Koza na drzewie

Wychodzę na spacery w dobrze znanym mi kierunku. Jedną drogą prowadzącą do zwalonego drzewa. To około sześć kilometrów w obie strony. Zdobywam drzewo i wracam. Co jakiś czas, bez harmonogramu i bez napinki, żeby koniecznie odbyć ten spacer. Tydzień temu była piękna, rozmoczona temperaturą i słońcem pogoda. Polną, szeroką drogą doszłam do drzewa omijając kałuże. Nie umiałam ich tak cudnie wykorzystać, jak jeżdżące po tej drodze rozpędzone samochody wzbijające pióropusze brunatnej wody. Doszłam do pnia, pogłaskałam go witając się i weszłam. Pień główny jest na wysokości dwóch metrów. Stanęłam na nim oglądając nizinną mazowiecką okolicę w pełnym, południowym słońcu. Wspięłam się wyżej zostawiając kurtkę na złamanej gałęzi i usiadłam na wilgotnym pniu. Niebo było magiczne. Nie zrobiłam zdjęć, ale ponieważ życzenia płynące prosto z serca się spełniają, tego dnia na fb przyjaciółka zamieściła piękne obrazy nieba wykonane swoim aparatem. To czego pragniesz się spełnia, choć często inną drogą niż planujesz.

Długo siedziałam na drzewie i cieszyłam się słońcem. Niewiele osób przechodziło pobliską drogą, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Zrobiłam kilka pozycji jogowych na pniu, takich, jakie da się wykonać w górskich butach z grubą podeszwą, a potem włączyłam muzykę głośniej w słuchawkach i odtańczyłam na wysokości taniec ze stopami w pełnym kontakcie z podłożem i uwolnionym muzyką ciałem.

Koza, taka jak ja, jest bardzo ziemska, stąd moja silna potrzeba kontaktu z podłożem, ze zrozumieniem i czuciem, gdzie i dlaczego jestem. Nie czuję się komfortowo kiedy coś lub ktoś mnie zaskakuje, wybiegam w przód, żeby przewidzieć sytuacje i zagwarantować bliskim mi ludziom jak największy komfort. W moim horoskopie jednak tkwi Wodnik oprócz Koziorożca. To silny wpływ powietrza, dlatego nie zaspokaja mnie sama ziemia, muszę się od niej czasem oderwać żeby czuć ruch, dynamikę, zmienność. Czyli życie wewnątrz siebie. Znalazłam idealny stan do pogodzenia tych dwóch żywiołów we mnie. Wchodzę na drzewo, które jest mocno osadzone w ziemi i chwytam powietrze.

Był taki czas, kiedy czułam się zmuszona do życie wbrew sobie tylko przy ziemi. Nie pozwalałam sobie na takie ekscesy jak brykanie po drzewach. Byłam poważna, ustatkowana, ułożona, przewidywalna i zmęczona swoją egzystencją. Teraz brykam i myślę, że moim dzieciom moja powaga wcale nie służyła tak, jak sądziłam. Wolą taką mnie, jaka teraz zaskakuje ich wspinaniem się na drzewa, brykaniem i nie przejmowaniem się zupełnie dowolną opinią innych ludzi.

Kiedy przypominam sobie swoje dzieciństwo, wchodziłam z pasją na drzewa od momentu, kiedy tylko mogłam sięgnąć jakich gałęzi, co by mnie uniosły. Wspinałam się tak daleko, wysoko, na ile się dało i siedząc na wątłej gałęzi, huśtana wiatrem czułam niezwykłą wolność. Nie miałam odpowiedzi na pytania, dlaczego i po co wchodzę, akceptując, że są na tym świecie rzeczy, jakich natury zupełnie nie rozumiemy a jednak żyjemy w nich w pełni zadowoleni. Wchodziłam na drzewa nie przejmując się sensem tego co robię i delektowałam się do syta.

Jakiś czas temu weszłam na wysokość 8miu metrów na sosnę u znajomych w ogrodzie. Prościzna, gałęzie równomiernie rozłożone wzdłuż pnia, żaden dwumian Newtona, albo akrobacja cyrkowo-wspinaczkowa. Schodek za schodkiem, coraz wyżej. Kiedy siadam na wysokości, a gałęzie są cienkie i z delikatnym trzaskiem przyjmują moją wagę, rozkładam się wygodnie i pozwalam drzewu mnie nieść, jakbym stawała się gigantycznym liściem, albo szyszką. Adaptuję się. Czuję wtedy zapachy drzewa, żywicy, igieł, albo kory i wtapiam się, a jednocześnie wiem, że jestem odrębną istotą, całkiem odmiennym gatunkiem, który niesiony z wyrozumiałością wielowiekowego drzewa korzysta z gościny na wysokościach.

Może byłam Elfem w poprzednim wcieleniu? Wcale bym się nie zdziwiła. Dziś, w wilgotnym, zimnym powietrzu doszłam do drzewa i je pogładziłam po pniu, jak zazwyczaj. Nauczyłam się rozmawiać z moim drzewem. Mówić do niego i czasem mam wrażenie, że mi odpowiada, że jeszcze śpi, że odpoczywa, że ktoś przyszedł i uciął mu gałęzie, że ono zgadza się na każdą interwencję ze strony sił, na jakie nie ma wpływu, że kiedyś się zwaliło, ale przystosowało się, że wzniosło koronę w niebo po zwaleniu i trwa, że bierze rzeczywistość, pogodę, ludzi zostawiających pod nim butelki, mnie wchodzącą na pień i wszystko inne, co w życiu takiego drzewa się zdarza, bez sprzeciwu, bez walki, bez odwetu, z poszanowaniem własnych ograniczeń i prawa innych istot do wyrażania siebie. „Oby nikt nie pragnął go zniszczyć”- pomyślałam, bo na to też nie mogłoby nic odpowiedzieć. Wszak nikt go być może nie słucha, oprócz mnie.

Kiedyś weszłam na to drzewo z córką. Pokazała mi, że można zejść z niego inną drogą. Od tego są dzieci, żeby pokazywać coś nowego, coś czego sami nie umiemy zobaczyć. Martwiła się, że spadnę, ale ja na tym drzewie czuję się jak u siebie. Leży nad strumieniem, korzeń tkwi w ziemi, gałęzie muskają powietrze sięgając nieba. A ognista gwiazda oświetla je w słonecznie dni. Wszystkie żywioły w jednym. Nawet eter, którym płynie energia życiowa od dostojnego w swojej wielkości przyjaciela moich spacerów, bo kiedy posiedzę na nim, czuję się oczyszczona, spokojna, swojska.

Mijałam to drzewo wiele razy i nie zwracałam na nie uwagi, aż przyszedł dzień, że stało mi się bliższe niż piękne widoki zagraniczne, egzotyczne i piękne wytwory architektury, myśli ludzkiej. Zobaczyłam piękno jego prostoty, symboliki powstawania z popiołów i siły przetrwania. Odwiedzam je, kiedy chcę, kiedy mam siłę, albo właśnie mi jej brak. I kiedy wchodzę, Koza czeka spokojnie pod drzewem na mój powrót z krainy, jaka nie mieści się pod tą szerokością ani długością geograficzną. Z miejsca w innym punkcie przestrzenni, innym czasie. Skubie sobie trawę nad kanałkiem albo tarza się w rzadkich, wysokich i piaszczystych starych wydmach Wisły, która pewnikiem tutaj była, zostawiając białe piaski na łąkach.

Wiem, że na tę chwilę odwiedzanie drzewa mi służy, ale nie zamierzam bronić go przed czasem, przykuwać się, by go nie wycięli, stawiać mu pnia w pionie, żeby rosło „jak powinno”. Jest takie, jakie jest i na ten moment zupełnie na miejscu w moim życiu. Doceniam szorstkość jego kory, ale nie wiem, czy za miesiąc będę chciała je odwiedzić. Nie mam do niego sentymentu, a wdzięczność, że w tej chwili istnieje i mogę do niego dojść w sensownym czasie i poprzebywać w jego przestrzeni, w towarzystwie jego gałęzi.

– Jak odejdzie, w ten czy inny sposób, zrobi się miejsce na coś nowego – mówi Koza kiedy Ją pytam – bo wszystko odchodzi, żeby zrobić miejsce na nowe, z czym możemy się mierzyć. Na tym polega życie, żeby je brać z pochyłości pnia w pełnym słońcu z uwagą na kroki przy wchodzeniu i zeskakiwaniu, bez oczekiwań, że nazajutrz wszystko będzie takie samo. Nie będzie, po to, żeby można było sięgać dalej w tej przestrzeni, spotykając coś nowego, co za rogiem, gotowe czeka już na spotkanie.

Dlatego cieszę się tym drzewem teraz, ale nie rozsiadam się na nim z myślą „po wsze czasy”. Kiedyś coś innego znajdę, albo to coś mnie znajdzie, a moja ciekawskość już się cieszy na to odkrywanie.

Czemu Koza się dziwi?

– Ludzie są dziwni … – powiedziała Koza przesuwając się bliżej kaloryfera. Zmarzłyśmy odbierając samochód z warsztatu. Śnieg piękny, ale mokry i nieszczególnie przyjemny, jak się dwadzieścia minut czeka na autobus na przystanku.

– Czemu? – spytałam niezbyt zainteresowana odpowiedzią.

– Kiedy zwierzę jest głodne – je, śpiące – śpi, złe – warczy – mlasnęła dla podkreślenia wagi swoich słów – a człowiek na odwrót.

– To znaczy?

– Jak jest głodny, to leci do łazienki sprawdzić czy ma wystający brzuch i się waży. Jak jest śpiący, żłopie kawę, aż mu głowa przed magicznym ekranem sama opadnie – zerknęłam znad komputera na przenikliwe spojrzenie Kozy – a jak jest zły – znów mlasnęła – to się uśmiecha.

