Piękno zwane Kobietą

Przyszła zima i wszyscy chowają się w ciepłych domach. Z rzadka wychodzę na tango, ale za każdym razem kiedy jestem na milondze z coraz większym przejęciem doświadczam tam piękna kobiet. Tangowe kobiety są jak rzadkie, egzotyczne, barwne ptaki. Nie chodzi tylko o strój, wyszukany, dopasowany albo puszczony swobodnie dołem, podążający za każdym tangowym krokiem. Widzę jak bardzo tango zmienia kobiety w soczyste, wyprostowane, magiczne istoty i podziwiam.

Podziwiam te sukienki, albo spodnie, topy, błyszczące, z wycięciem, prześwitem, kolorowe, monochromatyczne, z cekinem albo blade jak ciało, przydłygie, lejące się materiały, obcisłe marszczone spódnice i te rozkloszowane jak szaty derwisza. Plecy gołe albo przykryte koronką, tu rozporek, tam falbana, błysk metalizującej mini, nieskończoność stylów, trendów i osobowości. Widzę jak kobiety rozpuszczają, albo spinają włosy, kwiaty, naszyjniki, maleńkie albo wielkie, wiszące kolczyki muskające nagie ramiona, pióra, kamienie i szkiełka błyszczące zaproszeniem z drugiego końca sali jak lśniące cabaseo. I te twarze, delikatne albo mocne makijaże, uśmiech, tajemnica, subtelność, naturalność, wdzięk.

I, tak dla porządku Panowie, jestem pewna, że kobiety w tangu nie przyozdabiają się dla Was, choć z tej feerii piękna możecie korzystać patrząc i podziwiając jak ja, i oczywiście tańcząc. One ubierają te niesamowite rzeczy dla siebie, wyrażając siebie, wydobywając tę soczystą, barwną kobiecość swojej unikalnej osobowości i uwypuklając niesamowite zjawisko swojego istnienia w przestrzeni codzienności, gdzie jest zwykle trochę szaro, płasko, pełno obowiązków i niepokoju. Kwitną w tangu jak dzika, nieustępliwa roślina na pustyni tej zagmatwanej rzeczywistości zewnętrznej w jakiej żyją, a tango poi ich wdzięczne kwiaty.

Staję czasem przed lustrem i myślę, czy rozporek nie jest za wysoki, albo dekolt za nisko. Czy odkryty brzuch to przesada, może kok dla wygody albo puścić tę burzę włosów na swobodę? Nie myślę wtedy w kategoriach piękna tylko wygody, tej zewnętrznej, czy nie zaczepię obcasem o róg ogona, i tej wewnętrznej, czy taka, jaką siebie widzę jestem dla siebie mentalnie wygodna. Czy mam ochotę wbić się w kombinezon zapinany pod szyję czy pójdę raczej w przyciągający uwagę brokat? Widzę te swoje kobiece krągłości i płaskości, i wiem, że większość z nas pewnie wiele razy chciała, żeby tam, gdzie krągło, powstała płaskość, a na płaskości jakaś wypukłość wyrosła, wytrenowała się, albo objawiła pod odpowiednim ubraniem. I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co się nigdy nie krytykował, ale w lustro, żeby nam zbytnio nie odbierało pewości siebie, bo kiedy tańczymy z odpowiednim partnerem krągłość odnajduje wygodne wgłębienie a płaskość oprze się na silnej ścianie, bo dynamika naszego ciała nie ma nic wspólnego z jego kształtem, wzrostem i ciężarem. Kiedy kobieta wchodzi na parkiet stopy niosą ją solidnym oparciem i przyznam się, że czasem tylko na te stopy patrzę, jak zbierają energię z podlogi, z ziemi i niosą w ruch, w złączenie. Ach te buty, oszaleć można jak piękne są kobiece stopy w tangowych butach, jakie kształtne, jak eleganckie. Możnaby esej o takich butach na poczekaniu wysmażyć.

