Czemu Koza się dziwi?

– Ludzie są dziwni … – powiedziała Koza przesuwając się bliżej kaloryfera. Zmarzłyśmy odbierając samochód z warsztatu. Śnieg piękny, ale mokry i nieszczególnie przyjemny, jak się dwadzieścia minut czeka na autobus na przystanku.

– Czemu? – spytałam niezbyt zainteresowana odpowiedzią.

– Kiedy zwierzę jest głodne – je, śpiące – śpi, złe – warczy – mlasnęła dla podkreślenia wagi swoich słów – a człowiek na odwrót.

– To znaczy?

– Jak jest głodny, to leci do łazienki sprawdzić czy ma wystający brzuch i się waży. Jak jest śpiący, żłopie kawę, aż mu głowa przed magicznym ekranem sama opadnie – zerknęłam znad komputera na przenikliwe spojrzenie Kozy – a jak jest zły – znów mlasnęła – to się uśmiecha.

Wyszczerzyła zęby czekając na moją reakcję.

– Znaczy co? Jesteśmy nienormalni? – spytałam sarkastycznie.

– Nie – odparła ugodowo i z gracją przytknęła zadek do ciepłej stali – ale na pewno nie jesteście zwierzętami.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. A ta ciągnie dalej…

– Jak nie zwierzętami, to czym jesteście? – popadła w zadumę i zasnęła.

W pewnym filmie nazwano nas wirusami. Niszczycielskim czynnikiem jaki drąży planetę z dobroczynnych zasobów. Faktycznie nie zachowujemy się rozsądnie podcinając gałąź, na której siedzimy. Patetyczne postawy w stylu rewolucji ekologicznej jednak do mnie nie trafiają. Po pierwsze dlatego, że zapaleni w walce rewolucjoniści często sami mało dbają o swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne, a po drugie, że żaden gwałt, nie ważne czy w dobrych intencjach, nie naprawi świata, a jedynie wzbudzi uzasadniony opór. I tak opór i agresja po obu stronach barykady nasilają się w nieskończoność, przy czym każdy jest przekonany do własnych racji, a pod ostrzałem krytyki tylko bardziej się upiera. Koza wie coś o tym, bo choć teraz śpi, to niezłe z niej ziółko, jak się uprze.

Stawiam bardziej na ekologię indywidualną, czyli zdrowe podejście do siebie, bo to, jak siebie traktujemy, przekłada się na stosunek do innych, a w przedłużeniu, na stosunek do całej planety.

Większość z nas wyrosła w poczuciu, że nie mamy prawa o siebie zadbać, bo od dziecka uczono nas wypełniania rozkazów, zwanych dobrymi radami na przyszłość. „Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”, a na drugim biegunie spraw dokumentnie zakazanych „Rób na co masz ochotę”.

Druga połowa życia na szczęście odblokowuje nas na to, jak powinniśmy się prowadzić, żeby sobie nie szkodzić, a z czasem się z własnych ograniczeń uwolnić. Z miłości do swojego biocybernetycznego bolida – ciała, trzeba jeść, ruszać się, spać. I jak bolid sprawnie działa, to się spożywa strawę duchową. Ja się żywię na ten przykład muzyką, pseudojogą, tangiem, czytaniem, oglądaniem filmów, rozmawianiem z ludźmi i przebywaniem w ich towarzystwie, z dokładnością do tych, co mają trudne dla mnie charaktery i ich raczej wolę nie widzieć. To też jest dbanie, otaczam się spokojem wtedy. Czasem nie odbieram telefonu, kiedy mi nie pasi.

– I dobrze – stęknęła Koza odwracając się na drugą stronę. – Nie pracujesz w pogotowiu.

Z opiniami na wszelkie tematy jest tak, że każdy z nas ma swój własny balon rzeczywistości, w którym się te opinie sprawdzają. Nazywamy je wtedy prawdami. Te prawdy nie pokrywają się z prawdami w balonach innych ludzi, bo są uzależnione od doświadczeń i naszego stosunku do danej sprawy, jakiej opinia dotyczy. Któż się nie spotkał z prawdą „nie wolno kłamać”, a i tak nam się zdarza, każdemu w innym stopniu i sferze. Ponieważ jesteśmy zmienni, możemy zmieniać z czasem nasze prawdy. „Mogę kłamać szefowi, ale nie żonie”. A za jakiś czas odwrotnie. Podobni ludzie mogą mieć podobne prawdy i się wzmacniać w nich, a przeciwni mogą zwalczać. Dla jednych kłamanie żonie to zdrada, dla drugich szefowi, szczególnie, jak jest prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Niemniej jednak, zawsze jest to subiektywna prawda, konstrukt powstały, żebyśmy sensownie się odnajdowali w świecie. I tyle.

