O naiwności i ignorancji

Tytuł jest adekwatny do mojego obecnego stanu ducha. Przytłoczyła mnie dziś naiwność ludzi i ignorancja.
Wchodzę w internet i widzę wpisy, oglądam filmiki i patrzę moim sceptycznym okiem przeszkolonym na naukowych metodach i intuicji w poszukiwaniu prawdy, a tam bajoro różnych samozwańczych teoryj na temat rzeczywistości i tego, jak z niej wycisnąć dla siebie nowy samochód i futro dla żony, żeby się nie czepiała, że się wypuściliśmy mechanicznymi końmi w dal.

Najbardziej nie mogę ścierpieć, jak ktoś naukę do tego zaprzęga i przekonuje, że wystarczy afirmować cadilaca przez trzy tygodnie, a potem zapomnieć, a już wedle świąt Bożego Narodzenia zjawi się na podjeździe i, jak się ma odpowiednie zasługiwanie w tych siłach kwantowych, co się je do tego zaprzęgło, to będzie srebrny metalik.
I ludzie siedzą i afirmują, palą świece, rysują wyobrażenia, wysyłają w przestrzeń, wizualizują i, jak się cadilac nie pojawia, to zaczynają od początku z inną marką, skromniejszą, może już nie być metalik, a może motocykl wystarczy, albo chociaż rower górski z dobrą ramą.

Wystarczy, że ktoś w sieci wytrze sobie buzię zrozumieniem pojęć fizyki kwantowej, a jak muchy niespełnieni ludzie lgną i spijają bez refleksji, zrozumienia. Nie daj boże to jest jaki dochtór, takiego piją litrami i siedzą, i czekają, i medytują zawzięcie i czytają, że się komuś udało i wyleczył się z choróbska i wpadają w poczucie winy, że oni widać w złej kolejności te świece zapalili, albo myśli mają jakieś pofałdowane w inną stronę, a może ich demon jaki podjada z tej kwantowej energii, bo już by im dała co chcą.

Chryste!- chciałoby się zawołać, gdybym nie była apostatką. Na ludzką naiwność nie ma lekarstwa i afirmacji. Wszyscy ci bowiem afirmujący w grupach wzajemnego wsparcia są mądrzy. Niechaj im kto powie, że nie. To wyprą, wyśmieją, że ktoś się nie orientuje w tej nowej nauko-sztuce pozyskiwania wszystkiego, bo wszystko jest możliwe. I to paradoksalnie jest prawda.

Moja wiedzą na temat fizyki kwantowej jest całkiem podstawowa, tak, jak i wiedza dotycząca ludzkiej świadomości. Podsumowaniem praktyk i filozofii tych wszystkich ludzi nauczających o kwantowym przyciąganiu, jakich oglądałam, jest postawa Mateusza Grzesiaka, który, tu cytuję z jego wystąpienia, każdy dzień zaczyna od wykrzywienia na siłę uśmiechu do lustra i zakrzyknięcia ochoczo: „To będzie wspaniały dzień!!”. Czyli okłamania swojego stanu ducha. Ja wolę być istotą zgodną ze swoimi emocjami i uczuciami, nie okłamującą się. Wolę być ze sobą szczera niż tresować się kłamstwem do bycia kimś innym. To co on robi, robią ci co afirmują, wprowadzając się w stan, sztucznie, podczas medytacji i wyciskając z rzeczywistości to, co sądzą, że jest im potrzebne. Grzesiakowi potrzebny jest wspaniały dzień, bo co gdyby nie był, może warto zapytać? Straciłby twarz wobec nauk, jakie rozpowszechnia? W końcu jest ich twarzą, a sprzedaje sukces.

Kwantowa energia to po prostu energia z jakiej budujemy rzeczywistość i prawdą jest, że nasze życie jest obrazem naszego wnętrza. Skupiając emocjonalnie uwagę na tym, co się w nim pojawia, wybieramy i osadzamy rzeczy, sytuacje, sprowadzamy i odpychamy ludzi i doświadczenia. Za pomocą emocji, uczuć i przekonań. To wszystko prawda, ale w świat kreacji kwantowej trzeba wejść bez intencji. Jak ktoś się chce uwolnić od niskiego poczucia wartości posiadaniem cadilaca, to nawet jak tego cadilaca dostanie, nie zyska na wartości wewnętrznie. Jego podświadomość, jak każdego człowieka, działa podobnie. Żaden cadilac, futro, sławny znajomy, tytuł naukowy, ekskluzywny zawód i hobbi nie zalepi w środku dziury braku poczucia własnej wartości. Tak jak żaden partner nie uwolni od lęku przed samotnością. Kiedy odejdzie, lęk gotowy.

I tak, projektujemy i zmieniamy rzeczywistość tym, co w nas się dzieje. Emocje nie są jednak do wytrenowania, a jak kto je skrzywia, jak tym wymuszonym uśmiechem, to odrzuca siebie, czyli najprawdziwszą istotę jaką stworzono, żeby ten świat oglądała. Nie ma złych ani dobrych ludzi. Każdy ma dostęp do kreowania i robi to na bieżąco, wybierając pieczywo, partnera, drogę do domu. Każdy przejaw naszej egzystencji zmienia rzeczywistość naszą i innych, bo jesteśmy połączeni. Więc jak ktoś siedzi i trenuje podświadomość, żeby mu się powodziło, jest tak skupiony na zadaniu, że może nie zauważyć, że idąc do łazienki zbeształ syna i odcisnął na świecie o wiele większy wpływ niż swoją wielogodzinną afirmacją o zdrowie rodziny.
Wchodząc w takie praktyki ludzie chcą uwolnić się od swoich lęków, których wolą nie widzieć i cały swój czas i energię wkładać w uciekanie od nich. Zamiast udawać świętego mnicha i usiłować naginać rzeczywistość do swoich wyobrażeń, lepiej patrzeć na nią szczerym okiem i powiedzieć sobie, dlaczego chce się ją zmienić. Ale najpierw zaakceptować, że się ma te lęki i taki świat, jaki się stworzyło, bo jest on obrazem naszych wyborów. I ta akceptacja to jest prawdziwa miłość do siebie, nie tego wykrzywionego w uśmiechu showmana pozującego na kogoś innego, nie tego posiadacza cadilaca świecącego w oczy sąsiadom, ale siebie, czasem marnego, czasem pogubionego i słabego, bo na tym też polega człowieczeństwo. I do tego człowieczeństwa zalicza się również ucieczka w naiwność i ignorancja. Dlatego ich nie odrzucam, widzę i mimo, że mnie mierzi, jak ludzie uciekają od siebie w takie techniki, jest to dla mnie lekcja. Zauważać, żeby tego nie wybierać w trosce o siebie, taką jaka jestem, bez cadilaca i futra, takiej siebie, która do medytacji siada, żeby zrozumieć i czuć, a nie po to, żeby wycisnąć rzeczywistość jak cytrynkę.