Wyszczerzyła zęby czekając na moją reakcję.

– Znaczy co? Jesteśmy nienormalni? – spytałam sarkastycznie.

– Nie – odparła ugodowo i z gracją przytknęła zadek do ciepłej stali – ale na pewno nie jesteście zwierzętami.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. A ta ciągnie dalej…

– Jak nie zwierzętami, to czym jesteście? – popadła w zadumę i zasnęła.

W pewnym filmie nazwano nas wirusami. Niszczycielskim czynnikiem jaki drąży planetę z dobroczynnych zasobów. Faktycznie nie zachowujemy się rozsądnie podcinając gałąź, na której siedzimy. Patetyczne postawy w stylu rewolucji ekologicznej jednak do mnie nie trafiają. Po pierwsze dlatego, że zapaleni w walce rewolucjoniści często sami mało dbają o swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne, a po drugie, że żaden gwałt, nie ważne czy w dobrych intencjach, nie naprawi świata, a jedynie wzbudzi uzasadniony opór. I tak opór i agresja po obu stronach barykady nasilają się w nieskończoność, przy czym każdy jest przekonany do własnych racji, a pod ostrzałem krytyki tylko bardziej się upiera. Koza wie coś o tym, bo choć teraz śpi, to niezłe z niej ziółko, jak się uprze.

Stawiam bardziej na ekologię indywidualną, czyli zdrowe podejście do siebie, bo to, jak siebie traktujemy, przekłada się na stosunek do innych, a w przedłużeniu, na stosunek do całej planety.

Większość z nas wyrosła w poczuciu, że nie mamy prawa o siebie zadbać, bo od dziecka uczono nas wypełniania rozkazów, zwanych dobrymi radami na przyszłość. „Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”, a na drugim biegunie spraw dokumentnie zakazanych „Rób na co masz ochotę”.

Druga połowa życia na szczęście odblokowuje nas na to, jak powinniśmy się prowadzić, żeby sobie nie szkodzić, a z czasem się z własnych ograniczeń uwolnić. Z miłości do swojego biocybernetycznego bolida – ciała, trzeba jeść, ruszać się, spać. I jak bolid sprawnie działa, to się spożywa strawę duchową. Ja się żywię na ten przykład muzyką, pseudojogą, tangiem, czytaniem, oglądaniem filmów, rozmawianiem z ludźmi i przebywaniem w ich towarzystwie, z dokładnością do tych, co mają trudne dla mnie charaktery i ich raczej wolę nie widzieć. To też jest dbanie, otaczam się spokojem wtedy. Czasem nie odbieram telefonu, kiedy mi nie pasi.

– I dobrze – stęknęła Koza odwracając się na drugą stronę. – Nie pracujesz w pogotowiu.

Z opiniami na wszelkie tematy jest tak, że każdy z nas ma swój własny balon rzeczywistości, w którym się te opinie sprawdzają. Nazywamy je wtedy prawdami. Te prawdy nie pokrywają się z prawdami w balonach innych ludzi, bo są uzależnione od doświadczeń i naszego stosunku do danej sprawy, jakiej opinia dotyczy. Któż się nie spotkał z prawdą „nie wolno kłamać”, a i tak nam się zdarza, każdemu w innym stopniu i sferze. Ponieważ jesteśmy zmienni, możemy zmieniać z czasem nasze prawdy. „Mogę kłamać szefowi, ale nie żonie”. A za jakiś czas odwrotnie. Podobni ludzie mogą mieć podobne prawdy i się wzmacniać w nich, a przeciwni mogą zwalczać. Dla jednych kłamanie żonie to zdrada, dla drugich szefowi, szczególnie, jak jest prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Niemniej jednak, zawsze jest to subiektywna prawda, konstrukt powstały, żebyśmy sensownie się odnajdowali w świecie. I tyle.

Dlatego w trosce o siebie i swoje otoczenie trzymam się swoich prawd dopóki mi służą. Potem puszczam je wolno i pojawia się nowa prawda. Ci co się zakleszczają na swoich odwiecznych prawdach, a tak zwyczajnie są to przypuszczenia dotyczące rzeczywistości, po prostu boją się puścić, przyznać się do błędu, upierają się, że obiektywne prawdy istnieją i oni właśnie, przez „swę mądrość” do niej doszli. Tacy też często w mniej lub bardziej agresywny sposób domagają się uznania dla swojej prawdy. Na takich zwyczajnie uważam i raczej nie lubię w ich towarzystwie przebywać.

W głębi mojej duszy mieszka bardzo tolerancyjna istota. Też ma swój system, model rzeczywistości, mówiący o tym, co jest dla mnie prawdziwe. Ta istota widzi, czy czyjeś rozważania, nawet błyskotliwe, albo ujmujące, są moją prawdą. To, że trzeba mi spać, jeść, bawić się i być odpowiedzialną, nie krzywdzić innych z rozmysłem, pilnować swojego podwórka, kochać dzieci, (mniej złośliwego kota, co mi łazi po papierach) i słuchać Kozy, jest dla mnie na ten moment oczywistą prawdą. Nie mam też potrzeby udowadniania wszem i wobec swojej racji. I tak wiem swoje, jak „każden” inny, bo każdy ma swoje prawdy.

– Za dużo główkujesz – stęknęła Koza wstając. – Idziemy pić gorące kakao.

W głąb króliczej nory

Jakiś czas potem, kiedy raźno wkraczałam w nową przestrzeń niezbadanego dotąd życia, noga zapadła mi się jak w bagno. Uwięzłam i zaskoczona czekałam. Nie zdarzyło się nic takiego, co mogło spowodować tę nagłą wpadkę, ale skutecznie przytrzymana w miejscu zobaczyłam jak niedopasowane jest moje ciało przekonań na ten nowy obszar. Odezwał się stary ból, ten co zwykle, ale w nowej odsłonie i powalił mnie jednym ciosem. Nie opierałam się leżąc bez sił. Pierwszy dzień spędziłam próbując zapobiec jeszcze większej bezsilności. Pod koniec dnia wiedziałam, że to nic nie da. Nie wstałam i leżałam emocjonalnie pokonana, a ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Rozum szukał przyczyny, jak postawiony w stan alarmu pułk wojska biegający od jednej do drugiej myśli, złudzenia, że jakieś narzędzie, technika, afirmacja – zadziała.

Następnego dnia względnie rano zaczęłam płakać. Płakałam tak długo jak chciało moje zmęczone i rozbudzone jednocześnie ciało. Myśli, jeśli nadchodziły, to tylko po to, żeby wzbudzić kolejne fale nieprzerwanego strumienia łez. Wypłakałam i wycharczałam większość złości jaką miałam zachowaną z uraz mniejszych i większych do świata jako całości, do poszczególnych osób i do siebie. Zasnęłam około południa i przespałam cały dzień. Wieczorem głodna zjadłam i wróciłam do domu z umysłem pustym i zatrzymanym.

Śniłam intensywnie do rana. Ranek zastał mnie niezdolną do wykonania rutynowych prac. Odpuściłam, na absolutnych minimach dojechałam do wieczora, kiedy to wstałam i pojechałam na spotkanie. Podczas rozmowy zdałam sobie sprawę, że każda komórka mojego ciała jest pobudzona, jakby układ nerwowy reagował na najdrobniejszą informację. Zaobserwowałam to wszystko i zalałam koleżankę moim stanem pierwszy raz nie czując wyrzutów sumienia, że kogoś zajęłam, niemal zatopiłam tym, co się ze mną działo. Obejrzałyśmy film i śmiałam się, i dziwiłam jednocześnie tak świadoma mojego stanu. Wracając do domu, jak w transie, wiedziałam już, że kończy się pik i powoli adaptuję się do siebie.

Następnego dnia poszłam do pracy. Bez oczekiwań, bez presji, bez rozpaczy za czasem jakiego przecież wcale nie straciłam. Przeszłam przez króliczą norę przeciskając się i zostawiając za sobą starą skórę swoich wyobrażeń o sobie. I przeżyłam a nawet z ciekawością patrzyłam na siebie jakąś małą cząstką siebie przez zdystansowaną do tego lornetkę. Nie walczyłam, weszłam głęboko i wyszłam. Bez profesjonalnego wsparcia, bez leków, bez technik, w samym byciu. Oswoiłam największego może diabła i udomowiłam tornado. Z pokorą spojrzałam na tę pustynię przed sobą, jaka tyleż jest nieskończona co prowadząc mnie, wije się i zakręca w niespodziewane strony. I ukochałam to słońce nad nią, co pali, ale też rozgrzewa. Obraca w popiół niepotrzebne wspomnienia i stare schematy, jak rusztowania wokół dawno odnowionych zabytków. Poczułam się odkryta i naga w tej otwartości na niezbadany, nieprzewidywalny świat.

Dzień za dniem odkrywałam nowe objawy samej siebie. Różne proste czynności zmieniły się i zyskałam inne smaki, kolory. Może stare pozapominałam. Czułam jak wracam do ciała i zasmucił mnie fakt, że aby znów czuć musiałam tak cierpieć, tak oswajać to co innym pewnie przychodzi z łatwością. Każdy ma jakieś przeszkody. Znam swoje i mierzę się z nimi na nowo.

Porzuciłam już nawet koncepcję, że to ma sens, to cierpienie, to przechodzenie. Widać moje ciało inaczej nie potrafi dać mi sygnałów, albo ja nie czytam ich prawidłowo. Na pewno zyskałam na sile tej komunikacji, zbliżając się do zaufania do swojego ciała.

Na czwartkowej milondze zobaczyłam po raz kolejny jak zmienił się mój stosunek do tanga, jak przestałam je oceniać, drążyć, obserwować, analizować. Uznałam, że to dobry probież na ten moment zmian wewnętrznych we mnie. Patrzyłam na tańczących ludzi i czułam się tam tak naprawę sama. Miałam poczucie całkowitego spokoju i obecności. Odsunęłam się nawet od tych emocji towarzyszących tangu, jakie widzę w innych, i w sobie. Poczułam w sobie silną i ciekawą przestrzeń, centrum, gotowe do tego, żeby zaistnieć pełniej.

