Koza na drzewie

Wychodzę na spacery w dobrze znanym mi kierunku. Jedną drogą prowadzącą do zwalonego drzewa. To około sześć kilometrów w obie strony. Zdobywam drzewo i wracam. Co jakiś czas, bez harmonogramu i bez napinki, żeby koniecznie odbyć ten spacer. Tydzień temu była piękna, rozmoczona temperaturą i słońcem pogoda. Polną, szeroką drogą doszłam do drzewa omijając kałuże. Nie umiałam ich tak cudnie wykorzystać, jak jeżdżące po tej drodze rozpędzone samochody wzbijające pióropusze brunatnej wody. Doszłam do pnia, pogłaskałam go witając się i weszłam. Pień główny jest na wysokości dwóch metrów. Stanęłam na nim oglądając nizinną mazowiecką okolicę w pełnym, południowym słońcu. Wspięłam się wyżej zostawiając kurtkę na złamanej gałęzi i usiadłam na wilgotnym pniu. Niebo było magiczne. Nie zrobiłam zdjęć, ale ponieważ życzenia płynące prosto z serca się spełniają, tego dnia na fb przyjaciółka zamieściła piękne obrazy nieba wykonane swoim aparatem. To czego pragniesz się spełnia, choć często inną drogą niż planujesz.

Długo siedziałam na drzewie i cieszyłam się słońcem. Niewiele osób przechodziło pobliską drogą, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Zrobiłam kilka pozycji jogowych na pniu, takich, jakie da się wykonać w górskich butach z grubą podeszwą, a potem włączyłam muzykę głośniej w słuchawkach i odtańczyłam na wysokości taniec ze stopami w pełnym kontakcie z podłożem i uwolnionym muzyką ciałem.

Koza, taka jak ja, jest bardzo ziemska, stąd moja silna potrzeba kontaktu z podłożem, ze zrozumieniem i czuciem, gdzie i dlaczego jestem. Nie czuję się komfortowo kiedy coś lub ktoś mnie zaskakuje, wybiegam w przód, żeby przewidzieć sytuacje i zagwarantować bliskim mi ludziom jak największy komfort. W moim horoskopie jednak tkwi Wodnik oprócz Koziorożca. To silny wpływ powietrza, dlatego nie zaspokaja mnie sama ziemia, muszę się od niej czasem oderwać żeby czuć ruch, dynamikę, zmienność. Czyli życie wewnątrz siebie. Znalazłam idealny stan do pogodzenia tych dwóch żywiołów we mnie. Wchodzę na drzewo, które jest mocno osadzone w ziemi i chwytam powietrze.

Był taki czas, kiedy czułam się zmuszona do życie wbrew sobie tylko przy ziemi. Nie pozwalałam sobie na takie ekscesy jak brykanie po drzewach. Byłam poważna, ustatkowana, ułożona, przewidywalna i zmęczona swoją egzystencją. Teraz brykam i myślę, że moim dzieciom moja powaga wcale nie służyła tak, jak sądziłam. Wolą taką mnie, jaka teraz zaskakuje ich wspinaniem się na drzewa, brykaniem i nie przejmowaniem się zupełnie dowolną opinią innych ludzi.

Kiedy przypominam sobie swoje dzieciństwo, wchodziłam z pasją na drzewa od momentu, kiedy tylko mogłam sięgnąć jakich gałęzi, co by mnie uniosły. Wspinałam się tak daleko, wysoko, na ile się dało i siedząc na wątłej gałęzi, huśtana wiatrem czułam niezwykłą wolność. Nie miałam odpowiedzi na pytania, dlaczego i po co wchodzę, akceptując, że są na tym świecie rzeczy, jakich natury zupełnie nie rozumiemy a jednak żyjemy w nich w pełni zadowoleni. Wchodziłam na drzewa nie przejmując się sensem tego co robię i delektowałam się do syta.

Jakiś czas temu weszłam na wysokość 8miu metrów na sosnę u znajomych w ogrodzie. Prościzna, gałęzie równomiernie rozłożone wzdłuż pnia, żaden dwumian Newtona, albo akrobacja cyrkowo-wspinaczkowa. Schodek za schodkiem, coraz wyżej. Kiedy siadam na wysokości, a gałęzie są cienkie i z delikatnym trzaskiem przyjmują moją wagę, rozkładam się wygodnie i pozwalam drzewu mnie nieść, jakbym stawała się gigantycznym liściem, albo szyszką. Adaptuję się. Czuję wtedy zapachy drzewa, żywicy, igieł, albo kory i wtapiam się, a jednocześnie wiem, że jestem odrębną istotą, całkiem odmiennym gatunkiem, który niesiony z wyrozumiałością wielowiekowego drzewa korzysta z gościny na wysokościach.

Może byłam Elfem w poprzednim wcieleniu? Wcale bym się nie zdziwiła. Dziś, w wilgotnym, zimnym powietrzu doszłam do drzewa i je pogładziłam po pniu, jak zazwyczaj. Nauczyłam się rozmawiać z moim drzewem. Mówić do niego i czasem mam wrażenie, że mi odpowiada, że jeszcze śpi, że odpoczywa, że ktoś przyszedł i uciął mu gałęzie, że ono zgadza się na każdą interwencję ze strony sił, na jakie nie ma wpływu, że kiedyś się zwaliło, ale przystosowało się, że wzniosło koronę w niebo po zwaleniu i trwa, że bierze rzeczywistość, pogodę, ludzi zostawiających pod nim butelki, mnie wchodzącą na pień i wszystko inne, co w życiu takiego drzewa się zdarza, bez sprzeciwu, bez walki, bez odwetu, z poszanowaniem własnych ograniczeń i prawa innych istot do wyrażania siebie. „Oby nikt nie pragnął go zniszczyć”- pomyślałam, bo na to też nie mogłoby nic odpowiedzieć. Wszak nikt go być może nie słucha, oprócz mnie.

Kiedyś weszłam na to drzewo z córką. Pokazała mi, że można zejść z niego inną drogą. Od tego są dzieci, żeby pokazywać coś nowego, coś czego sami nie umiemy zobaczyć. Martwiła się, że spadnę, ale ja na tym drzewie czuję się jak u siebie. Leży nad strumieniem, korzeń tkwi w ziemi, gałęzie muskają powietrze sięgając nieba. A ognista gwiazda oświetla je w słonecznie dni. Wszystkie żywioły w jednym. Nawet eter, którym płynie energia życiowa od dostojnego w swojej wielkości przyjaciela moich spacerów, bo kiedy posiedzę na nim, czuję się oczyszczona, spokojna, swojska.

Mijałam to drzewo wiele razy i nie zwracałam na nie uwagi, aż przyszedł dzień, że stało mi się bliższe niż piękne widoki zagraniczne, egzotyczne i piękne wytwory architektury, myśli ludzkiej. Zobaczyłam piękno jego prostoty, symboliki powstawania z popiołów i siły przetrwania. Odwiedzam je, kiedy chcę, kiedy mam siłę, albo właśnie mi jej brak. I kiedy wchodzę, Koza czeka spokojnie pod drzewem na mój powrót z krainy, jaka nie mieści się pod tą szerokością ani długością geograficzną. Z miejsca w innym punkcie przestrzenni, innym czasie. Skubie sobie trawę nad kanałkiem albo tarza się w rzadkich, wysokich i piaszczystych starych wydmach Wisły, która pewnikiem tutaj była, zostawiając białe piaski na łąkach.

Wiem, że na tę chwilę odwiedzanie drzewa mi służy, ale nie zamierzam bronić go przed czasem, przykuwać się, by go nie wycięli, stawiać mu pnia w pionie, żeby rosło „jak powinno”. Jest takie, jakie jest i na ten moment zupełnie na miejscu w moim życiu. Doceniam szorstkość jego kory, ale nie wiem, czy za miesiąc będę chciała je odwiedzić. Nie mam do niego sentymentu, a wdzięczność, że w tej chwili istnieje i mogę do niego dojść w sensownym czasie i poprzebywać w jego przestrzeni, w towarzystwie jego gałęzi.

– Jak odejdzie, w ten czy inny sposób, zrobi się miejsce na coś nowego – mówi Koza kiedy Ją pytam – bo wszystko odchodzi, żeby zrobić miejsce na nowe, z czym możemy się mierzyć. Na tym polega życie, żeby je brać z pochyłości pnia w pełnym słońcu z uwagą na kroki przy wchodzeniu i zeskakiwaniu, bez oczekiwań, że nazajutrz wszystko będzie takie samo. Nie będzie, po to, żeby można było sięgać dalej w tej przestrzeni, spotykając coś nowego, co za rogiem, gotowe czeka już na spotkanie.

Dlatego cieszę się tym drzewem teraz, ale nie rozsiadam się na nim z myślą „po wsze czasy”. Kiedyś coś innego znajdę, albo to coś mnie znajdzie, a moja ciekawskość już się cieszy na to odkrywanie.

Czemu Koza się dziwi?

– Ludzie są dziwni … – powiedziała Koza przesuwając się bliżej kaloryfera. Zmarzłyśmy odbierając samochód z warsztatu. Śnieg piękny, ale mokry i nieszczególnie przyjemny, jak się dwadzieścia minut czeka na autobus na przystanku.

– Czemu? – spytałam niezbyt zainteresowana odpowiedzią.

– Kiedy zwierzę jest głodne – je, śpiące – śpi, złe – warczy – mlasnęła dla podkreślenia wagi swoich słów – a człowiek na odwrót.

– To znaczy?

– Jak jest głodny, to leci do łazienki sprawdzić czy ma wystający brzuch i się waży. Jak jest śpiący, żłopie kawę, aż mu głowa przed magicznym ekranem sama opadnie – zerknęłam znad komputera na przenikliwe spojrzenie Kozy – a jak jest zły – znów mlasnęła – to się uśmiecha.

Wyszczerzyła zęby czekając na moją reakcję.

– Znaczy co? Jesteśmy nienormalni? – spytałam sarkastycznie.