Swoją drogą znakiem czasu jest, że coaching tak się rozwinął, że sprzedaje praktyki zgodnie z zamówieniami ludzi, czyli pójścia na skróty. Ale, że zgrabnie wplótł w swój przekaz teorie fizyki kwantowej, to swoją drogą świetna manipulacja. Warto się wsłuchać w to, co człowiek mówi i iść po ludzkich intencjach. Wielu ludzi po prostu robi kasę na ludzkiej naiwności, ale ci „mądrzy” praktykujący, za skarby nie przyznają się do błędu i dzięki temu stają się idealnym, lojalnym klientem swojego „uczonego” nauczyciela. Innym sposobem utrzymania takiego klienta jest wmówienie ludziom, że praktykują w celach ideowych, dla dobra ludzkości, pokoju, rozbrojenia, albo zupełnie enigmatycznie miłości międzyludzkiej. Podnoszenie wibracji, oczyszczanie aury, a po prawdzie niezrozumienie swojej świadomości doprowadza ludzi do uzależnienia od takich praktyk. Medytacja, robiona bez zrozumienia, jak tabletka na ból głowy, też może stać się nałogiem, i jeśli nie jesteśmy ze sobą szczerzy, nie rozumiemy co nami kieruje, bo tego zrozumieć nie chcemy, tylko efektu końcowego, to bipasem skaczemy nad sobą w stanie medytacji. Nie dochodzimy w niej do niczego oprócz odrobiny relaksu. Choć w czasach głębokiego niejawnego stresu całych populacji to jedyny zysk z tej techniki, bo żadna technika maskująca nie pomoże w rozwiązaniu naszych prawdziwych człowieczych problemów. Nie ważne jak atrakcyjna, i jak kwantowa.

O darciu pierza – przewrotnie

Scena z filmu „Fight Club” (1999) reż. David Fincher

Wszyscy się kłócą. Polityka atakuje nas antagonizmami. Idee równości i praw człowieka odpływają w morzu nietolerancji. Fala za falą, a czas ucieka i zbliża nas do wiekopomnego dnia – dnia wyborów.
Nie oglądam telewizji, nie czytam portali, słucham ludzi, czasem radia. Przyglądam się faktom, nie opiniom. Opinie mnie nużą, bo często podszyte są jakimiś strachami, a to atakiem pedałów, a to ciemnoskórych, a to nacjonalistów w ciężkich buciorach, albo szfadronu pielgrzymkowych aktywistów. Tak jakoś mam, że ponieważ nie neguję istnienia dowolnych postaw, dogaduję się ze wszystkimi. Może oprócz tych, co zamiast gadać wolą agresywnie krzyczeć. Do tych nie warto mówić. Akceptuję ludzi dowolnych opinii, mają prawo co chcą myśleć, robienie ludziom w głowach rewolucji ideologicznej już było. Warto sięgnąć do historii – już było przekonywanie i wychowywanie do jedynie słusznych poglądów na siłę. Nie musimy już tego powtarzać, ale co jakiś czas wciąż to wraca na skalę społeczną. Nagle dziewczynki do garów, chłopcy do łopat, albo księża na Księżyc, albo Bóg, Honor, Ojczyzna, za pomocą czerwonych od przejęcia mówców, albo takich z rączkami w piramidkę.
To wszystko już było, ale część ludzi nadal się tym żywi. Dlaczego? Bo zamiast zająć się własnym życiem, wolą żyć w iluzji większej idei. To ich stawia w lepszym świetle, robią się sami dla siebie więksi. Czemu czują się zatem mali, żeby się tak windować? Pytanie indywidualne do każdej babki i każdego chłopa. Co tam cię, drogi obywatelu, boli osobiście, że się podczepiasz pod gremium wybrzydzające na innych? Jaki pedał ci zawinił, że nie masz lepszego samochodu, albo jaki ksiądz ci podprowadził wolność osobistą?

Żyję w tym kraju już jakiś czas i wciąż się natykam na antagonistów. Taki antagonizm chroniczny, jak choroba żołądka i przełyku, zwana zgagą. Jak to się dzieje, że nie umiemy wyjść ponad to chroniczne, uciążliwe dla ucha zakrzykiwanie przeciwnika? Bo nie umiemy w uczciwości własnej przyznać się do faktów. Każde stronnictwo jest lepsiejsze i ma plan na poprawę bałaganu zostawionego przez poprzednika, w który samo nie wierzy, ale to sprzedaje, a krzyczący zapamiętale ogół i to kupi, bo z góry wiedział, że lipa. I tak koło się zamyka.

Zamiast nawoływać do zmiany, siedzę sobie w domu, albo stosownie, w pracy i patrzę na tę rzeczywistość, jak na grę żywiołów. Co jest lepsze woda czy ogień? Po nadmiarze jednego mamy powódź, po drugim zostaje popiół. Mądrzy starożytni pisali, że „panta rei”, więc płynę w tym nurcie wzniosłych idei, jak w wodzie Gangesu. Tu trup, tam kwiat, z dystansu muł, nie woda. Mam własne poglądy, wygłaszam je kiedy jestem do tego zaproszona, albo kiedy ktoś przy mnie dmie z trąby głupoty. Nie obrażam się jak ktoś do mnie mówi, jak mój niedawny „przeciwnik”: „Kiciu, ty to nie wiesz o czym mówisz”. Taka osobista wycieczka zwykle oznacza, że człowiek doszedł do swojej ściany argumentacji i, że się już połapał, że nie umie na nią wleźć, a odwrócić się wstydzi. Dlatego, jak ktoś zaczyna szydzić, agresywnie lub z pozoru nie, znaczy, że jego strategia przekonania cię bierze w łeb. Innym sposobem „pokonania” przeciwnika jest powołanie się na prawdy objawione, w stylu, „przecież to każdy wie”, „wszyscy tak robią”, „tak się stanie, zobaczysz”, „oni już tacy są” itd. Żadnych konkretów, truizmy pułapki, z takich trudno się wychodzi w dyskusji, bo człowiek utyka w przekonaniu i nie widzi faktów, że żadni „wszyscy”, nie „każdy”, co się stanie – nie wiemy, jeszcze tego nie ma.

Ostatni problem w świadomej dyskusji to słowo klucz. Mój oponent sądził, że użył go przeciwko mnie – „kicia” – mnie tam nie obraża, bo ja słucham co ludzie mówią a nie jak mówią, i zawsze wracam do faktów, nie przejmując się zbytnio stylem ich wypowiadania. W większości zaś jest inaczej. Słowo klucz może być nie koniecznie obraźliwe jak „homoś”, „łysa glaca”, albo „dziunia”. Zaskakujące jest, i warto to wiedzieć, że słowo klucz może mieszkać w słowie „porażka”, „kobieta”, „ser”. Skąd się to bierze? Z naszych doświadczeń i skojarzeń. Coś neutralnego dla jednej osoby, dla innej ma głębokie, bolesne konotacje i tego, naprawdę, nie da się przewidzieć. Dlatego dyskusja z kimś wyczulonym emocjonalnie na słowa, nie fakty, nie ma sensu. Człowiek reagujący na słowo klucz np. „stado” ( tworzycie stado wokół tego lidera – może być odebrane jako stado wokół barana, albo doświadczonego przywódcy), albo przykład z doświadczeń mojej przyjaciółki – „łożysko” (z ciała kobiety? czy z kosiarki?), zaczyna się kręcić wokół tych emocji i dyskusja siada, a podnosi się ciśnienie. I na nic rzeczowy powrót do meritum sprawy, kiedy odpaliliśmy czyjś bolący punkt. Trzeba nie lada uważności na samego siebie, żeby ten punkt w ogóle zauważyć i w niego nie wpadać.

Na koniec powiem jeszcze tylko, że niektórzy Polacy bardzo szybko uznają się za ekspertów w zasłyszanej dziedzinie. Takiego nie przegadasz, mina takiego speca sama mówi za siebie. Z takich rozmów ze spokojnym, czasem rozbawionym wewnętrznie obliczem, szybko się wycofuję. Jak nie zdążę, to dostaję głupawki, na duby smalone, jakie można usłyszeć. Z drugiej strony tacy eksperci są nieocenionym źródłem anegdot do późniejszego opowiadania we właściwym towarzystwie.