Dlatego w trosce o siebie i swoje otoczenie trzymam się swoich prawd dopóki mi służą. Potem puszczam je wolno i pojawia się nowa prawda. Ci co się zakleszczają na swoich odwiecznych prawdach, a tak zwyczajnie są to przypuszczenia dotyczące rzeczywistości, po prostu boją się puścić, przyznać się do błędu, upierają się, że obiektywne prawdy istnieją i oni właśnie, przez „swę mądrość” do niej doszli. Tacy też często w mniej lub bardziej agresywny sposób domagają się uznania dla swojej prawdy. Na takich zwyczajnie uważam i raczej nie lubię w ich towarzystwie przebywać.

W głębi mojej duszy mieszka bardzo tolerancyjna istota. Też ma swój system, model rzeczywistości, mówiący o tym, co jest dla mnie prawdziwe. Ta istota widzi, czy czyjeś rozważania, nawet błyskotliwe, albo ujmujące, są moją prawdą. To, że trzeba mi spać, jeść, bawić się i być odpowiedzialną, nie krzywdzić innych z rozmysłem, pilnować swojego podwórka, kochać dzieci, (mniej złośliwego kota, co mi łazi po papierach) i słuchać Kozy, jest dla mnie na ten moment oczywistą prawdą. Nie mam też potrzeby udowadniania wszem i wobec swojej racji. I tak wiem swoje, jak „każden” inny, bo każdy ma swoje prawdy.

– Za dużo główkujesz – stęknęła Koza wstając. – Idziemy pić gorące kakao.

Kozie narowy

Skończył się rok, ten nazywany strasznym, niezwykłym, albo pandemicznym, cokolwiek to dla nas osobiście znaczy. „Niech już idzie, niech się kończy!” – pisali znajomi – „Następny nie może być gorszy!” Cóż, nie narzekam na poprzedni rok. Pandemia pokazała mi wiele rzeczy, jakie nie byłyby widoczne bez tej niecodziennej okoliczności. Wiele rzeczy osobistych, ale też społecznych. Znajoma powiedziała mi parę dni temu, że widzi jak empatyczni stali się ludzie dzięki tej pandemii. Tak dzięki tej pandemii.

Rok 2020 ma w moim życiu szczególne miejsce. Jest jak kamień milowy w czasie. W mojej rodzinie, w moim osobistym życiu skończyło się i zaczęło wiele rzeczy. Pandemia niektórym sprzyjała, innym nie. Zawodowe i społeczne kontakty się przedefiniowały i zobaczyłam je z innej strony. Bo zatrzymanie daje potencjał do przyjrzenia się szczegółom życia umykającym w rutynie i pędzie. Ja bardzo świadomie przeżyłam i swój lęk związany z pandemią i zmianami koniecznymi do przystosowania się, do funkcjonowania w nowych warunkach. Odkryłam, że praca, dom, życie, rodzina mają wiele niewidocznych wcześniej stron, które wcześniej tylko podejrzewałam o istnienie. Z przyjemnością chodzę do instytutu spotykać moich przyjaciół, znajomych i widzę, że im to również sprawia przyjemność, kiedy mogą nawiązać bezpośredni kontakt, porozmawiać, nawet o duperelach, które stanowią większą część naszego życia.

Parę dni temu miałam urodziny. Koza wstała z rana, otrząsnęła się ze snu i powiedziała:

– Nara! Zmykam, poradzisz sobie dzisiaj sama.

– Stój! – krzyknęłam. – Jak to sama? Może dostanę jakieś życzenia i będę musiała się z nimi zmierzyć, albo nie dostanę i też będziesz mi potrzebna!

Mlasnęła w uśmiechu i zwiała. Zostałam sama na placu boju. Niedawno przeczytałam, że o wiele trudniej jest przyjmować miłość niż ją dawać. Jestem potwierdzeniem tej z pozoru dziwnej teorii. Wzięłam wielki wdech i połączyłam się z siecią.

