Koza na drzewie

Wychodzę na spacery w dobrze znanym mi kierunku. Jedną drogą prowadzącą do zwalonego drzewa. To około sześć kilometrów w obie strony. Zdobywam drzewo i wracam. Co jakiś czas, bez harmonogramu i bez napinki, żeby koniecznie odbyć ten spacer. Tydzień temu była piękna, rozmoczona temperaturą i słońcem pogoda. Polną, szeroką drogą doszłam do drzewa omijając kałuże. Nie umiałam ich tak cudnie wykorzystać, jak jeżdżące po tej drodze rozpędzone samochody wzbijające pióropusze brunatnej wody. Doszłam do pnia, pogłaskałam go witając się i weszłam. Pień główny jest na wysokości dwóch metrów. Stanęłam na nim oglądając nizinną mazowiecką okolicę w pełnym, południowym słońcu. Wspięłam się wyżej zostawiając kurtkę na złamanej gałęzi i usiadłam na wilgotnym pniu. Niebo było magiczne. Nie zrobiłam zdjęć, ale ponieważ życzenia płynące prosto z serca się spełniają, tego dnia na fb przyjaciółka zamieściła piękne obrazy nieba wykonane swoim aparatem. To czego pragniesz się spełnia, choć często inną drogą niż planujesz.

Długo siedziałam na drzewie i cieszyłam się słońcem. Niewiele osób przechodziło pobliską drogą, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Zrobiłam kilka pozycji jogowych na pniu, takich, jakie da się wykonać w górskich butach z grubą podeszwą, a potem włączyłam muzykę głośniej w słuchawkach i odtańczyłam na wysokości taniec ze stopami w pełnym kontakcie z podłożem i uwolnionym muzyką ciałem.

Koza, taka jak ja, jest bardzo ziemska, stąd moja silna potrzeba kontaktu z podłożem, ze zrozumieniem i czuciem, gdzie i dlaczego jestem. Nie czuję się komfortowo kiedy coś lub ktoś mnie zaskakuje, wybiegam w przód, żeby przewidzieć sytuacje i zagwarantować bliskim mi ludziom jak największy komfort. W moim horoskopie jednak tkwi Wodnik oprócz Koziorożca. To silny wpływ powietrza, dlatego nie zaspokaja mnie sama ziemia, muszę się od niej czasem oderwać żeby czuć ruch, dynamikę, zmienność. Czyli życie wewnątrz siebie. Znalazłam idealny stan do pogodzenia tych dwóch żywiołów we mnie. Wchodzę na drzewo, które jest mocno osadzone w ziemi i chwytam powietrze.

Był taki czas, kiedy czułam się zmuszona do życie wbrew sobie tylko przy ziemi. Nie pozwalałam sobie na takie ekscesy jak brykanie po drzewach. Byłam poważna, ustatkowana, ułożona, przewidywalna i zmęczona swoją egzystencją. Teraz brykam i myślę, że moim dzieciom moja powaga wcale nie służyła tak, jak sądziłam. Wolą taką mnie, jaka teraz zaskakuje ich wspinaniem się na drzewa, brykaniem i nie przejmowaniem się zupełnie dowolną opinią innych ludzi.

Kiedy przypominam sobie swoje dzieciństwo, wchodziłam z pasją na drzewa od momentu, kiedy tylko mogłam sięgnąć jakich gałęzi, co by mnie uniosły. Wspinałam się tak daleko, wysoko, na ile się dało i siedząc na wątłej gałęzi, huśtana wiatrem czułam niezwykłą wolność. Nie miałam odpowiedzi na pytania, dlaczego i po co wchodzę, akceptując, że są na tym świecie rzeczy, jakich natury zupełnie nie rozumiemy a jednak żyjemy w nich w pełni zadowoleni. Wchodziłam na drzewa nie przejmując się sensem tego co robię i delektowałam się do syta.

Jakiś czas temu weszłam na wysokość 8miu metrów na sosnę u znajomych w ogrodzie. Prościzna, gałęzie równomiernie rozłożone wzdłuż pnia, żaden dwumian Newtona, albo akrobacja cyrkowo-wspinaczkowa. Schodek za schodkiem, coraz wyżej. Kiedy siadam na wysokości, a gałęzie są cienkie i z delikatnym trzaskiem przyjmują moją wagę, rozkładam się wygodnie i pozwalam drzewu mnie nieść, jakbym stawała się gigantycznym liściem, albo szyszką. Adaptuję się. Czuję wtedy zapachy drzewa, żywicy, igieł, albo kory i wtapiam się, a jednocześnie wiem, że jestem odrębną istotą, całkiem odmiennym gatunkiem, który niesiony z wyrozumiałością wielowiekowego drzewa korzysta z gościny na wysokościach.

Może byłam Elfem w poprzednim wcieleniu? Wcale bym się nie zdziwiła. Dziś, w wilgotnym, zimnym powietrzu doszłam do drzewa i je pogładziłam po pniu, jak zazwyczaj. Nauczyłam się rozmawiać z moim drzewem. Mówić do niego i czasem mam wrażenie, że mi odpowiada, że jeszcze śpi, że odpoczywa, że ktoś przyszedł i uciął mu gałęzie, że ono zgadza się na każdą interwencję ze strony sił, na jakie nie ma wpływu, że kiedyś się zwaliło, ale przystosowało się, że wzniosło koronę w niebo po zwaleniu i trwa, że bierze rzeczywistość, pogodę, ludzi zostawiających pod nim butelki, mnie wchodzącą na pień i wszystko inne, co w życiu takiego drzewa się zdarza, bez sprzeciwu, bez walki, bez odwetu, z poszanowaniem własnych ograniczeń i prawa innych istot do wyrażania siebie. „Oby nikt nie pragnął go zniszczyć”- pomyślałam, bo na to też nie mogłoby nic odpowiedzieć. Wszak nikt go być może nie słucha, oprócz mnie.

Kiedyś weszłam na to drzewo z córką. Pokazała mi, że można zejść z niego inną drogą. Od tego są dzieci, żeby pokazywać coś nowego, coś czego sami nie umiemy zobaczyć. Martwiła się, że spadnę, ale ja na tym drzewie czuję się jak u siebie. Leży nad strumieniem, korzeń tkwi w ziemi, gałęzie muskają powietrze sięgając nieba. A ognista gwiazda oświetla je w słonecznie dni. Wszystkie żywioły w jednym. Nawet eter, którym płynie energia życiowa od dostojnego w swojej wielkości przyjaciela moich spacerów, bo kiedy posiedzę na nim, czuję się oczyszczona, spokojna, swojska.

Mijałam to drzewo wiele razy i nie zwracałam na nie uwagi, aż przyszedł dzień, że stało mi się bliższe niż piękne widoki zagraniczne, egzotyczne i piękne wytwory architektury, myśli ludzkiej. Zobaczyłam piękno jego prostoty, symboliki powstawania z popiołów i siły przetrwania. Odwiedzam je, kiedy chcę, kiedy mam siłę, albo właśnie mi jej brak. I kiedy wchodzę, Koza czeka spokojnie pod drzewem na mój powrót z krainy, jaka nie mieści się pod tą szerokością ani długością geograficzną. Z miejsca w innym punkcie przestrzenni, innym czasie. Skubie sobie trawę nad kanałkiem albo tarza się w rzadkich, wysokich i piaszczystych starych wydmach Wisły, która pewnikiem tutaj była, zostawiając białe piaski na łąkach.

Wiem, że na tę chwilę odwiedzanie drzewa mi służy, ale nie zamierzam bronić go przed czasem, przykuwać się, by go nie wycięli, stawiać mu pnia w pionie, żeby rosło „jak powinno”. Jest takie, jakie jest i na ten moment zupełnie na miejscu w moim życiu. Doceniam szorstkość jego kory, ale nie wiem, czy za miesiąc będę chciała je odwiedzić. Nie mam do niego sentymentu, a wdzięczność, że w tej chwili istnieje i mogę do niego dojść w sensownym czasie i poprzebywać w jego przestrzeni, w towarzystwie jego gałęzi.

– Jak odejdzie, w ten czy inny sposób, zrobi się miejsce na coś nowego – mówi Koza kiedy Ją pytam – bo wszystko odchodzi, żeby zrobić miejsce na nowe, z czym możemy się mierzyć. Na tym polega życie, żeby je brać z pochyłości pnia w pełnym słońcu z uwagą na kroki przy wchodzeniu i zeskakiwaniu, bez oczekiwań, że nazajutrz wszystko będzie takie samo. Nie będzie, po to, żeby można było sięgać dalej w tej przestrzeni, spotykając coś nowego, co za rogiem, gotowe czeka już na spotkanie.

Dlatego cieszę się tym drzewem teraz, ale nie rozsiadam się na nim z myślą „po wsze czasy”. Kiedyś coś innego znajdę, albo to coś mnie znajdzie, a moja ciekawskość już się cieszy na to odkrywanie.

Czemu Koza się dziwi?

– Ludzie są dziwni … – powiedziała Koza przesuwając się bliżej kaloryfera. Zmarzłyśmy odbierając samochód z warsztatu. Śnieg piękny, ale mokry i nieszczególnie przyjemny, jak się dwadzieścia minut czeka na autobus na przystanku.

– Czemu? – spytałam niezbyt zainteresowana odpowiedzią.

– Kiedy zwierzę jest głodne – je, śpiące – śpi, złe – warczy – mlasnęła dla podkreślenia wagi swoich słów – a człowiek na odwrót.

– To znaczy?

– Jak jest głodny, to leci do łazienki sprawdzić czy ma wystający brzuch i się waży. Jak jest śpiący, żłopie kawę, aż mu głowa przed magicznym ekranem sama opadnie – zerknęłam znad komputera na przenikliwe spojrzenie Kozy – a jak jest zły – znów mlasnęła – to się uśmiecha.

Wyszczerzyła zęby czekając na moją reakcję.

– Znaczy co? Jesteśmy nienormalni? – spytałam sarkastycznie.

– Nie – odparła ugodowo i z gracją przytknęła zadek do ciepłej stali – ale na pewno nie jesteście zwierzętami.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. A ta ciągnie dalej…

– Jak nie zwierzętami, to czym jesteście? – popadła w zadumę i zasnęła.

W pewnym filmie nazwano nas wirusami. Niszczycielskim czynnikiem jaki drąży planetę z dobroczynnych zasobów. Faktycznie nie zachowujemy się rozsądnie podcinając gałąź, na której siedzimy. Patetyczne postawy w stylu rewolucji ekologicznej jednak do mnie nie trafiają. Po pierwsze dlatego, że zapaleni w walce rewolucjoniści często sami mało dbają o swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne, a po drugie, że żaden gwałt, nie ważne czy w dobrych intencjach, nie naprawi świata, a jedynie wzbudzi uzasadniony opór. I tak opór i agresja po obu stronach barykady nasilają się w nieskończoność, przy czym każdy jest przekonany do własnych racji, a pod ostrzałem krytyki tylko bardziej się upiera. Koza wie coś o tym, bo choć teraz śpi, to niezłe z niej ziółko, jak się uprze.

Stawiam bardziej na ekologię indywidualną, czyli zdrowe podejście do siebie, bo to, jak siebie traktujemy, przekłada się na stosunek do innych, a w przedłużeniu, na stosunek do całej planety.

Większość z nas wyrosła w poczuciu, że nie mamy prawa o siebie zadbać, bo od dziecka uczono nas wypełniania rozkazów, zwanych dobrymi radami na przyszłość. „Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”, a na drugim biegunie spraw dokumentnie zakazanych „Rób na co masz ochotę”.