Powstrzymam się zawczasu, a raczej powiem o tym, jak te piękne kobiety wchodzą na salę, w tych strojach niecodziennych, wyjątkowych i jak prostuje im to plecy, jak stają pewniej na całych stopach w gotowosci, jak spoglądają na mężczyzn w całej okazałości swojego potencjału i światła, czasem jeszcze niepewne, wycofane, gdzieś po bezpiecznych rogach, za filarem, a niekiedy na pierwszej linii, w środku z taką pewnością siebie na jaką je stać, bo każda przysła tu, żeby dziś wieczór, od nowa poznać samą siebie i podzielić się tym z innym człowiekiem. A potem tańczą rozsiewając piękno po sali jak drobny, gwiezdny pył. Jak się nie zachwycić, jak o tym nie pisać, kiedy to takie wybitne zwycięstwo nad brzydotą, prostotą i chamstwem, nad podziałami, nad racjami i opiniami, nad schematycznym widzeniem kobiet w społeczeństwie, ich roli, obowiązków i miejsca. Na tej sali delikatnych świateł są po to, żeby się bawić, cieszyć i siać ten pył piękna dopóki muzyka unosi je nad parkietem, a partner świadomie prowadzi.

I kiedy cichnie muzyka, a zima pyszni się za oknem, po skończonej milondze wracamy do szatni, kobiety w cekinach, aksamitach, satynach, w błyszczących w świetle kolczykach, spinkach, naszyjnikach, rozgrzane całym tangowym wieczorem i uśmiechnięte, rozbawione naciągamy na siebie grube, ciepłe rajstopy, swetry, szaliki i czapy, wsuwamy stopy w duże zimowe buty i pod przykryciem palta wychodzimy na ulice w drodze do domu, gdzie nikt nawet nie przypuszcza, że pod tym zwojem zimowego kłębowiska ubrań kryje się, barwna, elegancka, zjawiskowa Kobieta Tangowa. Ale wystarczy spojrzeć jej głęboko w oczy, gdzie cała magia się wydostaje i rozpala zamrożone, ciche ulice, tramwaje. I chyba tego należy nam wszystkim życzyć, aby ich było jak najwięcej na tej ulicy, nawet jak są ukryte i niewidoczne na co dzień – Kobiet zwanych Pięknem, Piękna Tangowych Kobiet.

Tango i jego odcienie

Wczoraj był Dzień Tanga. Nie świętowałam go, ale miałam parę przemyśleń związanych z tangiem i jego wpływem na życie. Często zastanawiałam się czemu ludzie tak mocno przeżywają tango i tak bardzo utożsamiają szczęście i przyjemność z tańczeniem go. W dalszym ciągu niewiele wiem, a to co wiem stało się przyczyną, dla której właściwie mało tańczę społecznie. Przez lata obserwowałam tango widząc realnie blaski i cienie. Blaski są oczywiste, świecą nam po oczach przyjemnością i spełnieniem. W odpowiednich ramionach odpływamy w dal, albo w głąb siebie i tam spotykamy się ze swoją nieskończonością. Możemy wyrazić się tą unikalną energią jaką jesteśmy, zatracić się i zejść niemalże z tego świata a potem na miękkich nogach zejść z parkietu w upojeniu. W zależności od wrażliwości intensywność tych doznań jest różna i zgodna z naszym temperamentem. Zdarza się także, że tańczy się ze skałą, albo z rycerzem w pełnej zbroi i żaden ogień tego nie stopi, pozostaje tylko przetrwać do końca tandy. Te historie o tandzie życia krążą jak miejskie mity i za każdym razem, gdy słyszałam od kogoś schodzącego z parkietu, że właśnie taka tanda mu się zdarzyła, patrzyłam na to z przymrużeniem oka w całkiem usprawiedliwionej niewierze. Być może moje mocne osadzenie w ziemi i trzeźwość w życiu nie pozwoliły mi doświadczyć czegoś więcej niż wielką przyjemność z synergii w tangu? A może nigdy nie poszukiwałam czegoś więcej niż właśnie tego przyjemnego doznania tańczenia tanga, które mnie nie powala?

Na świadomym poziomie wiele osób przychodzi do tanga, żeby tańczyć, ale każde narzędzie pracy z ciałem ujawnia nasze nieświadome potrzeby, intencje i programy zapisane przez doświadczenia, a jakże często wyparte. Dlatego kiedy tango działa na nas wydobywając nieświadome treści warto przyjrzeć się co też się pojawia i z tym popracować. Nieświadomość jest jak ocean i każda taka fala dotykająca naszej wyspy świadomości jest cenna. Dzięki temu, że ją rozpoznamy, wchłoniemy w świadomy sposób, powiększymy nie tylko nasz komfort istnienia, ale też będziemy bardziej stabilni na tym oceanie, nasza wyspa większa, a my gotowi na sztormy i życiową niepogodę.

