Zwalniam

Zwalniam. Pozwoliłam sobie na spokój i na „niepośpiech”. To co mam zrobić i tak przyjdzie, wtoczy się z czasem do mojego życia. Nie wyprzedzam tego martwieniem się, planami, zasiekami na wszelkie trudności, nie przygotowuję na zapas. Jakby przestrzeń i czas przestały mnie porywać ze sobą w przyszłość. Czasem aż zawisam i mam wtedy niezwykłą ostrość widzenia spraw, jak w tej chwili na przykład. Widzę gdzie byłam, gdzie jestem, widzę prawdopodobieństwo tego gdzie będę. Nie ścigam się z przyszłością, nie oczekuję na nią. Po prostu jestem. Jasność widzenia mówi mi, że tak nie będzie zawsze, że będę jeszcze dążyłą, jeszcze będę oczekiwała, ale nie martwię się tym. W tej chwili jest taka właśnie magiczna równowaga, że nawet moja popsuta klawiatura się nie zacina. Jakbym oswoiła przestrzeń i czas, materię i energię. Nie potrzebuję niczego i doskonale wiem kim jestem.
Świat przejawia się w tak wielu aspektach, jak światło w częstotliwościach. Dążymy do czegoś co nas wabi, kieruje naszymi wyborami i często jesteśmy sfrustrowani, że przy wielu próbach nie osiągnęliśmy tego, do czego sięgamy. A ja wiem, że nie ma we mnie już pragnień do wypełnienia. Doszłam do uwolnienia od siebie. To się zdarza, jak powrót do nieskończonej miłości do siebie, bezwarunkowej akceptacji wszystkiego, w czym się wyraża moja egzystencja. Traktuję to jak dar, że docieram do tak głębokiego zrozumienia natury otaczającego mnie świata. Połączenia umysłu, ducha i ciała, pozornie oddzielonych od siebie.
Kiedyś wrócę do regularnych spraw, nie zaniedbuję niczego. Ważę każdy ruch, słowo, jakbym widziała większą liczbę połączeń między zdarzeniami. Jak impulsy dawkowanej energii sunące między punktami w czasoprzestrzeni. Wkładam umiejętnie palce w struny współistnieniących wszechświatów przenikających się z moim i oddzielam to, czego chcę od tego, czego nie chcę, a jest to proste w tym stanie istnienia przy obecności ogromnego zaufania do siebie. Plotę rzeczywistość, stany, piki i spadki, w zgodzie na prawa, jakie kierują tę energię światła. Ciemność tężeje i wydaje najgłębszy, magiczny dźwięk kiedy energia zmienia się w materię. Nie tworzę na próżno, ale dla siebie, tworzę przestrzeń możliwości, zanurzoną w tym świecie, z uwzględnieniem atraktorów, próżni i przyspieszenia, najpiękniejszy wzór na jaki mnie stać.
Już to robiłam, wiem. W innym wcieleniu. To takie oczywiste. Nie potrzebuję jednak żadnego uzasadnienia dla tego stanu, żadnego powodu by go czuć. Przepływa przeze mnie, jak uczucie wypełnione każdym kolorem, każdą częstotliwością wyrażania się na ziemi. Wypełnione mną, połączoną ze wszystkim i z łatwością sięgam tam, gdzie zechcę, bez intencji zmiany w całkowitej akceptacji zastanego oblicza świata.
Potykałam się idąc tutaj, nie wierzyłam, odwracałam wzrok, nie czując się gotowa, żeby zobaczyć, kim jestem i dokąd zmierzam, ale kiedy raz wejdzie się na ścieżkę, konsekwencja doprowadza nas do widzenia, a obraz staje się przejrzysty i jednoznaczny. Tam gdzie nie ma już interpretacji, gdzie jest tylko prawda.