– Nie – odparła ugodowo i z gracją przytknęła zadek do ciepłej stali – ale na pewno nie jesteście zwierzętami.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. A ta ciągnie dalej…

– Jak nie zwierzętami, to czym jesteście? – popadła w zadumę i zasnęła.

W pewnym filmie nazwano nas wirusami. Niszczycielskim czynnikiem jaki drąży planetę z dobroczynnych zasobów. Faktycznie nie zachowujemy się rozsądnie podcinając gałąź, na której siedzimy. Patetyczne postawy w stylu rewolucji ekologicznej jednak do mnie nie trafiają. Po pierwsze dlatego, że zapaleni w walce rewolucjoniści często sami mało dbają o swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne, a po drugie, że żaden gwałt, nie ważne czy w dobrych intencjach, nie naprawi świata, a jedynie wzbudzi uzasadniony opór. I tak opór i agresja po obu stronach barykady nasilają się w nieskończoność, przy czym każdy jest przekonany do własnych racji, a pod ostrzałem krytyki tylko bardziej się upiera. Koza wie coś o tym, bo choć teraz śpi, to niezłe z niej ziółko, jak się uprze.

Stawiam bardziej na ekologię indywidualną, czyli zdrowe podejście do siebie, bo to, jak siebie traktujemy, przekłada się na stosunek do innych, a w przedłużeniu, na stosunek do całej planety.

Większość z nas wyrosła w poczuciu, że nie mamy prawa o siebie zadbać, bo od dziecka uczono nas wypełniania rozkazów, zwanych dobrymi radami na przyszłość. „Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”, a na drugim biegunie spraw dokumentnie zakazanych „Rób na co masz ochotę”.

Druga połowa życia na szczęście odblokowuje nas na to, jak powinniśmy się prowadzić, żeby sobie nie szkodzić, a z czasem się z własnych ograniczeń uwolnić. Z miłości do swojego biocybernetycznego bolida – ciała, trzeba jeść, ruszać się, spać. I jak bolid sprawnie działa, to się spożywa strawę duchową. Ja się żywię na ten przykład muzyką, pseudojogą, tangiem, czytaniem, oglądaniem filmów, rozmawianiem z ludźmi i przebywaniem w ich towarzystwie, z dokładnością do tych, co mają trudne dla mnie charaktery i ich raczej wolę nie widzieć. To też jest dbanie, otaczam się spokojem wtedy. Czasem nie odbieram telefonu, kiedy mi nie pasi.

– I dobrze – stęknęła Koza odwracając się na drugą stronę. – Nie pracujesz w pogotowiu.

Z opiniami na wszelkie tematy jest tak, że każdy z nas ma swój własny balon rzeczywistości, w którym się te opinie sprawdzają. Nazywamy je wtedy prawdami. Te prawdy nie pokrywają się z prawdami w balonach innych ludzi, bo są uzależnione od doświadczeń i naszego stosunku do danej sprawy, jakiej opinia dotyczy. Któż się nie spotkał z prawdą „nie wolno kłamać”, a i tak nam się zdarza, każdemu w innym stopniu i sferze. Ponieważ jesteśmy zmienni, możemy zmieniać z czasem nasze prawdy. „Mogę kłamać szefowi, ale nie żonie”. A za jakiś czas odwrotnie. Podobni ludzie mogą mieć podobne prawdy i się wzmacniać w nich, a przeciwni mogą zwalczać. Dla jednych kłamanie żonie to zdrada, dla drugich szefowi, szczególnie, jak jest prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Niemniej jednak, zawsze jest to subiektywna prawda, konstrukt powstały, żebyśmy sensownie się odnajdowali w świecie. I tyle.

Dlatego w trosce o siebie i swoje otoczenie trzymam się swoich prawd dopóki mi służą. Potem puszczam je wolno i pojawia się nowa prawda. Ci co się zakleszczają na swoich odwiecznych prawdach, a tak zwyczajnie są to przypuszczenia dotyczące rzeczywistości, po prostu boją się puścić, przyznać się do błędu, upierają się, że obiektywne prawdy istnieją i oni właśnie, przez „swę mądrość” do niej doszli. Tacy też często w mniej lub bardziej agresywny sposób domagają się uznania dla swojej prawdy. Na takich zwyczajnie uważam i raczej nie lubię w ich towarzystwie przebywać.

W głębi mojej duszy mieszka bardzo tolerancyjna istota. Też ma swój system, model rzeczywistości, mówiący o tym, co jest dla mnie prawdziwe. Ta istota widzi, czy czyjeś rozważania, nawet błyskotliwe, albo ujmujące, są moją prawdą. To, że trzeba mi spać, jeść, bawić się i być odpowiedzialną, nie krzywdzić innych z rozmysłem, pilnować swojego podwórka, kochać dzieci, (mniej złośliwego kota, co mi łazi po papierach) i słuchać Kozy, jest dla mnie na ten moment oczywistą prawdą. Nie mam też potrzeby udowadniania wszem i wobec swojej racji. I tak wiem swoje, jak „każden” inny, bo każdy ma swoje prawdy.

– Za dużo główkujesz – stęknęła Koza wstając. – Idziemy pić gorące kakao.

Piękno zwane Kobietą

Przyszła zima i wszyscy chowają się w ciepłych domach. Z rzadka wychodzę na tango, ale za każdym razem kiedy jestem na milondze z coraz większym przejęciem doświadczam tam piękna kobiet. Tangowe kobiety są jak rzadkie, egzotyczne, barwne ptaki. Nie chodzi tylko o strój, wyszukany, dopasowany albo puszczony swobodnie dołem, podążający za każdym tangowym krokiem. Widzę jak bardzo tango zmienia kobiety w soczyste, wyprostowane, magiczne istoty i podziwiam.

Podziwiam te sukienki, albo spodnie, topy, błyszczące, z wycięciem, prześwitem, kolorowe, monochromatyczne, z cekinem albo blade jak ciało, przydłygie, lejące się materiały, obcisłe marszczone spódnice i te rozkloszowane jak szaty derwisza. Plecy gołe albo przykryte koronką, tu rozporek, tam falbana, błysk metalizującej mini, nieskończoność stylów, trendów i osobowości. Widzę jak kobiety rozpuszczają, albo spinają włosy, kwiaty, naszyjniki, maleńkie albo wielkie, wiszące kolczyki muskające nagie ramiona, pióra, kamienie i szkiełka błyszczące zaproszeniem z drugiego końca sali jak lśniące cabaseo. I te twarze, delikatne albo mocne makijaże, uśmiech, tajemnica, subtelność, naturalność, wdzięk.

I, tak dla porządku Panowie, jestem pewna, że kobiety w tangu nie przyozdabiają się dla Was, choć z tej feerii piękna możecie korzystać patrząc i podziwiając jak ja, i oczywiście tańcząc. One ubierają te niesamowite rzeczy dla siebie, wyrażając siebie, wydobywając tę soczystą, barwną kobiecość swojej unikalnej osobowości i uwypuklając niesamowite zjawisko swojego istnienia w przestrzeni codzienności, gdzie jest zwykle trochę szaro, płasko, pełno obowiązków i niepokoju. Kwitną w tangu jak dzika, nieustępliwa roślina na pustyni tej zagmatwanej rzeczywistości zewnętrznej w jakiej żyją, a tango poi ich wdzięczne kwiaty.

Staję czasem przed lustrem i myślę, czy rozporek nie jest za wysoki, albo dekolt za nisko. Czy odkryty brzuch to przesada, może kok dla wygody albo puścić tę burzę włosów na swobodę? Nie myślę wtedy w kategoriach piękna tylko wygody, tej zewnętrznej, czy nie zaczepię obcasem o róg ogona, i tej wewnętrznej, czy taka, jaką siebie widzę jestem dla siebie mentalnie wygodna. Czy mam ochotę wbić się w kombinezon zapinany pod szyję czy pójdę raczej w przyciągający uwagę brokat? Widzę te swoje kobiece krągłości i płaskości, i wiem, że większość z nas pewnie wiele razy chciała, żeby tam, gdzie krągło, powstała płaskość, a na płaskości jakaś wypukłość wyrosła, wytrenowała się, albo objawiła pod odpowiednim ubraniem. I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co się nigdy nie krytykował, ale w lustro, żeby nam zbytnio nie odbierało pewości siebie, bo kiedy tańczymy z odpowiednim partnerem krągłość odnajduje wygodne wgłębienie a płaskość oprze się na silnej ścianie, bo dynamika naszego ciała nie ma nic wspólnego z jego kształtem, wzrostem i ciężarem. Kiedy kobieta wchodzi na parkiet stopy niosą ją solidnym oparciem i przyznam się, że czasem tylko na te stopy patrzę, jak zbierają energię z podlogi, z ziemi i niosą w ruch, w złączenie. Ach te buty, oszaleć można jak piękne są kobiece stopy w tangowych butach, jakie kształtne, jak eleganckie. Możnaby esej o takich butach na poczekaniu wysmażyć.

Powstrzymam się zawczasu, a raczej powiem o tym, jak te piękne kobiety wchodzą na salę, w tych strojach niecodziennych, wyjątkowych i jak prostuje im to plecy, jak stają pewniej na całych stopach w gotowosci, jak spoglądają na mężczyzn w całej okazałości swojego potencjału i światła, czasem jeszcze niepewne, wycofane, gdzieś po bezpiecznych rogach, za filarem, a niekiedy na pierwszej linii, w środku z taką pewnością siebie na jaką je stać, bo każda przysła tu, żeby dziś wieczór, od nowa poznać samą siebie i podzielić się tym z innym człowiekiem. A potem tańczą rozsiewając piękno po sali jak drobny, gwiezdny pył. Jak się nie zachwycić, jak o tym nie pisać, kiedy to takie wybitne zwycięstwo nad brzydotą, prostotą i chamstwem, nad podziałami, nad racjami i opiniami, nad schematycznym widzeniem kobiet w społeczeństwie, ich roli, obowiązków i miejsca. Na tej sali delikatnych świateł są po to, żeby się bawić, cieszyć i siać ten pył piękna dopóki muzyka unosi je nad parkietem, a partner świadomie prowadzi.