A wtedy na mojej drodze stanął mężczyzna. Znaliśmy się trochę. Zatańczyłam z nim dwa razy w życiu w innym miejscu i czasoprzestrzeni. Stałam i czekałam, aż mnie zobaczy. Czułam niepokój, ale też rozbawiło mnie to wewnętrznie, bo wiedziałam, że jeśli mnie nie zobaczy, albo zignoruje nie stanie się zupełnie nic. Zobaczyłam bardzo wyraźnie jak części mnie nie są zgodne w ocenie tego, co czuć i jak się zachować. Wycofałam się na tylne siedzenie i tam była taka wygodna nisza, w której zostawiłam te części na pierwszym planie i pozwoliłam im czuć, i działać, kiedy JA, JA sama patrzę. I miałam takie niezwykłe wrażenie, że nagle odwracają się do mnie i spoglądają, co należy zrobić, powiedzieć, co zrobić z tą sytuacją. I przeniknął mnie wewnętrznie uśmiech tak ciepły, tak dobry, tak współczujący dla tych wszystkich małych części mnie, które przyszły w niezgodzie i zagubieniu, w rozterce, oczekiwaniach i wszelkich emocjach, a każda ze swoją historią, każda ze swoim przeznaczeniem, celem, w ochronie, ku przestrodze, dla ulepszenia, w sprzeczności albo zgodzie z innymi. Zapanował chaos na chwilę i straciłam tego mężczyznę z oczu, przeciskało się między nami całe stado ludzi. Jakaś część krzyczała, żeby go łapać, inna, żeby odwrócić wzrok i usiąść, inna już się zabierała do wyjścia, pierwsza łapała ją za ręce i prosiła, któraś wygłaszała jakieś mądre, pewnie zasłyszane cytaty, ktoś mówił o bolących stopach. Wreszcie ucichły i spojrzały, kiedy nie odwracając wzroku, pozwoliłam mu się odnaleźć. Zacichły wtedy na stałe, jeszcze poszeptując jakieś rady, komentarze, wybiegając co będzie.

„Ciiii…”- szepnęłam do nich wewnętrznie. – ”Teraz tańczę, a wy wszystkie jesteście kochane, cudowne i bezpieczne”.

I poszłam tańczyć z mężczyzną. A kiedy nasze ciała połączyła muzyka, łagodnie rozpuścił się świat. Nikt już się nie odzywał i tylko widziałam je wszystkie swoim wewnętrznym spojrzeniem, jak usiadły w drugim rzędzie z popkornem, w skupieniu, z uwagą i patrzyły, jak JA w pierwszym planie … tańczę.

Kobieta niczyja

Jestem kobietą niczyją. Piszę tak, bo wiem jak silne są w nas kolektywne programy, że jako kobiety przynależymy do jakiegoś męskiego osobnika lub systemu, i mimo całej feministycznej narracji od wieków, kobiety nadal straszą się byciem samą w świecie i tylko nielicznym udaje się wyrwać z tej kulturowej papki, jaką zafundował nam patriarchat, ojcowie, babki, nauczyciele i ostatecznie media społecznościowe. W internecie roi się od poprawiaczy ludzkiego żywota na pięć sposobów po zakupie abonamentu do uniwersalnej mądrości, jakiej nie odkrył jeszcze żaden przeciętniak, a strony z profesjonalną grafiką zwiodą nawet przezornych, ale w potrzebie. To jednak nowy społeczny cień tego, jak trudno w naszych czasach się określić i połączyć ze względnym szczęściem, zadowoleniem i nie pogubić. Gdyby tylko na przekazach z tychże źródeł się opierać to, stereotypowo biorąc – kobiety szukają relacji, mężczyźni sukcesu, a wszyscy spełnienia. I wszyscy są uwikłani, czyli są idealnymi klientami.

Ja szukam siebie, tej nowej, tej co zaraz będzie, bo ta, którą jestem już teraz, jest znana i widzę ją jak na dłoni w moich słabościach, talentach i znojach. Pogodziłam się, że nie jest mi łatwo w życiu. Akceptacja tego faktu nie przyszła od tak, przyszła dopiero kiedy opłakałam siebie tę wytrwałą, tę niezłomną, tę co zawsze da radę. Było nad czym płakać po latach stania na warcie życia w całkowitym poświęceniu innym. Te łzy nadal wewnętrznie we mnie płyną, nie unikam ich, tej części siebie jaka najbardziej ze wszystkich karała się i gnębiła za nie dokonywanie największych czynów, rzeczy niemożliwych do osiągnięcia, cudów, absolutnego przewidywania przyszłości i zapewnienia innym najlepszego życia.

Kobieta niczyja w pewnym sensie do mnie przyszła, kiedy zostawiłam innym ich własne życia, oddałam władanie i stanęłam na drugim planie tych, których kocham. Towarzyszę moim najbliższym, ale nie żyję ich życiem, angażuję się, ale nie spalam. Wyszłam z systemu jaki narzucił mi patriarchat i zrobiło się we mnie wiele miejsca na mnie i dlatego, tak bardzo teraz czuję siebie. Dużo tych mnie do mnie przychodzi z przeszłości, kobiety, które zostały po drodze zapomniane. Te, na które nie miałam czasu, nie miałam uwagi, albo brakowało mi sił, by się nimi zająć. Przychodzą i witamy się jak stęsknione przyjaciółki po latach izolacji, żyjące w różnych światach, w innych czasach, z innymi doświadczeniami. Ja, kobieta niczyja, odzyskuję tożsamość coraz więcej przyjmując ich do siebie. Biologia działa na moją korzyść, mózg wyostrzył mi się i zwiększył horyzontalne rozumienie świata. To idealny moment na takie wchłanianie siebie z lat, kiedy prawie o sobie zapomniałam.

Nie zapomniałam jednak na tyle, żeby nie wyzwolić się prawie przed dekadą z najważniejszego dogmatu współczesnego świata, że sama nie dam sobie rady. Dałam, daję na co dzień od tak wielu lat. To oszustwo jakie się nam opowiada od dzieciństwa w bajkach, filmach, zapis niemal podprogowy, że szukanie księcia, królestwa, gdzie zabłyśniemy, że jakaś wróżka nas ozłoci, mężny rycerz wyzwoli, a my same, te biedne, pasywne, aktywne, czyste, brudne, znudzone, spracowane, piękne, mdlejące, same nic nie możemy. Kolektywność ciąży nam jak kamień u nogi, ale widzimy ją w samych pozytywnych konotacjach, że to, co kolektywne wiąże nas w rodziny, społeczności, narody i daje nam możliwość przetrwania w tym złożonym świecie.

Co się dzieje kiedy pojmujesz, że jesteś niczyja i jeden świat nagle się zamyka? Wszelkie rozmowy o relacjach długoterminowych przestają mieć dawny sens, stare programy przetrwania, pracy, tzw. miłości, zależności i tego, co się chciało kiedyś w ich ramach, odchodzi. Robi się miejsce na coś czego się nigdy nie trenowało. Na siebie, na swoje czucie, potrzeby, wartości i definicje. Wachlarz jest ogromny w ramach nie robienia nikomu krzywdy, ale oddania innym odpowiedzialności za swoje życie. Partnerzy w przyjaźni, miłości, biznesie, rodzinie, dyskusji, chwilowi i na dłużej, nie mogą już posłużyć się kartą ofiary i poczucia winy. Niektórzy sami odpływają, inni robią fochy, przeczekują. Niepotrzebnie. Nikt nie zawróci kobiety niczyjej z jej drogi do siebie.

Tango jest świetną ilustracją tego jak się zmieniam. Przestałam prawie chodzić na lokalne milongi, bo już poznałam ich dynamikę i jakoś do niej nie pasuję. Wyjeżdżam za to tam, gdzie ludzie mnie nie znają i tam bawię się świetnie poznając ludzi w ich naturalnej ekspresji.  I to nie jest przytyk do tancerzy, organizatorów, maestros ani kogokolwiek, każde zjawisko rośnie, osiąga jakieś maksimum i opada. Może jeszcze tango mnie zaskoczy? Kto wie. Nie oczekuję tego, tak jak wielu rzeczy, na które kiedyś czekałam, jak miłość.

Dostałam w życiu wiele miłości. Część przegapiłam, bo tak się przekornie składa, że wypatrujemy jej tam skąd nie nadchodzi i mimo, że to boli, czekamy, aż się pojawi, nie zauważając naturalnych źródeł miłości pod ręką. Moje niedostatki w rozpoznawaniu miłości prowadziły do wielu błędnych życiowo decyzji, z których jednak jakoś zawsze się ratowałam, sama. Moja niespożyta energia życiowa wyciągała mnie z najtrudniejszych tarapatów i ostatecznie zaprowadziła mnie na ten nieznany ląd, gdzie odkryłam, jak to jest zobaczyć siebie, jako kobieta niczyja, zobaczyć siebie na nowo.

Kobiety robią w takim miejscu różne rzeczy, inicjacje do nowej jakości. Nie mam takich tendencji oprócz tego, że bardzo mocno czuję swoje stopy złączone z ziemią kiedy chodzę, kiedy tańczę, kiedy jadę samochodem, właściwie zawsze. Jakbym na nowo wrastała do miejsca swojego pochodzenia, oderwana wcześniej i porywana wiatrem zmienności. Nie ma tu żadnych reguł, jakich nie mogłabym przekroczyć z lekkością i nie ma też żadnej potrzeby, żeby cokolwiek nadmiernie zmieniać. Siedzę sobie na kamiennym wzgórzu nad lasem i daję życiu płynąć. I ono płynie bez przeszkód. I mimo tej sielankowej scenerii, jedno natychmiast rzuca się w oczy – totalny brak miejsca na bullshit. Wyczuwam go z daleka i wykopuję zawczasu, żeby mi w życiu nie narobił.