6 stycznia 2020

A Thousand Kisses Deep – Leonard Cohen / moja wersja tekstu niezgodna z oryginałem

 

To tylko sen
kolejny sen
co wraca budząc świt
za oknem deszcz
szumiący bzem
i zapomniany rytm
nie pytasz mnie
o nic,
no cóż,
i zbierasz się bez słów
nie wtrącasz się
w pochmurność brwi
w głęboki grymas ust

to tylko noc
kolejna noc
złożona z ciemnych chwil
zamykasz drzwi
nie mówisz nic
nie czekasz na mój film
i choćbym dziś
znalazła klucz
do serca swego wrót
odejdziesz tam
gdzie nie ma już
grymasu moich ust

świat sunie w cień
i tak jest lżej
niż mogłoby nam być
w ciemności jest
nieważny ten
grymasu kwaśny tik

odwracam twarz
gdy zbliżasz się
choć czuję ciepło ust
nie wierzę że
coś zmieni się
w przestrzeni naszych snów
zasypiasz znów
zmęczony dniem
znikając aż po świt
nie wtrącam się
to co wiem
w grymasie ust twych tkwi

nie szukam cię
nie szukasz mnie
spinamy razem dni
realność śpi
spokojnym snem
nie cieszy nas już nic
czy znajdę drzwi
do przyszłych dni
za które ciężko wyjść
gdzie nie ma słów
co budzą znów
grymasy czyichś ust

i czasem mam
poważny żal
co niesie mnie bez sił
że przeszłość nam
zgubiła coś
grymaśnie burząc mit

To tylko sen
kolejny sen
co wraca budząc świt
za oknem deszcz
szumiący bzem
i zapomniany rytm
nie pytasz mnie
o nic,
cóż,
i zbierasz się bez słów
nie wtrącasz się
w pochmurność brwi
w głęboki grymas ust.

20 listopada 2018

Gniew

Czasem jestem wściekła na ludzi, którzy z premedytacją mnie ranili, wymyślając coraz to nowe preteksty na swoją obronę. Ludzie, którzy przychodzili żeby wyrwać mi kawałek serca tylko po to, żeby sobie umilić życie chrupaniem go w swojej jaskini. Prymitywni, choć z narcystycznym przekonaniem o swojej wyjątkowości. Niech ich prawda dopadnie i obierze ze skóry fałszu.

8.08.2018

Dualizm

Nasz mózg tak został pomyślany, żebyśmy zdołali wyłapywać wzory, które paradoksalnie sami tworzymy, będąc jednocześnie artystą i materiałem. Nie ma w tym żadnej sprzeczności jeśli się zastanowić. Dualizm jest pozorny, jeśli dopuszczamy, że jesteśmy wyłącznie ciałem, to tak pojmujemy rzeczywistość jako dualną. Ale jeśli założymy, że posiadamy ciało do istnienia, ciało jakie sami stwarzamy, badamy sobą tworzone przez nas otoczenie, dualizm znika. Jestem osobą, która kreuje rzeczywistość wewnątrz siebie. To jedność z założenia. Nie jestem osobą, ale procesem z możliwością kontroli tego co robię, poprzez czas i porównywanie zmysłami, które zresztą także tworzę, i sygnały, i bodźce. Stop. Wystarczy na dziś tej abstrakcji.

 