I kiedy cichnie muzyka, a zima pyszni się za oknem, po skończonej milondze wracamy do szatni, kobiety w cekinach, aksamitach, satynach, w błyszczących w świetle kolczykach, spinkach, naszyjnikach, rozgrzane całym tangowym wieczorem i uśmiechnięte, rozbawione naciągamy na siebie grube, ciepłe rajstopy, swetry, szaliki i czapy, wsuwamy stopy w duże zimowe buty i pod przykryciem palta wychodzimy na ulice w drodze do domu, gdzie nikt nawet nie przypuszcza, że pod tym zwojem zimowego kłębowiska ubrań kryje się, barwna, elegancka, zjawiskowa Kobieta Tangowa. Ale wystarczy spojrzeć jej głęboko w oczy, gdzie cała magia się wydostaje i rozpala zamrożone, ciche ulice, tramwaje. I chyba tego należy nam wszystkim życzyć, aby ich było jak najwięcej na tej ulicy, nawet jak są ukryte i niewidoczne na co dzień – Kobiet zwanych Pięknem, Piękna Tangowych Kobiet.

Zakochanie …

– Chyba się zakochałam!
– O, ho! – pysk Kozy wykrzywił się w nieokreślonym grymasie.
– Mam wszystkie symptomy. Mało śpię, mało jem, uśmiecham się do siebie bez powodu, albo leżę na łóżku i gapię się w sufit.
– Hm …
– Tak, ale wiesz … tu nie chodzi o mężczyznę.
Zamyśliłam się i zamilkłam. Zaobserwowałam niedawno te wszystkie objawy z prawdziwym zaskoczeniem, tak bardzo się pokrywały z tym co zapamiętałam z przeszłości kiedy się zakochiwałam w jakichś mężczyznach, a tu proszę, nie ma żadnego, a ja w tym stanie odlotu, że czasami ledwie dotykam ziemi.
– Może to już czas?
– Na co?
– Na zakochanie się w sobie.
– Pewnie! Baw się dobrze!
– Tak. Przeszłam sama ze sobą bardzo długą drogę. Najdłuższą. Nie zawsze się sobie podobałam, czasem siebie karałam, wykorzystywałam, wymagałam od siebie więcej niż mogłam znieść.
– Sadyściłaś się na sobie.
– No tak – potwierdziłam ze smutkiem – teraz to wiem i cieszę się, że już to widzę. Musiałam dużo zobaczyć, bo nikt mnie nie nauczył co ważne w dbaniu o siebie.
– I co teraz?
– Teraz dużo ze sobą jestem, właściwie cały czas, słucham siebie, widzę siebie i bardzo siebie lubię. To nie było automatyczne, wiesz?
– Nie było?
– Nie, najpierw musiałam siebie zauważyć, wiesz jak kogoś kto jest ważny. To trochę tak jak na początku znajomości z kimś, wpadasz na tego kogoś w barze, albo na korytarzu i trochę się tak oglądacie, ale nic. Potem się poznajecie, co lubicie, co sądzicie o różnych sprawach, tak ogólnie i powiem ci, że to był najtrudniejszy moment w tej relacji mnie ze sobą, bo ja się strasznie ze sobą wykłócałam o różne rzeczy. Czasem się na siebie obrażałam, że chcę czegoś a robiłam odwrotnie, albo zmuszałam się do jakiegoś kompromisu. W końcu powiedziałam sobie: „Wiesz co, jak mamy być ze sobą do końca życia to coś ustalmy, nie wszystko naraz, ale jakieś priorytety i potem będziemy dozgadniać.”
– I co zadziałało?
– Tak. Ta ja wewnętrzna coraz mniej się boczyła jak robiłam coś wbrew Niej, a coraz bardziej rozmawiała o swoich potrzebach i uzgadniała ze mną co i jak. Czasem się wyłamywałam, albo Ona zmieniała zdanie, ale jakoś tak krok po kroku doszłyśmy do bardzo udanej przyjaźni. Czasem słodkiej, czasem szorstkiej, ale w wielkim poszanowaniu siebie i w zaufaniu do tego, że to co ja robię świadomie nie jest przeciwko Niej.
– I co? Teraz jecie sobie z dziubków?
– Nie, czasem mi mówi, że się niepotrzebnie uginam do jakichś sytuacji, na przykład do czyichś potrzeb, i Ją zaniedbuję, a wtedy mówię:” Powoli, uczę się. To jest kolejna lekcja. Będzie lepiej następnym razem.” I Ona mi wierzy, ufa mi, bo widzi jak się zmieniam.
– Cierpliwa jest.
– O tak. I wiesz, ona tak się do mnie ostatnio zbliżyła, że poczułam się zakochana. I to wszystko co się dzieje, że płaczę czytając swoje stare wiersze o miłości, albo wzruszam się tak czule zwykłymi sytuacjami, to właśnie to. Mam wrażenie, że to Jej serce, którego nie chciała mi wcześniej pokazać, bo mi nie ufała, to ono mnie tak wzrusza.
– I co wy tam razem robicie?
– Rozmawiamy, czytamy, tańczymy tango, pracujemy, właściwie nic się specjalnie nie zmieniło, tylko mam taki wiesz, wewnętrzny support ogromnego czucia intuicyjnego. I znów zaczęłam śpiewać.
– Śpiewać?
– Tak, bo ja na wiele lat przestałam. Dużo śpiewałam jako dziecko i nastolatka, a potem przestałam, jakby mi się gardło zamknęło. I teraz je znów otworzyłam i śpiewam. I nawet nieźle mi to idzie. Czuję, że kiedy śpiewam to tak, jakby Ona się ujawniała. Myślę, że też wtedy kiedy tańczę, kiedy płynę. Po prostu zyskałam taki pion, że Ona może się wydostać i zaszaleć tak, jak chce. Chyba Ją w tym kiedyś ograniczałam.
– I co, tak będziecie sobie obie tańcowały, śpiewały i chodziły zakochane na spacerki za rękę?
– Nie. Coraz częściej kiedy patrzę w lustro widzę Ją i siebie jednocześnie. Stapiamy się.
– To stracisz ją?
– Nie, zyskam część siebie. Nigdy nie miałam przekonania do popularnych metod pokochania siebie. To wieszanie kartek, afirmowanie, jakieś to takie sztuczne, wymuszone, nie moje. Musiałam znaleźć swoją drogę. I już chyba ze mną tak jest, że to jest często droga przez ogień, co wypala stare a przynosi nowe. I właśnie się kończy. Kiedy patrzę w lustro nie waham się i, w każdej chwili, złej albo dobrej, wiem, że kocham siebie. To jaka jeszcze się okażę jest nieistotne. Bezwzględnie, bezwarunkowo szanuję się, akceptuję i wspieram.
– To teraz będziesz sobie kadzić aż miło.
– Nie, jestem ze sobą bezgranicznie szczera. Jak coś spieprzę to sobie powiem, że spieprzyłam. Ale jak coś zbuduję, wygram, osiągnę to też się do tego przyznam. A są takie sprawy, jakie spieprzyłam w ubiegłym roku i te, w jakich wymiatam. Na tym polega miłość. Na szczerości, zaufaniu, akceptacji i na wsparciu. Nawet jak się znowu na czymś wyłożę to się pozbieram z czułością, troską i bez pośpiechu.

Koza patrzyła na mnie wnikliwie przez dłuższy moment i widząc, że śmiało patrzę jej w oczy, mlasnęła.
– Czas się zabierać. Ty do domu, a ja … – zawiesiła się melancholijnie i chyba nawet uśmiechnęła.
– Tam też cię mogę odwiedzać – powiedziałam ze zrozumieniem czując dokąd zmierza.
– Dopóki żyjesz będziemy sobie czasem potrzebne – zawyrokowała i odmaszerowała, jak gdyby nigdy nic, zostawiając mnie za sobą.

Wracając patrzyłam w ciemność i myślałam, jak ostatni rok mnie zmienił i, że może jest w tym jakaś prawda, że lata chińskiego Węża mają taką cechę, że obdzierają nas z iluzji i złudzeń na temat siebie, nie po to, żeby nam dokuczyć, ale żeby pomóc nam zobaczyć bardziej prawdziwy obraz siebie. Ta skóra opadła ze mnie z końcem starego roku i już widzę jak inaczej działam. Być może rok Ognistego Konia jaki zaraz się zacznie poniesie mnie w dal, kto wie. Tyle jeszcze może się zdarzyć, tyle jeszcze można podoświadczać. Ale to wszystko teraz tak niewiele waży. Kiedy mam siebie, nikt nie jest w stanie mi tego odebrać, a to najważniejsza relacja, najważniejszy sens jaki jest. Esencja mojego istnienia.

Bez noworocznych postanowień

Nie robię noworocznych postanowień, ani takich względnie mądrych, jak przeczytanie 70 książek, ani tych względnie głupich jak zrobienie sześciopaka. Nie robię ich dlatego, że za dobrze siebie znam. Ludzie tacy jak ja, po zrobieniu dowolnego planu i założeń nie tylko zajeżdżą się żeby je zrealizować tracąc z widoku cały urok życia, ale ponadto, ukażą się dotkliwie za każdy nie wykonany podpunkt, skrytykują się za wykonanie pozostałych i tak czy siak, nie będą z siebie zadowoleni. Dlatego odpuściłam już dawno robienie nawet częściowych założeń. Coś tam rzucę sobie czasem o habilitacji, ale najlepiej dla mnie jest o tym potem zapomnieć i robić swoje reagując aktywnie na bieżące sprawy.

