Koza na drzewie

Wychodzę na spacery w dobrze znanym mi kierunku. Jedną drogą prowadzącą do zwalonego drzewa. To około sześć kilometrów w obie strony. Zdobywam drzewo i wracam. Co jakiś czas, bez harmonogramu i bez napinki, żeby koniecznie odbyć ten spacer. Tydzień temu była piękna, rozmoczona temperaturą i słońcem pogoda. Polną, szeroką drogą doszłam do drzewa omijając kałuże. Nie umiałam ich tak cudnie wykorzystać, jak jeżdżące po tej drodze rozpędzone samochody wzbijające pióropusze brunatnej wody. Doszłam do pnia, pogłaskałam go witając się i weszłam. Pień główny jest na wysokości dwóch metrów. Stanęłam na nim oglądając nizinną mazowiecką okolicę w pełnym, południowym słońcu. Wspięłam się wyżej zostawiając kurtkę na złamanej gałęzi i usiadłam na wilgotnym pniu. Niebo było magiczne. Nie zrobiłam zdjęć, ale ponieważ życzenia płynące prosto z serca się spełniają, tego dnia na fb przyjaciółka zamieściła piękne obrazy nieba wykonane swoim aparatem. To czego pragniesz się spełnia, choć często inną drogą niż planujesz.

Długo siedziałam na drzewie i cieszyłam się słońcem. Niewiele osób przechodziło pobliską drogą, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Zrobiłam kilka pozycji jogowych na pniu, takich, jakie da się wykonać w górskich butach z grubą podeszwą, a potem włączyłam muzykę głośniej w słuchawkach i odtańczyłam na wysokości taniec ze stopami w pełnym kontakcie z podłożem i uwolnionym muzyką ciałem.

Koza, taka jak ja, jest bardzo ziemska, stąd moja silna potrzeba kontaktu z podłożem, ze zrozumieniem i czuciem, gdzie i dlaczego jestem. Nie czuję się komfortowo kiedy coś lub ktoś mnie zaskakuje, wybiegam w przód, żeby przewidzieć sytuacje i zagwarantować bliskim mi ludziom jak największy komfort. W moim horoskopie jednak tkwi Wodnik oprócz Koziorożca. To silny wpływ powietrza, dlatego nie zaspokaja mnie sama ziemia, muszę się od niej czasem oderwać żeby czuć ruch, dynamikę, zmienność. Czyli życie wewnątrz siebie. Znalazłam idealny stan do pogodzenia tych dwóch żywiołów we mnie. Wchodzę na drzewo, które jest mocno osadzone w ziemi i chwytam powietrze.

Był taki czas, kiedy czułam się zmuszona do życie wbrew sobie tylko przy ziemi. Nie pozwalałam sobie na takie ekscesy jak brykanie po drzewach. Byłam poważna, ustatkowana, ułożona, przewidywalna i zmęczona swoją egzystencją. Teraz brykam i myślę, że moim dzieciom moja powaga wcale nie służyła tak, jak sądziłam. Wolą taką mnie, jaka teraz zaskakuje ich wspinaniem się na drzewa, brykaniem i nie przejmowaniem się zupełnie dowolną opinią innych ludzi.

Kiedy przypominam sobie swoje dzieciństwo, wchodziłam z pasją na drzewa od momentu, kiedy tylko mogłam sięgnąć jakich gałęzi, co by mnie uniosły. Wspinałam się tak daleko, wysoko, na ile się dało i siedząc na wątłej gałęzi, huśtana wiatrem czułam niezwykłą wolność. Nie miałam odpowiedzi na pytania, dlaczego i po co wchodzę, akceptując, że są na tym świecie rzeczy, jakich natury zupełnie nie rozumiemy a jednak żyjemy w nich w pełni zadowoleni. Wchodziłam na drzewa nie przejmując się sensem tego co robię i delektowałam się do syta.

Jakiś czas temu weszłam na wysokość 8miu metrów na sosnę u znajomych w ogrodzie. Prościzna, gałęzie równomiernie rozłożone wzdłuż pnia, żaden dwumian Newtona, albo akrobacja cyrkowo-wspinaczkowa. Schodek za schodkiem, coraz wyżej. Kiedy siadam na wysokości, a gałęzie są cienkie i z delikatnym trzaskiem przyjmują moją wagę, rozkładam się wygodnie i pozwalam drzewu mnie nieść, jakbym stawała się gigantycznym liściem, albo szyszką. Adaptuję się. Czuję wtedy zapachy drzewa, żywicy, igieł, albo kory i wtapiam się, a jednocześnie wiem, że jestem odrębną istotą, całkiem odmiennym gatunkiem, który niesiony z wyrozumiałością wielowiekowego drzewa korzysta z gościny na wysokościach.

Może byłam Elfem w poprzednim wcieleniu? Wcale bym się nie zdziwiła. Dziś, w wilgotnym, zimnym powietrzu doszłam do drzewa i je pogładziłam po pniu, jak zazwyczaj. Nauczyłam się rozmawiać z moim drzewem. Mówić do niego i czasem mam wrażenie, że mi odpowiada, że jeszcze śpi, że odpoczywa, że ktoś przyszedł i uciął mu gałęzie, że ono zgadza się na każdą interwencję ze strony sił, na jakie nie ma wpływu, że kiedyś się zwaliło, ale przystosowało się, że wzniosło koronę w niebo po zwaleniu i trwa, że bierze rzeczywistość, pogodę, ludzi zostawiających pod nim butelki, mnie wchodzącą na pień i wszystko inne, co w życiu takiego drzewa się zdarza, bez sprzeciwu, bez walki, bez odwetu, z poszanowaniem własnych ograniczeń i prawa innych istot do wyrażania siebie. „Oby nikt nie pragnął go zniszczyć”- pomyślałam, bo na to też nie mogłoby nic odpowiedzieć. Wszak nikt go być może nie słucha, oprócz mnie.

Kiedyś weszłam na to drzewo z córką. Pokazała mi, że można zejść z niego inną drogą. Od tego są dzieci, żeby pokazywać coś nowego, coś czego sami nie umiemy zobaczyć. Martwiła się, że spadnę, ale ja na tym drzewie czuję się jak u siebie. Leży nad strumieniem, korzeń tkwi w ziemi, gałęzie muskają powietrze sięgając nieba. A ognista gwiazda oświetla je w słonecznie dni. Wszystkie żywioły w jednym. Nawet eter, którym płynie energia życiowa od dostojnego w swojej wielkości przyjaciela moich spacerów, bo kiedy posiedzę na nim, czuję się oczyszczona, spokojna, swojska.

Mijałam to drzewo wiele razy i nie zwracałam na nie uwagi, aż przyszedł dzień, że stało mi się bliższe niż piękne widoki zagraniczne, egzotyczne i piękne wytwory architektury, myśli ludzkiej. Zobaczyłam piękno jego prostoty, symboliki powstawania z popiołów i siły przetrwania. Odwiedzam je, kiedy chcę, kiedy mam siłę, albo właśnie mi jej brak. I kiedy wchodzę, Koza czeka spokojnie pod drzewem na mój powrót z krainy, jaka nie mieści się pod tą szerokością ani długością geograficzną. Z miejsca w innym punkcie przestrzenni, innym czasie. Skubie sobie trawę nad kanałkiem albo tarza się w rzadkich, wysokich i piaszczystych starych wydmach Wisły, która pewnikiem tutaj była, zostawiając białe piaski na łąkach.

Wiem, że na tę chwilę odwiedzanie drzewa mi służy, ale nie zamierzam bronić go przed czasem, przykuwać się, by go nie wycięli, stawiać mu pnia w pionie, żeby rosło „jak powinno”. Jest takie, jakie jest i na ten moment zupełnie na miejscu w moim życiu. Doceniam szorstkość jego kory, ale nie wiem, czy za miesiąc będę chciała je odwiedzić. Nie mam do niego sentymentu, a wdzięczność, że w tej chwili istnieje i mogę do niego dojść w sensownym czasie i poprzebywać w jego przestrzeni, w towarzystwie jego gałęzi.