Jeśli już rozmawiać, to słuchać jednocześnie. Zaoszczędzam w ten sposób mnóstwo mojej energii osobistej w oczekiwaniu na ciekawego rozmówcę – słuchacza. Wtedy następuje prawdziwa wymiana i z takich dyskusji, czasem dynamicznych, czasem cierpkich, ale rezonujących zrozumieniem obu stron, rodzi się coś. Coś, co wyrasta ponad jeden pogląd i drugi, co się starły i może czasem wzięły za łby, ale w ostatecznym rozrachunku dały sobie szansę, zobaczyły siebie w całej krasie i zaakceptowały fakt, że istnieją jednocześnie w tej samej przestrzeni naszych świadomych myśli, opinii i nadziei, na koegzystencję postaw, nie zwalczanie „wrogów”. Bo z całą pokorą trzeba powiedzieć, że to co teraz uznajemy za chwast w przestrzeni publicznej, może się okazać lekarstwem, a nawet wybawieniem w specyficznych sytuacjach. Dawkowane w odpowiedni sposób patriotyzm, liberalizm, feminizm, szowinizm, czy totalitaryzm dają efekt końcowy, który wyprowadza nas w nową rzeczywistość. A ta się zmienia i warto nie odrzucać niczego, tylko umieć ze wszystkiego, ale mądrze i z umiarem czerpać.

Kierunek do wewnątrz

Siedzimy. Siedzimy można powiedzieć za niewinność, w trosce o siebie. Drzwi zamknięte, lodówka pełna, dzieci w łóżkowej szkole, ja w pracy w piżamie, między kuchnią a sypialnią. Snuję się, to takie nietypowe nagle mieć tyle czasu dla siebie. Zagubiłam rytm dnia, wstaję niby wcześnie, ale grafik mi codziennie pada i już nie walczę o systematyczność. Robię jak wyjdzie i nawet nieźle wychodzi. Telekonferencje mojej grupy bywają śmieszne, Paweł pokazuje kartkę i wyniki, kłócimy się, zaczynamy od nowa, albo zmieniamy koncepcję. Rutyna.
A wewnątrz, wewnątrz wiele zmian. Jestem ze sobą na co dzień, non stop i dotykam bardziej siebie, tej, która na zewnątrz, w pędzie życia rzadko się odzywa. Początkowo miałam trudność w przestawaniu tak dużo na bieżąco ze sobą, w dzień, w noc, przed komputerem, na sofie, na tarasie. Z czasem zaczęłam inaczej na siebie i otoczenie patrzeć. Wiem, że to inaczej już zostanie, że będę od tej pory jeszcze uważniej widzieć co się ze mną dzieje, kiedy jestem w stanie tego pozornego uwięzienia. Zaakceptowałam to, że nie mogę pewnych rzeczy zrobić, robię inne, albo nie robię nic, i pozwalam sobie na to lenistwo w działaniu. O wiele więcej mogę wtedy zauważyć, kiedy się zatrzymuję i nie spieszę.
Niepewność tego co będzie jest ciekawym doświadczeniem dla wszystkich. Kiedy nas wypuszczą, zluzują restrykcje, kiedy odetchniemy? Nie wiadomo. Teraz nie da się przewidzieć. Niektórzy czują strach, inni nie chcą czuć strachu i buntują się złością. Nie ma wyjścia, jesteśmy w pewnym sensie bezradni i musimy się poddać, poczekać, zostać jeszcze w tym stanie, do jakiego nie przywykliśmy. Tak naprawdę jednak w normalnym codziennym życiu tylko łudzimy się, że jest inaczej. Łudzimy się, że mamy kontrolę nad sytuacją i swoim światem. To, że możemy wyjść i żyć w sposób sprzed pandemii nie dawało nam więcej wolności niż nam się wydaje. Wolność poruszania się do pracy, do domu, do znajomych, teraz realizuję inaczej, bo ruszam się w sieci nie w przestrzeni. To nasze wewnętrzne przekonanie, że jesteśmy zamknięci i zbici z tropu normalnych zajęć nie pozwala zobaczyć, że nigdy nie mieliśmy władzy nad światem, tylko złudzenie jego kontrolowania. Warunki zamknięcia powodują dyskomfort, bo nie możemy się odwrócić i pobiec do zajęć, musimy się oswoić, że zmiany duże i małe następują w sposób ciągły i tylko nam się wydaje, że kiedyś było inaczej. Po prostu zostaliśmy zatrzymani żeby się przypatrzeć, przyjrzeć swojej rzeczywistości, jaką na bieżąco kreujemy.
Parę dni temu założyłam buty do tanga i tanecznym krokiem pląsałam po kuchni robiąc obiad. Pandemia ogranicza mnie w tańcu tylko trochę. Mogę tańczyć sama, kiedyś z kimś znów zatańczę. Śpiewam do garnków, albo prania, na tarasie wchłaniam słońce. Przyjaciółka zaczęła pisać książkę. Czytam i się zachwycam.
Jestem ze sobą na poważnie, kłócę się czasem, słucham, mówię do siebie i poznaję siebie od nowa. Wędruję tak dużo wśród ludzi, że teraz mogę pobyć ze sobą i się na siebie patrzeć, polubić to kim jestem, albo zaakceptować, że w czymś się nie lubię. To dobry, bardzo potrzebny czas dla mnie. Tak go widzę, choć bywają sytuacje, że zamykam się w pokoju i w sobie. Nic nie poradzę, czasem trudno jest być ze sobą. Odpoczywam wtedy i daję sobie czas.
Nie pisałam długo przystosowując się do zmian, do akceptacji nieustającej zmiany w moim życiu. Kiedyś wrócimy do siebie, do przyjaciół, znajomych, kolegów. Zobaczymy się na nowo i będziemy inni, zawsze się zmienialiśmy, ale teraz zobaczymy to wyraźniej, bo po tak długim czasie nie widzenia się, nie kontaktowania, zmiany się wyostrzą. Wiem, że będę bardzo się cieszyć z powrotu do kolegów z pracy i ich żartów w pokoju socjalnym. Do tanga i partnerów, do przyjaciół rozsianych po domach i dzwoniących albo piszących z tęsknotą. Też za Wami tęsknię. Zobaczymy się na nowo, otwarci bardziej na siebie wewnętrznie i na siebie wzajemnie. Może jakieś animozje znikną, bo stracą sens, może jakieś cele wyostrzą się komuś w skupionej soczewce samotności? Może ktoś zrzuci kajdany starych programów co go męczyły, a ktoś inny odnajdzie siebie, bo nie będzie mógł siebie nie zauważyć. Zaakceptujemy, że w gruncie rzeczy mało mamy czasu w tym pobycie na ziemi, nawet jeśli teraz on się dłuży w odpowiedzi na nasze niekomfortowe samopoczucie wewnętrzne.
Wyobrażam już sobie, jak się będziemy cieszyć, kiedy pierwszy raz znów staniemy przed lustrem w sali na Nowym świecie u Marii i Nazara, jak będzie pachniała kawa w kawiarni na nowo otwartej za rogiem, jak głosy ludzi w tłumie czy za oknem staną się przyjemne. Jak zwykła jazda autobusem, kanapka w parku, słońce za oknem zmieni się w cud podniesiony rangą naszej wolności. Jak ta wolność w końcu zwrócona rozepnie przed nami wachlarz możliwości cieszenia się, doświadczania życia, niby w tym samym cośmy już robili, ale inaczej, bo skierowani do wewnątrz, w tej właśnie chwili, o wiele bardziej zmieniamy się i będziemy już inni.