Najpierw odezwał się messenger. Wiadomość za wiadomością. Oddychałam czujnie odpisując na życzenia. Potem odezwał się telefon. Na koniec zobaczyłam posty na Facebook’u. I tak przez cały dzień. Życzenia, najlepszego, wspaniałego, zdrowia, spełnienia, serce, uśmiech, kwiaty, boże ile kwiatów… Patrzyłam jak rośnie lawina serdecznych słów i ledwie to przetrzymałam.

– Widać powiększyło się moje serce na przyjmowanie miłości – powiedziałam Kozie, kiedy zajrzała mi przez ramię na telefon wieczorem – skoro dostałam tak wiele życzeń.

– Wiedziałam, że sobie poradzisz kochana – łypnęła na mnie łobuzersko i zwinęła się do spania. Pogłaskałam ją po sympatycznym pysku i wróciłam do odpowiadania. Odpowiedziałam każdemu i z poczuciem wspaniale spędzonego dnia, przekroczenia jakiejś niewidzialnej granicy w sobie, poszłam spać.

Według wielu filozofii psychologicznych, ludzie myślą o tobie to, co sam o sobie myślisz. Kiedy życzą Ci dobrych, serdecznych rzeczy, to jakbyśmy sami sobie ich życzyli. Wzięłam cały ten bogaty skarbiec życzeń do serca i zasadziłam. Pewnie z czasem wyrosną z nich realne marzenia. Będą się powoli spełniać, albo szybko, któż nadąży za dynamiką tego Wszechświata, co potrafi nagle zaszachować wszystkich niewidocznym mikrobem. Dla mnie ten majstersztyk z pandemią to przykład, że nie ma rzeczy niemożliwych. Szczególnie w kontekście marzeń, ich spełnienia, bo skoro może wydarzyć się taki scenariusz rodem z hollywoodzkich filmów na naszym rodzimym podwórku, to czemu nie może się zdarzyć jakaś pozytywna wersja tego wydarzenia? Taka na przykład, że ludzie zamiast się straszyć, zaczną się cieszyć masowo, zamiast chorować, zdrowieć i czuć pasję w życiu. Co może to spowodować? Nie wiem. Może powinno powstać jakieś alternatywne science-fiction do zaszczepienia nam idei nie apokalipsy, jak do tej pory, a ogólnoświatowego odrodzenia w kierunku życia, radości i umiejętności komunikacji? Coraz bardziej wierzę, że może tak być, żebyśmy zamiast się zwalczać w naszych osobistych postawach, rozpoczęli erę ogólnoludzkiej tolerancji. To byłby prezent dla każdego z nas. Nawet dla tych, co obecnie myślą coś zupełnie przeciwnego, że tolerancja to chaos.

Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że od moich urodzin o wiele intensywniej cieszę się życiem. Dziś wybrałam się na spacer i gdzieś w połowie drogi do lasu, podszedł do mnie wypasiony, rudy kot. Wygłaskałam i poszliśmy sobie razem kilkaset metrów wzdłuż ulicy.

– Zmykaj Garfild – powiedziałam skręcając w miejscu, gdzie przestawało być dla niego bezpiecznie.

Mrugnął, przeciągnął się i pobiegł między domki. Pewnie tam mieszka. Miał piękną obróżkę i uroczą pewność siebie. Czułam się zaszczycona jego towarzystwem, takim dostojnym i niewymuszonym.

Przed lasem zaczęło się robić ciemno. Nad małym okolicznym potokiem Koza zobaczyła pochyłe drzewo. Nie było dyskusji. Poczułyśmy zew obie. Wskoczyłam na nie i popatrzyłam z wysokości na płaskie mazowieckie łąki.

– No, ładnie – westchnęła Koza z humorem. Zeskoczyłam i poszłyśmy z powrotem. Idąc obserwowałam jak wyprzeda mnie, albo zwalnia, jak szczerzy się z daleka, chłonąc wszystko wokół.

– Jesteś jak pies – śmiałam się do Niej w głębi duszy.

– Mogę być kim chcę – odparła – kto mi zabroni.