– Jak odejdzie, w ten czy inny sposób, zrobi się miejsce na coś nowego – mówi Koza kiedy Ją pytam – bo wszystko odchodzi, żeby zrobić miejsce na nowe, z czym możemy się mierzyć. Na tym polega życie, żeby je brać z pochyłości pnia w pełnym słońcu z uwagą na kroki przy wchodzeniu i zeskakiwaniu, bez oczekiwań, że nazajutrz wszystko będzie takie samo. Nie będzie, po to, żeby można było sięgać dalej w tej przestrzeni, spotykając coś nowego, co za rogiem, gotowe czeka już na spotkanie.

Dlatego cieszę się tym drzewem teraz, ale nie rozsiadam się na nim z myślą „po wsze czasy”. Kiedyś coś innego znajdę, albo to coś mnie znajdzie, a moja ciekawskość już się cieszy na to odkrywanie.

Czemu Koza się dziwi?

– Ludzie są dziwni … – powiedziała Koza przesuwając się bliżej kaloryfera. Zmarzłyśmy odbierając samochód z warsztatu. Śnieg piękny, ale mokry i nieszczególnie przyjemny, jak się dwadzieścia minut czeka na autobus na przystanku.

– Czemu? – spytałam niezbyt zainteresowana odpowiedzią.

– Kiedy zwierzę jest głodne – je, śpiące – śpi, złe – warczy – mlasnęła dla podkreślenia wagi swoich słów – a człowiek na odwrót.

– To znaczy?

– Jak jest głodny, to leci do łazienki sprawdzić czy ma wystający brzuch i się waży. Jak jest śpiący, żłopie kawę, aż mu głowa przed magicznym ekranem sama opadnie – zerknęłam znad komputera na przenikliwe spojrzenie Kozy – a jak jest zły – znów mlasnęła – to się uśmiecha.

Wyszczerzyła zęby czekając na moją reakcję.

– Znaczy co? Jesteśmy nienormalni? – spytałam sarkastycznie.

– Nie – odparła ugodowo i z gracją przytknęła zadek do ciepłej stali – ale na pewno nie jesteście zwierzętami.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. A ta ciągnie dalej…

– Jak nie zwierzętami, to czym jesteście? – popadła w zadumę i zasnęła.

W pewnym filmie nazwano nas wirusami. Niszczycielskim czynnikiem jaki drąży planetę z dobroczynnych zasobów. Faktycznie nie zachowujemy się rozsądnie podcinając gałąź, na której siedzimy. Patetyczne postawy w stylu rewolucji ekologicznej jednak do mnie nie trafiają. Po pierwsze dlatego, że zapaleni w walce rewolucjoniści często sami mało dbają o swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne, a po drugie, że żaden gwałt, nie ważne czy w dobrych intencjach, nie naprawi świata, a jedynie wzbudzi uzasadniony opór. I tak opór i agresja po obu stronach barykady nasilają się w nieskończoność, przy czym każdy jest przekonany do własnych racji, a pod ostrzałem krytyki tylko bardziej się upiera. Koza wie coś o tym, bo choć teraz śpi, to niezłe z niej ziółko, jak się uprze.

Stawiam bardziej na ekologię indywidualną, czyli zdrowe podejście do siebie, bo to, jak siebie traktujemy, przekłada się na stosunek do innych, a w przedłużeniu, na stosunek do całej planety.

Większość z nas wyrosła w poczuciu, że nie mamy prawa o siebie zadbać, bo od dziecka uczono nas wypełniania rozkazów, zwanych dobrymi radami na przyszłość. „Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”, a na drugim biegunie spraw dokumentnie zakazanych „Rób na co masz ochotę”.

Druga połowa życia na szczęście odblokowuje nas na to, jak powinniśmy się prowadzić, żeby sobie nie szkodzić, a z czasem się z własnych ograniczeń uwolnić. Z miłości do swojego biocybernetycznego bolida – ciała, trzeba jeść, ruszać się, spać. I jak bolid sprawnie działa, to się spożywa strawę duchową. Ja się żywię na ten przykład muzyką, pseudojogą, tangiem, czytaniem, oglądaniem filmów, rozmawianiem z ludźmi i przebywaniem w ich towarzystwie, z dokładnością do tych, co mają trudne dla mnie charaktery i ich raczej wolę nie widzieć. To też jest dbanie, otaczam się spokojem wtedy. Czasem nie odbieram telefonu, kiedy mi nie pasi.

– I dobrze – stęknęła Koza odwracając się na drugą stronę. – Nie pracujesz w pogotowiu.

Z opiniami na wszelkie tematy jest tak, że każdy z nas ma swój własny balon rzeczywistości, w którym się te opinie sprawdzają. Nazywamy je wtedy prawdami. Te prawdy nie pokrywają się z prawdami w balonach innych ludzi, bo są uzależnione od doświadczeń i naszego stosunku do danej sprawy, jakiej opinia dotyczy. Któż się nie spotkał z prawdą „nie wolno kłamać”, a i tak nam się zdarza, każdemu w innym stopniu i sferze. Ponieważ jesteśmy zmienni, możemy zmieniać z czasem nasze prawdy. „Mogę kłamać szefowi, ale nie żonie”. A za jakiś czas odwrotnie. Podobni ludzie mogą mieć podobne prawdy i się wzmacniać w nich, a przeciwni mogą zwalczać. Dla jednych kłamanie żonie to zdrada, dla drugich szefowi, szczególnie, jak jest prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Niemniej jednak, zawsze jest to subiektywna prawda, konstrukt powstały, żebyśmy sensownie się odnajdowali w świecie. I tyle.

Dlatego w trosce o siebie i swoje otoczenie trzymam się swoich prawd dopóki mi służą. Potem puszczam je wolno i pojawia się nowa prawda. Ci co się zakleszczają na swoich odwiecznych prawdach, a tak zwyczajnie są to przypuszczenia dotyczące rzeczywistości, po prostu boją się puścić, przyznać się do błędu, upierają się, że obiektywne prawdy istnieją i oni właśnie, przez „swę mądrość” do niej doszli. Tacy też często w mniej lub bardziej agresywny sposób domagają się uznania dla swojej prawdy. Na takich zwyczajnie uważam i raczej nie lubię w ich towarzystwie przebywać.

W głębi mojej duszy mieszka bardzo tolerancyjna istota. Też ma swój system, model rzeczywistości, mówiący o tym, co jest dla mnie prawdziwe. Ta istota widzi, czy czyjeś rozważania, nawet błyskotliwe, albo ujmujące, są moją prawdą. To, że trzeba mi spać, jeść, bawić się i być odpowiedzialną, nie krzywdzić innych z rozmysłem, pilnować swojego podwórka, kochać dzieci, (mniej złośliwego kota, co mi łazi po papierach) i słuchać Kozy, jest dla mnie na ten moment oczywistą prawdą. Nie mam też potrzeby udowadniania wszem i wobec swojej racji. I tak wiem swoje, jak „każden” inny, bo każdy ma swoje prawdy.

– Za dużo główkujesz – stęknęła Koza wstając. – Idziemy pić gorące kakao.

Mądrość naszego ciała

Leżę. Jeszcze rano myślałam, żeby pobiec do pracy, ale tak około śniadania poczułam swoje stopy, potem kolana, mięśnie i poddenerwowane nerwy i tkanki miękkie. Usiadłam, napisałam do pracy, że będę kiedy będę i wróciłam do łóżka.

Dla porządku, nie wiem co mi jest, ale niezależnie od tego, słucham swojego organizmu i, kiedy tak się zachowuje, stopuję. To trwa dzień, dwa, może trzy, ale jest niezawodnym sposobem na niechorowanie. Kiedyś parłam do aktywności, wyrzucając sobie jakąś ogólną niemoc i, jadąc na oparach, wysilałam się ponad miarę. Teraz zwalniam taktycznie i zażywam odpoczynku, jak leku przeciwbólowego na migrenę. Tak naprawdę nie muszę wiedzieć co mi jest, organizm sam wie i zrobi co powinien, żeby się z tym uporać. A jak nie, to idę po specjalistę co mnie obejrzy wnikliwiej. Rzadko jest to potrzebne, bo rozmawiam z ciałem na bieżąco i widzę, kiedy ma potrzebę przegrupowania jakichś systemów.

