Czas na … Merry Christmas!

– Może przełożymy wigilię na jutro? – spytałam córkę śpiącą na kanapie po tym, jak odsypiała nocny kurs ze swoim tatą na lotnisko. Było tuż po dwunastej i zupełnie poważnie rozważałam przeniesienie wigilijnej kolacji na dzień następny.
– Daj mi piętnaście minut – szepnęła Julia a ja tylko się uśmiechnęłam do siebie widząc, jak mówi do mnie nie otwierając oczu. – Mamy cztery godziny, damy radę.
Poszłam do chłopców, których czasem nazywam sforą wampirów. Wynurzają się z pokoi po zapadnięciu ciemności z różowymi oczami wymęczonymi monitorem. Czasem myślę, że może zdrowiej byłoby, gdyby rzeczywiście w nocy polowali na zwierzęcą krew, niż walczyli z wirtualnymi strzygami w interaktywnym świecie Wiedźmina nawołując przez mikrofony swoich niewidzialnych współtowarzyszy.
Od mojego powrotu ze Stanów z wieloma sprawami nie nadążam. Trzymał mnie jet-lag przez dobry tydzień. Czułam się nieswojo również z ciemnością za oknem przed czwartą po południu i zachmurzonym prawie nieustannie niebem. Gdzież to słońce karmiące mnie niewidzialną, soczystą energią?
– Zrobię barszcz – powiedziałam do siebie i wstawiłam kawę. Włączając muzykę świąteczną zaczęłam podrygiwać w kuchni, a dom powoli napełniał się ruchem.

Dzień wcześniej pojechałam po sztuczną choinkę. Miałam już dość wyrzucania zmęczonego drzewa na śmietnik. Wolę sadzić niż zrywać, wolę kiedy mi kwitnie niż usycha. Kiedy wyjechałam, moja kotka w złości, że mnie nie ma, zrzuciła moje orchidee. Trochę się uszkodziły, może też się obrażą i nie zakwitną, kto wie? Potem oficjalnie nasikała na chodniku w łazience. Taki protest. Ludzie też czasem tak wyrażają swoje niezadowolenie, niszcząc i obsikując. Nie uciekliśmy aż tak daleko od swojej zwierzęcej natury jak nam się zdaje. W złości, z bezsilności niszczymy to, co ktoś inny stworzył i obsikujemy ludzi słowami, niekiedy ostrymi, jak żrącym jadem.

Gdzieś około rozkładania stołu i wyjmowania obrusa przypomniałam sobie, że nie mamy opłatka.
– To nic mama, zrobimy w tym roku tak, że zamiast życzeń każdy będzie mówił za co jest wdzięczny – powiedziały dziewczynki. Wdzięczność ma więcej mocy niż życzenia. Energia wdzięczności uzdrawia, wypełnia, pokazuje nam prawdziwą perspektywę tego w czym żyjemy, co mamy. Życzenia pokazują pozorne braki, wybiegają w przyszłość, której jeszcze nie ma. Dopóki człowiek nie jest wdzięczny za swój obecny stan, nie ma sposobu go nakarmić, w szczególności tym co jeszcze nie nastąpiło, czyli nadziejami. A kiedy już autentycznie jest wdzięczny sam zauważa, jak niewiele mu potrzeba, jak pewne życzenia stają się zbędne, pewne dążenia niepotrzebnie pochłaniają naszą bezcenną energię.

Kiedy Julia skończyła robić sushi, naszą tradycyjną potrawę wigilijną, zrobiliśmy sobie zdjęcia. Telefon na stercie poduszek wziął nas co nieco z dołu, ale całkiem ładnie, na tle starej szafy, którą kilka lat temu własnoręcznie pomalowałam z jednej strony na kolor ciemnoczerwony. Lubię coś czasem zmienić, przemeblować, przemalować, wywalić, jak już zawadza. Na te święta mam plan wypatroszenia mieszkania z rzeczy zbędnych. Nie miałam na to czasu przed, ale takie dwie godzinki na przejrzenie, co by tu można wywlec i oddać, puścić w obieg, skoro już mi niepotrzebne. Zajęcia praktyczne zamiast siedzenia przed filmem i jedzeniem.

Zapaliliśmy świece z manufaktury w Kansas o oryginalnych, mieszanych zapachach nazwanych przez twórców „Późne Popołudnie” albo „Candy Cane” i zjedliśmy to, na co mieliśmy ochotę bez przejadania się i torturowania żołądka. Rozmawialiśmy, dużo się śmiałam, jak zazwyczaj, kiedy razem siadamy do stołu i naturalnie jesteśmy obecni w tej samej wspólnej przestrzeni. Potem puszczaliśmy sobie po kolei ulubione świąteczne piosenki. Moją jest „Last Christmas” i nie zapowiada się w tym stuleciu na żadną zmianę.

Nawaliłam z prezentami. Niektóre nie dojechały na czas. Urok internetowych zakupów i brak prawidłowego poczucia czasu po powrocie. Jakoś to sobie wybaczę, pewnie nie od razu. Dzieci pograły jeszcze w grę planszową dla czterech osób, więc krzątałam się obserwując i sprzątając.
Późnym wieczorem chłopców wessały pokoje, Lenę odwiozłam do domu, Julia padła na kanapie, a ja obejrzałam komedię romantyczną o rozwiedzionej pisarce, oszukując swój mózg, że absolutnie nie wiem co się stanie. I kiedy książę na koniu podjechał pod okno, postanowiłam coś tam jeszcze skubnąć z lodówki. I jakby ruszyła lawina, zombi z pokoi po kolei wpadali na dodatkowe pierogi, kanapki, sushi. Wigilia w ten sposób się przedłużyła o kolejną, nieoficjalną część.

Za co jestem wdzięczna w tym roku? Za normalność, codzienność, która zmienia się w magię, kiedy dzielę ją z tymi, których kocham. Za to, że stworzyłam kiedyś w przestrzeni wielu lat takie wspaniałe stado, dzięki któremu wypełnia się sensem mój własny, osobisty świat, w którym rozpoznaję sprawy ważne, od tych błahych i cieszę się, że miałam na to odwagę, energię i czas.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *