O miłości i poczuciu szczęścia

Tak się jakoś składa, że tematy toczą się same. Piszę o doświadczeniach, które się manifestują w życiu moim i moich bliskich, przyjaciół, znajomych. Dziś drąży mnie myśl, że coś przegapiam. Skutecznie przegapiam w życiu i postanowiłam pisać, bo w pisaniu często dochodzę do tego co ważne, sama. Jakbym dała się prowadzić … komuś.

Szczęście, to kwestia wyboru. Wybierając marudzenie, niezadowolenie i wyrażanie słowami nieszczęścia to, co szczęśliwe przepędzamy z zasięgu naszego istnienia. Ono nie ma dostępu do nas kiedy się wplątujemy w dyskusje o negatywności, nieszczerości świata, katastrofach, niespełnieniach. Wypełniamy się do pełna tym, co mówimy, ono wpada do naszej żyznej podświadomości i zaczyna kiełkować, żeby stać się pełnoprawną rzeczą, sytuacją, manifestacją, jaka obrodzi. Mówiąc o chorobach, wypadkach, złych prognozach, wytwarzamy w sobie obraz, jaki trudno przełamać dobrocią, łagodnością, pięknem. Tak przywykliśmy do tego, że wspaniałe rzeczy są niecodzienne, że nie pozwalamy im się zjawiać. Mam kolegę, który na każde pozytywne stwierdzenie odpowiada ostrożnym, zwykle negatywnym komunikatem. Jakby obawiał się tych dobrych, nawet jeśli obiektywnie coś dobrego się zdarza, jak słońce wiosennego dnia. Myślę, że od czasów dzieciństwa, wpaja się nam, że smutek i powaga są uznawane za objaw dojrzałości. Bo ten co się śmieje, jak głupi do sera, pewnie jeszcze nie dostał po nosie od życia. I tak na spółkę się silimy, żeby sobie dodać powagi smutkiem, frustracją i postrzegamy to jako rozsądne. Lepiej się nie nastawiać na coś dobrego, żeby się nie sparzyć. Im dłużej na to patrzę, tym więcej mam podziwu dla dziecięcej naturalności w odczuwaniu szczęścia. Dorosłemu musi zajść 7 tysięcy okoliczności, żeby ocenił, że mu się zdarzyło, a dziecko cieszy się z tego tylko, że przyszło na świat, że ma lalkę, że chodzi i się przewraca nie częściej niż raz na godzinę i woda kapie z nieba, a w kałuży może mieszka ryba. Warto sprawdzić, jak mama nie zdąży zatrzymać.

Co nas tak obciąża niespełnieniem, że nie umiemy się cieszyć jak dzieci samym tylko istnieniem swoim i rzeczy jakie nas otaczają? Dlaczego tak usilnie staramy się ten świat naprowadzić na danie nam szczęścia, co kosztuje lata całe pracy, energię rozszczepienia atomu i nie ma, jak to w przyrodzie, pewności czy nam się uda? Co nas tak zamyka na istniejące cuda, które ludzie o otwartości umysłu dziecka widzą każdego dnia tysiącami? My sami. Dlatego mówię, że szczęście to kwestia wyboru. Wybieramy, że będziemy się cieszyć tylko pod pewnymi warunkami i grodzimy się nimi od szczęścia na mile morskie. A to będę się cieszyć jak ten projekt skończę, a to w piątek, bo weekend, a to po spotkaniu z trudnym klientem, szefem, a to kiedy wreszcie rurę mi naprawią, albo kupię ten zestaw do kawy, cudny, albo kiedy jest słońce, bo sorry bez słońca dzień jest nieciekawy, ludzie nudni, smutni, i wszystko ciągnie się jak flaki.

Ja nie mówię, żeby skakać do nieba z wymuszenia na sobie radości, ale żeby się przynajmniej oduczyć mówić o negatywności tego co nas z prasy, telewizji i innych info zalewa, po szyję. Jak się komuś dom spalił – to się spalił. Można mu pomóc? To pomóc, nie dyskutować, upajać sie każdym zwęglonym krzesłem. To jakaś paranoja, że nas to tak pochłania, upajanie się czyimś nieszczęściem. Na zasadzie, nie jest mi tak źle, mój dom jeszcze stoi. Jeśli ktoś do poprawy humoru potrzebuje się od takiej tragedii odbić, to gratuluję, w sarkastycznym tonie oczywiście. Takie rozmowy mają sens tylko wtedy, kiedy są konstruktywne, kiedy się mówi o faktach i dąży do rozwiązania. W innych przypadkach to tylko upajanie swojego ego, pozorowanie mądrości.

Jestem realistką, wiem jak trudno przełamać ten schemat negatywnego myślenia. „Oj, niech się tak nie cieszy, jeszcze go życie skoryguje”. O rany i co z tego, że skoryguje. Skoro skoryguje, to tym bardziej warto się teraz cieszyć, że jeszcze odpuszcza i nie włazi nam w życie. Niech czeka na swoją kolej. Teraz się cieszymy, jak ja z jazdy samochodem, że chrypnę od śpiewania i śmieję się z siebie, kiedy nie wyciągam dobrze tonów, że syn mi się zbiesił, a córka wyładniała i zaraz czas kupić wiatrówkę na chłopców.
I przyszła na mnie właśnie pora, że się cieszę nie do sera, a do kwiatów w pracy, bo zarosłam dżunglą i nie ma gdzie ich przestawić. A może też, że nie mam wrogów, nikt mi źle nie życzy. A jak życzy to nie ważne, bo mnie to nie rusza. Mam swoją karmę. I, że jestem tak niezwykle obojętna na wiele cywilizacyjnych chuci w stylu materialno-elitarnym, na widok których, innym tylko się dziura w sercu otwiera i wyją z pustki. Kiedyś przyszłam do światłej osoby, a ta mi powiedziała: „Pani jest taka promienna, ale to się może zaraz skończyć, więc proponuję pakiecik.” No, jak znalazł! Gdzież miałabym szukać mojej promienności, jak nie u innych. Pakiet, skutecznie podany, pewnie na czas określony, do następnej sesji.


Sami możemy być swoimi nauczycielami w szukaniu szczęścia. Tylko my wiemy co nas uszczęśliwia. Nikt nam nie musi tego mówić. Wystarczy się głębiej w siebie zanużyć, wejść do kałuży pod nieobecność rodziców i spytać: „Chcesz się bawić?” A odpowiedź przyjdzie sama. Ta zabawa, może być niecodzienna, jak moje tango, malowanie Iwonki, rowerowy wycisk Magdy, czy śpiewanie Lenki, pływanie kajakiem Leszka albo rejsy Tomka, jak zdjęcia nieba Ani, bębny Małgosi, i jak każda myśl pełna słońca, która wynurza nas nad powierzchnię codzienności, gdzie w końcu nie czujemy granic. Bo szczęście jest świadomym uczuciem sięgania nieskończoności, którą każdy inaczej opisuje. Dla ludzi religijnych jest przejawem boskości, dla innych harmonią w świecie pełnym chaosu. Warto więc w obu przypadkach dostrajać się do jej głosu, wibracji, pełnej miłości, jednej z wielu jakie nas otaczają i zwyczajnie oddalać to, co nam nie służy, co nas zniewala do podróży przez mętne odchłanie zwątpienia.

Melancholijnie, albo z buta, czas już powiedzieć smutkowi: „Do widzenia”, by dzień się udał. Mój się uda!