Co ujawnia tango najczęściej? Trudne emocje z jakimi nie chcemy mieć kontaktu. Jedną z nich jest najpowszechniej występujące odrzucenie. Objawia się tym, że boimy się, że ktoś nas nie wybierze, nie zatańczy, odwróci wzrok, czyli odepchnie naszą prośbę o intymność w tańcu. I to się często dzieje. Jak sobie z tym radzimy na poziomie świadomym? Zwykle albo bagatelizujemy swoje doznania, albo tłumaczymy sobie ten stan pozornie logicznie np. za dużo kobiet/mężczyzn przyszło, nie tańczę dość dobrze, więc lecę się uczyć, on/ona jest ładniejszy/a, bardziej popularny/a, ma to coś czego ja nie itd. Kobiety, do których należę, więc wiem jak to działa, uczą się uparcie tanga, często nie wiedząc, że za tą obsesją nie stoi potrzeba nauczenia się samego tanga, a udowodnienia innym, tym co odrzucili, że są dość dobre i niesłusznie postąpili. Udowodnienia w końcu sobie, że się jest dość dobrym, bo odrzucenie dewaluuje nasze poczucie wartości i w tak intymnej chwili jak ta, gdy otwarci na tango spotykamy się z odmową, jest bardzo trudnym doświadczeniem.

Mężczyźni przeżywają to podobnie, ale mniej im się zdarza odrzucenie ze statystycznych powodów.

Z odrzuceniem pracowałam na wiele sposobów. Jednym z nich było sięgnięcie po to doświadczenie, które pierwotnie wywołało odrzucenie. Ta pierwotna rana rzutowała na mój sposób patrzenia na tango. Kiedy uporałam się z moim poczuciem dyskomfortu z powodu nie wybierania i odrzucania w tangu zauważyłam, i tu z góry uprzedzę, może być szoking dla wielu panów, że w zasadzie w tangu, rzadko się zdarza naprawdę dobra tanda i na pewnym poziomie więcej jest tolerowania kiepskiego prowadzenia niż fanu z tańczenia. Nawet ci partnerzy, jakich kiedyś uważałam za pożądanych, bo na parkiecie wyglądali ciekawie i kobiety prześcigały się we wchodzeniu w ich zasięg, prowadzą słabo, gwiazdorzą, albo olewają kontakt skupieni na swojej niezwykłości popartej obserwacją, że panie do nich lgną. I tak rozjechałam się w moich oczekiwaniach z tym, co się naprawdę zdarza.

Druga trudna emocja, która zazębia się z pierwszą, to poczucie niewystarczania, nie bycia dość dobrą. Tancerze liczą tandy z dobrymi partnerami, prześcigając się w zawodach, kto więcej i z kim tańczy, przypisując temu wartość samą w sobie. Pamiętam jak byłam zdziwiona, kiedy poprosił mnie bardzo dobry tancerz, narobiłam sobie smaka, a potem prawie wyrwał mi rączkę i machał mną jak szalony. Zrozumiałam, że prawdziwa tanda z kimś kto zna podstawowe kroki i jest w kontakcie może sprawić większą przyjemność niż piruety i gancha co bit z kimś, kto chce coś udowodnić i do tego celu używa twojego ciała.

Pewnie jeszcze wiele tego typu emocji można by wydobyć, uzmysłowić sobie i zaopiekować. Jestem w ogóle czujna w życiu, więc póki czegoś nie rozłożę na części pierwsze nie spocznę. Kiedyś myślałam, że to źle tak wszystko analizować, teraz myślę, że dobrze, to moja immanentna cecha, niech się ujawnia i niech pracuje dla szerszego rozpoznania.