Zamiast postanowień robię sobie podsumowanie ubiegłego roku. To działa bardzo dobrze, kreatywnie i uspokajająco na moją psyche. Podsumowanie dotyczy tylko rzeczy, które udało mi się zrobić, lub przeprowadzić w znacznym stopniu. Taka lista pokazuje mi na ile jestem sprawcza. I to mi wystarcza do podejmowania kolejnych działań. W tym roku zrealizowałam bardzo dużo spraw fundamentalnych dla mojej rodziny i jej bezpieczeństwa finansowego. Musiałam sobie o tym przypomnieć, bo wkradło mi się już takie stwierdzenie, że to przecież było łatwe. Nie było ani łatwe, ani trywialne. Podczas toczenia się tej sprawy musiałam podejmować bardzo trudne decyzje i podjęłam je w sposób najlepszy z możliwych. Słuchałam specjalistów, ale też siebie, bo ostatecznie w krytycznym momencie to ja rozwiązałam problem, który mnie zablokował i mógł na wiele miesięcy zakopać niwecząc moje paroletnie wysiłki. I to też musiałam dostrzec. Nie poddałam się panice, opanowałam emocje i wygrałam. Patrząc z dystansu widzę, jak w wielu sytuacjach właśnie z takiej strategii korzystam z sukcesem. Czasem muszę sobie po prostu przypomnieć, że jestem sprawcza, mam wyważone opinie o świecie i o sobie, a to pozwala mi widzieć rzeczywistość na faktach.

Nie ma ludzi bez problemów. Rozwiązując swoje problemy uczymy się całe życie. Nawet ci psycho-infuenserzy wychylający z każdego medium z radami mają swoje cienie, trudności i wpadki. Nikogo to nie omija. Nauczywszy się siebie możemy bardziej sobie sprzyjać zamiast podlegać masowym trendom i narzucać sobie czyjeś rozwiązania. Napisano miliony ton tekstów, które są gotowymi wskazówkami jak żyć, ale bez rozpoznania siebie niewiele da ich przyswojenie. Niewiele da wysłuchiwanie filmików, czytanie codziennych afirmacji albo uprawianie ćwiczeń pod dyktando trenera. To my siebie znamy najlepiej, i to my się o sobie możemy najwięcej dowiedzieć poprzez działanie, obserwację i wyciąganie wniosków. Wtedy to, co przeczytaliśmy, wysłuchaliśmy albo poczuliśmy w ciele odkrywa przed nami swój unikalny sens. Każda taka myśl, rada w naszym osobistym wszechświecie będzie inaczej wyglądała, bo jesteśmy różni, niepowtarzalni i na jakimś poziomie świadomość ludzka jest bardzo unikalnym obiektem. Mamy te same ciała, ale inaczej czujemy, inaczej myślimy, pewne z tych doznań są podobne w tych samych grupach kulturowych, albo zależne od płci, ale niech to nas nie zwiedzie, że ta sama myśl jest tak samo odbierana przez każdego człowieka. Kiedy ja robię podsumowania, ktoś inny równie skutecznie zrobi postanowienia, a ktoś jeszcze inny nie zrobi nic, albo oba naraz. A tych postanowień, podsumowań jest tyle możliwości, że brak ludzi do spełnienia każdej opcji. Jesteśmy różni i ta różnorodność to nasz kapitał, to wartość jaką wnosimy w dynamiczną sferę życia na tej planecie. Dlatego tak ważne jest poznawanie siebie zamiast utożsamiania się z przekonaniami, wartościami innych. Nawet błądzenie ma w tym kontekście wartość, bo idziesz drogą indywidualną, tylko może się wydawać, że ktoś już tu był. Był, ale inaczej, był z bagażem swoich doświadczeń i szedł do własnych celów. Dobrą ilustracją tego co opisuję jest rodzicielstwo. Jesteśmy rodzicami, ale wychowanie każdego dziecka to odrębny proces. Pokrywają się w nim pewne aspekty, ale nie ma możliwości zrobienia kopiuj-wklej z działania, czucia, reakcji.

W nowym roku nic się pod wieloma względami nie zmieni. Będę coś robiła z lepszym lub gorszym skutkiem. Może coś nowego zacznę, albo coś porzucę. Chyba się w końcu nauczyłam bardziej w tym życiu pływać niż walczyć z falami, i to mi sprzyja. Ci, którzy się urodzili z taką umiejętnością pewnie wzruszą ramionami na to czego ja uczę się z trudnością. Wiem jednak, że każdy z nas ma jakieś obszary swojego życiowego flow nawet jeśli to jest rzecz z pozoru trywialna, nie znacząca, drobna. I tę rzecz, tę osobistą przestrzeń warto sobie wziąć na cel i rozwijać, i czerpać z niej radość, niezależnie od tego, jak wydaje się dziwna, nieistotna, albo szalona. Dla mnie taką przestrzenią jest to pisanie. Jest w nim tylko taka intencja, żeby coś, co odkrywam, stało się prostsze, objaśnialne, albo żeby się można było w kimś innym przejrzeć, że ma podobnie, choć nie dokładnie. Wtedy to życie, choć tak bardzo odmienne dla każdego z nas, staje się bardziej oswojonym procesem i nabiera jakiegoś naszego, indywidualnego sensu. A to już jest wielka wartość nadrzędna, kiedy w naszym życiu czujemy sens. I chyba tego najbardziej wszystkim życzę, abyście w ten czy inny sposób znaleźli, bądź pogłębili sens swojego życia.

Wyłaniając się z mroku

Jest coraz ciemniej. Grudzień zapada się w mrok. Narzekamy na tę ciemność tęskniąc do lata i feerii słonecznych pełnych pozytywów, przepychu i wiary. A tymczasem świat pogrąża się w coraz głębszej ciemności. Konwulsyjnie walczymy z tą ciemnością przygotowując się do świąt. Powtarzamy sobie, że już za parę dni będzie więcej światła, tęsknimy za śniegiem, żeby nam oświecił zachmurzone oblicze nieba.

A ja w tym roku w ogóle nie walczę z ciemnością, przyjęłam ją sobie prosto do serca. Jest po coś, jest mrokiem, z jakim na co dzień ciężko się spotkać, ale istnieje choć tak rzadko go dostrzegamy, szczególnie w sobie. I zanim zrobi się znów jasno i wesoło, zanim usiądziemy do stołu cali odświętni i kolorowi, schodzę w mrok.

Na świecie mrok chodzi ulicami miast, mrok w ludziach, instytucjach, przypadkach. Mrok wywołujący cierpienia i tragedie, osobiste i globalne. On jest, jest realny i czasem możemy sami go doświadczyć. To wszystko czego nie chcemy widzieć, z czym nie chcemy się zgodzić, od czego uciekamy. Ten mrok nie jest czymś zewnętrznym, jest w nas jako ludziach i jest bardzo namacalny. Każdy z nas ma w sobie mrok, każdy bez wyjątku. Dlatego uważam, że tylko tych można nazwać dobrymi, którzy poznali swój mrok i w ten sposób go zwyciężyli, zwyciężyli nie dlatego, że ktoś im zakazał, nakazał, przestraszył i z tego lęku wybrali co innego. Ten kto wszedł choć raz w mrok wie, że poznanie go to szansa na świadomy wybór światła. Tylko ten co poznał mrok wybiera świadomie i taki człowiek nie nazwie się bohaterem, bo postąpił szlachetnie. Nie poleci do gazet, ani nie opublikuje filmu w internecie z własnego wyczynu. Ci co tak robią są papierowymi bohaterami. Są nierealni, tak jak świat jakim się otaczają.

Prawdziwi bohaterowie walczą z własnym mrokiem i nie zawsze zwyciężają. Czasem leżą na łopatkach i wyją z bólu, kiedy życie toczy się obok, a nieświadome niczego otoczenie zajmuje się swoimi sprawami. Największa ciemność mieszka w nas i teraz jest taki czas, że zanim wejdziemy w jasność warto tę ciemność naprawdę dostrzec, uznać i dać się jej wypowiedzieć. We wszechświecie jest więcej ciemnej materii niż tej jaką jesteśmy w stanie zobaczyć. Uszanujmy jej istnienie i tej ciemności, która przecież niesie w sobie jądro światła, jak nadzieję.

Są różne szkoły i religie pragnące doprowadzić nas do światła. Już dawno porzuciłam wszelkie paradygmaty, bo nie odnalazłam w nich mojej drogi. Obchodzę święta jako wyłonienie się z mroku ludzkiej świadomości, jako pamięć przodków o nadziei, że noc się skończy i nastąpi odrodzenie, że w takim razie jest w tym jakiś sens. Bo trzeba wierzyć w jakiś sens, także jeśli tym sensem jest wiara w swoje własne osobiste przekonania. A każdy z nas w tej nocy przed przesileniem może odnaleźć swój własny sens. Leży często na dnie mroku, który teraz przyjaźnie wyciąga do nas ręce narzucając się coraz dłuższą nocą. Tym, którzy zeszli głęboko w ten mrok i zaakceptowali jego istnienie, świat wydaje się potem bardzo klarownym miejscem. Nie widzą dobra i zła, widzą przeciwieństwa. Nie widzą winy, widzą skutki i uwarunkowania. Nie szukają zemsty, szukają rozwiązań. Nie wytykają błędów, podnoszą tych co upadli. Bo każda decyzja to seria wielu doświadczeń, tych jakie widzimy, i tych jakie wyparliśmy.

Od czasu jak zobaczyłam swój mrok przestałam dążyć do naprawy świata i wstrzymuję się od wydawania jedynie słusznych opinii. Za to staram się bronić gruntu mojego człowieczeństwa, moich wartości i względem nich żyć. A te wartości też się zmieniają, bo nie jestem nieomylna, żyję w skomplikowanym świecie wielu zależności, w którym być może dominuje to co ukryte, to co jest naszym mrokiem. Również moim, bo składam się swoimi decyzjami na wspólną, globalną świadomość. Dlatego moją jedyną odpowiedzialnością wobec świata nie jest spełnianie ról, ani określonych oczekiwań systemów religijnych, rodzinnych i społecznych, a poznanie swojego mroku i oświetlenie go na tyle, aby nikomu nie zaszkodził, w tym mnie. Poznanie, oswojenie i wchłonięcie w łagodne światło zrozumienia.