Nie mam żadnej recepty jak dojść do tego miejsca, żadnej uniwersalnej metody oprócz wytrwałości i miłości do swoich słabości. To wiele dla kogoś, kto tak łatwo siebie oskarża o wszystkie klęski, nawet te, na które nie ma wpływu. Tak, można z tego się wyzwolić i czuć spokój, ale też czuć ciężar, czuć się kochaną i znienawidzoną, być ważną i nieważną, sobą i kimś kogo się nie zna. A wszystko naraz i pomieścić te pozorne przeciwieństwa w jednej, obszernej nagle, osobie.

Witam się rano ze sobą, jak ze zjawiskiem pogodowym, trochę wiem jaka będę dziś tak w zasięgu minut, może godzin, ale równie dobrze mogę się rozpogodzić, albo wywołać powódź. Kobieta niczyja nie podlega przewidywalnej dedukcji nawet swojej własnej, i tak też jest ok, bo generalnie życie takie jest właśnie. Pomieszczę, bo to zawsze mieściłam, odpowiedzialność i wszelkie konsekwencje moich różnorodności. Już mieszczę pisząc tak otwarcie od tylu już lat o sobie, jak o lustrze, tafli zmieniającej się wody, w jakiej każdy może przejrzeć się z dowolnej strony. Moje człowieczeństwo na tym nie traci, ani nie zyskuje. Po prostu robię coś co uważam, że umiem. Umiem opowiedzieć o sobie wystarczająco jasno, żeby dać świadectwo stanu człowieczeństwa, ewolucji i zmiany. Nie kreuję się, ani nie potrzebuję uwagi. I jedyne czego bym chciała to, aby każdy miał głęboki kontakt ze sobą, aby siebie kochać, szanować i rozumieć. Wtedy świat naprawdę by zyskał więcej światła, sprawiedliwości i spokoju. I nawet jeśli tego świata nie da się zmienić, uspokoić, albo pokochać, warto zrobić to ze sobą, z tym jak my się czujemy, bo za to odpowiedzialność spoczywa tylko na nas. Nikt nam tego nie da, i nikt za to nie odpowiada. W przeciwieństwie do opinii mojej córy, że już tylko czeka, aż spadną te atomówki, bo człowiek jako gatunek jest najgorszą istotą jaką nosi ziemia, nie jestem tak surowym sędzią, ale myślę, że gdyby takich ludzi niczyich, nieuwikłanych i dorosłych było więcej na ziemi, może nie tylko atomówki zniknęłyby na zawsze, ale i ziemia polubiłaby nasze towarzystwo. Tego nam życzę i chyba tylko tego naprawdę warto w naszych czasach stopniowego, choć gwałtownego upadku myśli i postawy humanistycznej na międzynarodową skalę. Czasach, o których pewnie jeszcze napiszę. Amen.

Niełatwa sztuka zajmowania miejsca

Dzień Kobiet minął mi na tańcach w przepięknej Toskanii. Przetańczyłam go zupełnie nie zauważając tego święta. Sala wypełniona zapatrzonymi w siebie ludźmi, atmosfera nieustannego celebrowania życia, obecności, ruchu, fenomenalnej muzyki, rozmów, a nawet jedzenia, wszak to Włochy, jedzenie to fundament nie tylko zdrowia, ale i szczęścia. Na tak wysokich wibracjach żadne międzynarodowe dni świętowania nie dały rady się przebić do mojej świadomości zajętej całkowicie i nieodwracalnie tylko tangiem. W przyszłym roku pewnie znów się wybiorę na „La Toscę” i jeszcze pooglądam pobliską Florencję, ale już teraz z czystym sumieniem mogę polecić tę imprezę wszystkim tym, którzy w imprezach tangowych cenią nie tylko poziom tanga, ale całokształt.

Wracając z Toskanii, podróżowałam na raty najpierw do Pizy, potem do Krakowa, a na koniec do Warszawy.

I tu, pojawiła się ciekawa sytuacja, która zainspirowała mnie do napisania czegoś po Dniu Kobiet, ale w Dniu Mężczyzn. Wsiadłam do prawie pustego samolotu i podążyłam do swojego miejsca w 13-tym rzędzie przy oknie. Okazało się, że na miejscu obok, od strony korytarza, siedzi już postawny pan w średnim wieku, zdjęta marynarka wisiała przed nim na haczyku. Kiedy podeszłam i poprosiłam, żeby mnie przepuścił do mojego miejsca, spojrzał na mnie z wyraźną niechęcią i zaskoczeniem. Tak, samolot był pusty, ale ja chciałam siedzieć na swoim miejscu i czekałam, aż wstanie. W końcu zwlókł się z aż nadto widocznym fochem, choć buzię trzymał na kłódkę i pozwolił mi przejść. Usiadłam nie robiąc sobie nic z jego nastawienia i pomyślałam, jak łatwo jest mężczyźnie zdecydować, że ktoś ma się podporządkować jego wybrażeniu i, z jakim lekceważeniem i brakiem zrozumienia spotykamy się jako kobiety, jak chcemy coś robić po swojemu.

Podczas startu siedzieliśmy obok siebie, aż w końcu, po osiągnięciu pułapu i wyrównaniu samolotu, pan się zreflektował, wstał, zabrał bambetle i przesiadł się za mnie do wolnego rzędu. I tu pojawia się prosta choć nieoczywista dla wielu mężczyzn i kobiet refleksja. Nikomu nie musimy jako kobiety ułatwiać życia, zapewniać wygody, czy spełniać czyichś wyobrażeń. Siedzenie na swoim, wykupionym, przynależnym miejscu jest naszym niezbywalnym prawem, niezależnie od tego, czym jest to miejsce: fotelem w samolocie, szkołą, domem, posadą, społeczną rolą. Okupiłyśmy to miejsce swoim wysiłkiem i nikt, żaden system, religia, ani trendy polityczne nie mają prawa nam go zabrać, wmówić nam, że mamy się przystosować do innych poświęcić, dla jakiegoś wydumanego społecznego dobra. Człowiek ma prawo zajmować swoje miejsce i tyle, a jak komu nie pasuje, to niech sobie znajdzie swoje własne, bardziej wygodne. To ja określam czy chcę tego, czy innego miejsca. O niektóre trzeba walczyć, pewne są niedostępne, a pewne trzeba wystać, tak czy siak, nie rezygnować dla jakiejś napisanej przez obyczaj, czy społeczne przyzwyczajenia zasady. Róbmy sobie więcej miejsca i szukajmy tych miejsc w przestrzeni, sprawdzajmy czy obecne nie gniecie, czy za bardzo się nie wysiedziało i uciska nas w kręgosłupy. A może to w ogóle nie jest nasze miejsce i warto je zmienić?

Tak więc, spóźnione, ale z głębi serca życzenia dla wszystkich Kobiet i Mężczyzn, a także tych, którzy nie potrzebują żadnej genderowej identyfikacji, po prostu dla Ludzi jako takich, aby znaleźli swoje miejsce, zajęli je i poczuli całym sobą, że to miejsce, miejsce w tym świecie jest ICH. Niech to miejsce będzie nie tylko nam przynależne, ale też niech da nam szczęście, spełnienie, spokój. I takiej właśnie pełnej świadomości własnego miejsca na świecie w szacunku, godności, mądrości i odwadze życzę wszystkim na co dzień, nie tylko w te szczególnie celebrowane święta.

I tak źle, i tak niedobrze

Niedawno spotkał mnie wątpliwy zaszczyt bycia ocenioną w bardzo szczególnej sprawie. Otóż pewien człowiek uznał, że „coś ze mną nie tak” skoro mam czworo dzieci. Od dawna obserwuję jak ocenia się kobiety i utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma takiej kobiecej postawy, którą społeczeństwo zaakceptuje.

Rodzi dzieci – patologia, nie rodzi – egoistka, wykształcona – przemądrzała, nie wykształcona – głupia lala, zajmuje się domem – ograniczona kura domowa, pracuje – zbyt ambitna zdzira, zadbana – narcystyczna paniusia, nie zadbana – wstrętny paszczur, asertywna – podła baba, uległa – durna ofiara, wyszła za mąż – złapała faceta, nie wyszła – nikt jej nie chciał, nie lubi seksu – świętoszkowata, lubi seks – kurwiszon, i tak dalej, i tak w kółko. Zwariować można, jak bardzo społeczeństwo nie może się zdecydować, co z tą kobietą począć.

Dochodzę do wniosku, że społeczeństwo ma tak wiele kompleksów wobec kobiet, że koniecznie je musi sprowadzić do poziomu – „coś z nimi nie tak”. Nie wiadomo co, ale nie szkodzi. Z tego już się nikt nie musi tłumaczyć, wystarczy, że się utrze jakieś przekonania. Tym prostym sposobem, prostym ludziom jest łatwiej orientować się w społecznej przestrzeni, która ich samych też ogranicza.

I tak tkwimy w impasie, z którego trudno wyjść. Bo jakie te kobiety mają być? Otóż żadne. Nie sposób być kobietą i nie mieć łatki – „coś z nią nie tak”. Istnieje jakaś taka tendencja, że kobieta ma się starać tę łatkę odkleić i zasłużyć na miano tej, co jest bez skazy. Ale nawet jakby się uprzeć i spróbować, to zaraz się znajdzie sędzia, co cię wypatrzy i powie, że w tej i tamtej sprawie, a tak w ogóle, to jednak jest „coś z tobą nie tak”. Bo okazuje się, że kobietę każdy może ocenić, każdy, i ona ma się przejąć tą opinią i wdrożyć zmiany.