Wracając do tanga na poziomie fizjologicznym, co też jest bardzo mało świadome, wejście w objęcie na dłużej z drugim człowiekiem wywołuje reakcję hormonalną, która nie jest obojętna dla mózgu. Stąd przyjemność tańczenia, ale też niebezpieczeństwo pomyłki, że osoba z jaką tańczymy daje nam sygnały do jakiejś kontynuacji emocji ujawnionych w tangu. Oksytocyna, jako hormon więzi i miłości, jaki wyzwala się min. kiedy matka karmi dziecko piersią, stabilizuje nasze poczucie bezpieczeństwa i oddania. Problem w tym, że oksytocyna długo działa, ewolucyjnie zabezpieczając relacje więzi międzyludzkich i tu mogą być dwie pułapki. Ludzie uzależniają się od przyjemności w tangu szukając nieświadomie tych hormonów, żeby znów poczuć przynależność, bezpieczeństwo i „miłość”. Druga strona problemu polega na tym, że mając w ogóle problemy z więziami, czyli zaburzenia więzi, z którymi nie popracowaliśmy w terapii, albo traumy oddziałujące na naszą intymność, możemy nieświadomie generować sobie problem, w którym skoki oksytocynowe powodują zagubienie, polegające na tym, że ciało czuje komfort, gdy jest w objęciu, a za chwilę człowiek, który wywołał to poczucie znika i mózg nie spina tych dwóch faktów. I ma prawo nie spinać, inaczej został skonstruowany w wyniku ewolucji. Następuje dysocjacja i w różnym stopniu może to na nas wpływać. Nawet jeśli człowiek wytłumaczy sobie, że tak się dzieje w tangu, jest intymność a potem pustka, to ma to silny oddźwięk na poczucie więzi w ogóle w naszym życiu. Można w skrajnej sytuacji poszukiwać tylko takich sytuacji, gdzie jest się z kimś przez chwilę blisko i dobrze, a potem czmychać ze wszelkich relacji. Tango wzmaga takie zachowania moim zdaniem i choć nie ma nad tym żadnych rzetelnych badań, i nie mogę tego udowodnić, warto na to uważać. Człowiek jest bardziej zautomatyzowany niż nam się wydaje i mechanicznie odtwarza schematy, warto mieć zdrowe mechanizmy niż niespójne i uciążliwe dla życia. Intymność i bliskość są objawami więzi i jeśli się nie ma bezpiecznego podejścia do nich w tangu, można się zagubić, sparzyć i cierpieć niepotrzebnie. W innej skrajności ktoś może lgnąć do tanga, do tancerzy, żeby sobie zabezpieczyć ten poziom hormonów do poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. Tak czy siak niebezpieczeństwo wynikające z nie rozpoznania tego co się z nami dzieje w tangu zwykle powoduje problemy i żadna filozofia tanga, reguły postępowania, żadna otoczka społeczna tanga nie zastąpi samopoznania i samokontroli, którą się uzyskuje poprzez autorefleksję i odpowiedzialność w postępowaniu.

Społeczność tangowa jest jak kocioł w stanie ciągłego wrzenia. Wyzwala nasze emocje, przekonania i rozszerza się na całe życie. Zapisujemy w ciele wiele przeżyć tańcząc, z czego bardzo rzadko zdajemy sobie sprawę. A ciało pamięta każdą tandę i wybiera potem to czego chce doznać. Warto się z nim komunikować i rozpoznać z jakiego poziomu wybieramy, i co za tym stoi. Czy sobie coś udowadniamy, czy próbujemy zasłużyć na coś, na podziw, szacunek, na sympatię? To nie jest łatwe rozpoznać głębokie własne motywacje. Trzeba być ze sobą skrajnie szczerym, a do tego trzeba siły i współczucia dla samego siebie. Trzeba sobie też czasem wybaczyć, że się coś zrobiło w pomieszaniu własną nieświadomą motywacją. A to bywa najtrudniejsze, ale zawsze warto.

Piszę o tangu, bo mimo, że rozumiem romantyzowanie tego tańca, nie do końca się zgadzam z tym, jak ludzie w nim się traktują, mam na myśli samych siebie i innych ludzi. Wychodzą w nim nasze najlepsze i najgorsze wersje. Kłótnie polityczne, które są tylko odtworzeniem społecznych napięć i nic nie wnoszą, odtwarzają schemat, a niczego nie rozwiązują. Ktoś się poczuł prawy, ktoś inny lepszy. Każdy przysiadł na swoim tronie prawdy i z wyższością obserwuje otoczenie nieświadomych ludków.

Żeby się w ten tron nie wpasować dodam tylko, że to co piszę to tylko moje, osobiste, wrażliwe spojrzenie na rzeczywistość i nikogo do niego nie przekonuję. Może tango jest tylko taką inną dyskoteką i nic za tym nie stoi, albo jest głęboką filozofią istnienia poszczególnych tancerzy. Wybierz dowolnie z tego spektrum co jest dla ciebie wygodne, dobre i powoduje, że żyjesz w zgodzie ze sobą. Bo moim zdaniem, podkreślam, tylko to jest w tym wszystkim ważne, kiedy się idzie tam, gdzie nas przyciąga, a już dlaczego, to nasza własna sprawa. Ja to analizuję i sprawdzam, ale nie spodziewam się, że ty także.