O tym, moim zdaniem, są Święta Bożego Narodzenia. Można je opowiedzieć historią symboliczną ludzi wędrujących po pustyni w poszukiwaniu prostego schronienia, albo inną jakie powstawały wcześniej, aby dodać otuchy w tej drodze przez ciemność ludzkiego życia w kierunku światła, czy bardziej patetycznie oświecenia. To opowieść uniwersalna, tak jak uniwersalne są nasze zmagania. Powodzenia na dowolnej drodze jaką idziesz i jaką wybierasz. Nie unikniesz na niej ani ciemności, ani światła. Oba potrafią przytłoczyć i oba trzeba poznać zanim prędzej czy później zejdziemy ze sceny.

W Ciemności

Otacza nas ciemność, grudniowa, mglista i wilgotna. Dni znikają prawie niewidoczne pod ciężkim pułapem chmur. Jeżdżę czasem nocami samochodem zafascynowana mgłą na drogach. Światła samochodów stają się wtedy łagodne, nieostre, rozproszone jak moje myśli za kierownicą. Nadeszła noc i cisza. Ludzie ciężko ją znoszą, bywa przytłaczająca. Już od jesieni słyszę, że jest ciężko. Dlatego postanowiłam zgnić tej jesieni i się rozpaść. Pomału, cząstka za cząstką, odpadają ze mnie stare przekonania i stare mnie. Mam wrażenie wewnętrznego rozpuszczania się i nie próbuję się zbierać do kupy, otrzepywać i żyć. W jakimś stopniu umieram.

Za chwilę zima otuli mnie jeszcze bardziej. Przyjdą mrozy, może śnieg, wiatr. Wiem, że to też nadejdzie, dlatego pierwszy raz w moim życiu weszłam pod ziemię. Zawsze bałam się ciemności, szczególnie tej wewnętrznej, próbowałam ją zagłuszyć światłem, ruchem, ludźmi. Dziś zanurzam się coraz głębiej i odkrywam, że to jest dla mnie zupełnie naturalne. Odcinam się, izoluję i słucham. W ciemności rzadko można coś dostrzec, ale o wiele więcej się słyszy. Słucham swojego wewnętrznego głosu, a on mi opowiada różne historie o mnie samej, jakie zapomniałam, bo tak wiele się działo latami w moim życiu.

Za jakiś czas słońce znów się pojawi i przedrze się przez szaro-bure chmury. Jakiś przebłysk nowej myśli, nowej energii, nieubłaganie przyjdzie światło i wygrzebie mnie spod ziemi. Zostanę tu tyle ile trzeba, może tylko dzień, może miesiąc, zupełnie nie martwię się czasem. Żyję robiąc co potrzeba, co zapewnia mi przetrwanie, a w każdej chwili, kiedy mogę pobyć sama ze sobą, cichnę i zanikam. I dziś pierwszy raz prawdziwie siebie zobaczyłam, ogromny ciemny ocean z latarnią morską, która przeczesuje nieprzystępne wody wątłym światłem świadomości. Zrozumiałam, że dla mnie to przede wszystkim jest arcyciekawe być człowiekiem. Całe to stawanie się kimś, przekształcanie, zdobywanie doświadczeń i wiedzy o sobie, odrabianie lekcji i przeżywanie emocji, uczuć, zmysłów. Jakaś część mnie bardzo to docenia, że się odważyłam znowu przyjść i zagrać w tej grze zwanej życiem człowieka. Ale cała reszta się żegna i zamiast tych wrażeń woli ciszę i oczekiwanie bez żadnych założeń, bez planów na to, co i tak ma nadejść. Na rozkład, na zmianę, na jakąś ostateczność.

Przywykliśmy do happy endów. „A po nocy przychodzi dzień”. Z nocą mi teraz znacznie bardziej po drodze a dni są takie niewyraźne, niemal niepotrzebne. Dostrzegam jak bardzo zaburzyliśmy nasz kontakt i cykliczność ze Słońcem. Jak uciekamy w ciepłe kraje, żeby się doświetlać. Pierwszy raz cieszę się z tego, jak krótki jest dzień i jak wiele mogę wtedy wydobyć z własnego cienia. Wydobyć na przyszłe słońce, na przyszłą mnie. I jak przyjemnie jest i spokojnie tak umierać, jakie to jest oczyszczające i wzmacniające. Nie przez przypadek urodziłam się właśnie tutaj, gdzie jest tak dużo mroku. To trudne miejsce, wymaga czujności i odwagi do bycia sobą. Daje też więcej satysfakcji, kiedy się coś wywalczy. Ale od jesieni złożyłam broń i tylko się przyglądam jak świat leci bez opamiętania, bez refleksji. Bo żeby mieć refleksję, trzeba się zatrzymać, czasem zgnić i umrzeć troszeczkę zamiast tak ciągle dodawać sobie złudzeń sztucznym światłem. W przebodźcowanym energią świecie, na zaśmieconym światłem niebie, gdzie nie widać nieskończoności gwiazd, z paradygmatem koniecznej radości, szczęścia i sukcesu, postanowiłam zgnić i się rozłożyć, i idzie mi całkiem dobrze. Bezboleśnie, bez napinki, bez wątpliwości. W świecie krzyczącym światłem odkryłam, że to przywilej mieć ciemność i ciszę.

A za parę dni usiądę do stołu z dziećmi i będę słuchała ich cudownych głosów. Będę słuchała jak samodzielnie idą w życie, jak sprzeczają się i żartują z siebie. Do tak niewielu rzeczy jestem im potrzebna, że mogę sobie gdzieś pod ziemią poleżeć i zrzucić skorupkę bycia dla nich niezbędną. I dla tej jednej myśli warto było trochę zgnić tej jesieni, bo kiedy znów pojawi się słońce i ciepło, wyjdę lżejsza o wiele niepotrzebnych, zdrewniałych części i, po prostu, pójdę przed siebie.

Księżycowe rozmowy

Kiedy odwiedzam Kozę nic nie jest oczywiste. Siadamy sobie z widokiem na błękitno-zieloną Ziemię na horyzoncie i milczymy dopóki nie przyjdzie czas na myśl, która jak bąbelek wydostaje się ze mnie i pęka nam przed oczami czymś niezwykłym. I z takiej myśli rodzi się dialog, który, jeśli iść tokiem szczerości, jak usypaną na bagnach nieświadomości groblą, doprowadza mnie tam, gdzie mogę już dojść swoją świadomością, swoim zrozumieniem.
– A jeśli to wszystko jest snem? -zapytałam.
– Bo jest – odparła Koza bez wahania.
– To dlaczego się tak boję dokonywać ryzykownych wyborów? Dlaczego nie prę naprzód tylko ciągle się chronię i szukam bezpiecznego miejsca, sytuacji, człowieka?
– Bo wierzysz, że to wszystko jest prawdziwe.
– A nie jest?
– Jest jeśli wierzysz, że istnieje. Gdybyś WIEDZIAŁA, że to sen, nie przeżywałabyś naprawdę swojego życia, a tak, myślisz, wierzysz, że jest prawdziwe i męczysz się, cieszysz, doświadczasz, upadasz i się podnosisz.
Zamilkłam na chwilę, żeby zobaczyć to, co powiedziała w odpowiedniej perspektywie.
– Więc co mam zrobić, żeby zyskać więcej odwagi?
– Po pierwsze, odwaga to nie brawura i tego się naucz.
Kiwnęłam głową.
– A jeśli ja zbyt zachowawczo wszystko robię? Zbyt się wycofuję?
– Chyba nie możesz tego poprzeć żadnym rozsądnym przykładem.
– Chyba mogę. Ostatnio stchórzyłam.
– No tak, i to przykrywa całe twoje życie prowadzone czasem po bandzie?
– No nie, odważna też bywam.
– To czemu jeden akt tchórzostwa urósł do takiej rangi? Dlaczego się tym tak obarczyłaś?
– Bo stchórzyłam ukrywając się w moim obrazie kobiety rozważnej, zdystansowanej, spokojnej, analizującej rzeczywistość, obroniłam ten obraz odrzucając siebie tę, jaką nie jestem, a ten obraz przestał mi wystarczać, nie mogę wyjść z tego obrazu, i się szarpię sama ze sobą.
– A jaka jest ta kobieta, do której ci tak spieszno?
– Dzika i nieograniczona, wolna i piękna. Ona jest bardziej sobą.
– Czyli przeciwieństwem ciebie teraz?
– Tak, chyba tak, jakby była moim dopełnieniem. To, że ją w tym akcie tchórzostwa odrzuciłam bardzo mnie zabolało.
– A jak staniesz się taką kobietą to co z tą, którą jesteś?
Zamilkłam. Ta, którą jestem teraz jest jak cisza, głęboka, ciepła, kojąca, rozumiejąca i stabilna. Niczego nie potrzebuje żeby istnieć. Brakuje mi w niej dźwięku, brakuje mi energii zróżnicowania, pasji i nierównowagi.
– Zobaczyłam te dwie kobiety naprzeciw siebie – powiedziałam do Kozy patrząc na zimny kosmos i pełną życia planetę, jak dwa przeciwne obrazy kreacji.
– Tę pierwszą: mądrą, spokojną i ciepłą, i tę drugą: dziką, ognistą, wybuchową. Obie mają we mnie swoje miejsce. Nie wiem tylko, czy korzystam z ich istnienia prawidłowo.
– Co zrobiła ta spokojna kiedy się trudziłaś z przeciwnościami życia?
– Uspokajała mnie. Dawała rozsądek i wsparcie w faktach, w jakich żyłam.
– A ta druga?
– Dawała mi siłę do walki o siebie.
– I wygrałaś. Wygrałaś wszystko o co walczyłaś.
– Tak. One obie świetnie dogadują się w walce, ale kiedy jest spokój, kiedy mam zwyczajnie korzystać z życia, coś się dzieje, jakaś nierównowaga następuje i nie wiem, która przejmuje kontrolę. Wdziera się chaos i jestem nieobliczalna, nie robię co powinnam i tracę.
– Przez większość życia walczyłaś. Nie przywykłaś żyć w spokoju, a to też jest umiejętność, jakiej trzeba się nauczyć. Budowanie zamiast burzenia, radość zamiast napięcia, dopamina zamiast kortyzolu. Ciało w relaksie staje się miękkie a ty myślisz, że podatne na atak. Jeszcze interpretujesz nowe doznania starym programem przetrwania.
– Kiedy to się skończy? Kiedy przestanę walczyć? Kiedy złożę ten cholerny miecz i pójdę do lasu boso.
– Ciekawe, że tak to zobaczyłaś. Może zacznij małymi krokami. Powoli, żeby siebie zbytnio nie ranić odpuścisz walkę i zdejmiesz tę zbroję.

– I co będzie potem?
– Będzie co będzie. Nie przewidzisz co będzie i nie wybiegaj za daleko. Małe kroki, subtelna zmiana, łagodna energia.
– Powinnam wrócić do spacerów po lesie.
Koza usiadła na leżaku i powiedziała.
– Dajesz radę kobieto. Tak trzymaj. Przyszłość i ty w tej przyszłości to nie jest taka ważna sprawa. To tu się stajesz sobą. Stajesz się sobą na nowo, na swoich zasadach, biorąc konsekwencje tego dążenia do siebie na klatę. I idzie ci coraz łatwiej.
– Obyś miała rację.
Dopijając drinka z palemką wysiorbała limonkę i uśmiechnęła się szelmowsko do mnie.
– Walczyć jest łatwo, kiedy całe życie się walczy i żyje z mieczem pod poduszką. Ale kiedy czas przestać, kiedy czas zakwitnąć w pokoju, zaorać, zamilknąć, wrócić do codzienności i cieszyć się nią, przestajemy widzieć, że to wartość, że o to walczyliśmy. O ten spokój, o tę monotonię i nudę, o tę powtarzalność w stabilnym świecie bez dramatów, gdzie udowadnialiśmy sobie kolejnymi aktami bohaterstwa, że jesteśmy coś warci. Miarą życia w pokoju jest praca, normalność i ciepło, zamiast gorąca i mrozu w szaleństwie nieprzewidywalnych zmian.
– I to wszystko? Nic więcej?
– Jest tego o wiele więcej kiedy przekroczysz granicę odtrucia walką i wejdziesz w miejsce, w którym nigdy jeszcze nie byłaś za tego życia.
– Co tam jest?
– Tego nie da się jeszcze opowiedzieć, ale dobrze wiesz, że to miejsce istnieje. Już w nim byłaś. Pojawia się czasem w snach, albo kiedy odłączasz się od tego co się dzieje. Jest w tobie, więc ja o nim wiem i tylko ci o nim przypominam, jak o tym, że to wszystko wokół, ten trud, wątpliwości, scenariusze życia, ludzie i rekwizyty, sama sobie stworzyłaś, aby to życie przeżyć w określony sposób. I być może, gdzieś na końcu dowiesz się po co.
Zamknęłam oczy i spojrzałam w siebie.
– Tak – odparłam – nadal to we mnie jest. Jak ziarenko czegoś nieskończonego, co w każdej chwili może się poszerzyć i wchłonąć mnie. Jak nieskończony spokój w oku cyklonu, jakim jest życie i jego okoliczności.
Otworzyłam oczy.
– Nie zawsze mam do niego dostęp.
– Jakbyś tylko w nim była, to życie takie jak tu, na tej wirującej planecie, nie płynęłoby przez ciebie kolorami doświadczeń. Ktoś to musi przeżywać. Nieskończony spokój jest niewzruszony, wszystko przyjmie, wszystko wchłonie.
– No tak, ale może mnie co jakiś czas koić. Jak spacer do lasu i deszcz za oknem.
– To sobie dawaj taki komfort, aż ciało przywyknie do spokoju, a wtedy ta dzika dziewczyna jaka w tobie mieszka zyska mocną kotwicę w rzeczywistości.
– I nie będę się bała, że mi się zerwie z łańcucha i poleci beze mnie, bez mojej świadomości i narobi sobie problemów.
– Zaufa ci, i ty jej, że to co chce nie jest niebezpieczne. Razem sobie wybierzecie coś ładnego, radosnego, coś na szczęście.
– Aż mi się ciepło zrobiło od tego. Jakbym spotkała szaloną przyjaciółkę z liceum, która była nieustraszona i niesterowalna. Ta dawna ja …
– Nadal nią jesteś, tylko wiele się nauczyłaś w międzyczasie.
– A ona puka i pyta czy może się wydostać z tych ograniczeń, jakie na nią nałożyłam, żeby ją chronić.
– Może już nie potrzebuje ochrony. Może potrzebuje więcej swobody.
– Tak, chyba możemy sobie zaufać …… Tak na pewno możemy sobie zaufać. Zrobiła dla mnie cholernie trudną robotę walki o moje życie i wygrała. Jest bohaterką i jest wspaniała.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, a wszystkie słowa osiadały miękko w moim sercu. I znowu odkryłam jak dobrze jest ze sobą porozmawiać o życiu, kiedy jest się tak do bólu, do dna duszy szczerym. Jak wyłaniają się te rzeczy, którymi trzeba się zająć, i że na te rzeczy przychodzi odpowiednia chwila. Nie da się ich przyspieszyć, nie da się ich zauważyć kiedy wzrok naszej świadomości jeszcze nie jest dość ostry by zobaczyć pewne tematy.
– Wracam do siebie – powiedziałam.
– No pewnie, wracaj.
– Będę zaglądała do ciebie.
– Wiem.
– Nie tylko dlatego, że mi pomagasz – dodałam.
– Wiem. Ja też robię skok, kiedy ty go robisz.
Weszła na wzgórze i spojrzała w stronę Marsa.
– To twój następny przystanek? Mars?
– Zobaczymy – powiedziała w zamyśleniu i  iskrą w oku. – To się jeszcze okaże.

Tango i jego odcienie

Wczoraj był Dzień Tanga. Nie świętowałam go, ale miałam parę przemyśleń związanych z tangiem i jego wpływem na życie. Często zastanawiałam się czemu ludzie tak mocno przeżywają tango i tak bardzo utożsamiają szczęście i przyjemność z tańczeniem go. W dalszym ciągu niewiele wiem, a to co wiem stało się przyczyną, dla której właściwie mało tańczę społecznie. Przez lata obserwowałam tango widząc realnie blaski i cienie. Blaski są oczywiste, świecą nam po oczach przyjemnością i spełnieniem. W odpowiednich ramionach odpływamy w dal, albo w głąb siebie i tam spotykamy się ze swoją nieskończonością. Możemy wyrazić się tą unikalną energią jaką jesteśmy, zatracić się i zejść niemalże z tego świata a potem na miękkich nogach zejść z parkietu w upojeniu. W zależności od wrażliwości intensywność tych doznań jest różna i zgodna z naszym temperamentem. Zdarza się także, że tańczy się ze skałą, albo z rycerzem w pełnej zbroi i żaden ogień tego nie stopi, pozostaje tylko przetrwać do końca tandy. Te historie o tandzie życia krążą jak miejskie mity i za każdym razem, gdy słyszałam od kogoś schodzącego z parkietu, że właśnie taka tanda mu się zdarzyła, patrzyłam na to z przymrużeniem oka w całkiem usprawiedliwionej niewierze. Być może moje mocne osadzenie w ziemi i trzeźwość w życiu nie pozwoliły mi doświadczyć czegoś więcej niż wielką przyjemność z synergii w tangu? A może nigdy nie poszukiwałam czegoś więcej niż właśnie tego przyjemnego doznania tańczenia tanga, które mnie nie powala?

Na świadomym poziomie wiele osób przychodzi do tanga, żeby tańczyć, ale każde narzędzie pracy z ciałem ujawnia nasze nieświadome potrzeby, intencje i programy zapisane przez doświadczenia, a jakże często wyparte. Dlatego kiedy tango działa na nas wydobywając nieświadome treści warto przyjrzeć się co też się pojawia i z tym popracować. Nieświadomość jest jak ocean i każda taka fala dotykająca naszej wyspy świadomości jest cenna. Dzięki temu, że ją rozpoznamy, wchłoniemy w świadomy sposób, powiększymy nie tylko nasz komfort istnienia, ale też będziemy bardziej stabilni na tym oceanie, nasza wyspa większa, a my gotowi na sztormy i życiową niepogodę.

Co ujawnia tango najczęściej? Trudne emocje z jakimi nie chcemy mieć kontaktu. Jedną z nich jest najpowszechniej występujące odrzucenie. Objawia się tym, że boimy się, że ktoś nas nie wybierze, nie zatańczy, odwróci wzrok, czyli odepchnie naszą prośbę o intymność w tańcu. I to się często dzieje. Jak sobie z tym radzimy na poziomie świadomym? Zwykle albo bagatelizujemy swoje doznania, albo tłumaczymy sobie ten stan pozornie logicznie np. za dużo kobiet/mężczyzn przyszło, nie tańczę dość dobrze, więc lecę się uczyć, on/ona jest ładniejszy/a, bardziej popularny/a, ma to coś czego ja nie itd. Kobiety, do których należę, więc wiem jak to działa, uczą się uparcie tanga, często nie wiedząc, że za tą obsesją nie stoi potrzeba nauczenia się samego tanga, a udowodnienia innym, tym co odrzucili, że są dość dobre i niesłusznie postąpili. Udowodnienia w końcu sobie, że się jest dość dobrym, bo odrzucenie dewaluuje nasze poczucie wartości i w tak intymnej chwili jak ta, gdy otwarci na tango spotykamy się z odmową, jest bardzo trudnym doświadczeniem.

Mężczyźni przeżywają to podobnie, ale mniej im się zdarza odrzucenie ze statystycznych powodów.