1.03.2018

Cisza

Zakochałam się. W ciszy. Nie chodzi o całkowity brak dźwięku, tylko mój dostęp do siebie. Trenuję tę ciszę w sobie jak jogę. Codziennie. Siadam i otwieram ramiona, a ona wpada i siada przy mnie. Jesteśmy tak chwilę, a potem już jej nie widzę, nie słyszę. Wchodzę w moje ja i zamykam drzwi za sobą. A tam jest pełnia i spokój jakiego nie widać na zewnątrz. Dzięki tej miłości do ciszy, więcej słyszę, więcej rozumiem. Nadal nie dochodzą do mnie pewne dźwięki, ale może one są zastrzeżone dla innych? Kiedyś ktoś się zdziwił, że nie dosłyszałam nazwy substancji psychotropowej jaką stosuje się w celu odzyskania szczęścia i miłości w sobie. Widać nie potrzebowałam tego słyszeć. Nie potrzebowałam zażywać, żeby czuć szczęście i miłość, nawet jeśli nie do końca rozumiałam siebie i nie całkiem byłam szczęśliwa. Droga do miłości nie potrzebuje sztucznego napędu. Napęd nie zastąpi wglądu. Wgląd daje stałe zrozumienie, nie znikającą iluzję otwarcia na siebie. Tylko to co sam wypracujesz cię uwalnia, nic ci tego nie zastąpi, nikt ci tego nie wytworzy. Nawet miłość innego człowieka, co może ci towarzyszyć, ale jeśli jest zbyt uzależniająca, nie znajdziesz w niej swojego szczęścia. Będzie zawsze pochodną czyichś emocji w kompromisie z twoimi. W ciszy, w samotności jest siła i moc. Siła, bo ciało się regeneruje, a moc, bo dusza nas nawiedza i ruguje wszystko co trzeba wyrzucić z naszego serca. Kocham ciszę i moją duszę. Będę mocno trzymała się ziemi nawet kiedy moja rozmarzona dusza będzie chciała ulecieć ku gwiazdom. Ziemia jest teraz celem. Ziemia jest pamięcią i ograniczeniem, ale ziemia nas uczy tego co nadrzędne. W tej chwili.

31 maja 2018

Kora

Kora odeszła w noc czerwonego księżyca. W swoim domu na Roztoczu. Pierwszy raz widziałam Ją jako dziecko na koncercie Maanamu, a ostatni na Festiwalu Języka Polskiego w Szczebrzeszynie. Mówiła o swojej książce i życiu jakie wiedzie w swoim roztoczańskim zaciszu przed światem. Pamiętam, że spóźniłam się na rozmowę z Nią i jedyne co pamiętam to, że bardzo namawiała do śpiewania. Ze względu na oddech. Kiedy się śpiewa, ćwiczy się cały proces wdychania i wydychania powietrza. Przepona lepiej pracuje i dotlenia się cały organizm, w tym mózg. Chciałabym, żeby nauczyciele w szkołach pomyśleli o tym poważnie. Oddech jest najbardziej podstawowym aspektem naszego życia. Bez oddechu możemy żyć zaledwie parę minut, a nikt nie zwraca na niego uwagi oprócz wyczynowców i zapaleńców. I tych co medytują. Oddech jest ważny. Po poznaniu instrukcji technik Wima Hofa mniej się męczę pływając. Uważny oddech wymienia stare powietrze zalegające w dolnych partiach płuc na nowe, odświeża nas. Niedawno zwalczyłam ból brzucha oddychając głęboko przeponą.
Nie wiem czy Kora cierpiała, ale przy swojej chorobie walczyła też o refundację leku, występowała, żyła. Różne są nowotwory i związane z nimi komplikacje. Kiedy ktoś, kogo znałam, umierał na raka mózgu sądziliśmy, że to nie boli. Ale reakcje organizmu były trudne do zniesienia dla czuwających przy łóżku. Śmierć zawsze przeraża, nawet jak przygotuje otoczenie długą chorobą i smutkiem łykanym dzień za dniem, jak lekarstwem i trucizną zarazem, kiedy nadzieja znika za horyzontem. Każdą śmierć trzeba zrozumieć. Ja się staram spojrzeć oczami tego co odchodzi, bo kiedyś będę na jego miejscu. Warto spojrzeć tak i oswoić śmierć. Kora miała pełne życie. Nie chodzi tylko o karierę, ale odwagę do bycia sobą, niezależność, miłość, wiele strapień, traum, ale i szczęścia, spełnienia, pasje. Walczyła pewnie do końca o siebie, o godne odejście. Nie chodzi o hollywoodzki obrazek śmierci, ale o pozwolenie na nią w odpowiedni sposób. Bez uporczywej terapii, bez rurek, bez karmienia do żołądka dla polepszenia samopoczucia rodziny z bólem dla chorego. Bez odwlekania tego, co i tak przyjdzie, choć warto, żeby dało nam trochę czasu na jeszcze parę spraw do załatwienia. Ksiądz Kaczkowski mówił, że w momencie umierania ludzie nie żałują, że nie odwiedzili Majorki, albo nie wykupili spółki za bezcen, żeby z zyskiem sprzedać. Żałują, że nie przytulili dziecka zanim dorosło, nie pogodzili się z kuzynem zamiast się spierać, nie rzucili zawodu co ich moralnie upadlał wcześniej, przed chorobą. Nie uśmiechnęli się do ludzi na ulicy, dodam, nie przepuścili w kolejce, nie zapomnieli o urazach dnia codziennego i tych zamierzchłych, schowanych na specjalną okazję pastwienia się nad sobą i innymi. Ciężko jest odchodzić tym, co nie wierzą, że coś ich dalej czeka. Zachód tak jest pochłonięty konsumpcją materialną, że przerwanie tego procesu śmiercią może być faktycznie szokiem. Jak odstawienie narkotyku. Ale ja patrzę na to tak, że śmierć dojrzewa we mnie co dzień, rozpręża się i zamieszkuje coraz więcej przestrzeni. Daję jej tę przestrzeń. Ten kto ucieka przed śmiercią, starzeniem się, losem nie zyska nic, oprócz rozczarowania. Dlatego nie jest mi smutno, kiedy ludzie odchodzą. Wiem ile kosztują ich cierpienia, ale większość z nich to rachunek jaki wystawia strach i karma. Nie warto się bać. Przecież śmierć to jedyna sprawiedliwa, nieunikniona rzecz jaka nam się przydarzy niezależnie od tego co robimy. Dlatego warto żyć. Śmierć nadaje sens każdemu życiu, a choroba przypomina o znikomości kontroli nad nim. Ci, którzy odeszli wypełniają przestrzeń naszej pamięci. Więc pamiętajmy, mądrze, z dystansem, ucząc się na czyichś błędach, pamiętajmy, że nas też to czeka. Jak schody do nieba, albo przy akompaniamencie zawodzenia, albo energii wyzwalającej się duszy z ciała. Każdy ma swoją bajkę, wiarę, przekonania. Warto wybierać to co nas w obliczu odejścia wzmocni, trening odwagi, miłości i akceptacji przejścia do jutra, które jest trochę tak niewiadome, jak to co po śmierci. Ćwiczę uważnie odpuszczanie i życie zarazem. Dualizm w pełni. A Kora pozostanie, tak czy siak, przez swoje piosenki i jasny płomień osobowości.