Jak bym powiedziała za moich młodzieńczych lat: „Takiego wała!”, a jako poważna matrona z czworgiem dzieci, powiem: „Idźcie wy wszyscy w cholerę!”. O tak, nie dość, że wielodzietna to jeszcze emocjonalna.

Ci co mnie znają, wiedzą kim jestem, znają moją historię i wiedzą, że samodzielnie podejmuję decyzje, a potem sama ponoszę konsekwencje, i tak się dzieje w każdym aspekcie mojego życia. Nie zwalam odpowiedzialności na system, na ludzi, na okoliczności, bo tego się nauczyłam doświadczając tego życia do bólu na własnej skórze. Dlatego nie oceniam ludzi pozornie a to, że ktoś mnie ocenia, jak wyżej, uważam za przejaw skrajnego uproszczenia, braku szacunku dla mojej wolności wyboru, prostacką tendencyjność, a nawet chamstwo.

Odbiję to też w stronę polaryzacji damsko – męskiej. Facet co ma tyle dzieci, z jedną lub z wieloma kobietami, jest postrzegany jako niezwykle zaradny. Kozak! Macho! Ten to wymiata! A ze mną … „coś musi być nie tak”. Ja muszę światu udowadniać, że nie, że wszystko jest ok. Ani mi się śni!

Jestem kim jestem, z całą moją historią, z całym moim zasobem, z całym bogatym doświadczeniem życiowym. Jak ci to nie odpowiada człowiecze, nie musisz bliżej do mnie podchodzić. Żadna to dla mnie strata.

I na koniec dodam, że ostatnio zmniejszyła mi się tolerancja na ludzi głupich i małostkowych. Takich nie da się niczego nowego nauczyć, i nie do nich jest ten tekst. Jest do tych, co nadal walidują się opiniami innych. Nie warto! Ludzi nie da się zadowolić! To, co sam/a o sobie sądzisz jest bardziej ważne i bardziej wiarygodne. Kto bowiem zna nas lepiej i nasze historie, jak nie MY SAMI. Czasem można się w kimś przejrzeć, tak jak ja teraz, w opinii tego człowieka i wychodzi na to, że nie tylko nie miał racji, ale wiele faktów wspiera przeciwną opinię. I tak przyglądając się sobie, swojej postawie, wyborom i drodze, zobaczyłam o wiele wyraźniej niż dotychczas, jaką ja w sobie miałam niezwykłą pasję i siłę, jaką miałam determinację i nieugiętość spełnić marzenie swojego życia, aby stworzyć wspaniałą wielodzietną rodzinę, jak temu podołałam i, jaką mądrą i zdrową relację mam z moimi dziećmi. Zobaczyłam, jaka we mnie tkwi moc tworzenia, realizacji, nawet na granicy wykonalności, kiedy nie przerywając pracy, budowałam jednocześnie dom i karierę zawodową, jak zrezygnowałam z wielu przyjemności i, że w ogóle tego nie żałuję. A teraz kiedy dzieci są dorosłe, wspaniałe, przepełnia mnie spokój i świadomość, do czego jestem zdolna. I tego żaden postronny obserwator mojego życia nie zobaczy, a że ma jakąś niepochlebną opinię na mój temat, jego strata. Ja jestem ludzi ciekawa zamiast dla ułatwienia pakować ich do jakiejś etykietowanej szuflady. Ale ja jestem inna, moja życiowa droga nauczyła mnie cierpliwości, wytrwałości i akceptacji straty, bo życie uczy czasem boleśnie, gdy dążysz do prawdy.

Ta konfrontacja mnie tylko wzmocniła w tym, że mogę być taka, jaka jestem, odpowiedzialna, wolna i silna, bo poznałam wiele odcieni ludzkiego życia, i sprawdziłam się w ogniu zmiany. Upadałam i się podnosiłam nie oczekując orderu, kwiatów i osądów ludzi, jak się okazuje, małych.

Tym, co mnie oceniają, na podstawie takiej trywialnej sprawy jak liczba dzieci, powiem krótko – nie traćcie czasu na swoje opinie i zajmijcie się swoim życiem. Bo ludzie tacy, jak ja, po takich przejściach życiowych, wiedzą, że osądy wydają tylko ludzie słabi, którzy pozornie rosną na umniejszaniu innych i przylepianiu im łaty. Większość z nich jednak zasługuje tylko na jeden komentarz, i żadnej więcej uwagi, parafrazując to, co powiedział kiedyś w świetnym filmie Bogusław Linda: „Co ty wiesz o życiu, kochany?”.

Zamierając w Ciszy

Zimą najbardziej lubię ciszę. To naturalny stan kiedy szybko robi się ciemno, kiedy zwalniamy przez mróz na zewnątrz i ostrożnie kalkulujemy wydatek energetyczny naszej dynamiki. Już jesienią postanowiłam zgnić tak, jak otaczająca mnie przyroda. Oczywiście w przenośni. Czułam, że obrosłam treścią, która już mi nie służy i postanowiłam ją zrzucić. Zostawiłam, więc wiele spraw i obowiązków, i zasnęłam, tak po trochu. Mniej się udzielałam na zewnątrz, w pracy, w domu, wśród przyjaciół i zaszyłam się w ciszy. Łapałam ją wszędzie gdzie była, tłumiłam dźwięki słuchawkami, słuchałam cichego oceanu, albo deszczu dzwoniącego na liściach, a potem już prawie nic. Tylko ciszy i siebie, jak milknę nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie.
Te rzadkie chwile kiedy byłam gdzieś w głośnej muzyce, tłumie, emocjach unoszących się nad sceną albo parkietem nie drążyły już we mnie żadnych kanalików, żadnych nowych ścieżek.
Mróz zamroził mnie i prawie zamarłam. Rutyna dzienna, odpuszczanie pośpiechu, łagodne zatrzymania, kiedy odkrywałam jak łatwo mi się wyciszyć i, jakie to inne od wieloletniego zgiełku mojego dotychczasowego świata i myśli.
Zamrożenie pozwoliło mi nawet na dostrzeżenie rzeczy, od których z taką łatwością uciekałam wzrokiem w hałasie. Obejrzałam sobie wiele części mnie te zagubione, nieme, albo samotne i obiecałam sobie wielką wiosenną fetę na ich cześć. Zanim się jednak obudzę coś obumrze. Dawne przekonania o tym, kim jestem, czego chcę, dokąd dążę. Zostanie to, co zawsze było w rdzeniu. Prawdziwa Ja. Wieloraka, słaba i silna, smutna i szczęśliwa, mądra i naiwna, zła i dobrotliwa, dzika i cywilizowana, akceptowana i odrzucana … Ja.
Nie spieszę się do słońca, do ciepła i ruchu. Ten bezruch uruchomił moje wrażliwe części bardziej niż tango, muzyka, rozmowy i wglądy. Bardziej niż moje doświadczenie w terapii, twórcze analizowanie świadomości i nieświadomości. I to się dzieje w każdej niemal chwili, jakaś część mnie widzi, jak jest bez presji robienia czegokolwiek. Jest w tym jakaś naturalna lekkość, kiedy otwierasz usta tylko kiedy chcesz mówić, albo idziesz tam gdzie masz być, kiedy porzucasz sprawy innych, drogi mistrzów, techniki, mądrość, świat jaki zbudowałaś ze starej tożsamości sprawczej. Możesz śmiać się z wyborów jakie cię bolały i z wyrozumiałością wybrać inaczej. Albo szczerze zapłakać nad przeszłymi i bieżącymi sprawami, a mróz zrobi z łez koraliki na niby, bo sprawy dawno się już zużyły, odeszły, a bieżące też miną.
Dla ogrzania ciała zawijam się w ciepłej pościeli i zasypiam w głębokim zaufaniu do samej siebie, zgody na to co było, jest i będzie.
Gdzieś tam na horyzoncie migocze dynamiczny czas działania, jak stary przyjaciel wracający z podróży dookoła świata. Śle mi gorące wiadomości o dniach jakie nadejdą. Dniach przyszłości, nieokreśloności i zgiełku, ale póki jest dziś, cisza miękko opada i zamienia mnie w szarego kota, który tylko wtedy działa, kiedy przychodzi mu impuls z ciała, ochota, konieczność, a większość czasu istnieje między snem a czuwaniem rezerwując siły na szybką acz krótką akcję.
W takiej ciszy mogą, ale nie muszą się urodzić ważne rzeczy, słowa, idee. Nie przyklejam się do nich nawet jak przychodzą. Coś będzie albo nie będzie. Natura sama wie, jak odrodzić mój ogród na wiosnę. Może coś przytnę, albo zostawię, coś zasadzę albo wyrwę. Kto wie, co i w jakiej kolejności się stanie? Nikt, nawet ja, więc nie zawracam sobie głowy planowaniem w tej zimowej ciszy kończącej moje cykliczne umieranie.

Piękno zwane Kobietą

Przyszła zima i wszyscy chowają się w ciepłych domach. Z rzadka wychodzę na tango, ale za każdym razem kiedy jestem na milondze z coraz większym przejęciem doświadczam tam piękna kobiet. Tangowe kobiety są jak rzadkie, egzotyczne, barwne ptaki. Nie chodzi tylko o strój, wyszukany, dopasowany albo puszczony swobodnie dołem, podążający za każdym tangowym krokiem. Widzę jak bardzo tango zmienia kobiety w soczyste, wyprostowane, magiczne istoty i podziwiam.

Podziwiam te sukienki, albo spodnie, topy, błyszczące, z wycięciem, prześwitem, kolorowe, monochromatyczne, z cekinem albo blade jak ciało, przydłygie, lejące się materiały, obcisłe marszczone spódnice i te rozkloszowane jak szaty derwisza. Plecy gołe albo przykryte koronką, tu rozporek, tam falbana, błysk metalizującej mini, nieskończoność stylów, trendów i osobowości. Widzę jak kobiety rozpuszczają, albo spinają włosy, kwiaty, naszyjniki, maleńkie albo wielkie, wiszące kolczyki muskające nagie ramiona, pióra, kamienie i szkiełka błyszczące zaproszeniem z drugiego końca sali jak lśniące cabaseo. I te twarze, delikatne albo mocne makijaże, uśmiech, tajemnica, subtelność, naturalność, wdzięk.