Poszłam spać. To najlepsza metoda regeneracji. Organizm wyłącza wtedy niektóre funkcje i skupia się na renowacji tych, które są do podreperowania. Miałam dziś iść na tango, więc na pociechę dwa razy wystawiłam nogi z łóżka i wsadziłam do nowych butów tangowych. Mam motywację, żeby szybko z tego restartu wstać i podziałać. Odpuściłam rozmowy, wysłałam tylko niezbędne moim zdaniem maile. Obiad zrobiłam na spółkę z Synem, pysznie nam wyszło. Pod wieczór poczułam się lepiej i zajrzałam w internet.

Zaopiekowanie się sobą nie jest takim oczywistym odruchem. Często forsujemy się ze szkodą dla organizmu i naszych własnych planów. Kiedy zaczynamy siebie lubić, niezależnie od tego, czy w danym momencie czujemy się sprawni i silni, objawia się nasza wewnętrzna dojrzałość. Dojrzałość nie mająca nic wspólnego z wiekiem, a ze świadomością czego chcemy, i co jest nam naprawdę potrzebne. Ja chcę mieć sprawne, wydajne ciało, żeby robić rzeczy jakie lubię, w tym pracować, śmiać się, tańczyć, rozmawiać, poruszać, myśleć. Kiedy spoglądam na swoje ciało jak na podarowany skafander, widzę, że czasem trzeba w nim zaszyć dziurę, przewietrzyć, wyprać, z uwagą obejrzeć różne wskaźniki. To powszechna nieprawda, że brakuje nam na to czasu. Po prostu nie dajemy go sobie wybierając inne rzeczy. Wybór zawsze istnieje, ale bywa nieoczywisty.

Moje ciało mówi do mnie ludzkim głosem: „Aga, weź ze sobą butelkę wody, bo za mało pijesz, na zajęciach zwłaszcza.” I powtarza cierpliwie, a ja dopiero po jakimś czasie to słyszę i wchodzę w pewną rutynę, by takie rzeczy robić. „Zjedz tego banana jak skończysz, kup sok pomidorowy, włóż wygodne buty, zapnij kurtkę pod szyją, rozluźnij kark i mięśnie żuchwy, wyłącz wcześniej telewizor, odłóż książkę – i tak już zasypiasz, weź plecak zamiast torebki, wyprostuj plecy, kup sobie coś w prezencie – czekoladkę, śliwkę, zjedz obiad, nie odkładaj tego na potem, jesteś głodna, nie naciągaj tego mięśnia, wsiądź do ubera, nie czekaj na tramwaj.”

Mówi sygnałami: to tu je czuję, to tam, żołądek, skóra, kręgosłup, twarz, kark, serce. Sygnał indywidualny, rozpracowywany latami, bo jak na człowieka zachodu przystało, żyłam odłączona od ciała. Teraz się wspieramy. Kiedy chcę czegoś, mówię mu tak samo. Mówię z miłością i szacunkiem, w końcu jesteśmy jednością i będziemy ze sobą do końca tej podróży.

Moje ciało jest mądre. Reaguje na ludzi, na sytuacje, doskonale mnie informuje co jest moje, co nie, co jest zagrożeniem, co jest obce, czego chcę a czego nie chcę. Trzeba tylko się z nim dorozumieć i zaufać mądrości swojego ciała. Jak chce leżeć, poleżeć, jak chce spać, pospać, jak chce gadać, niech gada. Nie oceniam jego budowy, proporcji, przylegania do idealnych form żurnalowych. Moja zgoda na nie takie, jakie jest, również wtedy, kiedy jest zmęczone, zaspane, ma opóźnione reakcje, powoduje, że szybko nabiera siły do akcji, jakie chcemy przeprowadzić. Nie nadużywam go, jak nie nadużywałabym przyjacielskiej pomocy. Gdzieś pośrodku naszych zmagań i odpoczywania jest idealna równowaga.

Teraz mi mówi, że za długo siedzę. Odpowiadam, że jak skończę, wstaniemy i naciągnę odcinek lędźwiowy, żeby rozluźnić nierównomiernie zbite w czasie siedzenia kręgi i miednicę. Dogadujemy się. Ja kończę w spokoju podczas, gdy ono przestaje reagować bólem. Komunikacja międzykomórkowa na wyższym szczeblu zarządzania. Warto spróbować, żeby zrozumieć, poznać i łagodnie funkcjonować na wysokim poziomie abstrakcji ludzkiego życia w biologicznym, złożonym ciele własnego organizmu.

Co by Koza powiedziała?

Od jakiegoś czasu ganiam po życiu sama. W pojedynkę życie wydaje się inne, bardziej rozległe.

Znikła. Odeszła. Od tak dawna się nie pojawia. Myślałam z przejęciem:

– Jest gdzieś na pewno, nie mogła tak po prostu, bez pożegnania.

A jednak. Mogła, bo chciała.

Pierwszy sygnał zanikania zobaczyłam pod drzewem. Poszłam pod nie tylko po to, żeby zobaczyć, jak jakaś obca mi latorośl wspina się na nie, zamiast mnie.

– Zmiana warty – szepnęłam Kozie, a ta tylko spojrzała na mnie wymownie.

Minęłam drzewo, na którym roześmiane dziewczynisko czekało, aż tata zrobi mu zdjęcie … na moim pniu.

– Już nie moim – dodałam i rozejrzałam się. Koza powoli wchodziła w trawy nie oglądając się za siebie. Poszłam za nią. Doszłyśmy do osikowego lasku i tam usiadłam na skraju. Milczałam, ona też. Patrzyłyśmy na zachodzące powoli słońce.

-„To koniec” – czułam bardziej niż myślałam. Wreszcie wstała i odeszła, zanikając na brzegach jak fatamorgana. Nie wołałam za nią, patrzyłam zafascynowana.

– To nie koniec – powiedziałam raźnie z lekkim drżeniem w głosie. – Wróci.

I wracała, jak wspomnienie, jak obraz. Parę razy się uśmiechnęła, parę razy zamlaskała. Czasem przyłapywałam się na tym, jak spekuluję nad wyborem:

– Co powiedziałaby Koza?

Paradoksalnie doskonale wiedziałam, co by powiedziała, dlatego odeszła. Już jej nie potrzebowałam. To takie proste.

Trochę nostalgicznie, sentymentalnie chciałam ją zatrzymać, te nasze rozmowy, niepowtarzalne. Rzecz w tym, że integracja jest nieodwracalna. Spojrzenie z jej osobnej, równoległej kamery jest dostępne teraz dla mnie cały czas. Musiałam się od niej oddzielić, żeby wrócić do siebie ponownie i może, może znów nastąpi jakiś taki moment w moim życiu, że będę tego potrzebowała, kolejnego dystansu, kolejnej kamery. Wtedy bez wahania ją zawezwę. I ona przyjdzie w nowej odsłonie. Może będzie kimś innym, obie będziemy.

Chciałam jej podziękować, tyle jeszcze powiedzieć, ale wszystko to przecież jest już we mnie, i wszystkie słowa trafią do mnie z powrotem, odbijając się we mnie echem.

Jakie jest twoje zwierzę wewnętrzne? Może foka, może żółw? Co ci to mówi o tobie samym? Tak szczerze, nie każdy jest lwem, może jesteś nosorożcem? Tak szczerze, kim jesteś? Kiedy wskakuję do wody nie czuję się jak ryba. Do niedawna usiłowałam nie utonąć, teraz pływam. Najbardziej lubię płynąć na jednym wdechu najdłużej jak się da, w zaufaniu do własnego ciała. Ale prawdziwą przyjemność sprawia mi brodzenie przy świetle księżyca. Nic nie poradzę na to, jaka jestem i już się ze sobą nie wadzę, że mam jakieś fanaberie i romantyczną duszę, co nie chciała do ciała. Jeszcze jakiś czas tu pobędę, pobrodzę, pohasam.