20 marca 2018

Właśnie napisałam nty wiersz i coś czuję, że wystarczy chwilę poczekać, a następny sam wyskoczy mi z kapelusza, jak w jakimś magicznym rytuale oczyszczenia. Co się dzieje, że ten kanał się nie zamyka? Otwieram go czasem szeroko, jak serce i zdumiewa mnie jego głębia i odwaga w wyrażaniu nmie, siebie, sobą w słowach. Idę za myślą, ale nie myślotokiem, bo on się nie powtarza, nie precyzuje, jak te myśli, za którymi podążam bez końca.
Patrzę przez ramię i widzę oceany myśli, wrażeń, jakbym zatapiała się w Źródle wszystkiego. Umiem powoli coraz lepiej pływać, choć tak jak dziś, nie mogę wyjść z niego wcale i odciąć kanału między moim umysłem, a tą jasnością, która go spowija.
Wiem dlaczego, mam takie wrażenie, że oczyszcza mnie przed czymś do czego się zbliżam. Przed sobą, jaka na prawdę jestem. Czysta, silna, giętka, niewinna, rozległa jak przestrzeń rozpięta na nieskończonej ilości punktów w widocznej realności. Zwinięta do jednego ciała w codzienności, nieśmiała w swojej niezwykłości. Potężna i pokorna przed swoją mocą sprawczą, jak ocean przed księżycem, żyzna dla życia i jego wszelkich okoliczności. Jak światłocień, kompletna.

Taka jestem, taka byłam, taka zawsze.

Ps. Na koniec, zza kożucha chmur wyszło słońce, żeby mnie wygonić zza klawiatury.

