Nie politycznie o traumie

Zwykle nie komentuję politycznej rzeczywistości, to temat rzeka albo raczej głęboka studnia, a ja nie mam tak długiej liny wiedzy, żeby bezpiecznie się zapuścić w głąb np. ekonomii. Staram się rozumieć fakty i, na tyle na ile umiem, robić z tej analizy pożytek. Od dawna nie mam telewizji i nie czytam portali, gdzie w większości widzę opinie a nie fakty. Jest jednak jeden wymiar politycznej rzeczywistości do jakiej umiem się odnieść, a jaki pomijany jest przez większość komentatorów. To rzeczywistość psychologiczna Polaków i konsekwencje tej rzeczywistości na nasze polityczne wybory.
Rzeczywistością polityczną Polaków jest głęboka i nieuzdrowiona trauma. Można lekceważyć klapsy i przemoc, której większość z nas doznała, ale w ujęciu kolektywnym przemoc, jakiej doznał nasz naród, wpływa na konstrukcję pojmowania rzeczywistości, i ten efekt jest aż nadto widoczny. Historyczne upodlenie wywołało chroniczny brak poczucia bezpieczeństwa, brak zaufania do jakiejkolwiek władzy, ciągłą czujność i stan gotowości do walki. Punkty zapalne takiego stanu wykorzystują manipulatorzy wszelkiej maści ogrywając nas na potęgę z dobrostanu. Wystarczy, że wywołają lęk w jakiejś ze stref nieuleczonej z traumy i nie mamy szans kolektywnie wybrać mądrze, wybieramy instynktownie ze schematu zachowań, jakie chroniły nas w przeszłości. Działamy nieadekwatnie, bo nie ma już rzeczywistości, jaka nas straumatyzowała. Szukamy winnego Niemca, komucha, ruskiego, zaborcy, pana … nawet jeśli inaczej ich teraz nazywamy. Zostały w nas traumy wojenne, ale też bolesne przekształcanie ustroju społecznego, gdy niepewność o przyszłość wisiała i nadal wisi nad naszą narodową głową. Nie chodzi o to, czy jest realne zagrożenie, ale jak my interpretujemy często całkiem pozytywne czy neutralne fakty. A czasem uciekamy od zagrożeń realnych, bagatelizując je, bo nie widzimy co jest prawdziwe, a co jest naszą lękową projekcją. Tak waśnie działa trauma. Otumania.
Na poziomie społecznym dotyczy całych rodzin, społeczności, narodów, ras. W małej skali problem dotyczy jednej osoby, zmagającej się ze swoimi demonami wchodzącej w rolę kolejno ofiary, ratownika, kata. A wszystko nieświadome, słabo rozpoznane, skutkuje tym, że nie wybieramy swego losu sami, lęki za nas wybierają. Na co dzień widzę traumy indywidualne, jakich ludzie nie od razu chcą leczyć, bo często nie są na to gotowi. Zbiorowo, dzieje się to samo. Jednym z mechanizmów związanych z traumą jest reakcja, kiedy ten co doznał nieszczęścia w przeszłości, wywołuje strach u innych zyskując władzę, czyli pozorną kontrolę nad swoim strachem. A potem już tylko pragnie więcej władzy, żeby strach nie wrócił, żeby nie obnażył małości, bezsilności, iluzji. Władza pomaga stworzyć wizerunek, za którym łatwo się ukryć w pozornej świętości, pozornej odwadze, gdy się rozwiązuje wyimaginowane problemy, jakie nie istniałyby, gdyby człowiek nie był straumatyzowany.
Osobiście pracuję u podstaw, ze sobą i ludźmi, żeby poszerzyć strefę bezpieczeństwa, w jakiej dokonuje się wyborów nie ze strachu i nieświadomych pobudek uwikłanych w ból, i tyle mogę zrobić. Wyleczenie moich własnych traum dało mi ogląd jak jest po obu stronach, kiedy powoduje tobą trauma i kiedy jesteś już uzdrowiony/a. Po uzdrowieniu przychodzi niezwykła wolność, kiedy możesz wybrać naprawdę zgodnie z własną wolą.