Pozorna dysproporcja

Poszłam dziś na seminarium na Wydział Fizyki. To cotygodniowe wydarzenie łączące moją pracownię tzw. Miękkiej Materii z Fizyką Statystyczną. Moją uwagę zwróciły proporcje na sali. Słownie 3 kobiety i 15tu mężczyzn. Od wielu lat tak jest, od dziesięcioleci. Cały problem w tym, ze problemu moim zdaniem nie ma. Fizyką taką, jaką ja się zajmuję, zajmuje się stosunkowo niewielka liczba kobiet. Ilość nie jest ważna, ważna moim zdaniem jest kondycja nauki, jaką robimy. To, że przedmiotami humanistycznymi kobiety częściej się interesują jest po prostu społecznym faktem. Nie ma czegoś takiego, jak zawód męski i żeński. Robimy to, co dla nas ciekawe. Co innego, jak ktoś robi, bo nie widzi innej możliwości. Tak też może być, ale zapewniam, że tak samo mężczyźni, jak i kobiety są zablokowani na wykonywanie konkretnych prac.

Kiedy przestajemy myśleć schematycznie, że baba nie podniesie 50-cio kilogramowego wora, a chłop nie trafi w żyłę, wszystko się rozwiązuje. Zapewniam, że worów nie trzeba dźwigać, a do żyły bardziej się przydaje zimna krew kłującego, niż to czy nosi stanik czy nie. Gdybyśmy przestali szeregować ludzi na odpowiednich do zawodu, gdyby oni się sami nie wkładali do szufladek, potwierdzając te stereotypy, pewnie spotykalibyśmy więcej spełnionych pracowników i ludzi. Oczywiście, żeby się realizować w tym, co się lubi trzeba mieć czasem nie lada odwagę i wyjść z przekonań, że nie wypada, nie dam rady, bo inni już próbowali, ale w gruncie rzeczy to są strachy przed ujawnieniem się, pokazaniem kim się jest.

Kiedy wspominam, czym się zajmuję, ludzie reagują różnie. Mam już za sobą wszelkie stereotypy z tym związane, że jestem jajogłowa, zaniedbana okularnica zaczytana w książkach, że się ze mną pewnie nie pogada o niczym normalnym, a tak w ogóle to mi zrobili łaskę, że mi w tym świecie, męskim do szpiku kości, zrobili miejsce. Zapewniam, że o nie musiałam o nie walczyć. Po prostu robiłam co było trzeba i to dobrze robiłam, nic więcej, ale też nic mniej, co oznacza, że nie liczyłam na to, że kobiecie to odpuszczą, bo słabsza.

Lubię pracować z mężczyznami, mam silny męski pierwiastek w sobie i dużą kobiecą intuicję i kreatywność. To dobra mieszanka do wykonywania mojego zawodu. Kiedy z nimi rozmawiam, oczywiście jestem sobą, a to oznacza, że wyrażam się jako kobieta, bo to naturalne. Nikomu to nie przeszkadza, nie wyczuwam tutaj żadnego problemu, że na sali jest tylko parę kobiet a większość facetów. Tak po prostu jest. Nie mam też żadnej misji w imieniu kobiet nauki, albo gremiów, co walczą parytetami jak włócznią. Nauką powinni się zajmować ludzie nią zainteresowani. To na poziomie edukacji i wychowania robi się z dziewczynek słabowate i zależne jednostki. Kultura społeczna to potem utrwala i mamy gotowe pole do konfliktu. Zacznijmy, jak tak się chcemy wykazać, wychowywać swoje dzieci na zrównoważone w poczuciu własnej wartości jednostki, nie będzie wtedy potrzebna żadna odgórna kampania wyrównywania szans. Tych szans się zresztą zrównać nie da, bo każdy ma, niezależnie od płci,  inne zdolności i talenty, w których warto go wspierać. Nie załatwi tego państwo, fundacje, ani nawiedzone ideologicznie autorytety, tylko od pierwszego dnia: mama i tata. Reszta ludzi to potem tylko pochodne tego, co dzieci usłyszały od nich. Ja od moich nie usłyszałam nic dobrego, ani niedobrego, ale przynajmniej mnie nie zablokowali na naukę.

Z mężczyznami świetnie się pracuje. Z kobietami również, pod warunkiem, że nie próbują udowodnić, że są lepsze od mężczyzn. Tak już jest, że jak ktoś ma środek ciężkości położony w kompleksie, to trudno z nim współpracować i robić cokolwiek. Dlatego wybieram ludzi co są szczerzy i znają swoją wartość oraz słabości. Nie ma wtedy problemu, że trzeba omijać czyjś wrzód, a z czasem ten wrzód staje się nieznośny. Nie mam też kompleksu, że robię coś wyjątkowego i lepszego, bo nie robię. Robię coś podłóg własnych zdolności i tyle. Jak ktoś projektuje wystawy sklepowe to jest w tym lepszy ode mnie, bo ja nie umiem, a takie wystawy ogląda mnóstwo ludzi, podczas, gdy moje prace przeczyta garstka osób, a jeszcze mniej rozumie.

Wyciskanie na społeczeństwie zachowań, które nie urągają kobietom, jest śliskie. W Stanach musiałam podpisywać szereg dokumentów, że wiem jakie mam prawa w tym, że wiem kiedy ktoś mnie molestuje i do kogo się z tym zwrócić. Teraz nie spotykam mężczyzn, którzy by naruszali moje granice, ale jak spotkałam, to poszłam na policję i sprawa rozwiązała się natychmiast. Oczywiście trzeba dojrzeć do obrony swoich granic a najpierw je poznać, ale każdy ma szansę tego doświadczyć, zapewniam każdy na pewnym etapie życia musi się zmierzyć z ich wyznaczaniem i obroną.

Mężczyźni również lubią pracować z kobietami. W moim zawodzie, gdzie kobiet jest mało, to aż im się buzie cieszą, że taka jedna z drugą przychodzi. Robi się pełniej, ciekawiej, bardziej ludzko i mężczyźni, co robią naukę też się lubią poczuć mężczyznami w towarzystwie kobiet. Do tego nie trzeba sztucznych proporcji. Jedna kobieta na pięciu w moim środowisku wystarcza. W innych może być inaczej i to też jest naturalne. Tak jak mówiłam nie ilość, a jakość tego kontaktu i komunikacji wywołuje ten fenomen. Kiedy mówię o pracy, mówię tak samo do mężczyzn jak i do kobiet, to w tyle głowy zauważam płeć rozmówcy, bo ją widzę, ale dla współczynników dyfuzji makromolekuł w cieczy nie jest to w ogóle istotne.