Czterdziestolatki

Kobiety czterdziestoletnie to wspaniałe wilczyce. Znają swoją wartość, lepiej niż trzydziestolatki, które jeszcze pamiętają, jak niedawno wychodziły za mąż, planowały dzieci, woziły się z rozterkami dziecko, czy kariera, mąż czy nie mąż. Czterdziestolatki, kobiety, którym się otwiera przestrzeń. Dzieci nie trzymają za spódnicę. Plany życiowe w najszybszym rozkwicie, zdystansowane, nie potrzebują męskich głasków żeby przetrwać tydzień. Wychodzą same, w obcasach, adidasach, na boso. Nie mają kompleksów, nie latają na uporczywy fitness, nie martwią się chorobliwie o przyszłość, faceta, dzieci i wiedzą, bo wtedy właśnie zaczyna się wgląd w prawdziwą wiedzę, że wszystko przemija. Dbają o swój wygląd, nie przez operacje plastyczne a serdeczne podejście do siebie. Patrzą i widzą, jak naprawdę wygląda życie, niezależnie od wszystkich wokół, uwarunkowań, lęków, szukania męskości w mężczyznach i kobiecości w sobie. Umieją stawić czoła najcięższym huraganom bez niczyjego ramienia, bez narzekania, mizdrzenia się do świata. Kobiety jak stal i jak dynamit. Nie oglądają się za siebie, bo już zrozumiały co się zdarzyło. Umieją śmiać się z siebie, wiedzą co to miłość. Nie robią scen, nie ślepną za mężczyzną, bo już przejrzały mamisynków, macho, traumatyków, flegmatyków i nielicznych dojrzałych.

Jestem w połowie tego wieku i już się nie mogę doczekać co będzie, kiedy wejdę w kolejną dziesiątkę. Czuję się tak, jakbym za chwilę mogła zająć miejsce w rakiecie do najwspanialszych zakątków galaktyki. Moje ciało jest wygodne, dusza się cieszy ze zrywania więzów i patrzy ze spokojem na moje namiętności i radość z bycia sobą.

Trzydziestolatki, pędźcie do wieczności, przez mądrość czterdziestolatek, eksplozję pięćdziesiątek i wykwintną elegancję kobiet 60letnich. Kiedyś, gdy dobiegniemy do mety, każdy etap wspomnimy z miłością, jeśli po drodze będziemy kochały swoje zalety, a wady tuliły z czułością.

Po Małej Warszawskiej

Poszłam, potańczyłam, zobaczyłam. Maria i Nazar tworzą tak fantastyczną atmosferę wokół naszych spotkań tangowych, że warto się trochę postarać i w najcięższy mróz dojechać do Dance Department w Pałacu Kultury i Nauki, gdzie w pięknej sali o ciekawym, rzeźbionym sklepieniu, mogłam pobyć z Nimi i Naszymi Kolegami ze szkoły. Z nostalgią patrzę na piękne pary tańczące latami tango i czuję motywację, raczej z serca, niż parcie na perfekcję. Taka sentymentalna nuta mi się włącza kiedy idę na milongę, że tyle jeszcze na mnie czeka w tangu. Zastanawiam się ostatnio, kto i dlaczego chodzi na tango i je tańczy. Dziś pomyślałam, że są to ludzie, którym w życiu potrzeba natchnienia i namiętności. Którym nie wystarczy patrzenie, relacje filmowe o miłości i pasji w życiu, ale chcą sami wznieść się ponad przeciętność w wyrażaniu siebie. Inna rzecz, że tango, jest trudne, że to wyzwanie, a jego kultura, tradycje, zwyczaje pozwalają spojrzeć na siebie z innego punktu widzenia. Bardziej ze strony serca niż rozumu i logiki. Taniec jest rodzajem ekspresji skumulowanej, jak śpiew, tylko całym ciałem w kontakcie z drugim człowiekiem, który staje się naszym lustrem.