Druga połowa życia na szczęście odblokowuje nas na to, jak powinniśmy się prowadzić, żeby sobie nie szkodzić, a z czasem się z własnych ograniczeń uwolnić. Z miłości do swojego biocybernetycznego bolida – ciała, trzeba jeść, ruszać się, spać. I jak bolid sprawnie działa, to się spożywa strawę duchową. Ja się żywię na ten przykład muzyką, pseudojogą, tangiem, czytaniem, oglądaniem filmów, rozmawianiem z ludźmi i przebywaniem w ich towarzystwie, z dokładnością do tych, co mają trudne dla mnie charaktery i ich raczej wolę nie widzieć. To też jest dbanie, otaczam się spokojem wtedy. Czasem nie odbieram telefonu, kiedy mi nie pasi.

– I dobrze – stęknęła Koza odwracając się na drugą stronę. – Nie pracujesz w pogotowiu.

Z opiniami na wszelkie tematy jest tak, że każdy z nas ma swój własny balon rzeczywistości, w którym się te opinie sprawdzają. Nazywamy je wtedy prawdami. Te prawdy nie pokrywają się z prawdami w balonach innych ludzi, bo są uzależnione od doświadczeń i naszego stosunku do danej sprawy, jakiej opinia dotyczy. Któż się nie spotkał z prawdą „nie wolno kłamać”, a i tak nam się zdarza, każdemu w innym stopniu i sferze. Ponieważ jesteśmy zmienni, możemy zmieniać z czasem nasze prawdy. „Mogę kłamać szefowi, ale nie żonie”. A za jakiś czas odwrotnie. Podobni ludzie mogą mieć podobne prawdy i się wzmacniać w nich, a przeciwni mogą zwalczać. Dla jednych kłamanie żonie to zdrada, dla drugich szefowi, szczególnie, jak jest prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Niemniej jednak, zawsze jest to subiektywna prawda, konstrukt powstały, żebyśmy sensownie się odnajdowali w świecie. I tyle.

Dlatego w trosce o siebie i swoje otoczenie trzymam się swoich prawd dopóki mi służą. Potem puszczam je wolno i pojawia się nowa prawda. Ci co się zakleszczają na swoich odwiecznych prawdach, a tak zwyczajnie są to przypuszczenia dotyczące rzeczywistości, po prostu boją się puścić, przyznać się do błędu, upierają się, że obiektywne prawdy istnieją i oni właśnie, przez „swę mądrość” do niej doszli. Tacy też często w mniej lub bardziej agresywny sposób domagają się uznania dla swojej prawdy. Na takich zwyczajnie uważam i raczej nie lubię w ich towarzystwie przebywać.

W głębi mojej duszy mieszka bardzo tolerancyjna istota. Też ma swój system, model rzeczywistości, mówiący o tym, co jest dla mnie prawdziwe. Ta istota widzi, czy czyjeś rozważania, nawet błyskotliwe, albo ujmujące, są moją prawdą. To, że trzeba mi spać, jeść, bawić się i być odpowiedzialną, nie krzywdzić innych z rozmysłem, pilnować swojego podwórka, kochać dzieci, (mniej złośliwego kota, co mi łazi po papierach) i słuchać Kozy, jest dla mnie na ten moment oczywistą prawdą. Nie mam też potrzeby udowadniania wszem i wobec swojej racji. I tak wiem swoje, jak „każden” inny, bo każdy ma swoje prawdy.

– Za dużo główkujesz – stęknęła Koza wstając. – Idziemy pić gorące kakao.

Popandemiczna magia tanga

To była pierwsza milonga od czasu rozpanoszenia się pandemii. Od marca całe tangowe towarzystwo przestało się spotykać i choć z czasem szkoły znów się otworzyły, rozpoczęły się lekcje tanga, warsztaty, zaczęto zapraszać argentyńskich nauczycieli, milong nadal nie było.
– Masz duże szczęście, że akurat teraz przyjechałaś. To będzie prawdopodobnie jedyna milonga do końca roku w Kansas – powiedziała Sophia, organizatorka milongi w klubie Viva, gdzie mieści się szkoła tangowa. – Następna milonga jest w grudniu w Nebrasce.
Przyjechałyśmy do klubu spóźnione. Anika pracowała tego dnia do późna i czekałyśmy na nią pod domem dobre 20 minut. Kiedy w końcu wskoczyła do samochodu i Jenny wycofywała samochód z parkingu Anika krzyknęła:
– Czekaj! Zapomniałam telefonu! – i wyskoczyła z auta nie zamykając drzwi.
Całą drogę, czyli około 40 minut, jedna część mnie śledziła rozmowę, a druga zastanawiała się, jakie życie czasami jest proste. Wystarczy odrobinę się otworzyć, przyjść na zajęcia dla, jak się potem okazało, początkujących i średnio zaawansowanych w tangu i spotkać wspaniałe towarzystwo zarażone skutecznie infekcją tangową, zmieniającą ludzi w istoty węszące, gdzie by tu można potańczyć dowolną porą. Infekcja ta nie przechodzi z czasem, ale z osoby na osobę, i na szczęście wzmaga odporność na wiele cywilizacyjnych chorób ciała, jak i ducha. Potrafi odgrodzić od schizofrenii obecnego świata skutecznie i trwale, bo poznając ludzi tanga widzę jak można się łączyć, nie dzielić, współpracować, nie konkurować i choć tango wyzwala wiele emocji, kiedy ma się zdrowe podejście do siebie i tańca, te wszystkie emocje przechodzą zdrowo wymiatając niepotrzebne złogi gromadzone w wielu innych sytuacjach. I to widać i czuć wszędy, gdzie tango trafia.

Tuż po przybyciu do pięknej tanecznej sali w Kansas City, zobaczyłam kameralną grupę tancerzy w różnym wieku tańczącą albo siedzącą przy stolikach. Ledwie zdążyłam zmienić buty już zostałam poproszona do pierwszej tandy. I, co tu dużo mówić, od tej chwili miemal nie usiadłam ani na minutę. Do północy tańczyłam z jedną przerwą na łazienkę i jedną po milondze, kiedy cała mokra padłam i partnerzy dali mi odsapnąć na moment. I nie byłam w tym odosobniona. Każda kobieta w tej sali była zaopiekowana, proszona, obtańczana, czy jak to nazwać, w każdym razie, niezależnie od poziomu, temperamentu, wszyscy tańczyli ze wszystkimi w wielkiej fecie, celebracji tanga, spragnieni jego wrażeń. Panowie z paniami, panie z paniami i panowie z panami, bez żadnych ograniczeń i skojarzeń, a ogień tryskał po parkiecie widoczny dla tych co widzą świat trochę bardziej energetycznie.