Ma rację. Jestem kim chcę być. To najlepszy prezent na Nowy Rok, jaki można sobie dać. Życie w zgodzie ze sobą, niezależnie od tego co nas czeka, nawet od oczekiwań. Tych własnych, wewnętrznych i tych z zewnątrz, społecznych. Taka gotowość do bycia. Mam ją w sobie, dzięki temu, co w ostatnim roku przeżyłam. Również dzięki pandemii. Piękną i spokojną pasję do własnego życia.

Koza na leniwym wypasie

Lenię się. Koza popatruje na mnie przyjaźnie. Pracusie powinny czasem odpoczywać, więc kiedy zdarza się okazja do „nicnierobienia”, zakasuję rękawy i korzystam. Mam takie ogólne doświadczenia, że kiedy nie prę do realizacji spraw, dzieją się same. Jak tegoroczna wigilia. Podzieliłam potrawy między 6 osób i każdy, nieprzepracowany, zrobił co trzeba. Kilka dni przed wigilią poczułam stary strach, czy się wyrobię, czy zdążę z prezentami, z choinką, pracą. A tu loockdown się zbliża, a jeszcze samochód do naprawy, urząd czeka na mnie osobiście i Princeton tak chętnie nagle robi eksperymenty do moich symulacji, co skutkuje większą ilością analiz w pracy… Można się przestraszyć, szczególnie, jak ci zależy na tym, żeby święta były sympatycznym wypoczynkiem w radosnej atmosferze. Można wejść w stare buty i obarczyć siebie dodatkowym ciężarem, poczuciem winy, że wszystko spiętrza się i, jak nie dopilnujesz, to przygniecie. A wtedy na wigili siedzą zombi, wymęczeni, nieprzytomni, objadający się na pociechę tym, co z takim trudem przygotowali. Wszak nie powinno się marnować wysiłku i jedzenia. Święta, więc cieszyć się trzeba. Zaskorupiały schemat.

Tak się jednak zdarza, że mi stare strachy przychodzą tylko po to, żebym zobaczyła, że już nie mają nade mną władzy, że jestem już gdzie indziej. I dobrze, bo po co się nimi trapić, kiedy można inaczej, lżej i spokojniej. Dlatego zamiast wyznaczać sobie kolejne zadania, role, w tym roku odpoczywam. Nie przejadam się, nie przepracowuję, nie zabiegam o nic w zasadzie, a wszystko jest. Dzieci uśmiechnięte wybiegły szukać Mikołaja, w jakiego już nikt z nich nie wierzy, ale chcą żeby rodzinna tradycja przetrwała.

A dziś się słodko obijam z sofy do lodówki. Koza czeka aż się polenię i coś razem wymyślimy. Może pojedziemy kogoś odwiedzić, albo pojeździmy na rolkach. Jakieś sportowe sekcje tanga czekają w odwodzie.

Ostatnio jednak Koza woli spędzać czas samotnie. Wskakuje wtedy na takie szczyty, na jakich jeszcze nie była. I myślę potem, czy to się w ogóle da opisać? Raczej się na razie nie da. Jeszcze nie. Kiedyś pewnie wyeksploruję wszystko tak głęboko, żeby mieć pewność, że to co piszę, to prawda i będę mogła ją bez wahania napisać, puścić w eter. Na razie nasłuchałam się różnych ludzi, naczytałam i mielę. Koza też miele i dyskutujemy sobie co to wszystko oznacza. Tak wewnętrznie.

Może tylko jedna rzecz na zachętę. Przyszła Era Wodnika, zmiana. Zmiana przewodnika ludzkości, ale i każdego z osobna. Trzeba zacząć patrzeć w siebie i w sobie szukać tego kierunku, nie iść za nikim. To ważne, żeby nie utknąć w nie swojej uliczce, nie swojej bajce. Odrzucenie schematów, wzorców, tego co wszyscy przyjęli za wykładnię prawdy, nawet języka, który dla każdego tworzy inne pojęcia.

Koza mówi, żeby się wstrzymać z tłumaczeniem. Ona jeszcze nie jest pewna i ja też nie jestem, ale bardzo polecam „odpępowić się” od ludzi z autorytetem, którzy w bardzo zdecydowany sposób wymuszają respektowanie ich prawd. Uczyć się, brać narzędzia, poszerzać spojrzenie na świat, ale wyłącznie po to, żeby uczyć się siebie, nie żeby wchodzić w czyjeś koleiny. Każdy ma swój unikalny świat, do którego zrozumienia dąży.