Popandemiczna magia tanga

To była pierwsza milonga od czasu rozpanoszenia się pandemii. Od marca całe tangowe towarzystwo przestało się spotykać i choć z czasem szkoły znów się otworzyły, rozpoczęły się lekcje tanga, warsztaty, zaczęto zapraszać argentyńskich nauczycieli, milong nadal nie było.
– Masz duże szczęście, że akurat teraz przyjechałaś. To będzie prawdopodobnie jedyna milonga do końca roku w Kansas – powiedziała Sophia, organizatorka milongi w klubie Viva, gdzie mieści się szkoła tangowa. – Następna milonga jest w grudniu w Nebrasce.
Przyjechałyśmy do klubu spóźnione. Anika pracowała tego dnia do późna i czekałyśmy na nią pod domem dobre 20 minut. Kiedy w końcu wskoczyła do samochodu i Jenny wycofywała samochód z parkingu Anika krzyknęła:
– Czekaj! Zapomniałam telefonu! – i wyskoczyła z auta nie zamykając drzwi.
Całą drogę, czyli około 40 minut, jedna część mnie śledziła rozmowę, a druga zastanawiała się, jakie życie czasami jest proste. Wystarczy odrobinę się otworzyć, przyjść na zajęcia dla, jak się potem okazało, początkujących i średnio zaawansowanych w tangu i spotkać wspaniałe towarzystwo zarażone skutecznie infekcją tangową, zmieniającą ludzi w istoty węszące, gdzie by tu można potańczyć dowolną porą. Infekcja ta nie przechodzi z czasem, ale z osoby na osobę, i na szczęście wzmaga odporność na wiele cywilizacyjnych chorób ciała, jak i ducha. Potrafi odgrodzić od schizofrenii obecnego świata skutecznie i trwale, bo poznając ludzi tanga widzę jak można się łączyć, nie dzielić, współpracować, nie konkurować i choć tango wyzwala wiele emocji, kiedy ma się zdrowe podejście do siebie i tańca, te wszystkie emocje przechodzą zdrowo wymiatając niepotrzebne złogi gromadzone w wielu innych sytuacjach. I to widać i czuć wszędy, gdzie tango trafia.

Tuż po przybyciu do pięknej tanecznej sali w Kansas City, zobaczyłam kameralną grupę tancerzy w różnym wieku tańczącą albo siedzącą przy stolikach. Ledwie zdążyłam zmienić buty już zostałam poproszona do pierwszej tandy. I, co tu dużo mówić, od tej chwili miemal nie usiadłam ani na minutę. Do północy tańczyłam z jedną przerwą na łazienkę i jedną po milondze, kiedy cała mokra padłam i partnerzy dali mi odsapnąć na moment. I nie byłam w tym odosobniona. Każda kobieta w tej sali była zaopiekowana, proszona, obtańczana, czy jak to nazwać, w każdym razie, niezależnie od poziomu, temperamentu, wszyscy tańczyli ze wszystkimi w wielkiej fecie, celebracji tanga, spragnieni jego wrażeń. Panowie z paniami, panie z paniami i panowie z panami, bez żadnych ograniczeń i skojarzeń, a ogień tryskał po parkiecie widoczny dla tych co widzą świat trochę bardziej energetycznie.

Partnerzy, miękkie, spokojne objęcia, bez wygibasów, bez ciągnięcia za rękę i siłowego przestawiania w z góry zaplanowane miejsce, bez deptania, bez zderzania się, bez kopania, bez wchodzenia w bezpieczną przestrzeń innych par. Miód, malina, jak mówią wytrawni tancerze. Pierwsi partnerzy jak królowie angielscy, wyprostowani, dystyngowani, empatyczni, aż chciało się tak podążać w miękkim zdecydowanym objęciu, bez nadmiernego szaleństwa, elegancko z uwagą na każdy krok i nieistniejący tren wiktoriańskiej sukni sunący majestatycznie po parkiecie. W końcu zaprosił mnie pan, którego intensywne, dynamiczne tango obserwowałam przez chwilę. Było inne i kiedy stanęłam z nim w objęciu, po paru pierwszych ruchach wyczułam ogień. Jego objęcie było początkowo sztywne, dopiero potem, kiedy zrozumiały się nasze ciała, poczułam jak ten kamień topnieje i … stała się magia.