Partnerzy, miękkie, spokojne objęcia, bez wygibasów, bez ciągnięcia za rękę i siłowego przestawiania w z góry zaplanowane miejsce, bez deptania, bez zderzania się, bez kopania, bez wchodzenia w bezpieczną przestrzeń innych par. Miód, malina, jak mówią wytrawni tancerze. Pierwsi partnerzy jak królowie angielscy, wyprostowani, dystyngowani, empatyczni, aż chciało się tak podążać w miękkim zdecydowanym objęciu, bez nadmiernego szaleństwa, elegancko z uwagą na każdy krok i nieistniejący tren wiktoriańskiej sukni sunący majestatycznie po parkiecie. W końcu zaprosił mnie pan, którego intensywne, dynamiczne tango obserwowałam przez chwilę. Było inne i kiedy stanęłam z nim w objęciu, po paru pierwszych ruchach wyczułam ogień. Jego objęcie było początkowo sztywne, dopiero potem, kiedy zrozumiały się nasze ciała, poczułam jak ten kamień topnieje i … stała się magia.

Najpierw wrosłam głęboko w ziemię, moje stopy nawet na wysokich palcach doskonale poczuły grunt, a ciało tak dobrze osadzone w ziemi zyskuje to co powinno – stabilność i elastyczność do wykonywania dowolnych ruchów na powierzchni. Magia tanga. Brain, bo tak mu na imię, od razu wyczuł moje osadzenie i nasz taniec popłynął sam z towarzyszeniem naszych ciał niesionych muzyką. Marcin, mój wspaniały nauczyciel tanga, powiedział kiedyś, że wciskam tangowy pedał gazu tylko do połowy, może dlatego, że usiłuję kontrolować ruch ciała. Tańcząc z Brainem mój pedał gazu osiągnął poziom do tej pory mi nie znany. W pewnym momencie, przy kolejnej tandzie, śmialiśmy się po każdym utworze, tak nas zaskakiwała cała sytuacja. Czułam taką płynność i od pewnego momentu, nie od razu, takie zaufanie do partnera w tańcu, że volcady, colgady robiłam od tak, lekko, niemalże niedbale. W pewnym momencie byliśmy już nie dwojgiem ludzi tańczących na parkiecie wspólnie, ale jedną, czworonożną istotą wyrażającą swoją tangową ekspresję.

Zatrzymania, przyspieszenia, wszystko zsynchronizowane do jednoczesnego bicia tangowego serca. Robiliśmy niewielkie jednotandowe przerwy na innych partnerów, a potem wracaliśmy do siebie po więcej, i więcej tej magii, jaka nas otoczyła i uniosła, pochłonęła.

Brain jechał dwie godziny z północy, żeby potańczyć tango. Dużo podróżuje po świecie, tańczył w Berlinie, w Londynie, w Oslo. Rozmawialiśmy trochę o tangu odpoczywając, o tym jak wyglądają milongi w różnych krajach Europy i Azji. Na milondze w klubie Viva w Kansas byli ludzie z Nebraski, Ohio, Missouri, ale najwięcej procentowo osób przyjechało z Lawrence. Ta zwarta, dobrze zorganizowana grupa ludzi tanga ma swoje praktyki tangowe. Poznałam organizatora tych praktyk, są cotygodniowe, wszyscy tańczą tam ze wszystkimi, więc można swobodnie przyjść bez partnera. I tak pojawiło się kolejne okienko do tego, żeby potańczyć, i to blisko, 10 minut od mojego domu na piechotę.

Pozwolę sobie na koniec na taką refleksję. Byłam nowa w tej grupie i od razu mnie wchłonięto. Na milondze mój pierwszy partner przedstawił mnie organizatorom i jednocześnie nauczycielom w tej tangowej szkole. Przyjęto mnie ze szczerą sympatią i gościnnością. Nie widziałam, żeby na popularnych milongach w Warszawie organizatorzy przykładali to tego jakąkolwiek wagę. Tylko na jednej, ale ona się na nieszczęście teraz sporadycznie odbywa. Poza tym, każda kobieta na sali tańczyła i wszystkie wychodziły w świetnych humorach. O to zadbali partnerzy, tańcząc z nimi bez zadzierania nosa. Dlatego też, kiedy się żegnaliśmy, wszyscy wszystkich z przyjemnością wyściskali, życząc sobie tak udanych spotkań w niedalekiej przyszłości.

Nie jest to w Stanach jakaś norma, jak się okazało. Kiedy rozmawiałam z ludźmi, mówili, że w Nowym Jorku nosy zadzierają.
– Nie chcą nas tam, choć muszę ci powiedzieć – srebrnowłosa tangera nachyliła się do mnie z konfidencjonalnym szeptem – dobrzy tancerze na tamtych milongach są tylko przyjezdni np. z Filadelfii.
Oczywiście można się z tego pośmiać, ale atmosfera na milondze jest podstawą dobrego tańczenia i warto o nią zadbać zamiast nosy zadzierać tak po stronie pań, jak i panów.

Kiedy wracałyśmy po północy do domu, całą drogę czułam jeszcze w sobie wdzięczność i ten blask, jaki wytwarza ogień wydobyty z parkietu pod pełnymi pasji butami wolnego w ekspresji tancerza. I niech on trwa, niech się zdarza wszystkim, ten absolutnie wyjątkowy stan jedności serca, ciała i umysłu. Nie koniecznie w tangu, ale w ogóle w życiu.

