O miłości do nienawiści

Tytuł tylko pozornie jest paradoksem. Nie ma nic wspólnego z nadstawianiem drugiego polika i poświęcaniem się tym, co nas nienawidzą. To fałszywe, wdrukowane często w młodości, pojmowanie świata i rzeczywistości. Miłość do nienawiści jest prosta – jeśli kogoś nienawidzisz nie kłam, że kochasz, że tolerujesz go, że jesteś ponad tę nienawiść. Nienawiść pojawia się wtedy, kiedy ktoś naruszył naszą granicę, granicę naszej jaźni, wielokrotnie nam szkodząc, więc nie oszukujmy się, że jesteśmy aniołami i będziemy agresji odpowiadać miłością. Bronienie siebie jest priorytetem. Jeśli ktoś nas nienawidzi, bo tylko z tego powodu może nas ranić, mamy prawo odpierać jego ataki na nasz świat, na nasze wartości. Mamy prawo nienawidzieć go i czuć to, co czujemy w pełni.
Spotkałam w swoim życiu wielu agresorów. Jedni byli jawni, inni ukryci. Nienawidzili mnie za moje sukcesy w pracy, za rodzinę, zazdrościli mi wielu rzeczy, jakich do głowy nie przyszło mi zazdrościć innym. Byłam naiwna wierząc, że ludzie mają w większości dobre intencje w kontakcie ze mną. Wynikało to z mojej własnej postawy, w myśl której podchodziłam z szacunkiem i troską do wszystkich ludzi. Dlatego byłam łatwym żerem dla bandytów emocjonalnych. Prosty przykład – spotkanie z teściową. Siedzimy przy stole:
– Córki to się wychowuje dla siebie, a synów dla innych kobiet.
Kontekst rozmowy, syn za rzadko odwiedza mamusię. Ale syna nie ma przy stole, jestem tylko ja. Zakamuflowana agresja, tak zwana agresja pasywna. Agresja jawna w tej sytuacji wyglądałaby tak:
-Oddaj mi mojego syna!
Ale na taką agresję trzeba się zdobyć.
Są dwa typy agresorów: nieświadomy i świadomy. Z agresorem świadomym jest o tyle łatwo, że jak cię kąsa, to otwartym kodem. Mówisz wtedy:
– Nie oddam.
Albo:
– A weź go sobie – i sprawa załatwiona.
Trudniej jest z agresorem pierwszego typu. Zanim człowiek, jak ja naiwny, zobaczy agresję w komunikacie, poszuka najpierw w sobie winy, przeanalizuje trudną życiową sytuację teściowej, i tym podobne opłotki odwiedzi, zanim dojrzy, że ten człowiek atakuje i, że na atak nie powinno się być biernym. Bo ataki z czasem dają echa. Odparte wracają w postaci siły do odpierania innych ataków w przyszłości, budują charakter, waleczność, odwagę. Nieodparte, podcinają nogi przy kolejnych takich sytuacjach. Dlatego zbieram się kiedy czuję, że ktoś mnie atakuje i, nawet jeśli potem się okaże, że potencjalny agresor miał coś innego na myśli, a ja pomyliłam jego intencje, walę petardę ostrzegawczą. Kontynuując schemat:
– To trzeba rodzić tylko córki, a synów od razu oddawać na wychowanie. Po co się trudzić?
Inny przykład. Żona prezentuje się stale krytykującemu ją mężowi w nowej sukience:
– Jak wyglądam?
– No ładnie, ale czemu taka czarna, jak na pogrzeb?
Właśnie ten pan pogrzebał swoje szanse na coś miłego wieczorem. Sytuacja warta zanalizowania. Po pierwsze, jeśli mąż stale krytykuje żonę, to po co ona go pyta o ocenę? Przecież jego zdanie jest z góry przesądzone. A może czeka na akceptację? Po co nam akceptacja stałego krytyka? Ja się od stałych krytyków odcinam. Mam dość mocnego krytyka w sobie, żeby się jeszcze borykać z żerującym na mnie krytykiem zewnętrznym. Hejt ma to do siebie, że mali ludzie sztukują sobie braki pomniejszaniem innych i poprzez krytykę kamuflują swoje własne kompleksy. Po co się wystawiać na żer dla nich? Nie warto. Jeśli się pani podobała sukienka na tyle, że ją kupiła, to czy musi przejść w domu krytykę swojej decyzji oczami stałego zewnętrznego krytyka? Czy chodzi o narcyzm, który się domaga pogłaskania? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania, zanim się człowiek wystawi do oceny. Ludzie niepewni siebie często potrzebują czyichś oczu, żeby zobaczyć, że są coś warci. Do pewnego stopnia źródłem tego może być narcyzm.