Wspomnienia

W ciepłym pokoju mego serca
Przy jasnym ogniu mojej duszy
Siedzę czytając księgę wspomnień
Której ząb czasu nie ukruszył

Nie walczę z nocą za oknami
Nie ścigam wiatru w szczerym polu
Przekładam nogi na podnóżku
Wpatrzona w taniec wspomnień w ogniu

Chwytam ich kolor, smak i zapach
Z nostalgią suną pod palcami
Tacy byliśmy jeszcze wczoraj
Tak nieśmiertelni, tak realni …

Myśl niosła nas nad przeszkodami
Wiara, że przyszłość coś przyniesie
To co najlepsze, najpiękniejsze
Miłość i szczęście, móc uniesień

Przeglądam rozdział za rozdziałem
Dzieciństwo, młodość, wieki średnie
Karty zgniecione, zapomniane
Wygładzam robiąc dla nich miejsce

I w ciszy już się zgadzam na to,
Że coś odeszło, coś umarło
Coś się zmieniło w moim świecie
Włosów rozwianych, bądź z kokardą

Chłopców co podpierali ściany
Choć chcieli tańczyć z dziewczynami
Spojrzeń ulotnych, rzeczy marnych
I ważnych słów wypowiedzianych

Wyborów łatwych, trudnych uczuć
Pewności w tym niepewnym świecie
Rysunku ust, dotyku dłoni
Niepowtarzalnych, bo wyśnionych

Piersi szerokich od zachwytu
Łapiących całą gamę, przestrzeń
Ze śmiechu drżało niebo w górze
I migotało nam powietrze

Tęsknota snuje się w pokoju
Przysiada ogrzać zimne dłonie
Tulę do siebie żal jej spojrzeń
I niepokorność widzę w sobie

Dzięki tym latom pełnym światła
Umiem w ciemności iść tak pewnie
Choć czas mnie niesie bezustannie
Trudności piętrzą się codziennie

Siadam w przestrzeni mego serca
Otwieram rozdział za rozdziałem
Gdy byłam młoda, byłam piękna
I wszystko było doskonałe

A kiedy zamknę ją zupełnie
I tam odejdę dokąd idę
Jasność tych dni uniosę z sobą
I tak do końca nie przeminę.

25 luty 2020

O Pięknie

To ja, siemka, jak mówi mój Syn Kawa się pije, dłonie marzną 🙂

Miałam kiedyś sąsiadkę, która była pięknie skonstruowana. Pomoc chirurga plastycznego dała jej idealne kształty ciała, uwydatnione i absolutnie symetryczne. Patrząc na nią widziałam niedbałość proporcji mojego ciała i niedociągnięcia moich naturalnych partii w stosunku do ideału z profesjonalnych sesji zdjęciowych supermodelek. Sąsiadka swoje ciało ubierała w najlepsze, wyszukane stroje, na jakie przecież zasługiwało po nie lada trudzie dojścia do takiej postaci. Zastanawiałam się czemu ja nie zrobię sobie jakiejś operacji. Przydałoby się tu dodać, tam odjąć, tu wyprostować, tam zgiąć w interesujący łuk i moje samopoczucie wzrosłoby niepomiernie. Nie poszłam jednak po pomoc do specjalistów, uznałam widać, że nie zasłużyłam na lepszy wygląd niż mam. Nawet aparat dentystyczny rozważyłam tyko przez trzy minuty, bo uznałam, że jestem zbyt leniwa, żeby o to coś dbać i jeszcze tolerować coś takiego w buzi. W końcu obejrzałam moje ciało i zrobiłam podsumowanie: nogi – chodzą – nawet prędko, ręce – sprawne – chwytają co karzę, nos – krzywy- czuje co powinien i oddycha, oczy – widzą – czasem potrzebują okularów, pupa – mało miękka – na twardym długo nie usiedzę, podtuczyć jakoś mi się nie udało, brzuch – w normie – skóra rozciągnięta nieznacznie, włosy, paznokcie – własne, nie doklejane, nie kolorowane, ewentualnie lakier, twarz – rysy niesymetryczne – lubię na nie patrzeć kiedy się śmieją, uszy – małe, stopy – względnie duże, dobrze łapią balans w tangu. Cóż, może nie warto się tak starać w dążeniu do ideału. Pokochanie własnego ciała to w naszych czasach nie lada wyczyn. Samo dawanie mu jedzenia to sztuka w gąszczu zakazów, diet i dobrych rad. Dlatego jak idę do lodówki to wybieram to, na co mam ochotę, bo tylko w taki sposób daję sobie to, co dla mojego ciała jest dobre. Za chwilę będzie to kawa.
Szłam kiedyś w podziemiach metra i zobaczyłam skrzypka. Grał Bacha. Poprosiłam, żeby mi coś konkretnego zagrał i zapłaciłam. Stanęłam pod ścianą naprzeciwko niego i słuchałam. Między nami cały czas chodzili ludzie, ale ja byłam skupiona tylko na skrzypku i jego muzyce. Kiedy skończył grać, podeszłam i podziękowałam. Powiedział mi, że nigdy nie widział tak pięknej twarzy, jak moja.
– Co pan opowiada – żachnęłam się – widział pan mój nos, jestem asymetryczna.
– Ale to nie ma znaczenia – odpowiedział – pani ma coś takiego w oczach.
Coś w oczach, jako definicja piękna. Czy mogłabym się czegoś takiego spodziewać? Czy ktokolwiek z nas? Czym jest idealnie ujęta modelka w najlepszej kreacji światowej sławy projektanta? Jest wyobrażeniem tego, czego uchwycić się nie da. Bo to coś jest nieuchwytne. Piękno nie mieszka w kształtach, formach, przedmiotach. One co najwyżej mogą to piękno przypominać, imitować. Piękno to blask, jaki przypisujemy wrażeniu, że coś już nie może być lepsze, dopełnione, doszlachetnione. A każdy obraz twarzy można zmienić, wydłużyć coś, coś powiększyć bądź zmniejszyć. Dlatego, jak sądzę, prawdziwe piękno nie ma nic wspólnego z kształtem i proporcjami. Piękno prześwieca z wnętrza i ten uliczny grajek mi to uświadomił, choć długo jeszcze potem czułam się nie piękna. Nadal widzę asymetrie, tu płaskie, tam wypukłe, tu długie, tam krótkie, tu brązowe, tam czerwone. Nie skupiam się jednak na formie. Zakładam na to ciało portki, albo sukienkę i idę tam, gdzie chcę w poczuciu, że niezależnie od tego, co mam na sobie i jaki kształt dziś przyjęłam, jestem sobą, bo to kim jestem wydostaje się niezależnie ode mnie z samego wnętrza. A tego co wewnątrz nie da się zapudrować, wyciąć, uformować. Jest, jakie jest, i albo zgadzamy się na nie i błyszczy wtedy poprzez nasze ciało, albo nie i wtedy zakładamy maski, żeby się ukryć i formujemy kształty zewnętrza. I nie ma w tym nic absolutnie złego czy niewłaściwego, jeśli nam to pomaga żyć, jeśli presja jest tak wielka, że trzeba się dopasować, dociąć, dosztukować. To lepsze na pewno niż depresja, albo inna autoagresja. Moja sąsiadka była piękna zewnętrznie i dała sobie wszystko, co było jej potrzebne do szczęścia. Ja nie lubię się aż tak starać, mnie wystarczy za to szwajcarska gorąca czekolada i kot w nogach łóżka, słońce na dworze i cisza w otoczeniu lasu na tarasie. Nieoczywiste piękno ludzkich słów i myśli, śmiech powszedni i mocniejsze uderzenia serca, kiedy śpiewa ktoś nieoczywiście piękny, jak Barbra Streisand.