Kansas, kolejny raz

Przyleciałam przed wieczorem. Na lotnisku w Kansas City czekał na mnie kierowca zamówionej przez uniwersytet taksówki. Wciąż mnie dziwi podróżowanie dużą limuzyną ze skórzanymi siedzeniami i traktowanie mnie jak gwiazdy filmowej, mieszanka dyplomacji i dystansu. Podałam rękę kierowcy, co trochę zbiło go z tropu, ale przyjął ten gest bez zbędnego ociągania. Drogę do Lawrence praktycznie przejechałam na wyłączonym procesorze, czujna, ale nieaktywna. Po 20tu godzinach w drodze nie siliłam się na rozmowę.

Beth czekała na mnie w domu w Lawrence. Przyjęła kolacją i ożywiła trochę moje na wpół uśpione ciało. Następnego dnia kończyła artykuł i wylatywała do Meksyku. Miałyśmy tylko chwilę żeby wymienić się informacjami z prawie dwóch lat braku kontaktu. Pandemia zamknęła ją na półtorej roku w kraju. Dopiero ostatnio wyruszyła w podróż po kilku stanach odwiedzając przyjaciół i rodzinę.
– Dzięki temu, że utknęłam w domu zaczęłam pisać moją powieść – powiedziała przy kolacji.
– Wspaniale! Tę powieść o czterech kobietach w Japonii?
– Tak, w Tokio. Jestem w połowie – dodała z dumą.
Podróżniczka uwięziona w domu szybko się przystosowała do sytuacji pisząc serie artykułów. Paradoksalnie wzrosło zapotrzebowanie na słowo pisane, ludzie mieli więcej czasu na czytanie i poszukiwali treści.
Dziś rano wyleciała zostawiając mi pod opieką dom i kota Jeta. Czarny diabeł ucieszył się niezmiernie na mój widok mimo, że nie widział mnie tak długo, że trudno sobie wyobrazić, żeby mnie zapamiętał.
– Cieszy się, bo wie, że nie zostanie sam kiedy wyjadę do Meksyku – podsumowała Beth widząc Jeta tarzającego się po dywanie z radości.

W pracy na razie odzyskuję dostępy do dużych maszyn obliczeniowych. Moje konta wygasły, dziś udało mi się jedno odzyskać, jutro atakujemy drugie. Okazuje się, że w amerykańskim Dniu Weterana, który jest świętem federalnym, część pracowników może sobie zrobić wolne i serwis IT właśnie sobie zrobił. Poczekamy, nie pali się. Działania są zaplanowane i powinnam się zmieścić w czasie miesiąca z obliczeniami.

Pomyślałam dziś pod wpływem rozmowy z koleżanką na messengerze o poszukaniu tanga w Lawrence. Znalazłam bez trudu. Dziś, lekcje w głównym budynku. Partner nie potrzebny, doświadczenie też. Zobaczymy czym to jeść. Milongi na razie niedostępne na oficjalnym kanale. Do Kansas City, gdzie być może coś się odbywa, muszę zorganizować transport, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Tutejsze przyjaciółki bardzo były zainteresowane tangiem. Oczywiście pandemia wiele zmieniła, teraz mogły zmienić zainteresowania, mogą też obawiać się spotkań. Pewnie będzie inaczej, ale czas się do nich odezwać.

Ludzie na ulicy nie noszą masek i w niektórych sklepach też nie ma takiej potrzeby, ale na uniwersytecie w budynkach wszyscy je zakładają. W pokoju siedzę sama, więc nie muszę. Dużo chodzę, spaceruję pod górę na teren kampusu. Dziś słońce od rana rozświetlało całkowicie czysta niebo i kiedy tak się nim zachwycałam, lunął deszcz, urwanie chmury, przy pełnym słońcu. Wyjrzałam skąd się ta woda z nieba wzięła i faktycznie niewielka chmura czyhała na południu. Tak tu jest, deszcz z bezchmurnego nieba. Wczoraj burza, piorun walnął tak blisko mojego domu, jakby pukał czy może wejść. Akurat schylałam się w kuchni i tak zastygłam na moment. Potęga przyrody i nieprzewidywalność kansaskiej pogody. Bierz polar w upalny dzień i parasol przy błękitnym niebie. Nikt tu już nie sprawdza długoterminowych prognoz, nie warto. Żyje się w tym co jest. Takie wymuszone przez pogodę tu i teraz. Adaptuj się albo moknij i marznij.

Z ciekawostek dopowiem, że Beth zahodowała sobie kury. Taki kaprys miejskiej dziewczyny. Jedna z kur ma osiem lat. Powinna dostać dziś więcej ziarna na Dzień Weterana. Tym razem jestem zwolniona z opieki nad kurami, więc to nie moje zadanie. Na mnie czeka, jak przystało na rasową wiedźmę,  tylko, i aż, stęskniony, czarny jak smoła, kot.

Kiedy umysł się bierze za poezję

Kiedy umysł się bierze za poezję
Słowa są ostre jak wycięte nożem
Stoją równo w rządkach
Gotowe do musztry
Zaostrzonym ołówkiem skreślone bez skazy
A umysł pisze, pisze, pisze
Wiersze, jak rysunki techniczne na milimetrowym papierze

I kiedy skończy wkłada je do dębowej szuflady
Zdejmuje kapcie i spełniony zasypia …

Nocą na paluszkach
Przychodzi rozchichotane serce
I wyjmuje arkusze
Zamacza w uczuciach
I robi z nich najpiękniejsze
Pod słońcem
Papier-mache

5 października 2021

Spójrz Duszo

Spójrz na mnie Duszo
Dokąd zaszłam w tej podróży
Zdyszana czasem
Poganiania udręką

I zostaw mnie na chwilę
Pod tym obłokiem niedużym
Co mi nad głową
Tak sumie lekko

Niech mnie ocieni
W upalne dni kiedy
Zbyt mocno czuję
sedno Istnienia

Niech mi przypomina
To po co żyjemy
I bym pamiętała
Że wszystko się zmienia.