Czasem widzę moją wewnętrzną Kozę kątem oka. Przychodzi sprawdzać mnie być może, albo ja sama się sprawdzam. I widzę, że nadal wybieram podobnie, przyciąga mnie autentyczność, odpycha manipulacja. Lubię ludzką prostotę, omijam pozerstwo. Nie gardzę nikim, wciąż się przyglądam z zainteresowaniem ludzkiej naturze jako takiej i światu pod tym, akurat słonecznym, niebem.

Dziś wybrałam się pod lasek i poleżałam w miejscu, gdzie rozpłynęła się Koza. To takie przeciętne miejsce, mogłaby to zrobić gdziekolwiek, ale to wybrała. I tak jest dobrze, tak jest nawet lepiej. Mówię jednym głosem za nią i za siebie, ale mam świadomość wielorakości mojej natury. Czasem potulny baranek, czasem ostre pazury. Po prostu człowiek, raz w swojej kontemplacyjnej odsłonie, albo burza i nieprzejednany sztorm.

Wyobrażam sobie czasem Kozę, jak wbiega na wysokie szczyty i zamienia się w Koziorożca. Spogląda na mnie spod imponującego poroża. Taka jest oczami mojej duszy. Nie do pokonania, nie do złapania, nie do przekonania. Wolny duch w tej przestrzeni na wysokościach.

I jest ze mną, we mnie, kiedy idę ulicą, pracuję i śpię. Kiedy zapinam buty tangowe, albo pląsam w swojej głowie słuchając z przejęciem muzyki, kiedy się śmieję i płaczę, skupiam albo rozpraszam, kiedy oddycham. Jest w biciu mojego serca, w każdej komórce mojego ciała, niezanikająca pierwotna życiowa energia.

Uparta jak Człowiek

– Wiesz, że w każdej chwili możesz zawrócić? – powiedziała Koza drepcząc za mną po piaszczystej drodze.

– Taak – powiedziałam przeciągle.

– Ale na pewno to wiesz? – zagadnęła po pół godzinie milczącego pilnowania mojej nogi.

– Tak, zasadniczo tak – odparłam spokojnie.

– To jak stąd wrócisz? – spytała z przekąsem.

– Autobusem, jak będzie trzeba.

–  Mądrze  – mlasnęła z zadowolenia.

Po kilku tygodniach uwięzienia w domu wyruszyłam na spacer wiadomą drogą do drzewa. Nogi, nieużywane tygodniami do takich celów, niosły mnie bardzo powoli.

–  Wolno idę – zauważyłam, kiedy wszyscy przechodnie mijali mnie na chodniku.

Koza przytaknęła. Pierwszy raz w życiu szłam tak wolno. Nie czułam bólu, ani ograniczeń, ale tempo marszu było nietypowe dla pędzącej wszędzie Kozy. Postanowiłam sobie, że dojdę dokąd dojdę, a potem zawrócę do domu i odpocznę. Jak na pierwszy spacer dobre założenie i sprytna strategia. Koza była sceptyczna.

–  Jesteś uparta, nie odpuścisz – powiedziała po wyjściu z domu. – Zabezpiecz chociaż powrót, żeby cię nie trzeba było zbierać z drogi.

– Nie martw się, zadbam o siebie – powiedziałam i pogłaskałam ją po pysku. – Troskliwe z ciebie zwierzę – dodałam z ciepłym uśmiechem.

–  Ktoś to musi robić, uczyć i pokazywać. Jak zwierzę nie ma siły, to nigdzie nie lezie, chyba, że go wilki gonią. Ciebie nic nie goni.

–  Nie goni, ale przegania z domu. Pogoda piękna, a ja zgniję w tej celi, jak nie wylezę na słońce.

Udobruchana poszła początkowo przodem, ale kiedy zobaczyła, że wcale się nie spieszę, minęła mnie i skoczyła w pole.

Do przystanku. Ok. Do drogi piaskowej. Ok. Do kanałku. Ok. To może do zakrętu? Ok. A stąd już widać moje zwalone drzewo. Nie mogłam się oprzeć. 

–  Dojdę do niego, usiądę i odpocznę – rzuciłam Kozie, żeby tak na mnie nie spoglądała.

–  Uparty z ciebie człowiek – burknęła – a nad kozami się natrząsają. Idź, właź, tylko nie spadnij.

Wlazłam, przecież jak już doszłam, to nie mogłam nie skorzystać z drzewa. Gałęzie puszczają pierwsze liście, takie soczyste skondensowane kłączki zieleni. Ludzie nie wyrzucają pod nim śmieci, stare ktoś sprzątnął, może na wiosnę, może przypadkiem. Zrobiło się tak inaczej. Pogoda się zaczęła psuć, kiedy stanęłam na pniu.

–  Złaź! Wracamy. Zimno jest. – Koza była nieugięta.

W drodze powrotnej zobaczyłam, że przyspieszam. Zwolniłam roztropnie. Kątem oka dostrzegłam, jak Koza uśmiecha się przeżuwając rzadką zieloną trawę. Powoli, noga za nogą, spacerowym tempem wytrawnego piechura, doszłam w pobliże mostku. Spojrzałam w niebo i zobaczyłam krążący nad sobą szybowiec. Leciał dość nisko, śledziłam go chwilę. Eleganckim zwrotem podszedł do lądowania na niedalekiej łące za lasem. Wróciłam do człapania. Człapanie zgodnie z rytmem swojego ciała i zasobem własnej energii ma to do siebie, że prawie nie męczy. Muzyka w uszach przytupywała mi raźnie. Niebo rozjaśniało się odkrywając błękit. Do autobusu podbiegłam wlokąc nogi niezgrabnie. 

–  Ok, dość tych ekscesów na dzisiaj – mruknęła Koza, kiedy wygodnie podjeżdżałam pod bramę osiedla.

–  Tak, tak – rzuciłam niedbale.

–  Żadnych milong – powiedziała zdecydowanie.

– Jakie milongi? No co ty? – odparłam niewinnie.

–  Nie kręć – westchnęła w drzwiach domu. – Przecież wiesz, że czytam w twoich myślach.

Spojrzałam na nią zdziwiona zdejmując buty. Oczywiście, no jasne.

–  Marsz odpoczywać. Nogi do góry i te rzeczy – rzuciła przez ramię i poszła pić wodę.

„Dobrze mieć taką Kozę, co się o ciebie troszczy i cię w porę zatrzyma” – pomyślałam. – „I na dodatek, przeczyta sobie ten komplement w myślach”.

 

 

Odpowiedź na polemikę

Panie Tomaszu, ten wpis zainicjowała seria kluczowych pytań, jakie Pan postawił, w swoim komentarzu, a jakie poniżej zacytowałam. Odniosę się do nich, z pewną elastycznością, po kolei. Ponieważ temat jest drażliwy dla wielu osób i grup społecznych proponuję, aby oprzeć się na analizie problemów, jakie Pan podniósł, bazując na faktach.

Ładnie to się czyta (ostatnio trochę zacząłem przeglądać Pani blog i często mam podobne zdanie), ale problem jest taki, że w przypadku aborcji prawo do realizacji wolnej woli jednego człowieka jest odebraniem prawa do życia drugiego człowieka.”

Zacznijmy od bardzo fundamentalnego pytania, kiedy zaczyna się człowiek, którego życie rozpatrujemy. Wszystkie obecnie stawiane definicje początku i końca człowieka oparte są na przekonaniach, nie faktach, bo tych nie znamy, nie umiemy jednoznacznie określić, a co za tym idzie, bazują na ideologii, czyli bardzo subiektywnym, choć bywa, że powszechnym, ujęciu rzeczywistości. Faktem zatem jest to, że nie wiemy w oparciu o obiektywne badania naukowe/filozoficzne/ideologiczne/kulturowe, kiedy zaczyna się człowiek, nie ustaliliśmy tego, niewiele wiemy na temat powstawania jego świadomości, ale dla różnych koncepcji/interesów/pragnień/ludzi przyjmujemy subiektywnie jakiś moment. Możemy co najwyżej określić z dość powszechnie przyjętą społeczną zgodą, kiedy najpóźniej się zaczyna, czyli w momencie porodu. Jeśli coś z założenia nie jest dobrze określone, trudno to oceniać/weryfikować i bazować na takim założeniu w dalszej analizie.