16 luty 2020

Zwalniam

Zwalniam. Pozwoliłam sobie na spokój i na „niepośpiech”. To co mam zrobić i tak przyjdzie, wtoczy się z czasem do mojego życia. Nie wyprzedzam tego martwieniem się, planami, zasiekami na wszelkie trudności, nie przygotowuję na zapas. Jakby przestrzeń i czas przestały mnie porywać ze sobą w przyszłość. Czasem aż zawisam i mam wtedy niezwykłą ostrość widzenia spraw, jak w tej chwili na przykład. Widzę gdzie byłam, gdzie jestem, widzę prawdopodobieństwo tego gdzie będę. Nie ścigam się z przyszłością, nie oczekuję na nią. Po prostu jestem. Jasność widzenia mówi mi, że tak nie będzie zawsze, że będę jeszcze dążyłą, jeszcze będę oczekiwała, ale nie martwię się tym. W tej chwili jest taka właśnie magiczna równowaga, że nawet moja popsuta klawiatura się nie zacina. Jakbym oswoiła przestrzeń i czas, materię i energię. Nie potrzebuję niczego i doskonale wiem kim jestem.
Świat przejawia się w tak wielu aspektach, jak światło w częstotliwościach. Dążymy do czegoś co nas wabi, kieruje naszymi wyborami i często jesteśmy sfrustrowani, że przy wielu próbach nie osiągnęliśmy tego, do czego sięgamy. A ja wiem, że nie ma we mnie już pragnień do wypełnienia. Doszłam do uwolnienia od siebie. To się zdarza, jak powrót do nieskończonej miłości do siebie, bezwarunkowej akceptacji wszystkiego, w czym się wyraża moja egzystencja. Traktuję to jak dar, że docieram do tak głębokiego zrozumienia natury otaczającego mnie świata. Połączenia umysłu, ducha i ciała, pozornie oddzielonych od siebie.
Kiedyś wrócę do regularnych spraw, nie zaniedbuję niczego. Ważę każdy ruch, słowo, jakbym widziała większą liczbę połączeń między zdarzeniami. Jak impulsy dawkowanej energii sunące między punktami w czasoprzestrzeni. Wkładam umiejętnie palce w struny współistnieniących wszechświatów przenikających się z moim i oddzielam to, czego chcę od tego, czego nie chcę, a jest to proste w tym stanie istnienia przy obecności ogromnego zaufania do siebie. Plotę rzeczywistość, stany, piki i spadki, w zgodzie na prawa, jakie kierują tę energię światła. Ciemność tężeje i wydaje najgłębszy, magiczny dźwięk kiedy energia zmienia się w materię. Nie tworzę na próżno, ale dla siebie, tworzę przestrzeń możliwości, zanurzoną w tym świecie, z uwzględnieniem atraktorów, próżni i przyspieszenia, najpiękniejszy wzór na jaki mnie stać.
Już to robiłam, wiem. W innym wcieleniu. To takie oczywiste. Nie potrzebuję jednak żadnego uzasadnienia dla tego stanu, żadnego powodu by go czuć. Przepływa przeze mnie, jak uczucie wypełnione każdym kolorem, każdą częstotliwością wyrażania się na ziemi. Wypełnione mną, połączoną ze wszystkim i z łatwością sięgam tam, gdzie zechcę, bez intencji zmiany w całkowitej akceptacji zastanego oblicza świata.
Potykałam się idąc tutaj, nie wierzyłam, odwracałam wzrok, nie czując się gotowa, żeby zobaczyć, kim jestem i dokąd zmierzam, ale kiedy raz wejdzie się na ścieżkę, konsekwencja doprowadza nas do widzenia, a obraz staje się przejrzysty i jednoznaczny. Tam gdzie nie ma już interpretacji, gdzie jest tylko prawda.

6 stycznia 2020

Powoli, coraz wolniej

Powoli, coraz wolniej
kręci się mój świat
widzę każdy szczegół
każdy piksel barw…

Jak wielu rzeczy nie widziałam,
gdy gnał,
a teraz trwa
wystarczy, że dotknę go
z czułością palcami
a on
jakby drżał
z radości, że go dostrzegam
i mieni się, i tańczy
śmieje radośnie w oczy
wybucha głębią
niespodziewaną
a potem płynie wodospadem
uczuć
tak dojrzały
tak spełniony
że czasem w ciszy
oniemiała
słyszę
czas …
krople
przemijania