5 października 2021

Głęboki granat nocnego nieba

Kiedy patrzę w głęboki granat
Nocnego nieba
I dotykam jego aksamitnej struktury
Słowa płyną same
Z dołu
Tam
Do góry
W najdalsze galaktyki
Pełne naszych marzeń

A grawitacja tańczy z radości
Zakrzywiając przestrzeń
Żeby mi przybliżyć
Żeby mi umościć
Skoro pełna skupienia
Przyszłam do niej w gości

I mówię do próżni
Do kwarków
Fotonów
Wykreślających na niebie
Pejzaże
Że kocham energię co tworzy
Z chaosu
Spiętrzając ciekawość mojego oka

Policzalne gwiazdy
Czy niepoliczalne
Wirują jak derwisz w lunatycznym mroku
Planety je śledzą tupiąc w rytm obcasem
Ścieląc jedwabiste spódnice ekliptyk
Księżyce jak naszyjnik,
Połyskują z dala

Skrzy się pustka
Ze śpiewu i rozświergotania
A kolory bledną i intensywnieją
Mijając bezsilne granice faz światła

A serca się grzeją
Choć nie rozumieją
Czy to boski zamysł
Czy zwykła radiacja.

5 października 2021

Otwieram się

Otwieram się
na wiele nowych słów
których moje serce nie znało
Na czułe brzmienie ciszy
zatopionej w głębokim oddechu
Na słowo nic
pełne po brzegi treścią
Najpiękniejszą
Codzienną
Zwykłą jak ptak na płocie rankiem
za oknem kuchennym
Albo na stole talerz
i słodki kompot latem

Na nowo śpiewam piosenki
Dźwięki nucą melodie
pstrokate od zmian wibracji
A szepty soczyste
jak senne akacje
I liście bluszczy otulające
altanę w cieniu

Głowa Twoja wesoła
wtulona na moim ramieniu
A moje serce woła
swoim, tkliwym językiem
elektrycznych impulsów
W rytmie uczuć
tak do niedawna dalekich
jak obce wybuchy gwiazd
kiedy zdumiony język
próbuje wymówić tę feerię
pozornego chaosu myśli

A ciało drży
z radości
jak małe dziecko
na huśtawce

A ja patrzę
to w serce
To w Ciebie
i niczego nie zmieniam
W tym doskonałym obrazie
Nas…

5 października 2021

Mądrość naszego ciała

Leżę. Jeszcze rano myślałam, żeby pobiec do pracy, ale tak około śniadania poczułam swoje stopy, potem kolana, mięśnie i poddenerwowane nerwy i tkanki miękkie. Usiadłam, napisałam do pracy, że będę kiedy będę i wróciłam do łóżka.

Dla porządku, nie wiem co mi jest, ale niezależnie od tego, słucham swojego organizmu i, kiedy tak się zachowuje, stopuję. To trwa dzień, dwa, może trzy, ale jest niezawodnym sposobem na niechorowanie. Kiedyś parłam do aktywności, wyrzucając sobie jakąś ogólną niemoc i, jadąc na oparach, wysilałam się ponad miarę. Teraz zwalniam taktycznie i zażywam odpoczynku, jak leku przeciwbólowego na migrenę. Tak naprawdę nie muszę wiedzieć co mi jest, organizm sam wie i zrobi co powinien, żeby się z tym uporać. A jak nie, to idę po specjalistę co mnie obejrzy wnikliwiej. Rzadko jest to potrzebne, bo rozmawiam z ciałem na bieżąco i widzę, kiedy ma potrzebę przegrupowania jakichś systemów.

Poszłam spać. To najlepsza metoda regeneracji. Organizm wyłącza wtedy niektóre funkcje i skupia się na renowacji tych, które są do podreperowania. Miałam dziś iść na tango, więc na pociechę dwa razy wystawiłam nogi z łóżka i wsadziłam do nowych butów tangowych. Mam motywację, żeby szybko z tego restartu wstać i podziałać. Odpuściłam rozmowy, wysłałam tylko niezbędne moim zdaniem maile. Obiad zrobiłam na spółkę z Synem, pysznie nam wyszło. Pod wieczór poczułam się lepiej i zajrzałam w internet.

Zaopiekowanie się sobą nie jest takim oczywistym odruchem. Często forsujemy się ze szkodą dla organizmu i naszych własnych planów. Kiedy zaczynamy siebie lubić, niezależnie od tego, czy w danym momencie czujemy się sprawni i silni, objawia się nasza wewnętrzna dojrzałość. Dojrzałość nie mająca nic wspólnego z wiekiem, a ze świadomością czego chcemy, i co jest nam naprawdę potrzebne. Ja chcę mieć sprawne, wydajne ciało, żeby robić rzeczy jakie lubię, w tym pracować, śmiać się, tańczyć, rozmawiać, poruszać, myśleć. Kiedy spoglądam na swoje ciało jak na podarowany skafander, widzę, że czasem trzeba w nim zaszyć dziurę, przewietrzyć, wyprać, z uwagą obejrzeć różne wskaźniki. To powszechna nieprawda, że brakuje nam na to czasu. Po prostu nie dajemy go sobie wybierając inne rzeczy. Wybór zawsze istnieje, ale bywa nieoczywisty.

Moje ciało mówi do mnie ludzkim głosem: „Aga, weź ze sobą butelkę wody, bo za mało pijesz, na zajęciach zwłaszcza.” I powtarza cierpliwie, a ja dopiero po jakimś czasie to słyszę i wchodzę w pewną rutynę, by takie rzeczy robić. „Zjedz tego banana jak skończysz, kup sok pomidorowy, włóż wygodne buty, zapnij kurtkę pod szyją, rozluźnij kark i mięśnie żuchwy, wyłącz wcześniej telewizor, odłóż książkę – i tak już zasypiasz, weź plecak zamiast torebki, wyprostuj plecy, kup sobie coś w prezencie – czekoladkę, śliwkę, zjedz obiad, nie odkładaj tego na potem, jesteś głodna, nie naciągaj tego mięśnia, wsiądź do ubera, nie czekaj na tramwaj.”