Na potrzeby własne uważam, że człowiek zaczyna się wtedy, kiedy osoba, jaka go nosi, myśli o nim jak o człowieku. Paradoksalnie, wiele kobiet bardzo wcześnie zaczyna czuć, że płód jaki w niej mieszka to osoba. Przypuszczam, że gdyby zrobiono takie badania, większość z nich tak by swoje nieukształtowane i niesamodzielne płody określiła. To, że wybierają ich nieurodzenie wynika z wielkiego lęku o swoje życie, niezależnie od tego, jak my patrzymy na ich problemy i czy uważamy je za obiektywnie ciężkie np. problemy ekonomiczne wychowania dziecka w naszym społeczeństwie, stygmatyzacja społeczna, problemy psychiczne. Ponieważ nie podejmiemy się za nie wychowywać tych dzieci (tu zakładam, że Pan się również nie planuje podjąć), nie powinniśmy decydować, potępiać, oceniać ich wyborów.

Czy wolna wola jest nad wszystkimi innymi prawami? Chyba po to są te wszystkie regulacje prawne, żeby w swojej wolnej woli człowiek nie rozpędził się tak, by ograniczać prawa innych.

Wolna wola, niezależnie od tego, czy się na to zgadzamy czy nie, jest faktycznie ponad wszelkimi regulacjami, w tym prawnymi, bo to my dokonujemy wyborów. To jest fakt, że człowiek sam wybiera, biorąc pod uwagę stan jaki zastaje. Nawet jeśli prawo zabrania mu czegoś, jak jeżdżenia bez prawa jazdy. Za swój wybór ponosi odpowiedzialność, bo z każdym wyborem wiążą się konsekwencje, również prawne, te które jesteśmy w stanie przewidzieć i te, których nie możemy przewidzieć, bo nie pozwala nam na to stan naszej wiedzy, warunki w jakich żyjemy, a i tak wszystkie te konsekwencje ponosimy. Żadne prawo nie zabezpieczy nas przed zagrożeniem, że nie będziemy mogli wyrazić swojej woli, że ktoś nas okradnie, albo zabije. Prewencja prawa nie istnieje, bo ono działa zawsze po czasie. Regulacje prawne wynikają z tego, czego sobie nie życzymy, ale niczemu nie przeciwdziałają, oprócz wyrażenia naszej woli, czyli sztucznego poczucia bezpieczeństwa. Gdyby prawo miało charakter dialogu, a nie kary, miałoby sens społeczny, wpływałoby na odpowiedzialność obywateli. Proszę zauważyć, że podnoszenie kar za konkretne przestępstwa nie zmniejsza ich występowania, często jest wyrazem frustracji organów państwa, że wciąż się coś takiego, jak np. rozbój, zdarza. Zwiększenie świadomości za co, jako człowiek, jest się odpowiedzialnym, może znacznie zmienić stosunek człowieka do świata. (Tu długi temat edukacji …) Regulacje to życzenia, aby nie krzywdzić innych istot intencjonalnie, bo można to zrobić nieświadomie, można też w wyniku nieprzewidzianych wypadków doprowadzić do czyjejś śmierci. Wychowywanie w kulturze odpowiedzialności za siebie, nie kary, spowodowałoby, że prawo byłoby zapisem zasad społecznego dialogu, a nie widmem szubienicy, która nie rozwiązuje niczyjego problemu, ani ofiary, ani kata.

Czy są te regulacje potrzebne? W pewnym momencie pisze Pani, że zniesienie kary za morderstwo nie spowoduje, że ludzie zaczną się masowo zabijać. Zgoda – ale to będzie również efekt tego, że wychowali się w świadomości, że jest to karane, a więc złe. W każdym chyba społeczeństwie, najbardziej nawet prymitywnym, są jakieś regulacje. Zostawianie wszystkiego wolnej woli i sumieniu brzmi bardzo idealistycznie i nie wiem czy się gdziekolwiek może sprawdzić.

Nie wychowano mnie w strachu przed kodeksem karnym, ani nikt karą mi nie wpoił, że nie wolno zabijać/krzywdzić. Wiem to, bo czuję, a moje współodczuwanie innych pozwala mi wybrać ich niekrzywdzenie z innych pobudek niż strach przed karą. Inna sprawa, że kiedy ktoś zagroziłby mi śmiercią z pewnością bym się broniła, bo przede wszystkim jestem odpowiedzialna za własne życie, nie spodziewając się ochrony od prawa, czy instytucji po fakcie, czyli w odwecie, a obecne prawo i jego egzekwowanie ma przede wszystkim taki wydźwięk.

Przekonanie, że nigdy nie wolno nikogo krzywdzić może co więcej poczynić szkody, kiedy ludzie, z obawy o innych, albo przed karą, nie bronią asertywnie swojej nietykalności. Odpowiedzialność za siebie, a nie poleganie na prawie, pozwala widzieć sytuacje w chwili, w jakiej się ona dzieje, w prawdzie. Żadne regulacje prawne nie zmienią stosunków społecznych, sami je kształtujemy codziennym zachowaniem. Wyjątkowe sytuacje podlegające pod prawo karne mają moim zdaniem mniejszy wpływ na naszą codzienność niż to, co się dzieje między ludźmi w autobusie, w sklepie, urzędzie, szkole, na ulicy. Tam się nabywa kluczowych doświadczeń i kompetencji do współżycia z innymi. Świadome poruszanie się w codzienności jest bardzo ważne i tego należy uczyć. (Znów edukacja …)

„A jeśli już zgodzimy się, że regulacje są potrzebne, to czemu mamy rozróżniać morderstwo dorosłego, dziecka czy nienarodzonego dziecka? To są wszystko ludzie z takim samym prawem do życia.

Regulacje kształtują się jako wypadkowa różnych przekonań/interesów (tu kolejny długi temat …). Nie uważam żeby były potrzebne w społeczeństwie, które świadomie wybiera swoje istnienie. Nie jesteśmy na razie takim świadomym społeczeństwem, ale piszę o odpowiedzialności i wolnej woli, bo mam wielką nadzieję, że zbliżamy się do takiego pojmowania swojego miejsca na ziemi, jako dojrzałych, odpowiedzialnych jednostek. Piszę również po to, aby każdy mógł się zastanowić, czemu ma pokusę ukarania innych za coś, co mu się nie podoba, albo czego się boi. Morderstwa mają różną historię, tak samo aborcja. Rozpatrzenie tego czynu w charakterze konsekwentnego ciągu zdarzeń, percepcji tego, kto jej dokonuje, ze współczuciem a nie strachem, to nasza przyszłość jako ludzi. Zabranianie, karanie, wywoływanie w innych poczucia winy, bierze się z ludzkiej nieświadomości czego się sami na swoim podwórku boimy, a to najtrudniej zobaczyć. Wielu z tych broniących życia nienarodzonego, boi się przekroczenia zasad wykreowanych przez religijne autorytety, uważając, że czegoś się trzeba trzymać, najlepiej wszystkiego co określiła dana religia, niezależnie od ewolucji naszej zbiorowej świadomości. Wysuwa się tutaj strach utraty kontroli nad światem, kontroli nad ludźmi, nad ich świadomością, a jak się nie da, bo przecież się nie da ograniczyć ludzkiej myśli, to nad ciałem. Życie ludzkie, płodu, niepełnosprawność traktowane są tutaj instrumentalnie. Prawdziwie świadomy człowiek nie ocenia innego nawet w obliczu ciężkiego przewinienia w jego kodeksie zasad postępowania, ale szuka rozwiązań zapobiegania ich występowaniu. Nie o to chodzi, aby po fakcie karać, ale świadomie zapobiegać. Gdyby cała ta społeczna energia dyskusji czy płód to dziecko, przeszła na pomysły jak zapobiec takim wyborom, nie byłoby tyle walki i na próżno kruszonych kopii. Może z dobrą wolą usiedlibyśmy do stołu przy herbacie i zaczęli się zastanawiać jak zapobiegać niechcianym ciążom, jak pomagać w wyborach kobietom w trudnej sytuacji, jak wesprzeć ojców i matki. I to byłoby prawdziwe miłosierdzie i wsparcie, prawdziwa ochrona życia narodzonego, nienarodzonego, chorego, zdrowego, społecznego. To by faktycznie było prawdziwe, świadome człowieczeństwo.