i zgadzam się,
zgadzam się
na mój świat

6 stycznia 2019

Najbardziej lubię powroty

Z wyjazdów najbardziej lubię powroty, te chwile, kiedy wszystko wraca na miejsce i choć nie jest już nigdy takie, jak było wcześniej, czuje się naturalność, swojskość otoczenia. Być może jest to ograniczenie, że wybieram powrót, jako najszczęśliwszy moment podróży, ale tak czuję. Taka jestem, lubię wracać w kąty, które znam, do kochanych ludzi, do zapachów, dźwięków i pomieszczeń. Do sytuacji, które czekają na mnie, do domu, dzieci, pracy.
Ostatniego dnia w Kansas Beth zrobiła mi wycieczkę po okolicy. Zobaczyłam rejony miasta Lawrence, jakich nie miałam okazji zobaczyć pracując i chodząc swoimi ścieżkami. Domy stare, drewniane, z kamienia, wieżyczki, czerwone dachy, werandy. Dzielnicę za rzeką Kansas z nowocześnie stawianymi budynkami projektowanymi przez miejscowego twórczego architekta, domy stawiane co roku przez studentów architektury KU, komunę mieszkańców żyjących w jednym stadzie i wychowujących wspólnie dzieci, park za miastem z uciekającym nad nami sznurem gęsi. Po długim spacerze nad rzeką i krótkim w rezerwacie przyrody na tamtejszych mokradłach, zrobiło nam się obu zimno. Pogoda się załamywała.
– Chcesz zobaczyć Haskell, uniwersytet dla Indian? – spytała Beth.
– Tak, bardzo chcę – odpowiedziałam. Już wcześniej o nim słyszałam i chciałam zwiedzić, ale był daleko.
Pojechałyśmy prawie za miasto. Na obrzeżach, z dala od rejonów najbardziej rozwijających się w Lawrence dzielnic mieszkaniowych, stał pusty o tej porze roku, ze względu na przerwę międzysemestralną, nowoczesny budynek uniwersytetu. Znajduje się na terenie dawnej misji katolickiej, która w wielkim pomieszaniu miłosierdzia z okrucieństwem, odbierała dzieci Indianom, żeby je wychowywać zgodnie z własnym wyobrażeniem, co jest dla człowieka szczęściem. Na tyłach budynków znajduje się tam cmentarz. Niczego z naszej wycieczki tak dobrze nie pamiętam, jak tego właśnie. Już zanim weszłam czułam się źle. Na drzewie w rogu cmentarza wisiały szarfy, magiczne przedmioty szamańskie, a u stóp drzewa siedziała lalka. Kolorowa, ubrana i wyglądająca jak Indianka. Zabawka. Według kościelnych rejestrów, dzieci tam pochowane zmarły na różne choroby oraz uległy wypadkom. Kiedy weszłam na cmentarz poczułam taki smutek, jakby to moje dzieci tam leżały. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale płakałam stojąc między rzędami grobów. Dopiero po chwili zobaczyłam ich niezwykłe ozdoby. Na kamiennych tabliczkach i obok nich stały zabawki, resoraki, kamyki, lalki, misie, wstążki. To współcześni Indianie, członkowie wielu amerykańskich plemion, którzy przetrwali setki lat mordowania i niszczenia swojej kultury, adoptowali te mogiły młodych Indian, wyrwanych z korzeniami ze swojego środowiska, i co roku przywozili na te groby podarunki, zabawki, kamyki. Andrew Smith „E. Cherokee” 1876-1901, Chas Routchfeather „Sioux” 1886-1904, Ablicio Sena „Navaho” 1890-1907. Zadziwiające było to, że w większości byli to chłopcy i umierali między 15-tym a 24-tym rokiem życia, czyli w okresie, kiedy nie grożą już choroby okresu dzieciństwa, ale zaczyna się największy młodzieńczy bunt. Dlatego nie wierzę przesadnie w dyfteryt i inne choroby wpisane do kart zgonu tych chłopców.
Dziś na miejscu misji stoi uniwersytet. Wyłącznie dla Indian, którzy mogą udowodnić swoje pochodzenie. Szkoła jest bezpłatna. Taki zwrot strat po latach grabienia ich ziem. Indianie uczą się na tym uniwersytecie, żeby następnie pójść na regularną uczelnię. Wyrównanie szans. Oczywiście w obecnych czasach bardzo potrzebne. Niemniej jednak Ameryka nada słynie z podziałów i animozji rasowych. Kraj ludzi wolnych, a jednak pełen kontrastów. W Lawrence nie czułam żadnych napięć, ale to wyjątkowe miasto, ośrodek akademicki pełen ludzi myślących.
– Lawrence to wyspa liberalizmu w morzu konserwatyzmu w Kansas – mówiła Beth, powtarzając to za Lindą.
– Jak ci się podoba nasz prezydent? – pytali mnie tutaj wszyscy.
– Możesz mówić otwarcie o tej pomarańczowej małpie – słyszałam czasem od radykalnie niezadowolonych mieszkańców. Głównym tematem tegorocznych świąt był impeachment.
Co miałam powiedzieć? Że przypomina coraz powszechniej występujący w polityce wirus narcystycznego kretyna? Że łatwo jest takim indywiduom rządzić podzielonym tak gruntownie, bo rasowo, społeczeństwem?
W latach 60-tych Indianom nie wolno było przechodzić, ani przejeżdżać przez Lawrence. Dlatego uniwersytet Haskins zbudowano tak daleko od miasta. To największa uczelnia dla Indian w kraju. Dwa tysiące studentów różnych wydziałów. Obok tego oddalonego ośrodka powstała nowa dzielnica. Mieszkają i przyjeżdżają do niej ludzie twórczy, bohema, artyści, odmieńcy, nie czujący podziałów w tradycyjny sposób. Siedziałyśmy z Beth w kawiarni, a ja przysłuchiwałam się rozmowie przy stole obok.
– Ile napisałeś rozdziałów?
– Żadnego.
Śmiech.
– Próbowałem, ale potem uświadomiłem sobie, że idą święta i postanowiłem się poddać starej amerykańskiej tradycji polowania na prezenty w supermarketach.
Przed wejściem do łazienki stanęłam na chwilę zaskoczona. Dwa wejścia, na obu napis: „Dowolna płeć” – trochę wolno, ale w końcu do mnie dotarł. Przed kobiecymi łazienkami w Europie zwykle są kolejki, w muzeach, miejscach publicznych. Takie proste rozwiązanie pozwala na „nieczekanie”. Dlaczego tak dzielimy przestrzeń? Dlaczego w ogóle dajemy się dzielić? Kiedy rozmawiam z ludźmi z wielu części świata, wszędzie są te same problemy. Jesteśmy tacy podobni w bezpośrednim kontakcie. Gdzieś na jakimś poziomie uogólnienia robi się z nas protoobiekty narodowe wepchnięte w stereotypowy kaftanik.
Kiedy jestem w Ameryce nie czuję się ani gorsza ani lepsza. Robię swoje i mam z ludźmi dobre kontakty. Nie wymagam od Amerykanów, aby się kajali za rzeź Indian, tak jak innych wielkich morderców z przeszłości. Chcę jednak, żeby nie koloryzowano faktów do potrzeb polityki strategicznej, również polityki Polski. Chciałabym, żeby ludzie biegający po sklepach w dzień poprzedzający Święta Bożego Narodzenia wiedzieli, jakie są fakty historyczne, a nie opinie historyków o tych faktach. Ale do tego chyba potrzeba pokolenia, które poda sobie herbatę nad stosami dokumentów, świadectw, bez poczucia zagrożenia, w zaufaniu, że kiedy się te wszystkie fakty ujawni, opisze i złoży w zasłużonej mogile, przestaną być tak powszechnie wykorzystywane przez pomniejszych kacyków politycznych, którzy żerują na strzępkach nienawiści, przeinaczając je dla swoich celów.
Dlatego właśnie chcę wsadzić kij w mrowisko i napisać całkiem otwarcie, że tak, mnisi doprowadzili do śmierci dzieci amerykańskich Indian , i tak, przybyli na te ziemie przedstawiciele wszystkich europejskich narodów mordowali Indian, w tym Polacy, Niemcy, Szwajcarzy, Irlandczycy, Anglicy, Duńczycy, Holendrzy, Rosjanie, Ukraińcy, Czesi, Hiszpanie, Portugalczycy i inni, których nie chce mi się wymieniać. Wszyscy, w poczuciu, że są lepsi, ważniejsi. Taki jest fakt. Podobnie jak to, że pewni Polacy zabijali Żydów w czasie wolny, a inny, też Polacy, ratowali Żydów pod groźbą śmierci. Zawsze się znajdzie jakaś persona, co widzi tylko jedno, a nie widzi drugiego.
Spojrzenie prawdzie w oczy to najtrudniejszy proces wybaczenia międzynarodowego.
Może pewnego dnia, kiedy nasze dzieci, nie zaślepione ambicjami miejscowych klas politycznych, zwyczajnie przyjrzą się swojej historii, bez kompleksów, bez mentalności mesjańskiej wymuszonej przez kultywowanie wybranej na ten cel literatury, pozbędą się barier, jakie tworzy obsesyjne patrzenie w przeszłość pod kątem, który gwarantuje kolejne waśnie i darcie pierza. Może nasze dzieci wolne będą od bełkotu uwięzionych w przeszłości jednostek, i opłaczą uczciwie, bez nienawiści ofiary i policzą katów. Może wyjdą innym naprzeciw, tym, co też policzyli i opłakali, żeby zbudować wspólną myśl, wspólny świat, wspólny uniwersytet, w którym wszyscy nauczą się prawdy i odpowiedzialności za wspólną przyszłość. Wtedy wszyscy poczujemy się tak, jak dziś czuję się ja, jakbyśmy wrócili z bardzo odległego miejsca, do tego, do którego wszyscy tęsknili, do spokojnego, bezpiecznego, kochanego domu, którzy sami stworzymy.

Praca, praca, praca …

Wielkie jak pęczki bawełny płatki śniegu tańczą mi za oknem biura. Od dwóch dni pada śnieg i temperatura obniżyła się do -4 stopni Celsjusza w dzień. Nocą mocno mrozi. Drogi, chodniki, ścieżki na bieżąco odśnieżają mechaniczne traktorki i duże samochody z pługami. Pada bezustannie, niebo skryło się szczelnie za śnieżnymi chmurami. Prawdziwa zima. Jeszcze parę dni temu dzieciaki na kampusie biegały w krótkich rękawkach i spodenkach z gołymi nogami, i w klapkach. Dziś czapki, kurtki, rękawice i buty na śnieg, ale wystarczy, że słońce wyjrzy odważniej i znów czapki zostaną w akademikach, a dzieciaki w bluzach i spodenkach wyskoczą na uliczki kampusu.
– Tutaj krótkie rękawki przez cały rok nie wychodzą z mody – powiedział mi profesor, kiedy popijając kawę patrzyliśmy przez duże okno w jego gabinecie. Mam taki sam duży i przestronny gabinet, chwilowo zasiedlony, czekający w zupełnie nowym budynku na nowy etat profesorski. Przez moje wielkie okno widzę zachody słońca. Codziennie na nie spoglądam, na róż, fiolet i purpurę nieba w świetle wędrującej za horyzont gwiazdy. Wiem wtedy, że już niedługo powinnam kończyć pracę, ale zasiaduję się, bo mi zależy na skończeniu jej. Ostatnio wracam do domu idąc w kierunku Księżyca na wschodzie. Pięknie się prezentował w pełnię.