W tym tonie patrzę też na Boże Narodzenie. Ci, którzy chcą je celebrować, niech je celebrują, kto nie – ten nie. Może w przyszłe święta pojadę nad morze, żeby pogapić się na fale, a spotkanie przy stole z rodziną zrobię w innym terminie? Czemu nie? Moja wolna od schematów dusza woli wybierać sama, kiedy i co świętować, kiedy i z kim się bratać. A wielu, z jakimi się po drodze bratałam, odejdzie. Przyjdą za to inni. Warto popatrzeć w siebie i szczerze się przyznać, czy ci co z nami idą w tej chwili, to są właśnie ci, jakich obecność nam służy? W tej głębi ciemności zimowego przesilenia, kiedy wiele sił pokazuje swoje wpływy, które przedchrześcijańskie tradycje doskonale rozpoznawały, a kościoły sobie przywłaszczyły, dla własnego interesu, choć pewnie byli i tacy co sądzili i sądzą, że w dobrej wierze, zatrzymać się na chwilę i przy okazji obiec uważnym spojrzeniem swoje otoczenie. I przed kolejnym rokiem wejść z większym rozpoznaniem, gdzie się jest i po co.

A może góry? Koza lubi się wspinać, pewnie byłaby szczęśliwa zmagając się z ciałem podczas wspinaczki. A nocą leżąc pod gwiazdami nadal będziemy ze sobą rozmawiały o tym, co dla nas jest ważne, choć dla innych może być całkiem nieistotne, dla nas unikalne, dla innych nierozpoznawalne, albo błahe. Tak to już jest, że dla jednych wigilia jest całym światem, a dla innych nie. Każde moje spotkanie z rodziną, ze znajomymi, mogę odbierać jako celebrację i święto. Nie potrzebuję do tego zewnętrznego przyzwolenia, pretekstu, tradycji. Wolę autentyczne zaangażowanie we wspólne przebywanie niż wytresowane konsumpcyjnie zdarzenia. I choć „Last Chistmas” kocham niezmiennie, jak gumy balonówki z dzieciństwa, bo mam miłe skojarzenia z ich istnieniem, to może czas na jakieś nowe wydarzenie, nowe spojrzenie na przyszłość. A może tylko pogłębienie zrozumienia o co w tym święcie chodzi? O zwycięstwo nad ciemnością, o nadzieję, o coś niesamowitego co przyjdzie z czasem, gdy dojrzeje?

Koza się nie zgadza. Mówi, że zacząć można w każdym momencie, nie ma lepszych i gorszych. Zgadzam się z nią. Dlatego święta wolę obchodzić świętując siebie. Odpoczywając, dając sobie to w tej chwili jest dla mnie najlepsze. Kontakt z dziećmi, gdy jedząc sushi, pijąc barszcz w odświętnej sukience, machając nogą na nodze, bez pośpiechu, myślę o świecie jak najlepiej. I dobrze mi jest na duszy, a Koza pod stołem miele.

Dlaczego Koza chce na Księżyc?

