o ile to nastąpi, w zgodzie z naszym rozpoznaniem, byli przez nas mile widziani.