Zawsze wiedziałam, że jestem bardzo czułym instrumentem ludzkim. Odczuwałam ludzkie emocje silniej niż należy. Patrzyłam i widziałam niemal co inny człowiek myśli, nawet obcy człowiek. Wbrew pozorom wielu ludzi tak ma, a jeszcze więcej może mieć. Jeśli to kogoś dziwi, prosty przykład z życia.
Na ostatniej konferencji było wystąpienie, zaproszone, kobieta mówiła o pracy swojego laboratorium i wciąż psuła jej się projekcja. Nie denerwowała się jednak i starała się zaradzić temu na bieżąco. Patrzyłam na nią ze skupieniem, bez emocji. Wiedziałam, że za parę dni też mam wystąpienie, ale nie martwiłam się tym, czy rzutnik nie będzie mi wariował, bo po co. Moja znajoma, po tym wystąpieniu podeszła do mnie i z wielkim przejęciem mówiła, jak podziwia tę kobietę, że nie straciła głowy tylko działała, że ona sama się spociła ze zdenerwowania i ledwie mogła usiedzieć. Wtedy zrozumiałam, że jestem już inna. Na mnie to nie działa, przestałam wchodzić w czyjeś emocje. Mam zresztą takie wrażenie, że to, iż ja się nie denerwowałam i wielu innych na sali, pomogło w jakiś sposób tej kobiecie. Mam taką teorię popartą badaniami, że odczuwamy emocje innych. Czujemy, jeśli ktoś przy nas się boi, cieszy, smuci itd. Wiemy to, choć nie jest to wiedza analityczna, która przechodzi przez mózg. Odczuwamy to sercem poprzez wielką siatkę neuronową zbudowaną na podobieństwo mózgu. Podobna sieć neuronowa jest w naszych jelitach, dlatego tak ważne jest co jemy i jak wygląda nasza perystaltyka. mocje się udzielają. Warto więc je rozpoznawać i wiedzieć, które nam sprzyjają.

Jest wiele biomedycznych faktów, które prowadzą do konkluzji, jakie znamy od wieków, ale dopiero teraz potrafimy udowodnić. Wiek nauki, trochę je strywializował np. „Myśl sercem”. Próbował je zdyskredytować ze względu na niemożność ich dowiedzenia, jak również dlatego, że potwierdzenia tych teorii mieszczą się na styku nauki i religii, czy ogólnie pojętej duchowości. A duchowość i naukę przeciwstawił sobie wiek oświecenia. Miało to tylko taki cel, by nauka, wiedza nie mieszała się z powszechnymi wtedy praktykami magicznymi, żeby wyodrębnić obiektywne fakty. Jednak nawet Newton był alchemikiem i pisał o tym rozprawy szukając sposobu przemiany ołowiu w złoto. Był pewien, że to możliwe. Wiara. Wiedza. Przekonanie. Intuicja. Bez wiary i intuicji nie następowałby rozwój nauki. A intuicja społeczna, podstawowe narzędzie współpracy międzyludzkiej, nie opiera się na statystykach, a na instynkcie i uczuciach, jakie żywimy w danej sytuacji. Chodzę więc na milongi i odczuwam to, co dzieje się wokół i trochę obserwuję też swoje uczucia. To, że czasem się stresuję na milondze, nie wynika z tego, że w połowie przypadków poległam ze wstydem na parkiecie, i gniecie mnie statystyka. Stresuję się, bo nie czuję się dość dobra w tym co robię, choć jest oczywiste, że ćwiczę zbyt krótko, by tańczyć tak, jak te piękne pary. Objaw perfekcjonizmu. Dość powszechny, ludzki. Obiektywnie patrząc, bez okularów tego perfekcjonizmu, nie jestem gorsza, ale mniej zaawansowana treningiem. Dlatego, mimo dyskomfortu wewnętrznego się nie poddaję, bo bardzo mnie ciekawi, jak będzie, kiedy dojdę do momentu, że nie będę się stresować, a cieszyć z tego, że tańczę z lepszymi od siebie partnerami. Na razie obserwuję i staram się nie ganić za pomyłki, za niedopracowanie i odczuwać w tangu ten flow w niemyślenie, który daje mi miejsce na czucie mojego istnienia w zupełnie innym wymiarze.