Z odrzuceniem pracowałam na wiele sposobów. Jednym z nich było sięgnięcie po to doświadczenie, które pierwotnie wywołało odrzucenie. Ta pierwotna rana rzutowała na mój sposób patrzenia na tango. Kiedy uporałam się z moim poczuciem dyskomfortu z powodu nie wybierania i odrzucania w tangu zauważyłam, i tu z góry uprzedzę, może być szoking dla wielu panów, że w zasadzie w tangu, rzadko się zdarza naprawdę dobra tanda i na pewnym poziomie więcej jest tolerowania kiepskiego prowadzenia niż fanu z tańczenia. Nawet ci partnerzy, jakich kiedyś uważałam za pożądanych, bo na parkiecie wyglądali ciekawie i kobiety prześcigały się we wchodzeniu w ich zasięg, prowadzą słabo, gwiazdorzą, albo olewają kontakt skupieni na swojej niezwykłości popartej obserwacją, że panie do nich lgną. I tak rozjechałam się w moich oczekiwaniach z tym, co się naprawdę zdarza.

Druga trudna emocja, która zazębia się z pierwszą, to poczucie niewystarczania, nie bycia dość dobrą. Tancerze liczą tandy z dobrymi partnerami, prześcigając się w zawodach, kto więcej i z kim tańczy, przypisując temu wartość samą w sobie. Pamiętam jak byłam zdziwiona, kiedy poprosił mnie bardzo dobry tancerz, narobiłam sobie smaka, a potem prawie wyrwał mi rączkę i machał mną jak szalony. Zrozumiałam, że prawdziwa tanda z kimś kto zna podstawowe kroki i jest w kontakcie może sprawić większą przyjemność niż piruety i gancha co bit z kimś, kto chce coś udowodnić i do tego celu używa twojego ciała.

Pewnie jeszcze wiele tego typu emocji można by wydobyć, uzmysłowić sobie i zaopiekować. Jestem w ogóle czujna w życiu, więc póki czegoś nie rozłożę na części pierwsze nie spocznę. Kiedyś myślałam, że to źle tak wszystko analizować, teraz myślę, że dobrze, to moja immanentna cecha, niech się ujawnia i niech pracuje dla szerszego rozpoznania.

Wracając do tanga na poziomie fizjologicznym, co też jest bardzo mało świadome, wejście w objęcie na dłużej z drugim człowiekiem wywołuje reakcję hormonalną, która nie jest obojętna dla mózgu. Stąd przyjemność tańczenia, ale też niebezpieczeństwo pomyłki, że osoba z jaką tańczymy daje nam sygnały do jakiejś kontynuacji emocji ujawnionych w tangu. Oksytocyna, jako hormon więzi i miłości, jaki wyzwala się min. kiedy matka karmi dziecko piersią, stabilizuje nasze poczucie bezpieczeństwa i oddania. Problem w tym, że oksytocyna długo działa, ewolucyjnie zabezpieczając relacje więzi międzyludzkich i tu mogą być dwie pułapki. Ludzie uzależniają się od przyjemności w tangu szukając nieświadomie tych hormonów, żeby znów poczuć przynależność, bezpieczeństwo i „miłość”. Druga strona problemu polega na tym, że mając w ogóle problemy z więziami, czyli zaburzenia więzi, z którymi nie popracowaliśmy w terapii, albo traumy oddziałujące na naszą intymność, możemy nieświadomie generować sobie problem, w którym skoki oksytocynowe powodują zagubienie, polegające na tym, że ciało czuje komfort, gdy jest w objęciu, a za chwilę człowiek, który wywołał to poczucie znika i mózg nie spina tych dwóch faktów. I ma prawo nie spinać, inaczej został skonstruowany w wyniku ewolucji. Następuje dysocjacja i w różnym stopniu może to na nas wpływać. Nawet jeśli człowiek wytłumaczy sobie, że tak się dzieje w tangu, jest intymność a potem pustka, to ma to silny oddźwięk na poczucie więzi w ogóle w naszym życiu. Można w skrajnej sytuacji poszukiwać tylko takich sytuacji, gdzie jest się z kimś przez chwilę blisko i dobrze, a potem czmychać ze wszelkich relacji. Tango wzmaga takie zachowania moim zdaniem i choć nie ma nad tym żadnych rzetelnych badań, i nie mogę tego udowodnić, warto na to uważać. Człowiek jest bardziej zautomatyzowany niż nam się wydaje i mechanicznie odtwarza schematy, warto mieć zdrowe mechanizmy niż niespójne i uciążliwe dla życia. Intymność i bliskość są objawami więzi i jeśli się nie ma bezpiecznego podejścia do nich w tangu, można się zagubić, sparzyć i cierpieć niepotrzebnie. W innej skrajności ktoś może lgnąć do tanga, do tancerzy, żeby sobie zabezpieczyć ten poziom hormonów do poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. Tak czy siak niebezpieczeństwo wynikające z nie rozpoznania tego co się z nami dzieje w tangu zwykle powoduje problemy i żadna filozofia tanga, reguły postępowania, żadna otoczka społeczna tanga nie zastąpi samopoznania i samokontroli, którą się uzyskuje poprzez autorefleksję i odpowiedzialność w postępowaniu.

Społeczność tangowa jest jak kocioł w stanie ciągłego wrzenia. Wyzwala nasze emocje, przekonania i rozszerza się na całe życie. Zapisujemy w ciele wiele przeżyć tańcząc, z czego bardzo rzadko zdajemy sobie sprawę. A ciało pamięta każdą tandę i wybiera potem to czego chce doznać. Warto się z nim komunikować i rozpoznać z jakiego poziomu wybieramy, i co za tym stoi. Czy sobie coś udowadniamy, czy próbujemy zasłużyć na coś, na podziw, szacunek, na sympatię? To nie jest łatwe rozpoznać głębokie własne motywacje. Trzeba być ze sobą skrajnie szczerym, a do tego trzeba siły i współczucia dla samego siebie. Trzeba sobie też czasem wybaczyć, że się coś zrobiło w pomieszaniu własną nieświadomą motywacją. A to bywa najtrudniejsze, ale zawsze warto.

Piszę o tangu, bo mimo, że rozumiem romantyzowanie tego tańca, nie do końca się zgadzam z tym, jak ludzie w nim się traktują, mam na myśli samych siebie i innych ludzi. Wychodzą w nim nasze najlepsze i najgorsze wersje. Kłótnie polityczne, które są tylko odtworzeniem społecznych napięć i nic nie wnoszą, odtwarzają schemat, a niczego nie rozwiązują. Ktoś się poczuł prawy, ktoś inny lepszy. Każdy przysiadł na swoim tronie prawdy i z wyższością obserwuje otoczenie nieświadomych ludków.

Żeby się w ten tron nie wpasować dodam tylko, że to co piszę to tylko moje, osobiste, wrażliwe spojrzenie na rzeczywistość i nikogo do niego nie przekonuję. Może tango jest tylko taką inną dyskoteką i nic za tym nie stoi, albo jest głęboką filozofią istnienia poszczególnych tancerzy. Wybierz dowolnie z tego spektrum co jest dla ciebie wygodne, dobre i powoduje, że żyjesz w zgodzie ze sobą. Bo moim zdaniem, podkreślam, tylko to jest w tym wszystkim ważne, kiedy się idzie tam, gdzie nas przyciąga, a już dlaczego, to nasza własna sprawa. Ja to analizuję i sprawdzam, ale nie spodziewam się, że ty także.

Kiedy Lena śpiewa

Jedną z najpiękniejszych rzeczy jaka mi się zdarza jest słuchanie śpiewu mojej córki w kuchni. Lena zakłada słuchawki, włącza muzykę i śpiewa przy robieniu pizzy. Staję wtedy w dystansie słuchając i patrząc na nią, a po ciele rozlewa mi się błogość, głęboka, bo matczyna.

Czasem się przyłączam, ale ginę przy jej mocnej barwie i daję sobie spokój, wystarcza mi patrzeć. A wtedy nachodzą mnie wspomnienia, jak jechałam w mroźną noc do szpitala. Jak nadałam jej imię od syberyjskiej rzeki. Jak zakładała nóżki na siebie w wózku i wyglądała jak foczka. Jak walczyła ze mną jako nastolatka, jak ukryła pierwszy tatuaż i papierosy. Jak zapuściła wodospad włosów, pofarbowała je na niebiesko a potem zgoliła. Jak z motocyklistami śmigała po mieście, a potem oddała mi swój kask. Jak zawsze mówiła mi każdą niewygodną prawdę bez słodzenia, za co dozgonnie jestem jej wdzięczna. I na koniec tego wszystkiego wyrosła, zmądrzała, nauczyła się myśleć autonomicznie, że czasem radzę się jej w swoich własnych sprawach bez lęku o autorytet.

Cieszę się, że niewiele mam już do dodania do jej własnego życia. Kreuje je sama. Jestem plecami, przeszłością, wstecznym lusterkiem. Na tylnym siedzeniu coraz dalej od miejsca, do którego ona zmierza. I to jest tak cholernie piękne, aż można by z tego piękna umrzeć i nie zauważyć, że się odeszło. I coraz częściej tak robię, zostawiam świat moim dzieciom i idę sobie do własnego, gdzie rytm jest inny i inne sprawy. Gdzie teraźniejszość miesza się z nostalgią, gdzie jestem trochę widzialna i trochę niewidzialna. Dzięki temu przenikam przez ściany i zjawiam się w potrzebie jak Wróżka Zębuszka albo Wilk w zależności od sytuacji.

Ale najczęściej stoję z boku w kuchni i patrzę, i słucham z przenikliwym wzruszeniem, jak moja córka śpiewa pełnym głosem w swoim własnym świecie, beze mnie.

Huston mamy problem …

– Jestem!! – krzyknęłam do Kozy lądując.
– No witam, witam – odparła bynajmniej nie zdziwiona.
– No jestem … – dodałam ostrożniej na tak nieentuzjastyczne powitanie.
– Tak, tak, siadaj – wskazała mi leżak i drink z palemką. Usiadłam zachwycona. Księżyc wyglądał zjawiskowo. Przede mną rozciągała się ciemna perspektywa kosmosu z majaczącą na niebiesko Ziemią. Zamyślona patrzyłam w przestrzeń. Koza mlęła coś miękko w niekończącej się ciszy. Spojrzałyśmy po sobie z lekkim uśmiechem zozumienia.