Najpierw wrosłam głęboko w ziemię, moje stopy nawet na wysokich palcach doskonale poczuły grunt, a ciało tak dobrze osadzone w ziemi zyskuje to co powinno – stabilność i elastyczność do wykonywania dowolnych ruchów na powierzchni. Magia tanga. Brain, bo tak mu na imię, od razu wyczuł moje osadzenie i nasz taniec popłynął sam z towarzyszeniem naszych ciał niesionych muzyką. Marcin, mój wspaniały nauczyciel tanga, powiedział kiedyś, że wciskam tangowy pedał gazu tylko do połowy, może dlatego, że usiłuję kontrolować ruch ciała. Tańcząc z Brainem mój pedał gazu osiągnął poziom do tej pory mi nie znany. W pewnym momencie, przy kolejnej tandzie, śmialiśmy się po każdym utworze, tak nas zaskakiwała cała sytuacja. Czułam taką płynność i od pewnego momentu, nie od razu, takie zaufanie do partnera w tańcu, że volcady, colgady robiłam od tak, lekko, niemalże niedbale. W pewnym momencie byliśmy już nie dwojgiem ludzi tańczących na parkiecie wspólnie, ale jedną, czworonożną istotą wyrażającą swoją tangową ekspresję.

Zatrzymania, przyspieszenia, wszystko zsynchronizowane do jednoczesnego bicia tangowego serca. Robiliśmy niewielkie jednotandowe przerwy na innych partnerów, a potem wracaliśmy do siebie po więcej, i więcej tej magii, jaka nas otoczyła i uniosła, pochłonęła.

Brain jechał dwie godziny z północy, żeby potańczyć tango. Dużo podróżuje po świecie, tańczył w Berlinie, w Londynie, w Oslo. Rozmawialiśmy trochę o tangu odpoczywając, o tym jak wyglądają milongi w różnych krajach Europy i Azji. Na milondze w klubie Viva w Kansas byli ludzie z Nebraski, Ohio, Missouri, ale najwięcej procentowo osób przyjechało z Lawrence. Ta zwarta, dobrze zorganizowana grupa ludzi tanga ma swoje praktyki tangowe. Poznałam organizatora tych praktyk, są cotygodniowe, wszyscy tańczą tam ze wszystkimi, więc można swobodnie przyjść bez partnera. I tak pojawiło się kolejne okienko do tego, żeby potańczyć, i to blisko, 10 minut od mojego domu na piechotę.

Pozwolę sobie na koniec na taką refleksję. Byłam nowa w tej grupie i od razu mnie wchłonięto. Na milondze mój pierwszy partner przedstawił mnie organizatorom i jednocześnie nauczycielom w tej tangowej szkole. Przyjęto mnie ze szczerą sympatią i gościnnością. Nie widziałam, żeby na popularnych milongach w Warszawie organizatorzy przykładali to tego jakąkolwiek wagę. Tylko na jednej, ale ona się na nieszczęście teraz sporadycznie odbywa. Poza tym, każda kobieta na sali tańczyła i wszystkie wychodziły w świetnych humorach. O to zadbali partnerzy, tańcząc z nimi bez zadzierania nosa. Dlatego też, kiedy się żegnaliśmy, wszyscy wszystkich z przyjemnością wyściskali, życząc sobie tak udanych spotkań w niedalekiej przyszłości.

Nie jest to w Stanach jakaś norma, jak się okazało. Kiedy rozmawiałam z ludźmi, mówili, że w Nowym Jorku nosy zadzierają.
– Nie chcą nas tam, choć muszę ci powiedzieć – srebrnowłosa tangera nachyliła się do mnie z konfidencjonalnym szeptem – dobrzy tancerze na tamtych milongach są tylko przyjezdni np. z Filadelfii.
Oczywiście można się z tego pośmiać, ale atmosfera na milondze jest podstawą dobrego tańczenia i warto o nią zadbać zamiast nosy zadzierać tak po stronie pań, jak i panów.

Kiedy wracałyśmy po północy do domu, całą drogę czułam jeszcze w sobie wdzięczność i ten blask, jaki wytwarza ogień wydobyty z parkietu pod pełnymi pasji butami wolnego w ekspresji tancerza. I niech on trwa, niech się zdarza wszystkim, ten absolutnie wyjątkowy stan jedności serca, ciała i umysłu. Nie koniecznie w tangu, ale w ogóle w życiu.