Ludzie ulegają zbiorowej iluzji, że innym żyje się lepiej, „kolorowiej”. Surfując po internecie widzą same uśmiechnięte, pięknie ujęte, w pełnym słońcu szczęścia postacie, które lepiej, bądź mniej, znają i programują się na własne niespełnienie. Programują mocno i skutecznie. Widzą te obrazy czyjegoś szczęścia, a umysł im dopowiada, jak wspaniale tym innym, uśmiechniętym się żyje, a im, raczej nie, bo dziś tylko rano było im ok, a potem sto spraw na godzinę i nie ma kiedy poczuć się szczęśliwym, a nawet poczuć, że się żyje.
Pojawia się jednak taki moment w naszym życiu, że przestajemy widzieć tę iluzję i zaczynamy widzieć prawdę. Mam znajomą, która zasypuje internet swoimi postami niemal co godzinę, ma tyle do powiedzenia światu, że zastanawiam się czy robi coś jeszcze w życiu. Generalnie internet wieje dla mnie nudą. Nic nie poradzę, kolejne psy, bombki świąteczne, polityka, wirus i wymądrzanie nuuudzi mnie.
A jak jest u mnie? Tak w normalnym życiu, bez pozowania na wallu? Jest przeciętnie. Budzę się, wstaję z ociąganiem, albo szybko, szczególnie, jak coś miłego czeka mnie przed południem, robię herbatę, kawę i siadam w fotelu, i myślę. Takie natręctwo. Nuuuda. Pewnie, ale moja nuda i nikt mi jej nie odbierze. Lubię nudzić się na swój sposób. I tę nudę wolę, surfowanie po fascynujących miejscach mojego umysłu niż po czyichś wspomnieniach. Koza moja wewnętrzna, ta od Koziorożca, się wtedy cieszy. Patrzę sobie na stały krajobraz za oknem i nic. Pozornie nic się nie dzieje, jestem sobie w sobie połączona. I kiedy tak połączę się ze sobą, to potem nic mnie nie zwiedzie, żadna fascynująca teoria na temat spisku światowego, albo energia bicia piany na Rydzyka, kiedy przy urnach i tak zanikają mózgi tym zatroskanym. Widzę, jak ludzką naturę łatwo zmanipulować, pokazać odpowiedni obraz, jeszcze dźwiękiem podrasowany i wszyscy się oburzają na agresję, albo skowyczą nad cierpieniem zwierząt, a potem i tak wcinają mięsko, albo boleją, że miała za krótką spódnicę. Schizofrenia dotyka nas tak powszechnie, że nikt jej już prawie nie widzi.
Zaczarowani obrazami nie słuchamy siebie tylko innych, idziemy za czyimiś zaklęciami w imię jakichś idei, bo niby (uwaga bardzo mocne zaklęcie – znaczy skonfrontuj się z tą iluzją) „w coś trzeba wierzyć”. I tu cały pic, tu jest ta iluzja. Nie trzeba w nic wierzyć, trzeba wiedzieć. Wiedzieć kim się jest i czego się chce. A o tym przekonujemy się w doświadczeniu swoim własnym. Nikt nas nie nauczy nas samych, może nam tylko pokazać siebie i w nim się możemy odbić, jak w lustrze. Przejmowanie czyichś prawd jest automanipulacją z potrzeby komfortu, niewyróżniania się, przynależności do stada. Tak działają religie instytucjonalne i wszystkie systemy społeczne budujące, jak mury przed wolnością, swoje prawa. I poczucie większej wartości tym, co wchodzą w system. Spytajcie dowolnego wyznawcę.
Jestem, i zawsze się tak czułam, poza wszelkim systemem. Podważam i podważam. Idę wspak, bo mam kompas w sobie. Ten kompas, co jakiś czas ustawiam w samotności, w fotelu z kubkiem kawy, bez słowa. I jak wstaję, to widzę, że znajoma ma niedobór uwagi w życiu i ten zalew postów jej pomaga. Inna czuje się mądrzejsza, kiedy kogoś pouczy w jakiejś kwestii, tak ma. Jeszcze inny znajomy chwali się czym może, bo myśli, że tak wszyscy teraz robią i nie istniejesz, jak cię nie widać na jakiejś platformie. Lepimy sobie braki.
Czemu więc piszę i publikuję? Z egoistycznych pobudek, że jak ktoś przeczyta przestanie lecieć za stadem i pojawi się takich indywiduów, jak ja, więcej. Będzie mi wtedy łatwiej, spokojniej żyć w bardziej zróżnicowanym, tolerancyjnym świecie. Tacy ludzie nie będą potrzebowali kodeksów, bo mają swój własny kompas i żyją na bazie swoich dobrze przeanalizowanych doświadczeń. W stadzie owiec nie jest łatwo przetrwać takiej, jak ja Kozie. Lecą, nie patrzą, gdzie lepsza kawa, tylko czytają „bio”, „eko” albo „eco” i się sugerują. Albo zmuszają do robienia tego, co Kozie niemiłe, siedzenia w domu, bo Koza lubi pohasać w górach, albo nad morzem, jak się w Syrenę zamienia, szczególnie nocą … Moja wewnętrzna Koza już dawno poleciałaby w kosmos, gdyby mogła, tam pusto i samotności pod dostatkiem. Tylko gwiazdy, galaktyki, nieskończoność … A prawa, tylko fizyczne, niezależne od dowolnych organów.