Mówi sygnałami: to tu je czuję, to tam, żołądek, skóra, kręgosłup, twarz, kark, serce. Sygnał indywidualny, rozpracowywany latami, bo jak na człowieka zachodu przystało, żyłam odłączona od ciała. Teraz się wspieramy. Kiedy chcę czegoś, mówię mu tak samo. Mówię z miłością i szacunkiem, w końcu jesteśmy jednością i będziemy ze sobą do końca tej podróży.

Moje ciało jest mądre. Reaguje na ludzi, na sytuacje, doskonale mnie informuje co jest moje, co nie, co jest zagrożeniem, co jest obce, czego chcę a czego nie chcę. Trzeba tylko się z nim dorozumieć i zaufać mądrości swojego ciała. Jak chce leżeć, poleżeć, jak chce spać, pospać, jak chce gadać, niech gada. Nie oceniam jego budowy, proporcji, przylegania do idealnych form żurnalowych. Moja zgoda na nie takie, jakie jest, również wtedy, kiedy jest zmęczone, zaspane, ma opóźnione reakcje, powoduje, że szybko nabiera siły do akcji, jakie chcemy przeprowadzić. Nie nadużywam go, jak nie nadużywałabym przyjacielskiej pomocy. Gdzieś pośrodku naszych zmagań i odpoczywania jest idealna równowaga.

Teraz mi mówi, że za długo siedzę. Odpowiadam, że jak skończę, wstaniemy i naciągnę odcinek lędźwiowy, żeby rozluźnić nierównomiernie zbite w czasie siedzenia kręgi i miednicę. Dogadujemy się. Ja kończę w spokoju podczas, gdy ono przestaje reagować bólem. Komunikacja międzykomórkowa na wyższym szczeblu zarządzania. Warto spróbować, żeby zrozumieć, poznać i łagodnie funkcjonować na wysokim poziomie abstrakcji ludzkiego życia w biologicznym, złożonym ciele własnego organizmu.

Co by Koza powiedziała?

Od jakiegoś czasu ganiam po życiu sama. W pojedynkę życie wydaje się inne, bardziej rozległe.

Znikła. Odeszła. Od tak dawna się nie pojawia. Myślałam z przejęciem:

– Jest gdzieś na pewno, nie mogła tak po prostu, bez pożegnania.

A jednak. Mogła, bo chciała.

Pierwszy sygnał zanikania zobaczyłam pod drzewem. Poszłam pod nie tylko po to, żeby zobaczyć, jak jakaś obca mi latorośl wspina się na nie, zamiast mnie.

– Zmiana warty – szepnęłam Kozie, a ta tylko spojrzała na mnie wymownie.

Minęłam drzewo, na którym roześmiane dziewczynisko czekało, aż tata zrobi mu zdjęcie … na moim pniu.

– Już nie moim – dodałam i rozejrzałam się. Koza powoli wchodziła w trawy nie oglądając się za siebie. Poszłam za nią. Doszłyśmy do osikowego lasku i tam usiadłam na skraju. Milczałam, ona też. Patrzyłyśmy na zachodzące powoli słońce.

-„To koniec” – czułam bardziej niż myślałam. Wreszcie wstała i odeszła, zanikając na brzegach jak fatamorgana. Nie wołałam za nią, patrzyłam zafascynowana.

– To nie koniec – powiedziałam raźnie z lekkim drżeniem w głosie. – Wróci.

I wracała, jak wspomnienie, jak obraz. Parę razy się uśmiechnęła, parę razy zamlaskała. Czasem przyłapywałam się na tym, jak spekuluję nad wyborem:

– Co powiedziałaby Koza?

Paradoksalnie doskonale wiedziałam, co by powiedziała, dlatego odeszła. Już jej nie potrzebowałam. To takie proste.

Trochę nostalgicznie, sentymentalnie chciałam ją zatrzymać, te nasze rozmowy, niepowtarzalne. Rzecz w tym, że integracja jest nieodwracalna. Spojrzenie z jej osobnej, równoległej kamery jest dostępne teraz dla mnie cały czas. Musiałam się od niej oddzielić, żeby wrócić do siebie ponownie i może, może znów nastąpi jakiś taki moment w moim życiu, że będę tego potrzebowała, kolejnego dystansu, kolejnej kamery. Wtedy bez wahania ją zawezwę. I ona przyjdzie w nowej odsłonie. Może będzie kimś innym, obie będziemy.

Chciałam jej podziękować, tyle jeszcze powiedzieć, ale wszystko to przecież jest już we mnie, i wszystkie słowa trafią do mnie z powrotem, odbijając się we mnie echem.

Jakie jest twoje zwierzę wewnętrzne? Może foka, może żółw? Co ci to mówi o tobie samym? Tak szczerze, nie każdy jest lwem, może jesteś nosorożcem? Tak szczerze, kim jesteś? Kiedy wskakuję do wody nie czuję się jak ryba. Do niedawna usiłowałam nie utonąć, teraz pływam. Najbardziej lubię płynąć na jednym wdechu najdłużej jak się da, w zaufaniu do własnego ciała. Ale prawdziwą przyjemność sprawia mi brodzenie przy świetle księżyca. Nic nie poradzę na to, jaka jestem i już się ze sobą nie wadzę, że mam jakieś fanaberie i romantyczną duszę, co nie chciała do ciała. Jeszcze jakiś czas tu pobędę, pobrodzę, pohasam.

Czasem widzę moją wewnętrzną Kozę kątem oka. Przychodzi sprawdzać mnie być może, albo ja sama się sprawdzam. I widzę, że nadal wybieram podobnie, przyciąga mnie autentyczność, odpycha manipulacja. Lubię ludzką prostotę, omijam pozerstwo. Nie gardzę nikim, wciąż się przyglądam z zainteresowaniem ludzkiej naturze jako takiej i światu pod tym, akurat słonecznym, niebem.