Wróćmy do nienawiści. Nienawidzą ludzie, którzy zazdroszczą innym tego, czego im samym brakuje. Gdy rozwiedziony wmawia wszystkim, że małżeństwo to fikcja, to mu go brakuje. Zatrzaśnięty w małżeństwie za to notorycznie zachwala więzi rodzinne. Do prawdy nie trzeba przekonywać. Obu się czasem zdarza popuszczać parę zwątpienia w postaci agresji wobec tych, którzy uświadamiają im braki w ich własnej sytuacji. Na pewno macie takich ludzi wokół. Rozwiedziony wymawia zamężnym domowe kapcie, a zamężny w gorzkich żartach pyta o pustą lodówkę rozwiedzionej osoby. Paradoksalnie wszyscy widzimy po twarzach, po postawach, że mają nieprzepracowane braki, że nienawidzą się nawzajem, że zazdroszczą sobie tego, czego jak sądzą potrzebują. Ale jawne wyrażenie nienawiści nie następuje, bo przecież wszyscy jesteśmy tacy cywilizowani. A tu proszę wielkiego państwa: „Król jest nagi!” i nie ma co sobie wmawiać, że nikt nie zauważy, że ten z pustą lodówką tęskni do podanych kapci, a zamężny do pustki w domu wieczorem po kolacji i chętnie opróżniłby lodówkę, żeby to nastało.
Ludzie kierowani nieświadomą nienawiścią tej nienawiści nie spalają. Dlatego, paradoksalnie, ci, którzy nienawidzą jawnie, mają na to szansę. Jawna nienawiść pokazuje czego nam brakuje w życiu, co powinniśmy dla siebie zrobić, żeby poczuć się lepiej i nie chodzić między ludźmi z fochem. Nienawiść nieświadoma jest podszyta wielowarstwowym problemem. Ale nie jest to nasz problem i nie warto się wikłać w czyjeś złogi psychiczne. Dla własnego bezpieczeństwa po pierwsze należy unikać otwarcie nienawistnych ludzi, bo oni nienawidzą nie dla nas, ale dla siebie. Po drugie, unikać jeszcze bardziej tych, co nienawidzą skrycie, bo jad z kontaktu z nimi jest trudny do odkrycia i zmycia. Unikać i się bronić kiedy zachodzi potrzeba, nawet za cenę ryzyka niezrozumienia, popsucia kontaktu, bo jeśli ktoś nas lubi szczerze, albo kocha, zrozumie nasz niepokój, współczuciem taką niezręczność pokryje od ręki. Ten co nam nie sprzyja, zrażony odejdzie. I tak jest łatwiej odróżniać tych, co są na naszej drodze przychylni, od tych co na nas żerują.
Dlatego kocham nienawiść – jawna i niejawna uczy mnie odróżniać przyjaciół od wrogów. Uczy mnie też, że nie wszystkich muszę kochać, jak mnie uczyli na religii, w szczególności tych, co najmocniej we mnie bili. Mogę ich odcinać, mogę ich boksować jak się zbliżą. A power w sierpowym mam mocny. Idzie w pięty, więc nie polecam się narażać tym, co coś przeciw mnie knują. Szanuję ludzi obcych i zostawiam w spokoju, z pozornych przyjaciół też robię ludzi obcych, kiedy widzę, że mi szkodzą. I pewnego dnia odkryłam, że nienawiść to siła, dzięki której się pozbyłam tak, bądź inaczej, wrogów, bo świat o dziwo nie czekał na drugi policzek, tylko na akceptację prostego prawa: nie musisz być żerem dla wampirów żeby ich zauważać.
A z nienawiścią, jeśli kogoś niepokoi fakt nienawidzenia innych, jest tak, moi drodzy, że świadoma nienawiść rozpuszcza się w czasie. Dłuższym, krótszym, ale odchodzi, kiedy nie wystawiamy się na ludzi i sytuacje, jakie przychodzą do nas z nienawiścią. Kiedy porobimy porządki w sobie, nienawiść jest rodzajem uczucia ostrzegawczego, co nas również oddziela murem od tych, z którymi nam nie po drodze, którzy nam nie sprzyjają. Oni mają swoje własne ścieżki, niech idą sobie. I tyle jeśli chodzi o nienawiść. Dlatego ja ją biorę, widzę, szukam intencji, jaka ją wywołuje i podejmuję decyzję co z nią zrobię. Czy wykorzystuję do domknięcia mojego świata i w jakim aspekcie? A jak nie wiem dlaczego kogoś nienawidzę, to czekam, bo życie pokaże mi to prędzej, czy później. Ale nie kłamię, nie nakładam fałszywie aureoli świętości i wybaczania za krzywdy. Wybaczać należy tylko dla siebie i tylko tym, których ostatecznie odcięliśmy. Ci, którzy nas nagabują swoim postępowaniem, nie ważne świadomie, bądź nie, biorą odpowiedzialność za swoje działanie, również za wyrzucenie poza horyzont naszego świata. Na zawsze, bądź na czas swojego dogłębnego poukładania, aby wchodząc w nasz świat ponownie, o ile to nastąpi, w zgodzie z naszym rozpoznaniem, byli przez nas mile widziani.