– Co teraz robisz? Jak twoje badania? – spytała Sam w azjatyckiej restauracji wczoraj, kiedy się spotkałyśmy. – Zjem tylko przystawki, coś mi żołądek niedomaga. A, i nie bierz krewetek, wszystko inne jest pyszne, ale krewetki są niedobre.
Dodała konfidencjonalnym szeptem, kiedy minął nas kelner, w samą porę, bo właśnie chciałam je zamówić.
Byłyśmy jedynymi klientkami. Linda siedziała naprzeciwko i jadła makaron z mieszanką mięs w sojowym sosie. Rozmawiałyśmy o wszystkim. Moja zupa kokosowa z tofu, palce lizać.
– To co robisz teraz?
– Teraz robię analizę. To najprzyjemniejsza część, ale też najbardziej wymagająca.
– Na czym polega?
– To trochę jak układanie puzzli. Robię rysunki różnych parametrów z symulacji i patrzę co się zdarzyło. Rysuję punkty, porównuję i się bawię, w takie trochę szukanie wzorca.
– Czyli dobrze się bawisz, ale za dużo pracujesz – powiedziała Linda – odpoczywaj.
– Jak wrócę to odpocznę, akurat będą święta. Poza tym nie czuję się zmęczona, czas mnie raczej motywuje. Wiecie miałam tu pracować osiem tygodni nie sześć, jakoś muszę zmieścić się w czasie, a tu jeszcze przerwa w Thanksgiving. No i prawie skończyłam. Najbliższy tydzień tylko analizy, opisywanie wyników i może jeszcze się pobawię nowym narzędziem do liczenia tego, co już policzyłam, żeby zobaczyć na ile ta nowa metoda daje odległe wyniki od naszych.
– Trzeba cię gdzieś zabrać jak następnym razem przyjedziesz.
– Beth chce mnie zawieźć na zachód, na prerię.
Do restauracji weszło dwoje nowych klientów. Nasz przystojny kelner, który z przyjazną galanterią nas obsługiwał, podszedł do nich.
– Chyba powinnyśmy być zazdrosne – powiedziała Sam żartobliwie – w końcu byłyśmy pierwsze.
– Jestem pewna Sam, że o Tobie nie zapomni – powiedziała Linda.
Zaśmiałyśmy się serdecznie.
Sam we wtorek leci z powrotem na Florydę, gdzie spędza każdą zimę. Wraca dopiero w marcu. Po wyjściu z restauracji mocno się uściskałyśmy.
– Wesołych świąt i koniecznie napisz kiedy wracasz – powiedziała.
– Chciałabym z nią polecieć – napomknęła Linda, kiedy jechałyśmy jej cudownym garbusem a la Barbie -ale ona ma tylu znajomych, którzy chcą ją odwiedzać.
Linda zamyśliła się.
– Brakuje mi słońca zimą i ciepła.
– Jeśli chodzi o ciepło, to więcej go pewnie w Polsce, ale o słońcu można zapomnieć. Dzień jest krótki, pochmurno, długie noce – odpowiedziałam na tę zawieszoną między nami myśl.-
Dlatego tak lubię śnieg za oknem, który rozświetla świat.
– Romantyzm świąteczny i nostalgia nam się udziela! – powiedziała Linda.

Przed weekendem wygłosiłam swoje pierwsze w historii zaproszone seminarium na amerykańskiej uczelni. Poszło nieźle. Bałam się cały dzień, ale pozwoliłam sobie na strach i kiedy w końcu zaczęłam mówić, okazało się, że mówię całkiem jasno, całkiem ciekawie, aż na koniec posypało się wiele postawionych w punkt pytań, co oznacza, że nie tylko zostałam wysłuchana, ale i zrozumiana. Czekając potem nocą na poranek w Warszawie, żeby skonsultować raport jaki pisałam, leżałam w łóżku i kontemplowałam to, że czucie strachu jest takie zwyczajne, kiedy się rozumie skąd pochodzi strach. Nie walczyłam z nim, nie uciekałam od niego, bałam się i akceptowałam to, jak moje ciało reaguje na stresową sytuację. Nie tracąc energii na walkę ze strachem zwyczajnie przez wystąpienie przeszłam. Ciekawe czy na warsztatach o sztuce prezentacji mówi się o takim podejściu do zagadnienia tremy. Pozwolić tremie być, nie zwalczać technikami w stylu „wyobraź sobie, że wszyscy są nadzy”, pozwolić jej siedzieć w pierwszym rzędzie, patrzeć jej w oczy i się bać. Moje wystąpienie nie było ani lepsze, ani gorsze niż jakiekolwiek wcześniej, ale o wiele mniej kosztowne w takim sensie, że nie miałam żadnych objawów stresowych już w trakcie wystąpienia, a po zakończeniu, uczucia ulgi, tylko zwyczajnie wróciłam do innych zajęć. Akceptacja tego, że mogę się bać wystąpić przed nieznajomymi naukowcami, pozwoliła mi ten strach przyjąć, jak inne emocje. Powiedziałam sobie, że mogę się bać i w jakimś sensie to właśnie oswoiło mój strach. Pisałam kiedyś o oswajaniu swoich strachów, nie zabijaniu ich, co jest bezowocne. Przyjęłam siebie w strachu i taką zaakceptowałam i paradoksalnie, strach mnie nie opanował a zyskałam odwagę. Na tym polega metoda rozpuszczania naszych ograniczeń. Nie na walce, bo walcząc stwarzasz kolejnego wroga i sam siebie wyniszczasz, ale na akceptacji siebie w tym, w czym jesteś. Kiedy choć raz się tego oswojenia doświadczy, zrozumie się jak płonne są metody tresowania do odwagi. Jak wygłosiła ostatnio pewna blogerka co sprzedaje suplementy i uniwersalne sposoby na życie, trzeba obejrzeć horror, zgasić światło i chodzić po domu, żeby przełamywać własny strach. Powodzenia. Cały problem z takimi metodami polega na tym, że nie dociekasz, nie wiesz czego się boisz. Cały strach jest iluzoryczny, bo co Ci się może przydarzyć w pustym domu? Co najwyżej możesz przez nieuwagę spaść ze schodów. Nadal się jednak będziesz czegoś bał, a nieokreśloność w strachu to jądro, które wraca, pod różnymi postaciami. Boimy się wystąpień, bo boimy się jak wypadniemy, a może boimy się o pracę i swoje zarobki, może się jąkamy i boimy się o wizerunek, tak wiele jest możliwości. Dopóki nie wiemy co naprawdę nas w strachu ogranicza, przełamując strach tylko pozornie te ograniczenia przekraczamy. I zapewniam, widzi to każdy, kto naprawdę ten strach oswoił, ale nie ten, co ze strachem walczył. Stąd takie niezrozumienie dla strachu i wielka wartość przyłożona do bohaterstwa. Każdy nasz strach, lęk, to potencjał, który możemy wchłonąć nie drogą walki, ale przyzwolenia na jego istnienie.

Przychodzimy na ten świat bez strachu i ograniczeń. Strachu się uczymy poprzez doświadczenie. Ale kiedy potrafimy go w prawdzie widzieć, nie ogranicza nas, znika, a w jego miejsce pojawia się nowe zwierzę, z obcego, swoje, z tyranozaura wychodzi smok, co ma skrzydła i chętnie nas przewiezie gdzieś, gdzie chcemy dolecieć.