Nie oceniam ludzi w tym, jak bardzo brną w swoje systemy obronne poszukiwania wroga na zewnątrz, jak bardzo wypierają fakty i poszukują walki, żeby udowodnić swoją wartość i waleczność. Konsekwencją tego, że to rozumiem nie jest złożenie broni, ani szczucie na głupotę tych co się ze mną nie zgadzają, ani ucieczka za granicę do innych rzeczywistości. Urodziłam się tu po coś, a moją bronią jest wiedza i akceptacja, jaka przychodzi, kiedy widzisz realnie, na faktach, co się dzieje i dlaczego. Robię co mogę robić, nie tracąc energii na złorzeczenia. Widać zaś, że w naszym społeczeństwie powoli tworzy się przekonanie na budowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie, na obdarzenie ludzi zaufaniem i na roztropne wybory dotyczące przyszłości, zamiast ciągłego tkwienia mentalne w bolesnej przeszłości i drapanie w traumie. Dotyczy to mniej lub bardziej wszystkich liczących się politycznie środowisk.
Może kiedyś odrobimy lekcję i wystarczająco uzdrowimy się społecznie, aby przeważyć szalę w kierunku przyszłości. Nie będziemy wtedy, wbrew ideologicznej nagonce, owcą do pożarcia, będziemy kimś, kim jeszcze nie byliśmy i rozumiem, że ta, jak każda zmiana, może przerażać. A kiedy to się stanie? Nie wiem, trudno powiedzieć ile pokoleń, ile lat upłynie. Pokolenie moich dzieci nie ma perspektywy pustych półek, jak ja nie miałam perspektywy głodu, a moi rodzice nie żyli w strachu przed łąpanką. Więc chyba w dobrą stronę powoli kroczymy. Powoli.
Myślę, że życie społeczne jest na tyle skomplikowane, że nie ma jednego narzędzia do uzdrowienia narodu, jednej idei, jaką tyko warto wspierać. Dlatego uważam, że nie ma jednego człowieka, partii, która ma absolutną rację. Na razie jak dzieci dajemy się wodzić za nos ze strachu różnym demagogom i starcom, a tymczasem życie jest zbyt skomplikowane i nikt nie rozwiąże za nas naszych dorosłych problemów, szczególnie jeśli je wyparliśmy. Nie uzdrowi nas szczytna idea, ustawa, pogląd, nawet najświętszy, jak się nań z braku poczucia sensu we własnym życiu złapaliśmy.
Nie wieszczę rozwałki, ani klęski. Społeczeństwo nie jest głupie, jak sądzą niektórzy po wyborach, ci co przegrali i trąbią butnie na głupie masy, a zwłaszcza ci co ludzi przekonali i myślą w pysze, że im się z głupcami udało. Społeczeństwo nie czuje się bezpiecznie i, dopóki to w jakimś stopniu nie zostanie zmienione, każda idea dążąca do zmiany paradygmatów polegnie. Każda idea nie pasująca do schematu walki, zagrożenia i braku zaufania. Każda idea nie naznaczona traumą i ofiarą. Każda idea nie szukająca do ubicia kata. Każda idea polegnie jeśli odważy się złożyć los ludzi w ich własne ręce zamiast szukania ratunku na zewnątrz w boskiej lub autorytarnej mocy. Więc może o to właśnie chodzi, żebyśmy uzdrowili się niejako w procesie przejmowania za siebie odpowiedzialności, za swoje życie, za swoje wybory, również te pod wpływem chorej ideologii?
Ja właśnie tak żyję, ale to jest droga w jedną stronę. Nie da się być odpowiedzialnym w połowie. Bierzesz na siebie konsekwencje i nie szukasz kozła ofiarnego. Dla niezależnego człowieka żaden ideologiczny ruch, żadna pacynka polityczna nie jest kusząca. Człowiek odpowiedzialny i niezależny w poglądach nie idzie za modą ani nie ucieka przed strachem, przed zmianą. I jeśli coś wybierze, nie złorzeczy, że demokracja jest do bani. Wiemy jak jest, jeszcze nie znamy lepszego systemu społecznego. Być może taki odkryjemy, kiedy przepracujemy traumy i niepewność. A może AI nas wybawi i zbuduje system, w którym za nas, o nas, zdecyduje 🙂
Jaka nie byłaby jednak przyszłość, czekam na nią z ciekawością. Nie unikam rozmów o świecie i polityce, i na nikim nie wymuszam zgody na moje poglądy. Każdy z nas ma prawo do swojej wizji świata i popierania tego, czego pragnie. Nawet jeśli nieświadomie gdzieś zabrnęliśmy w zbiorowej traumie, dla mnie jest to lekcja, z której wyciągnę wnioski. Nie po to, żeby innych ograć w przyszłości, ale żeby jeszcze więcej wiedzieć o tym, jaka jest natura naszej rzeczywistości. I jakie jest w niej moje własne miejsce.