– Przeleciałaś przez Huston. Widziałam. Już był czas żebyś tu wreszcie dotarła.
– Tak – odparłam – najwyższy czas.

Długo zajęło mi dotarcie po pomoc. Teoretycznie wiedziałam, że mogę w każdej chwili zamknąć oczy i znaleźć się obok Kozy na jej spokojnym zimnym kamieniu, ale chyba chciałam, żeby przyszła sama. Żeby mnie uratowała. Takie się we mnie obudziło skrzywdzone i stęsknione ochrony dziecko. Poczułam się bardzo mała i żeby uciec od tego zagadnęłam Kozę:

– Z tej perspektywy moja planeta wygląda całkiem spokojnie.
– Zaskakujące prawda? – Koza uśmiechnęła się sarkastycznie. – Spokojna niebieska planeta.
– Kpisz z nas – burknęłam nieco oburzona jej tonem.
– E tam, zresztą kogo obchodzi co ja sądzę.
– Mnie obchodzi, bo jesteś mną – rzuciłam oburzona.
– To się tak sobą nie przejmuj i sobie odpuść.
– Łatwo powiedzieć – westchnęłam. – Ty tu zostaniesz z drinkiem na leżaku, a ja muszę prędzej czy później wrócić na Ziemię.
– Tak sobie wybrałaś. Po co się było rodzić ludzką poczwarą? – siorbnęła z samego dna szklanki, która natychmiast się napełniła.
– Może tu zostanę na dłużej? – spytałam łamiącym się lekko głosem bez wielkiej nadziei.
– Nie da się. Musisz wracać.

Cisza wypełniła się moją bezsilnością. Być może ta mała dziewczynka we mnie nie była gotowa na nią. Wzięłam głęboki oddech i zobaczyłam jak z zimnego powietrza wyłania się jej postać. Patrzyła na mnie przez chwilę zagubiona.
– Potrzebuję tylko wytchnienia i żebyś mnie nie pospieszała.
– Nie pospieszam. Na wszystko jest czas – rzuciła przez bark odchodząc. Mała dziewczynka spojrzała na nią zaskoczona i rozbawiona.
– Chcesz się pobawić?
– A co byś chciała porobić? – spytała Koza z szerokim uśmiechem.
– Potarzamy się w pyle? – spytała z ogniem w oczach.
– Pewnie! – rzuciła Koza i wyrwała na przód. – Idziemy się bawić a ty sobie posiedź – zarządziła Koza z oddali śmiejąc się pełnym gardłem goniąc moją Małą, która z piskiem uciekała w stronę łagodnego spadku w kierunku suchego jeziora.

Przez godzinę, tydzień a może tylko chwilę siedziałam oddychając zapatrzona w przestrzeń czując jak mało znaczę, a jak to dla mnie samej jest wiele. Patrzyłam na swój ból, wirtualny i ten realny, próbując zrozumieć swoje ukryte intencje, wiedząc jak wiele jest niepewności w tym kim się czuję, i jak bardzo od tego co widzę wokół czasem chciałabym zwyczajnie uciec.

Powoli docierały do mnie coraz cichsze śmiechy. Koza szalała z Dziewczynką pełna werwy i całkowicie swobodna, bez oceniania. W końcu podbiegła do mnie i powiedziała:
– Ona zostaje jeszcze trochę, musi się jeszcze pobawić – i pyskiem wskazując na moje szkło dodała – a ty wracasz. Dopijaj, już czas.

Posłusznie dopiłam kolorową ciecz i wstałam z leżaka.
– Kiedyś tu zostanę, wiesz.
– Wiem – westchnęła i poszła przodem.
– Nie rozklejaj się. Możesz tu wpadać. Mnie czasem nie ma, ale to nic nie przeszkadza.
Odwróciła się do mnie i z szelmowską miną dodała:
– Jak wy to mawiacie tam na dole? A … Czuj się swobodnie! – i zarżała zupełnie nieadekwatnie.

Stawiając nogę na trapie spojrzałam w dół pomachałam z daleka Małej i powiedziałam do Kozy:
– Jesteś mną, więc wiesz do czego wracam. Do miejsca, które jest mroczne, brutalne, pełne bólu i cierpienia.
Patrzyła na mnie niewzruszona.
– Nie szukaj wymówek. To twój ból i twoje cierpienie, i tylko ty możesz je pokonać.
– Ostatnio mało mam w sobie siły na taką walkę – pożaliłam się nieśmiało.
– To leż i płacz – żachnęła się Koza. – Nie tacy jak ty leżeli i płakali.
– Boję się, że nie wstanę …
– Za bardzo się przejmujesz swoim życiem, a to wszystko na nic jeśli ono nie płynie.

Wsiadłam z wachaniem i zapięłam pasy. Mała biegała z radością bez celu zupełnie nie patrząc na mój odlot. Koza odeszła na leżaczek do drinka i pełnej spokoju obserwacji, i kiedy patrzyłam na nią znad rozpalonych silników, zrozumiałam, że też tak mogłabym żyć, bez wzruszenia emocjami, ale mój układ przywspółczulny nie współpracuje i, gdy tylko dotykam stopą Ziemi wszystko wraca. Konflikty wewnętrzne i zewnętrzne, trud i praca, niepewność, zmienność, czas, ciężar i masa. Nie uniknę lęku i złości, przywiązania i pragnień, nawet tych zrodzonych z miłości. I kiedy czas zwija mi się w drodze powrotnej zaciskając gardło, powoli godzę się na to, że nic nie mogę zrobić. Niech już tak będzie. Niech się toczy. W ostatniej fazie lądowania zrzucam skafander i wpadam do wody. Przez chwilę nie muszę wypływać i idąc na dno czuję lekkość, i ciszę, w przestrzeni prawie bez ograniczeń.

A potem niepostrzeżenie i nieubłaganie, wraca we mnie życie.

Taniec ze złudzeniami

Naoglądałam się w życiu złudzeń. Złudzeń pięknych i brzydkich, dużych i małych. Niektóre z nich wrosły w moje życie na długo zanim poznałam ich naturę i odkryłam, że nie mają w sobie nic z prawdy. Niezależnie bowiem od wszystkiego złudzenia się rozwiewały a prawda ukryta pod nimi, czasem piekielnie bolesna do zaakceptowania, wypatrywała nieśmiało w moją stronę z obawą, że znów zostanie przysypana jakimś wygodnym, wypudrowanym kłamstwem.

Ten mechanizm jest nam wszystkim znany, chcemy żyć ciekawie, pięknie i szczęśliwie i mamy zwykle wyrobioną opinię, co oznacza takie życie. A rzeczywistość skrzeczy jak źle położona podłoga, pod którą poupychaliśmy wszystko to, co nam nie pasuje do cudownego złudzenia szczęścia, na jakie się uparliśmy.

Nie zamierzam nikogo tu przekonywać, że warto tę podłogę zrywać i wydobywać niewygodne, kłujące, nieoswojone prawdy. Nie zawsze jest na to w nas siła i przestrzeń, czasem trzeba sobie wybaczyć, że z bezsilności wierzymy w złudzenia, jakie sobie projektujemy dla poprawy samopoczucia, a także w te, którymi się straszymy, żeby nie iść gdzieś, gdzie jeszcze nie przywykliśmy być, gdzie wszystko jest nowe.

Życie ma tę piekielną skuteczność, że i tak zaprowadzi nas do miejsca, gdzie podłoga stanie się cieńsza i załamie się pod naszymi stopami. Może to być dramat, albo małe potknięcie, dyskomfort w kostce, w stabilizacji i jeśli tylko poświęcimy na to dość uwagi i spojrzymy odważniej w gląb otwartej pod nami przestrzeni, coś się wyłoni. Początkowo będzie może brudne i włochane, dzikie i złe, bo tak długo ignorowane, ale z czasem, z czasem włoży spodnie, okulary, przeczyta parę książek i z nami zatańczy opowiadając o sobie. I okaże się, że jest takie jak my, że płynie przez nie życie w taki sposób, jakiego nawet nie podejrzewaliśmy. I pewnego dnia obudzimy się z myślą, że nie do pomyślenia jest życie bez tej prawdy, a ona z wdzięcznością wniknie w nasze istnienie, gdzie zawsze było jej miejsce.

Dlatego ostatnio chodzę uważniej po ziemi. Widzę jak miesza się fantazja i rzeczywistość, i jak z tego tańca tworzą się nowe okoliczności w jakich żyję. Przyglądam się wyobrażeniom i faktom, pod którymi ukryta jest prawda. Wyplątuję cierpliwie formę z treści i badam.

I nic nie jest oczywiste. Rzeczywistość zmienia się pod wpływem chwili jak psocące dziecko. Byłam smutna, staję się wesoła, byłam zdecydowana, potem się waham. Żadnej stałości, żadnej przerwy w cyklu życia. Rozwianą iluzję zastępuje nowy obraz, który nazywam prawdą, a chwilę później znów się potykam. Wściekam się, rezygnuję, zbieram w sobie, zawracam, gonię iluzję, karmię i porzucam, godzę się i opłakuję. I tak bez przerwy, bez wytchnienia.

Aż pojawia się muzyka i tańczę, a wtedy wszystko ustaje, znika. Nie mam już potrzeby niczego rozumieć, szukać. Wtedy wiem, że wystarczy być, a wszystko jest tam, gdzie być powinno, w moim wnętrzu i na zewnątrz. I to bycie staje się pełnią, której nie można już powiększyć o cokolwiek, bo jest wszystkim. I jestem jak święty derwisz, i jak ognisty demon, jak materia i jak przestrzeń bez granic, silna i bezbronna zarazem, we mgle złudzeń z przebłyskami nieuchwytnej roześmianej prawdy, esencji życia.