I, tak dla porządku Panowie, jestem pewna, że kobiety w tangu nie przyozdabiają się dla Was, choć z tej feerii piękna możecie korzystać patrząc i podziwiając jak ja, i oczywiście tańcząc. One ubierają te niesamowite rzeczy dla siebie, wyrażając siebie, wydobywając tę soczystą, barwną kobiecość swojej unikalnej osobowości i uwypuklając niesamowite zjawisko swojego istnienia w przestrzeni codzienności, gdzie jest zwykle trochę szaro, płasko, pełno obowiązków i niepokoju. Kwitną w tangu jak dzika, nieustępliwa roślina na pustyni tej zagmatwanej rzeczywistości zewnętrznej w jakiej żyją, a tango poi ich wdzięczne kwiaty.

Staję czasem przed lustrem i myślę, czy rozporek nie jest za wysoki, albo dekolt za nisko. Czy odkryty brzuch to przesada, może kok dla wygody albo puścić tę burzę włosów na swobodę? Nie myślę wtedy w kategoriach piękna tylko wygody, tej zewnętrznej, czy nie zaczepię obcasem o róg ogona, i tej wewnętrznej, czy taka, jaką siebie widzę jestem dla siebie mentalnie wygodna. Czy mam ochotę wbić się w kombinezon zapinany pod szyję czy pójdę raczej w przyciągający uwagę brokat? Widzę te swoje kobiece krągłości i płaskości, i wiem, że większość z nas pewnie wiele razy chciała, żeby tam, gdzie krągło, powstała płaskość, a na płaskości jakaś wypukłość wyrosła, wytrenowała się, albo objawiła pod odpowiednim ubraniem. I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co się nigdy nie krytykował, ale w lustro, żeby nam zbytnio nie odbierało pewości siebie, bo kiedy tańczymy z odpowiednim partnerem krągłość odnajduje wygodne wgłębienie a płaskość oprze się na silnej ścianie, bo dynamika naszego ciała nie ma nic wspólnego z jego kształtem, wzrostem i ciężarem. Kiedy kobieta wchodzi na parkiet stopy niosą ją solidnym oparciem i przyznam się, że czasem tylko na te stopy patrzę, jak zbierają energię z podlogi, z ziemi i niosą w ruch, w złączenie. Ach te buty, oszaleć można jak piękne są kobiece stopy w tangowych butach, jakie kształtne, jak eleganckie. Możnaby esej o takich butach na poczekaniu wysmażyć.

Powstrzymam się zawczasu, a raczej powiem o tym, jak te piękne kobiety wchodzą na salę, w tych strojach niecodziennych, wyjątkowych i jak prostuje im to plecy, jak stają pewniej na całych stopach w gotowosci, jak spoglądają na mężczyzn w całej okazałości swojego potencjału i światła, czasem jeszcze niepewne, wycofane, gdzieś po bezpiecznych rogach, za filarem, a niekiedy na pierwszej linii, w środku z taką pewnością siebie na jaką je stać, bo każda przysła tu, żeby dziś wieczór, od nowa poznać samą siebie i podzielić się tym z innym człowiekiem. A potem tańczą rozsiewając piękno po sali jak drobny, gwiezdny pył. Jak się nie zachwycić, jak o tym nie pisać, kiedy to takie wybitne zwycięstwo nad brzydotą, prostotą i chamstwem, nad podziałami, nad racjami i opiniami, nad schematycznym widzeniem kobiet w społeczeństwie, ich roli, obowiązków i miejsca. Na tej sali delikatnych świateł są po to, żeby się bawić, cieszyć i siać ten pył piękna dopóki muzyka unosi je nad parkietem, a partner świadomie prowadzi.

I kiedy cichnie muzyka, a zima pyszni się za oknem, po skończonej milondze wracamy do szatni, kobiety w cekinach, aksamitach, satynach, w błyszczących w świetle kolczykach, spinkach, naszyjnikach, rozgrzane całym tangowym wieczorem i uśmiechnięte, rozbawione naciągamy na siebie grube, ciepłe rajstopy, swetry, szaliki i czapy, wsuwamy stopy w duże zimowe buty i pod przykryciem palta wychodzimy na ulice w drodze do domu, gdzie nikt nawet nie przypuszcza, że pod tym zwojem zimowego kłębowiska ubrań kryje się, barwna, elegancka, zjawiskowa Kobieta Tangowa. Ale wystarczy spojrzeć jej głęboko w oczy, gdzie cała magia się wydostaje i rozpala zamrożone, ciche ulice, tramwaje. I chyba tego należy nam wszystkim życzyć, aby ich było jak najwięcej na tej ulicy, nawet jak są ukryte i niewidoczne na co dzień – Kobiet zwanych Pięknem, Piękna Tangowych Kobiet.

Zakochanie …

– Chyba się zakochałam!
– O, ho! – pysk Kozy wykrzywił się w nieokreślonym grymasie.
– Mam wszystkie symptomy. Mało śpię, mało jem, uśmiecham się do siebie bez powodu, albo leżę na łóżku i gapię się w sufit.
– Hm …
– Tak, ale wiesz … tu nie chodzi o mężczyznę.
Zamyśliłam się i zamilkłam. Zaobserwowałam niedawno te wszystkie objawy z prawdziwym zaskoczeniem, tak bardzo się pokrywały z tym co zapamiętałam z przeszłości kiedy się zakochiwałam w jakichś mężczyznach, a tu proszę, nie ma żadnego, a ja w tym stanie odlotu, że czasami ledwie dotykam ziemi.
– Może to już czas?
– Na co?
– Na zakochanie się w sobie.
– Pewnie! Baw się dobrze!
– Tak. Przeszłam sama ze sobą bardzo długą drogę. Najdłuższą. Nie zawsze się sobie podobałam, czasem siebie karałam, wykorzystywałam, wymagałam od siebie więcej niż mogłam znieść.
– Sadyściłaś się na sobie.
– No tak – potwierdziłam ze smutkiem – teraz to wiem i cieszę się, że już to widzę. Musiałam dużo zobaczyć, bo nikt mnie nie nauczył co ważne w dbaniu o siebie.
– I co teraz?
– Teraz dużo ze sobą jestem, właściwie cały czas, słucham siebie, widzę siebie i bardzo siebie lubię. To nie było automatyczne, wiesz?
– Nie było?
– Nie, najpierw musiałam siebie zauważyć, wiesz jak kogoś kto jest ważny. To trochę tak jak na początku znajomości z kimś, wpadasz na tego kogoś w barze, albo na korytarzu i trochę się tak oglądacie, ale nic. Potem się poznajecie, co lubicie, co sądzicie o różnych sprawach, tak ogólnie i powiem ci, że to był najtrudniejszy moment w tej relacji mnie ze sobą, bo ja się strasznie ze sobą wykłócałam o różne rzeczy. Czasem się na siebie obrażałam, że chcę czegoś a robiłam odwrotnie, albo zmuszałam się do jakiegoś kompromisu. W końcu powiedziałam sobie: „Wiesz co, jak mamy być ze sobą do końca życia to coś ustalmy, nie wszystko naraz, ale jakieś priorytety i potem będziemy dozgadniać.”
– I co zadziałało?
– Tak. Ta ja wewnętrzna coraz mniej się boczyła jak robiłam coś wbrew Niej, a coraz bardziej rozmawiała o swoich potrzebach i uzgadniała ze mną co i jak. Czasem się wyłamywałam, albo Ona zmieniała zdanie, ale jakoś tak krok po kroku doszłyśmy do bardzo udanej przyjaźni. Czasem słodkiej, czasem szorstkiej, ale w wielkim poszanowaniu siebie i w zaufaniu do tego, że to co ja robię świadomie nie jest przeciwko Niej.
– I co? Teraz jecie sobie z dziubków?
– Nie, czasem mi mówi, że się niepotrzebnie uginam do jakichś sytuacji, na przykład do czyichś potrzeb, i Ją zaniedbuję, a wtedy mówię:” Powoli, uczę się. To jest kolejna lekcja. Będzie lepiej następnym razem.” I Ona mi wierzy, ufa mi, bo widzi jak się zmieniam.
– Cierpliwa jest.
– O tak. I wiesz, ona tak się do mnie ostatnio zbliżyła, że poczułam się zakochana. I to wszystko co się dzieje, że płaczę czytając swoje stare wiersze o miłości, albo wzruszam się tak czule zwykłymi sytuacjami, to właśnie to. Mam wrażenie, że to Jej serce, którego nie chciała mi wcześniej pokazać, bo mi nie ufała, to ono mnie tak wzrusza.
– I co wy tam razem robicie?
– Rozmawiamy, czytamy, tańczymy tango, pracujemy, właściwie nic się specjalnie nie zmieniło, tylko mam taki wiesz, wewnętrzny support ogromnego czucia intuicyjnego. I znów zaczęłam śpiewać.
– Śpiewać?
– Tak, bo ja na wiele lat przestałam. Dużo śpiewałam jako dziecko i nastolatka, a potem przestałam, jakby mi się gardło zamknęło. I teraz je znów otworzyłam i śpiewam. I nawet nieźle mi to idzie. Czuję, że kiedy śpiewam to tak, jakby Ona się ujawniała. Myślę, że też wtedy kiedy tańczę, kiedy płynę. Po prostu zyskałam taki pion, że Ona może się wydostać i zaszaleć tak, jak chce. Chyba Ją w tym kiedyś ograniczałam.
– I co, tak będziecie sobie obie tańcowały, śpiewały i chodziły zakochane na spacerki za rękę?
– Nie. Coraz częściej kiedy patrzę w lustro widzę Ją i siebie jednocześnie. Stapiamy się.
– To stracisz ją?
– Nie, zyskam część siebie. Nigdy nie miałam przekonania do popularnych metod pokochania siebie. To wieszanie kartek, afirmowanie, jakieś to takie sztuczne, wymuszone, nie moje. Musiałam znaleźć swoją drogę. I już chyba ze mną tak jest, że to jest często droga przez ogień, co wypala stare a przynosi nowe. I właśnie się kończy. Kiedy patrzę w lustro nie waham się i, w każdej chwili, złej albo dobrej, wiem, że kocham siebie. To jaka jeszcze się okażę jest nieistotne. Bezwzględnie, bezwarunkowo szanuję się, akceptuję i wspieram.
– To teraz będziesz sobie kadzić aż miło.
– Nie, jestem ze sobą bezgranicznie szczera. Jak coś spieprzę to sobie powiem, że spieprzyłam. Ale jak coś zbuduję, wygram, osiągnę to też się do tego przyznam. A są takie sprawy, jakie spieprzyłam w ubiegłym roku i te, w jakich wymiatam. Na tym polega miłość. Na szczerości, zaufaniu, akceptacji i na wsparciu. Nawet jak się znowu na czymś wyłożę to się pozbieram z czułością, troską i bez pośpiechu.