Kozie narowy

Skończył się rok, ten nazywany strasznym, niezwykłym, albo pandemicznym, cokolwiek to dla nas osobiście znaczy. „Niech już idzie, niech się kończy!” – pisali znajomi – „Następny nie może być gorszy!” Cóż, nie narzekam na poprzedni rok. Pandemia pokazała mi wiele rzeczy, jakie nie byłyby widoczne bez tej niecodziennej okoliczności. Wiele rzeczy osobistych, ale też społecznych. Znajoma powiedziała mi parę dni temu, że widzi jak empatyczni stali się ludzie dzięki tej pandemii. Tak dzięki tej pandemii.

Rok 2020 ma w moim życiu szczególne miejsce. Jest jak kamień milowy w czasie. W mojej rodzinie, w moim osobistym życiu skończyło się i zaczęło wiele rzeczy. Pandemia niektórym sprzyjała, innym nie. Zawodowe i społeczne kontakty się przedefiniowały i zobaczyłam je z innej strony. Bo zatrzymanie daje potencjał do przyjrzenia się szczegółom życia umykającym w rutynie i pędzie. Ja bardzo świadomie przeżyłam i swój lęk związany z pandemią i zmianami koniecznymi do przystosowania się, do funkcjonowania w nowych warunkach. Odkryłam, że praca, dom, życie, rodzina mają wiele niewidocznych wcześniej stron, które wcześniej tylko podejrzewałam o istnienie. Z przyjemnością chodzę do instytutu spotykać moich przyjaciół, znajomych i widzę, że im to również sprawia przyjemność, kiedy mogą nawiązać bezpośredni kontakt, porozmawiać, nawet o duperelach, które stanowią większą część naszego życia.

Parę dni temu miałam urodziny. Koza wstała z rana, otrząsnęła się ze snu i powiedziała:

– Nara! Zmykam, poradzisz sobie dzisiaj sama.

– Stój! – krzyknęłam. – Jak to sama? Może dostanę jakieś życzenia i będę musiała się z nimi zmierzyć, albo nie dostanę i też będziesz mi potrzebna!

Mlasnęła w uśmiechu i zwiała. Zostałam sama na placu boju. Niedawno przeczytałam, że o wiele trudniej jest przyjmować miłość niż ją dawać. Jestem potwierdzeniem tej z pozoru dziwnej teorii. Wzięłam wielki wdech i połączyłam się z siecią.

Najpierw odezwał się messenger. Wiadomość za wiadomością. Oddychałam czujnie odpisując na życzenia. Potem odezwał się telefon. Na koniec zobaczyłam posty na Facebook’u. I tak przez cały dzień. Życzenia, najlepszego, wspaniałego, zdrowia, spełnienia, serce, uśmiech, kwiaty, boże ile kwiatów… Patrzyłam jak rośnie lawina serdecznych słów i ledwie to przetrzymałam.

– Widać powiększyło się moje serce na przyjmowanie miłości – powiedziałam Kozie, kiedy zajrzała mi przez ramię na telefon wieczorem – skoro dostałam tak wiele życzeń.

– Wiedziałam, że sobie poradzisz kochana – łypnęła na mnie łobuzersko i zwinęła się do spania. Pogłaskałam ją po sympatycznym pysku i wróciłam do odpowiadania. Odpowiedziałam każdemu i z poczuciem wspaniale spędzonego dnia, przekroczenia jakiejś niewidzialnej granicy w sobie, poszłam spać.

Według wielu filozofii psychologicznych, ludzie myślą o tobie to, co sam o sobie myślisz. Kiedy życzą Ci dobrych, serdecznych rzeczy, to jakbyśmy sami sobie ich życzyli. Wzięłam cały ten bogaty skarbiec życzeń do serca i zasadziłam. Pewnie z czasem wyrosną z nich realne marzenia. Będą się powoli spełniać, albo szybko, któż nadąży za dynamiką tego Wszechświata, co potrafi nagle zaszachować wszystkich niewidocznym mikrobem. Dla mnie ten majstersztyk z pandemią to przykład, że nie ma rzeczy niemożliwych. Szczególnie w kontekście marzeń, ich spełnienia, bo skoro może wydarzyć się taki scenariusz rodem z hollywoodzkich filmów na naszym rodzimym podwórku, to czemu nie może się zdarzyć jakaś pozytywna wersja tego wydarzenia? Taka na przykład, że ludzie zamiast się straszyć, zaczną się cieszyć masowo, zamiast chorować, zdrowieć i czuć pasję w życiu. Co może to spowodować? Nie wiem. Może powinno powstać jakieś alternatywne science-fiction do zaszczepienia nam idei nie apokalipsy, jak do tej pory, a ogólnoświatowego odrodzenia w kierunku życia, radości i umiejętności komunikacji? Coraz bardziej wierzę, że może tak być, żebyśmy zamiast się zwalczać w naszych osobistych postawach, rozpoczęli erę ogólnoludzkiej tolerancji. To byłby prezent dla każdego z nas. Nawet dla tych, co obecnie myślą coś zupełnie przeciwnego, że tolerancja to chaos.

Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że od moich urodzin o wiele intensywniej cieszę się życiem. Dziś wybrałam się na spacer i gdzieś w połowie drogi do lasu, podszedł do mnie wypasiony, rudy kot. Wygłaskałam i poszliśmy sobie razem kilkaset metrów wzdłuż ulicy.

– Zmykaj Garfild – powiedziałam skręcając w miejscu, gdzie przestawało być dla niego bezpiecznie.

Mrugnął, przeciągnął się i pobiegł między domki. Pewnie tam mieszka. Miał piękną obróżkę i uroczą pewność siebie. Czułam się zaszczycona jego towarzystwem, takim dostojnym i niewymuszonym.

Przed lasem zaczęło się robić ciemno. Nad małym okolicznym potokiem Koza zobaczyła pochyłe drzewo. Nie było dyskusji. Poczułyśmy zew obie. Wskoczyłam na nie i popatrzyłam z wysokości na płaskie mazowieckie łąki.

– No, ładnie – westchnęła Koza z humorem. Zeskoczyłam i poszłyśmy z powrotem. Idąc obserwowałam jak wyprzeda mnie, albo zwalnia, jak szczerzy się z daleka, chłonąc wszystko wokół.

– Jesteś jak pies – śmiałam się do Niej w głębi duszy.

– Mogę być kim chcę – odparła – kto mi zabroni.

Ma rację. Jestem kim chcę być. To najlepszy prezent na Nowy Rok, jaki można sobie dać. Życie w zgodzie ze sobą, niezależnie od tego co nas czeka, nawet od oczekiwań. Tych własnych, wewnętrznych i tych z zewnątrz, społecznych. Taka gotowość do bycia. Mam ją w sobie, dzięki temu, co w ostatnim roku przeżyłam. Również dzięki pandemii. Piękną i spokojną pasję do własnego życia.

Koza na leniwym wypasie

Lenię się. Koza popatruje na mnie przyjaźnie. Pracusie powinny czasem odpoczywać, więc kiedy zdarza się okazja do „nicnierobienia”, zakasuję rękawy i korzystam. Mam takie ogólne doświadczenia, że kiedy nie prę do realizacji spraw, dzieją się same. Jak tegoroczna wigilia. Podzieliłam potrawy między 6 osób i każdy, nieprzepracowany, zrobił co trzeba. Kilka dni przed wigilią poczułam stary strach, czy się wyrobię, czy zdążę z prezentami, z choinką, pracą. A tu loockdown się zbliża, a jeszcze samochód do naprawy, urząd czeka na mnie osobiście i Princeton tak chętnie nagle robi eksperymenty do moich symulacji, co skutkuje większą ilością analiz w pracy… Można się przestraszyć, szczególnie, jak ci zależy na tym, żeby święta były sympatycznym wypoczynkiem w radosnej atmosferze. Można wejść w stare buty i obarczyć siebie dodatkowym ciężarem, poczuciem winy, że wszystko spiętrza się i, jak nie dopilnujesz, to przygniecie. A wtedy na wigili siedzą zombi, wymęczeni, nieprzytomni, objadający się na pociechę tym, co z takim trudem przygotowali. Wszak nie powinno się marnować wysiłku i jedzenia. Święta, więc cieszyć się trzeba. Zaskorupiały schemat.

Tak się jednak zdarza, że mi stare strachy przychodzą tylko po to, żebym zobaczyła, że już nie mają nade mną władzy, że jestem już gdzie indziej. I dobrze, bo po co się nimi trapić, kiedy można inaczej, lżej i spokojniej. Dlatego zamiast wyznaczać sobie kolejne zadania, role, w tym roku odpoczywam. Nie przejadam się, nie przepracowuję, nie zabiegam o nic w zasadzie, a wszystko jest. Dzieci uśmiechnięte wybiegły szukać Mikołaja, w jakiego już nikt z nich nie wierzy, ale chcą żeby rodzinna tradycja przetrwała.

A dziś się słodko obijam z sofy do lodówki. Koza czeka aż się polenię i coś razem wymyślimy. Może pojedziemy kogoś odwiedzić, albo pojeździmy na rolkach. Jakieś sportowe sekcje tanga czekają w odwodzie.

Ostatnio jednak Koza woli spędzać czas samotnie. Wskakuje wtedy na takie szczyty, na jakich jeszcze nie była. I myślę potem, czy to się w ogóle da opisać? Raczej się na razie nie da. Jeszcze nie. Kiedyś pewnie wyeksploruję wszystko tak głęboko, żeby mieć pewność, że to co piszę, to prawda i będę mogła ją bez wahania napisać, puścić w eter. Na razie nasłuchałam się różnych ludzi, naczytałam i mielę. Koza też miele i dyskutujemy sobie co to wszystko oznacza. Tak wewnętrznie.

Może tylko jedna rzecz na zachętę. Przyszła Era Wodnika, zmiana. Zmiana przewodnika ludzkości, ale i każdego z osobna. Trzeba zacząć patrzeć w siebie i w sobie szukać tego kierunku, nie iść za nikim. To ważne, żeby nie utknąć w nie swojej uliczce, nie swojej bajce. Odrzucenie schematów, wzorców, tego co wszyscy przyjęli za wykładnię prawdy, nawet języka, który dla każdego tworzy inne pojęcia.

Koza mówi, żeby się wstrzymać z tłumaczeniem. Ona jeszcze nie jest pewna i ja też nie jestem, ale bardzo polecam „odpępowić się” od ludzi z autorytetem, którzy w bardzo zdecydowany sposób wymuszają respektowanie ich prawd. Uczyć się, brać narzędzia, poszerzać spojrzenie na świat, ale wyłącznie po to, żeby uczyć się siebie, nie żeby wchodzić w czyjeś koleiny. Każdy ma swój unikalny świat, do którego zrozumienia dąży.

W tym tonie patrzę też na Boże Narodzenie. Ci, którzy chcą je celebrować, niech je celebrują, kto nie – ten nie. Może w przyszłe święta pojadę nad morze, żeby pogapić się na fale, a spotkanie przy stole z rodziną zrobię w innym terminie? Czemu nie? Moja wolna od schematów dusza woli wybierać sama, kiedy i co świętować, kiedy i z kim się bratać. A wielu, z jakimi się po drodze bratałam, odejdzie. Przyjdą za to inni. Warto popatrzeć w siebie i szczerze się przyznać, czy ci co z nami idą w tej chwili, to są właśnie ci, jakich obecność nam służy? W tej głębi ciemności zimowego przesilenia, kiedy wiele sił pokazuje swoje wpływy, które przedchrześcijańskie tradycje doskonale rozpoznawały, a kościoły sobie przywłaszczyły, dla własnego interesu, choć pewnie byli i tacy co sądzili i sądzą, że w dobrej wierze, zatrzymać się na chwilę i przy okazji obiec uważnym spojrzeniem swoje otoczenie. I przed kolejnym rokiem wejść z większym rozpoznaniem, gdzie się jest i po co.

A może góry? Koza lubi się wspinać, pewnie byłaby szczęśliwa zmagając się z ciałem podczas wspinaczki. A nocą leżąc pod gwiazdami nadal będziemy ze sobą rozmawiały o tym, co dla nas jest ważne, choć dla innych może być całkiem nieistotne, dla nas unikalne, dla innych nierozpoznawalne, albo błahe. Tak to już jest, że dla jednych wigilia jest całym światem, a dla innych nie. Każde moje spotkanie z rodziną, ze znajomymi, mogę odbierać jako celebrację i święto. Nie potrzebuję do tego zewnętrznego przyzwolenia, pretekstu, tradycji. Wolę autentyczne zaangażowanie we wspólne przebywanie niż wytresowane konsumpcyjnie zdarzenia. I choć „Last Chistmas” kocham niezmiennie, jak gumy balonówki z dzieciństwa, bo mam miłe skojarzenia z ich istnieniem, to może czas na jakieś nowe wydarzenie, nowe spojrzenie na przyszłość. A może tylko pogłębienie zrozumienia o co w tym święcie chodzi? O zwycięstwo nad ciemnością, o nadzieję, o coś niesamowitego co przyjdzie z czasem, gdy dojrzeje?

Koza się nie zgadza. Mówi, że zacząć można w każdym momencie, nie ma lepszych i gorszych. Zgadzam się z nią. Dlatego święta wolę obchodzić świętując siebie. Odpoczywając, dając sobie to w tej chwili jest dla mnie najlepsze. Kontakt z dziećmi, gdy jedząc sushi, pijąc barszcz w odświętnej sukience, machając nogą na nodze, bez pośpiechu, myślę o świecie jak najlepiej. I dobrze mi jest na duszy, a Koza pod stołem miele.

Dlaczego Koza chce na Księżyc?