Dziś wybrałam się pod lasek i poleżałam w miejscu, gdzie rozpłynęła się Koza. To takie przeciętne miejsce, mogłaby to zrobić gdziekolwiek, ale to wybrała. I tak jest dobrze, tak jest nawet lepiej. Mówię jednym głosem za nią i za siebie, ale mam świadomość wielorakości mojej natury. Czasem potulny baranek, czasem ostre pazury. Po prostu człowiek, raz w swojej kontemplacyjnej odsłonie, albo burza i nieprzejednany sztorm.

Wyobrażam sobie czasem Kozę, jak wbiega na wysokie szczyty i zamienia się w Koziorożca. Spogląda na mnie spod imponującego poroża. Taka jest oczami mojej duszy. Nie do pokonania, nie do złapania, nie do przekonania. Wolny duch w tej przestrzeni na wysokościach.

I jest ze mną, we mnie, kiedy idę ulicą, pracuję i śpię. Kiedy zapinam buty tangowe, albo pląsam w swojej głowie słuchając z przejęciem muzyki, kiedy się śmieję i płaczę, skupiam albo rozpraszam, kiedy oddycham. Jest w biciu mojego serca, w każdej komórce mojego ciała, niezanikająca pierwotna życiowa energia.

Uparta jak Człowiek

– Wiesz, że w każdej chwili możesz zawrócić? – powiedziała Koza drepcząc za mną po piaszczystej drodze.

– Taak – powiedziałam przeciągle.

– Ale na pewno to wiesz? – zagadnęła po pół godzinie milczącego pilnowania mojej nogi.

– Tak, zasadniczo tak – odparłam spokojnie.

– To jak stąd wrócisz? – spytała z przekąsem.

– Autobusem, jak będzie trzeba.

–  Mądrze  – mlasnęła z zadowolenia.

Po kilku tygodniach uwięzienia w domu wyruszyłam na spacer wiadomą drogą do drzewa. Nogi, nieużywane tygodniami do takich celów, niosły mnie bardzo powoli.

–  Wolno idę – zauważyłam, kiedy wszyscy przechodnie mijali mnie na chodniku.

Koza przytaknęła. Pierwszy raz w życiu szłam tak wolno. Nie czułam bólu, ani ograniczeń, ale tempo marszu było nietypowe dla pędzącej wszędzie Kozy. Postanowiłam sobie, że dojdę dokąd dojdę, a potem zawrócę do domu i odpocznę. Jak na pierwszy spacer dobre założenie i sprytna strategia. Koza była sceptyczna.

–  Jesteś uparta, nie odpuścisz – powiedziała po wyjściu z domu. – Zabezpiecz chociaż powrót, żeby cię nie trzeba było zbierać z drogi.

– Nie martw się, zadbam o siebie – powiedziałam i pogłaskałam ją po pysku. – Troskliwe z ciebie zwierzę – dodałam z ciepłym uśmiechem.

–  Ktoś to musi robić, uczyć i pokazywać. Jak zwierzę nie ma siły, to nigdzie nie lezie, chyba, że go wilki gonią. Ciebie nic nie goni.

–  Nie goni, ale przegania z domu. Pogoda piękna, a ja zgniję w tej celi, jak nie wylezę na słońce.

Udobruchana poszła początkowo przodem, ale kiedy zobaczyła, że wcale się nie spieszę, minęła mnie i skoczyła w pole.

Do przystanku. Ok. Do drogi piaskowej. Ok. Do kanałku. Ok. To może do zakrętu? Ok. A stąd już widać moje zwalone drzewo. Nie mogłam się oprzeć. 

–  Dojdę do niego, usiądę i odpocznę – rzuciłam Kozie, żeby tak na mnie nie spoglądała.

–  Uparty z ciebie człowiek – burknęła – a nad kozami się natrząsają. Idź, właź, tylko nie spadnij.

Wlazłam, przecież jak już doszłam, to nie mogłam nie skorzystać z drzewa. Gałęzie puszczają pierwsze liście, takie soczyste skondensowane kłączki zieleni. Ludzie nie wyrzucają pod nim śmieci, stare ktoś sprzątnął, może na wiosnę, może przypadkiem. Zrobiło się tak inaczej. Pogoda się zaczęła psuć, kiedy stanęłam na pniu.

–  Złaź! Wracamy. Zimno jest. – Koza była nieugięta.

W drodze powrotnej zobaczyłam, że przyspieszam. Zwolniłam roztropnie. Kątem oka dostrzegłam, jak Koza uśmiecha się przeżuwając rzadką zieloną trawę. Powoli, noga za nogą, spacerowym tempem wytrawnego piechura, doszłam w pobliże mostku. Spojrzałam w niebo i zobaczyłam krążący nad sobą szybowiec. Leciał dość nisko, śledziłam go chwilę. Eleganckim zwrotem podszedł do lądowania na niedalekiej łące za lasem. Wróciłam do człapania. Człapanie zgodnie z rytmem swojego ciała i zasobem własnej energii ma to do siebie, że prawie nie męczy. Muzyka w uszach przytupywała mi raźnie. Niebo rozjaśniało się odkrywając błękit. Do autobusu podbiegłam wlokąc nogi niezgrabnie. 

–  Ok, dość tych ekscesów na dzisiaj – mruknęła Koza, kiedy wygodnie podjeżdżałam pod bramę osiedla.

–  Tak, tak – rzuciłam niedbale.

–  Żadnych milong – powiedziała zdecydowanie.

– Jakie milongi? No co ty? – odparłam niewinnie.

–  Nie kręć – westchnęła w drzwiach domu. – Przecież wiesz, że czytam w twoich myślach.

Spojrzałam na nią zdziwiona zdejmując buty. Oczywiście, no jasne.

–  Marsz odpoczywać. Nogi do góry i te rzeczy – rzuciła przez ramię i poszła pić wodę.

„Dobrze mieć taką Kozę, co się o ciebie troszczy i cię w porę zatrzyma” – pomyślałam. – „I na dodatek, przeczyta sobie ten komplement w myślach”.