Koza patrzyła na mnie wnikliwie przez dłuższy moment i widząc, że śmiało patrzę jej w oczy, mlasnęła.
– Czas się zabierać. Ty do domu, a ja … – zawiesiła się melancholijnie i chyba nawet uśmiechnęła.
– Tam też cię mogę odwiedzać – powiedziałam ze zrozumieniem czując dokąd zmierza.
– Dopóki żyjesz będziemy sobie czasem potrzebne – zawyrokowała i odmaszerowała, jak gdyby nigdy nic, zostawiając mnie za sobą.

Wracając patrzyłam w ciemność i myślałam, jak ostatni rok mnie zmienił i, że może jest w tym jakaś prawda, że lata chińskiego Węża mają taką cechę, że obdzierają nas z iluzji i złudzeń na temat siebie, nie po to, żeby nam dokuczyć, ale żeby pomóc nam zobaczyć bardziej prawdziwy obraz siebie. Ta skóra opadła ze mnie z końcem starego roku i już widzę jak inaczej działam. Być może rok Ognistego Konia jaki zaraz się zacznie poniesie mnie w dal, kto wie. Tyle jeszcze może się zdarzyć, tyle jeszcze można podoświadczać. Ale to wszystko teraz tak niewiele waży. Kiedy mam siebie, nikt nie jest w stanie mi tego odebrać, a to najważniejsza relacja, najważniejszy sens jaki jest. Esencja mojego istnienia.

Bez noworocznych postanowień

Nie robię noworocznych postanowień, ani takich względnie mądrych, jak przeczytanie 70 książek, ani tych względnie głupich jak zrobienie sześciopaka. Nie robię ich dlatego, że za dobrze siebie znam. Ludzie tacy jak ja, po zrobieniu dowolnego planu i założeń nie tylko zajeżdżą się żeby je zrealizować tracąc z widoku cały urok życia, ale ponadto, ukażą się dotkliwie za każdy nie wykonany podpunkt, skrytykują się za wykonanie pozostałych i tak czy siak, nie będą z siebie zadowoleni. Dlatego odpuściłam już dawno robienie nawet częściowych założeń. Coś tam rzucę sobie czasem o habilitacji, ale najlepiej dla mnie jest o tym potem zapomnieć i robić swoje reagując aktywnie na bieżące sprawy.

Zamiast postanowień robię sobie podsumowanie ubiegłego roku. To działa bardzo dobrze, kreatywnie i uspokajająco na moją psyche. Podsumowanie dotyczy tylko rzeczy, które udało mi się zrobić, lub przeprowadzić w znacznym stopniu. Taka lista pokazuje mi na ile jestem sprawcza. I to mi wystarcza do podejmowania kolejnych działań. W tym roku zrealizowałam bardzo dużo spraw fundamentalnych dla mojej rodziny i jej bezpieczeństwa finansowego. Musiałam sobie o tym przypomnieć, bo wkradło mi się już takie stwierdzenie, że to przecież było łatwe. Nie było ani łatwe, ani trywialne. Podczas toczenia się tej sprawy musiałam podejmować bardzo trudne decyzje i podjęłam je w sposób najlepszy z możliwych. Słuchałam specjalistów, ale też siebie, bo ostatecznie w krytycznym momencie to ja rozwiązałam problem, który mnie zablokował i mógł na wiele miesięcy zakopać niwecząc moje paroletnie wysiłki. I to też musiałam dostrzec. Nie poddałam się panice, opanowałam emocje i wygrałam. Patrząc z dystansu widzę, jak w wielu sytuacjach właśnie z takiej strategii korzystam z sukcesem. Czasem muszę sobie po prostu przypomnieć, że jestem sprawcza, mam wyważone opinie o świecie i o sobie, a to pozwala mi widzieć rzeczywistość na faktach.

Nie ma ludzi bez problemów. Rozwiązując swoje problemy uczymy się całe życie. Nawet ci psycho-infuenserzy wychylający z każdego medium z radami mają swoje cienie, trudności i wpadki. Nikogo to nie omija. Nauczywszy się siebie możemy bardziej sobie sprzyjać zamiast podlegać masowym trendom i narzucać sobie czyjeś rozwiązania. Napisano miliony ton tekstów, które są gotowymi wskazówkami jak żyć, ale bez rozpoznania siebie niewiele da ich przyswojenie. Niewiele da wysłuchiwanie filmików, czytanie codziennych afirmacji albo uprawianie ćwiczeń pod dyktando trenera. To my siebie znamy najlepiej, i to my się o sobie możemy najwięcej dowiedzieć poprzez działanie, obserwację i wyciąganie wniosków. Wtedy to, co przeczytaliśmy, wysłuchaliśmy albo poczuliśmy w ciele odkrywa przed nami swój unikalny sens. Każda taka myśl, rada w naszym osobistym wszechświecie będzie inaczej wyglądała, bo jesteśmy różni, niepowtarzalni i na jakimś poziomie świadomość ludzka jest bardzo unikalnym obiektem. Mamy te same ciała, ale inaczej czujemy, inaczej myślimy, pewne z tych doznań są podobne w tych samych grupach kulturowych, albo zależne od płci, ale niech to nas nie zwiedzie, że ta sama myśl jest tak samo odbierana przez każdego człowieka. Kiedy ja robię podsumowania, ktoś inny równie skutecznie zrobi postanowienia, a ktoś jeszcze inny nie zrobi nic, albo oba naraz. A tych postanowień, podsumowań jest tyle możliwości, że brak ludzi do spełnienia każdej opcji. Jesteśmy różni i ta różnorodność to nasz kapitał, to wartość jaką wnosimy w dynamiczną sferę życia na tej planecie. Dlatego tak ważne jest poznawanie siebie zamiast utożsamiania się z przekonaniami, wartościami innych. Nawet błądzenie ma w tym kontekście wartość, bo idziesz drogą indywidualną, tylko może się wydawać, że ktoś już tu był. Był, ale inaczej, był z bagażem swoich doświadczeń i szedł do własnych celów. Dobrą ilustracją tego co opisuję jest rodzicielstwo. Jesteśmy rodzicami, ale wychowanie każdego dziecka to odrębny proces. Pokrywają się w nim pewne aspekty, ale nie ma możliwości zrobienia kopiuj-wklej z działania, czucia, reakcji.

W nowym roku nic się pod wieloma względami nie zmieni. Będę coś robiła z lepszym lub gorszym skutkiem. Może coś nowego zacznę, albo coś porzucę. Chyba się w końcu nauczyłam bardziej w tym życiu pływać niż walczyć z falami, i to mi sprzyja. Ci, którzy się urodzili z taką umiejętnością pewnie wzruszą ramionami na to czego ja uczę się z trudnością. Wiem jednak, że każdy z nas ma jakieś obszary swojego życiowego flow nawet jeśli to jest rzecz z pozoru trywialna, nie znacząca, drobna. I tę rzecz, tę osobistą przestrzeń warto sobie wziąć na cel i rozwijać, i czerpać z niej radość, niezależnie od tego, jak wydaje się dziwna, nieistotna, albo szalona. Dla mnie taką przestrzenią jest to pisanie. Jest w nim tylko taka intencja, żeby coś, co odkrywam, stało się prostsze, objaśnialne, albo żeby się można było w kimś innym przejrzeć, że ma podobnie, choć nie dokładnie. Wtedy to życie, choć tak bardzo odmienne dla każdego z nas, staje się bardziej oswojonym procesem i nabiera jakiegoś naszego, indywidualnego sensu. A to już jest wielka wartość nadrzędna, kiedy w naszym życiu czujemy sens. I chyba tego najbardziej wszystkim życzę, abyście w ten czy inny sposób znaleźli, bądź pogłębili sens swojego życia.

Wyłaniając się z mroku

Jest coraz ciemniej. Grudzień zapada się w mrok. Narzekamy na tę ciemność tęskniąc do lata i feerii słonecznych pełnych pozytywów, przepychu i wiary. A tymczasem świat pogrąża się w coraz głębszej ciemności. Konwulsyjnie walczymy z tą ciemnością przygotowując się do świąt. Powtarzamy sobie, że już za parę dni będzie więcej światła, tęsknimy za śniegiem, żeby nam oświecił zachmurzone oblicze nieba.

A ja w tym roku w ogóle nie walczę z ciemnością, przyjęłam ją sobie prosto do serca. Jest po coś, jest mrokiem, z jakim na co dzień ciężko się spotkać, ale istnieje choć tak rzadko go dostrzegamy, szczególnie w sobie. I zanim zrobi się znów jasno i wesoło, zanim usiądziemy do stołu cali odświętni i kolorowi, schodzę w mrok.