Ludzie ulegają zbiorowej iluzji, że innym żyje się lepiej, „kolorowiej”. Surfując po internecie widzą same uśmiechnięte, pięknie ujęte, w pełnym słońcu szczęścia postacie, które lepiej, bądź mniej, znają i programują się na własne niespełnienie. Programują mocno i skutecznie. Widzą te obrazy czyjegoś szczęścia, a umysł im dopowiada, jak wspaniale tym innym, uśmiechniętym się żyje, a im, raczej nie, bo dziś tylko rano było im ok, a potem sto spraw na godzinę i nie ma kiedy poczuć się szczęśliwym, a nawet poczuć, że się żyje.
Pojawia się jednak taki moment w naszym życiu, że przestajemy widzieć tę iluzję i zaczynamy widzieć prawdę. Mam znajomą, która zasypuje internet swoimi postami niemal co godzinę, ma tyle do powiedzenia światu, że zastanawiam się czy robi coś jeszcze w życiu. Generalnie internet wieje dla mnie nudą. Nic nie poradzę, kolejne psy, bombki świąteczne, polityka, wirus i wymądrzanie nuuudzi mnie.
A jak jest u mnie? Tak w normalnym życiu, bez pozowania na wallu? Jest przeciętnie. Budzę się, wstaję z ociąganiem, albo szybko, szczególnie, jak coś miłego czeka mnie przed południem, robię herbatę, kawę i siadam w fotelu, i myślę. Takie natręctwo. Nuuuda. Pewnie, ale moja nuda i nikt mi jej nie odbierze. Lubię nudzić się na swój sposób. I tę nudę wolę, surfowanie po fascynujących miejscach mojego umysłu niż po czyichś wspomnieniach. Koza moja wewnętrzna, ta od Koziorożca, się wtedy cieszy. Patrzę sobie na stały krajobraz za oknem i nic. Pozornie nic się nie dzieje, jestem sobie w sobie połączona. I kiedy tak połączę się ze sobą, to potem nic mnie nie zwiedzie, żadna fascynująca teoria na temat spisku światowego, albo energia bicia piany na Rydzyka, kiedy przy urnach i tak zanikają mózgi tym zatroskanym. Widzę, jak ludzką naturę łatwo zmanipulować, pokazać odpowiedni obraz, jeszcze dźwiękiem podrasowany i wszyscy się oburzają na agresję, albo skowyczą nad cierpieniem zwierząt, a potem i tak wcinają mięsko, albo boleją, że miała za krótką spódnicę. Schizofrenia dotyka nas tak powszechnie, że nikt jej już prawie nie widzi.
Zaczarowani obrazami nie słuchamy siebie tylko innych, idziemy za czyimiś zaklęciami w imię jakichś idei, bo niby (uwaga bardzo mocne zaklęcie – znaczy skonfrontuj się z tą iluzją) „w coś trzeba wierzyć”. I tu cały pic, tu jest ta iluzja. Nie trzeba w nic wierzyć, trzeba wiedzieć. Wiedzieć kim się jest i czego się chce. A o tym przekonujemy się w doświadczeniu swoim własnym. Nikt nas nie nauczy nas samych, może nam tylko pokazać siebie i w nim się możemy odbić, jak w lustrze. Przejmowanie czyichś prawd jest automanipulacją z potrzeby komfortu, niewyróżniania się, przynależności do stada. Tak działają religie instytucjonalne i wszystkie systemy społeczne budujące, jak mury przed wolnością, swoje prawa. I poczucie większej wartości tym, co wchodzą w system. Spytajcie dowolnego wyznawcę.
Jestem, i zawsze się tak czułam, poza wszelkim systemem. Podważam i podważam. Idę wspak, bo mam kompas w sobie. Ten kompas, co jakiś czas ustawiam w samotności, w fotelu z kubkiem kawy, bez słowa. I jak wstaję, to widzę, że znajoma ma niedobór uwagi w życiu i ten zalew postów jej pomaga. Inna czuje się mądrzejsza, kiedy kogoś pouczy w jakiejś kwestii, tak ma. Jeszcze inny znajomy chwali się czym może, bo myśli, że tak wszyscy teraz robią i nie istniejesz, jak cię nie widać na jakiejś platformie. Lepimy sobie braki.
Czemu więc piszę i publikuję? Z egoistycznych pobudek, że jak ktoś przeczyta przestanie lecieć za stadem i pojawi się takich indywiduów, jak ja, więcej. Będzie mi wtedy łatwiej, spokojniej żyć w bardziej zróżnicowanym, tolerancyjnym świecie. Tacy ludzie nie będą potrzebowali kodeksów, bo mają swój własny kompas i żyją na bazie swoich dobrze przeanalizowanych doświadczeń. W stadzie owiec nie jest łatwo przetrwać takiej, jak ja Kozie. Lecą, nie patrzą, gdzie lepsza kawa, tylko czytają „bio”, „eko” albo „eco” i się sugerują. Albo zmuszają do robienia tego, co Kozie niemiłe, siedzenia w domu, bo Koza lubi pohasać w górach, albo nad morzem, jak się w Syrenę zamienia, szczególnie nocą … Moja wewnętrzna Koza już dawno poleciałaby w kosmos, gdyby mogła, tam pusto i samotności pod dostatkiem. Tylko gwiazdy, galaktyki, nieskończoność … A prawa, tylko fizyczne, niezależne od dowolnych organów.

O wolnej woli

Słowem wstępu: nie będę powtarzała poglądów zamieszczonych w internecie przez zdecydowaną większość moich znajomych przeciwko ograniczeniom w dostępności badań prenatalnych i aborcji. Cieszę się, że rozumieją oni podstawowe chrześcijańskie przesłanie, że Bóg dał ludziom wolną wolę, aby decydowali o wszystkim w swoim życiu.

Bez zaskoczenia stwierdzam, że ci, co nie rozumieją tego przesłania, wśród moich znajomych, to wyłącznie katolicy. Pozorny paradoks. O dogmatach się nie dyskutuje, więc okazuje się, że wiedzą lepiej niż ich święta księga. I jak widać, zinterpretowali swoją wiarę tak, że pozwala im ją ograniczać na innych. A o talibach mówi się, że są radykalnymi twardogłowymi terrorystami.

Wystąpiłam z kościoła katolickiego 3 lata temu. Po ostrzeżeniu od spanikowanego proboszcza, że zostanę ekskomunikowana, powiedziałam, że nie jestem antyreligijna, a areligijna, nie przynależę do tej wspólnoty i chcę formalnie z niej wystąpić. Przez następną godzinę słuchałam, jak żali się na kościół w Polsce, że odszedł od wiary biblijnej, misyjnej, bożej. Pożegnaliśmy się w przyjaźni i obopólnej zgodzie. Na koniec powiedział mi:
– Szkoda, że ludzie tacy jak pani odchodzą z kościoła. Pani ma tyle bożej miłości w sobie.
– Wiem – odpowiedziałam – i umiem z niej korzystać pomagając ludziom, nie instytucjom.

Nadal nie jestem antyreligijna, nawet po tym, jak wprowadzono 2 lekcje religii w szkole, a chemia jest jedna na tydzień, o edukacji seksualnej nie wspomnę. To, co się dzieje w Polsce nie jest sprawą religijną, ani sprawą światopoglądową. Większość ludzi nie chce nikogo karać, odbierać innym wolności, ani wylewać farby na kościelnych murach. Chcą spokojnej egzystencji gwarantowanej szacunkiem dla wolnej woli, a w konsekwencji, odpowiedzialności za podjęte wybory. Zapewniam każdego, kto to czyta, że zniesienie kary za morderstwo nie spowoduje, że wybiegniemy na ulice się pozabijać. Ty wybiegniesz? Ja nie, na pewno nie. Straszenie nas jakimiś zwierzęcymi odruchami, powszechną znieczulicą, jest biciem piany. Morderca nie kalkuluje na ile lat pójdzie do więzienia, a żądnego krwi człowieka nie zatrzyma prawo przed popełnieniem przestępstwa. Choćby prawo najbardziej szlachetne w intencjach.

Odnosząc się do faktów: to nie fakt, a hipokryzja, że zmalała liczba aborcji w Polsce po jej zakazaniu. Podziemie aborcyjne jest ogromne i sprawne. Oczywiście za pieniądze, więc wyklucza społecznie biedniejsze i często bardziej zdesperowane kobiety. Stąd faktem jest, że zdarzają się dzieci kiszone w beczkach po kapuście.

Ta sprawa dotyczy też mężczyzn. O tym się zapomina, że ciąża to wynik działania dwojga ludzi współodpowiedzialnych za nowe życie. Wolna wola obu płci jest ważna, tymczasem mężczyzn się w niej mentalnie pomija. Niektórym pewnie jest to na rękę, że ciąża kojarzy się wszystkim tylko z kobietami, szczególnie tym nieodpowiedzialnym i niezainteresowanym podjęciem trudu wychowania swojego potomstwa. Łatwo im teraz wszystko zrzucić na wrzeszczące baby. Nie oburzam się ani językiem, ani manierami. Co tam jakieś „wypierdalać”, kibice i narodowcy przyjmowani na Jasnej Górze na życzenie wystrzelą cały łańcuszek o wiele mocniejszych przekleństw i nastawią kręgi baseballami.

Popieram wolną wolę w podejmowaniu decyzji. Wszelkich decyzji życiowych i tego uczę dzieci, odpowiedzialności za to, co robią. To je zmusza do nieatrakcyjnego w naszych czasach myślenia. Doradzam z tylnych rzędów, taką mam rolę. Nie poszłam osobiście na protest. Wychowałam czworo zbuntowanych wojowników. Niech walczą o swoje zgodnie z własną wolą, walczą o swoje marzenia, poglądy i przyszłość.