W Lizbonie było o tyle łatwiej na milondze, że wszystko było w pewnym sensie jednorazowe. I choć mam teraz kontakt z moim partnerem, który podsyła mi czasem piękne zdjęcia oceanu, myślałam o tańcu w TimeOut, jak o ostatniej milondze w Portugalii. A gdyby myśleć tak,  jak wtedy i każdy taniec, każdą milongę traktować, jak ostatnią w życiu? Gdyby tak traktować wszystko co w życiu robimy? Jak zmieniło by się nasze postrzeganie i wybory życiowe? To ciekawe ćwiczenie, warto się pokusić o jedno takie rozeznanie. Gdybym np. miała w najbliższy poniedziałek ostatni raz pójść do pracy, jak by ten dzień wyglądał? Pomyślałam, że zrobiłabym wszystko co zwykle, ale na luzie, bo to przecież koniec. Przy okazji wypiłabym przyjacielską kawę z kolegami w pokoju socjalnym i pośmiała się do rozpuku z ich cudnych dowcipów. Wpadłabym w dysputę o kulturze zachodu, żydów aszkenazyjskich i ich wyjątkowych genach odpornych na raka i zapewniających długowieczność, albo o wpływie mięsa kurczaka na odżywianie komórek rakowych, albo o badaniach o schizofrenii i przemianie mózgowej wieku dorastania. Niesamowitych rzeczy dowiaduję się w pracy przy kawie. Zawsze kochałam się dowiadywać. Gdyby jeszcze tak wyglądała szkoła, byłoby wspaniale. Wyobrażam sobie dzieci siedzące przy … jakimś dobrym napoju 🙂 i kogoś kto na luzie w dowcipny sposób serwuje im najnowsze odkrycia nauki. Kochałabym taką szkołę. Nikt nie odpytuje, nikt nie ocenia, nikt nie śmieje się z niewiedzy innych. Z radością dopytuję, jak nie rozumiem, bo mam prawo nie znać niuansów chemicznych przemiany białkowej w organizmie, a chcę wiedzieć, jaka jest konkluzja badań, często sprzecznych z moją wiedzą czy intuicją. Tak mogły wyglądać dysputy starożytnych Greków, w atmosferze współpracy i w celu poznania rzeczywistości, jaka nas otacza. Spory, burze mózgów. Pewnie tylko mniej kobiet uczestniczyło w takich dysputach, i to jest prawdziwy postęp w stosunku do starożytności.

Przyszło mi do głowy w ramach edukacji, że podstawowy błąd, jaki robi się ucząc, to mówienie: „Jeszcze dużo musisz się nauczyć, żeby zrozumieć”. To nie prawda, ja niewiele umiem z chemii ogólnie, ale mogę pojąć idee, w jakich sama badam zjawiska. Gdybyśmy uczyli dzieci od drugiej strony, nie od podstaw, a od interesujących zjawisk, interesujących dzieci, na pewno chętniej by się uczyły i lepiej pojmowały świat. Gdyby mi do kawy zaserwowano wykład z chemii organicznej przestałabym chodzić na nią dość szybko, a tak, uczę się o nowoczesnych zjawiskach więcej niż z prasy, książek, seminariów. Zainteresowanie może być lepszą motywacją niż ocena i dziecko, nawet nie przygotowane na nowy temat, bo nie zna całek, syntezy jądrowej i węglowodanów albo wzoru na prędkość odśrodkową, chętnie się zmierzy z niewiedzą, jeśli chce zrozumieć zjawisko. Nowoczesna edukacja, która kiedyś przyjdzie, będzie się opierać na edukacji „z góry na dół”, od zainteresowania, „dlaczego niebo jest niebieskie”, do podstaw, problemów w optyce, matematyce, funkcji falowej, liczbach urojonych i zawartości pary wodnej w powietrzu, nie odwrotnie. Bo odwrotnie jest, i żmudno, i nudno. Jak to w szkole. Szkoła nie korzysta z naturalnej dziecięcej ciekawości, z mechanizmu pochodzącego z ich wnętrza, kiedy Maluch od pierwszych słów pyta: „Co to?”, a kiedy zdefiniuje pojęcia, przechodzi do: „A dlaczego?”

I tu zaczyna się kłopot, … i cała finezja uczenia.