Na świecie mrok chodzi ulicami miast, mrok w ludziach, instytucjach, przypadkach. Mrok wywołujący cierpienia i tragedie, osobiste i globalne. On jest, jest realny i czasem możemy sami go doświadczyć. To wszystko czego nie chcemy widzieć, z czym nie chcemy się zgodzić, od czego uciekamy. Ten mrok nie jest czymś zewnętrznym, jest w nas jako ludziach i jest bardzo namacalny. Każdy z nas ma w sobie mrok, każdy bez wyjątku. Dlatego uważam, że tylko tych można nazwać dobrymi, którzy poznali swój mrok i w ten sposób go zwyciężyli, zwyciężyli nie dlatego, że ktoś im zakazał, nakazał, przestraszył i z tego lęku wybrali co innego. Ten kto wszedł choć raz w mrok wie, że poznanie go to szansa na świadomy wybór światła. Tylko ten co poznał mrok wybiera świadomie i taki człowiek nie nazwie się bohaterem, bo postąpił szlachetnie. Nie poleci do gazet, ani nie opublikuje filmu w internecie z własnego wyczynu. Ci co tak robią są papierowymi bohaterami. Są nierealni, tak jak świat jakim się otaczają.

Prawdziwi bohaterowie walczą z własnym mrokiem i nie zawsze zwyciężają. Czasem leżą na łopatkach i wyją z bólu, kiedy życie toczy się obok, a nieświadome niczego otoczenie zajmuje się swoimi sprawami. Największa ciemność mieszka w nas i teraz jest taki czas, że zanim wejdziemy w jasność warto tę ciemność naprawdę dostrzec, uznać i dać się jej wypowiedzieć. We wszechświecie jest więcej ciemnej materii niż tej jaką jesteśmy w stanie zobaczyć. Uszanujmy jej istnienie i tej ciemności, która przecież niesie w sobie jądro światła, jak nadzieję.

Są różne szkoły i religie pragnące doprowadzić nas do światła. Już dawno porzuciłam wszelkie paradygmaty, bo nie odnalazłam w nich mojej drogi. Obchodzę święta jako wyłonienie się z mroku ludzkiej świadomości, jako pamięć przodków o nadziei, że noc się skończy i nastąpi odrodzenie, że w takim razie jest w tym jakiś sens. Bo trzeba wierzyć w jakiś sens, także jeśli tym sensem jest wiara w swoje własne osobiste przekonania. A każdy z nas w tej nocy przed przesileniem może odnaleźć swój własny sens. Leży często na dnie mroku, który teraz przyjaźnie wyciąga do nas ręce narzucając się coraz dłuższą nocą. Tym, którzy zeszli głęboko w ten mrok i zaakceptowali jego istnienie, świat wydaje się potem bardzo klarownym miejscem. Nie widzą dobra i zła, widzą przeciwieństwa. Nie widzą winy, widzą skutki i uwarunkowania. Nie szukają zemsty, szukają rozwiązań. Nie wytykają błędów, podnoszą tych co upadli. Bo każda decyzja to seria wielu doświadczeń, tych jakie widzimy, i tych jakie wyparliśmy.

Od czasu jak zobaczyłam swój mrok przestałam dążyć do naprawy świata i wstrzymuję się od wydawania jedynie słusznych opinii. Za to staram się bronić gruntu mojego człowieczeństwa, moich wartości i względem nich żyć. A te wartości też się zmieniają, bo nie jestem nieomylna, żyję w skomplikowanym świecie wielu zależności, w którym być może dominuje to co ukryte, to co jest naszym mrokiem. Również moim, bo składam się swoimi decyzjami na wspólną, globalną świadomość. Dlatego moją jedyną odpowiedzialnością wobec świata nie jest spełnianie ról, ani określonych oczekiwań systemów religijnych, rodzinnych i społecznych, a poznanie swojego mroku i oświetlenie go na tyle, aby nikomu nie zaszkodził, w tym mnie. Poznanie, oswojenie i wchłonięcie w łagodne światło zrozumienia.

O tym, moim zdaniem, są Święta Bożego Narodzenia. Można je opowiedzieć historią symboliczną ludzi wędrujących po pustyni w poszukiwaniu prostego schronienia, albo inną jakie powstawały wcześniej, aby dodać otuchy w tej drodze przez ciemność ludzkiego życia w kierunku światła, czy bardziej patetycznie oświecenia. To opowieść uniwersalna, tak jak uniwersalne są nasze zmagania. Powodzenia na dowolnej drodze jaką idziesz i jaką wybierasz. Nie unikniesz na niej ani ciemności, ani światła. Oba potrafią przytłoczyć i oba trzeba poznać zanim prędzej czy później zejdziemy ze sceny.

W Ciemności

Otacza nas ciemność, grudniowa, mglista i wilgotna. Dni znikają prawie niewidoczne pod ciężkim pułapem chmur. Jeżdżę czasem nocami samochodem zafascynowana mgłą na drogach. Światła samochodów stają się wtedy łagodne, nieostre, rozproszone jak moje myśli za kierownicą. Nadeszła noc i cisza. Ludzie ciężko ją znoszą, bywa przytłaczająca. Już od jesieni słyszę, że jest ciężko. Dlatego postanowiłam zgnić tej jesieni i się rozpaść. Pomału, cząstka za cząstką, odpadają ze mnie stare przekonania i stare mnie. Mam wrażenie wewnętrznego rozpuszczania się i nie próbuję się zbierać do kupy, otrzepywać i żyć. W jakimś stopniu umieram.

Za chwilę zima otuli mnie jeszcze bardziej. Przyjdą mrozy, może śnieg, wiatr. Wiem, że to też nadejdzie, dlatego pierwszy raz w moim życiu weszłam pod ziemię. Zawsze bałam się ciemności, szczególnie tej wewnętrznej, próbowałam ją zagłuszyć światłem, ruchem, ludźmi. Dziś zanurzam się coraz głębiej i odkrywam, że to jest dla mnie zupełnie naturalne. Odcinam się, izoluję i słucham. W ciemności rzadko można coś dostrzec, ale o wiele więcej się słyszy. Słucham swojego wewnętrznego głosu, a on mi opowiada różne historie o mnie samej, jakie zapomniałam, bo tak wiele się działo latami w moim życiu.

Za jakiś czas słońce znów się pojawi i przedrze się przez szaro-bure chmury. Jakiś przebłysk nowej myśli, nowej energii, nieubłaganie przyjdzie światło i wygrzebie mnie spod ziemi. Zostanę tu tyle ile trzeba, może tylko dzień, może miesiąc, zupełnie nie martwię się czasem. Żyję robiąc co potrzeba, co zapewnia mi przetrwanie, a w każdej chwili, kiedy mogę pobyć sama ze sobą, cichnę i zanikam. I dziś pierwszy raz prawdziwie siebie zobaczyłam, ogromny ciemny ocean z latarnią morską, która przeczesuje nieprzystępne wody wątłym światłem świadomości. Zrozumiałam, że dla mnie to przede wszystkim jest arcyciekawe być człowiekiem. Całe to stawanie się kimś, przekształcanie, zdobywanie doświadczeń i wiedzy o sobie, odrabianie lekcji i przeżywanie emocji, uczuć, zmysłów. Jakaś część mnie bardzo to docenia, że się odważyłam znowu przyjść i zagrać w tej grze zwanej życiem człowieka. Ale cała reszta się żegna i zamiast tych wrażeń woli ciszę i oczekiwanie bez żadnych założeń, bez planów na to, co i tak ma nadejść. Na rozkład, na zmianę, na jakąś ostateczność.

Przywykliśmy do happy endów. „A po nocy przychodzi dzień”. Z nocą mi teraz znacznie bardziej po drodze a dni są takie niewyraźne, niemal niepotrzebne. Dostrzegam jak bardzo zaburzyliśmy nasz kontakt i cykliczność ze Słońcem. Jak uciekamy w ciepłe kraje, żeby się doświetlać. Pierwszy raz cieszę się z tego, jak krótki jest dzień i jak wiele mogę wtedy wydobyć z własnego cienia. Wydobyć na przyszłe słońce, na przyszłą mnie. I jak przyjemnie jest i spokojnie tak umierać, jakie to jest oczyszczające i wzmacniające. Nie przez przypadek urodziłam się właśnie tutaj, gdzie jest tak dużo mroku. To trudne miejsce, wymaga czujności i odwagi do bycia sobą. Daje też więcej satysfakcji, kiedy się coś wywalczy. Ale od jesieni złożyłam broń i tylko się przyglądam jak świat leci bez opamiętania, bez refleksji. Bo żeby mieć refleksję, trzeba się zatrzymać, czasem zgnić i umrzeć troszeczkę zamiast tak ciągle dodawać sobie złudzeń sztucznym światłem. W przebodźcowanym energią świecie, na zaśmieconym światłem niebie, gdzie nie widać nieskończoności gwiazd, z paradygmatem koniecznej radości, szczęścia i sukcesu, postanowiłam zgnić i się rozłożyć, i idzie mi całkiem dobrze. Bezboleśnie, bez napinki, bez wątpliwości. W świecie krzyczącym światłem odkryłam, że to przywilej mieć ciemność i ciszę.

A za parę dni usiądę do stołu z dziećmi i będę słuchała ich cudownych głosów. Będę słuchała jak samodzielnie idą w życie, jak sprzeczają się i żartują z siebie. Do tak niewielu rzeczy jestem im potrzebna, że mogę sobie gdzieś pod ziemią poleżeć i zrzucić skorupkę bycia dla nich niezbędną. I dla tej jednej myśli warto było trochę zgnić tej jesieni, bo kiedy znów pojawi się słońce i ciepło, wyjdę lżejsza o wiele niepotrzebnych, zdrewniałych części i, po prostu, pójdę przed siebie.