Rozmowy po pełni

Następnego ranka po pełni Krwawego Księżyca, kiedy tłumy pijanych, po otrzymaniu dyplomów, studentów chrapały w okolicznych domach, po tym, jak całą noc wyły jak wilkołaki za moim płotem robiąc poruszone zdjęcia naszego boskiego satelity, siedziałam w upragnionej ciszy w ogrodzie Beth pijąc kawę i usiłowałam rozmawiać z Kozą.
– Wiesz co? – zagadnęłam.
– Wiem.
– Och, nie fochuj …
W milczeniu żuła trawę. Przez chwilę głaskałam Jaszczura, który owinął się wokół mojego ramienia na kolanie i zasnął.
– Rozmawiam z Nim – powiedziałam.
– Wiem.
– Wiem, że wiesz, ale może byś się zniżyła do mojego poziomu i czasem mnie wysłuchała!
– Nie fochuj.
„No jasny gwint” – pomyślałam – „ale sobie Kozę wyhodowałam!”
Wzięłam łyk kawy, połknęłam i westchnęłam. Jaszczur beknął przez sen i przewrócił oczami po czym ponownie znieruchomiał.
– On mówi poprzez czucie – powiedziałam cicho do Kozy, żeby Go nie budzić. – To znaczy, ja czuję co On mówi.
– Yhy – strzepnęła sierść i wyciągnęła szyję w kierunku Jaszczura. – I co ci „powiedział” – dodała mrużąc jedno oko.
– Że cisza wyraża więcej niż słowo, że uczucie jest pojemniejsze niż dowolna myśl, że przestrzeń jest nieskończonym potencjałem zdarzeń.
Pokiwała głową.
– To grubo – podsumowała i polizała gada po szorstkim ciele. Zmienił kolor z niebieskiego na zielony, potem na czerwony i różowy. Przez chwilę wydawało mi się, że uśmiecha się przez sen.
– I co wierzysz Mu?
– Zobaczymy.
Położyła mi głowę na niezajętym kolanie i zamknęła oczy. Pogłaskałam Ją delikatnie po gładkiej sierści między oczami. Pomyślałam, jaka to piękna chwila pełna autentycznej bliskości. Jaszczur zamigotał tęczowymi kolorami jak łagodny dla oczu stroboskop.
– Wiesz, że parę dni temu przytulałam takiego dwudniowego koziołka na farmie pod Lawrence? – zaszeptałam. – Był taki bialutki, całkiem duży, jak na niemowlę, i miał taką mięciutką sierść jak Ty – uśmiechnęłam się.
– Wiem.
– I chciałabym żebyś przytulała się do mnie czasem jak teraz.
– Wiem.
– I nie musisz być zazdrosna o Jaszczura.
– Wiem.
– Bo nadal potrzebuję, żebyś mi pokazywała to i owo.
– Wiem.
– Żebyś mi tłumaczyła to, co do mnie nie dociera inną niż przez Ciebie drogą.
– Wiem.
– Bo jestem tylko człowiekiem, wiesz?
– Wiem.

Jaszczur usnął na różowo. Koza delikatnie wysunęła swój mądry łeb z moich kolan i zaległa w cieniu.

Dopiłam kawę i wspięłam się na wzgórze uniwersytetu mijając po drodze porzucone stoły zastawione pustymi butelkami, puszkami, z kłębami śmieci naokoło. „Jak po festiwalu rockowym” – pomyślałam- „Każdy słuchał wczoraj jakiejś innej muzyki, ale wszyscy byli poruszeni”. Dzieciaki spały, ja szłam a Księżyc nadal w milczeniu zaszczycał drugą półkulę swoim niezwykłym widokiem, podczas, gdy na moim niebie pyszniło się wielkie błękitne powietrze i roześmiane o poranku słońce.

Milczenie Granatowego Jaszczura

Obudziłam się dziś w nocy zupełnie nagle i doznałam takiej jasności myśli, że przez następną godzinę śmiałam się bez ustanku z różnych rzeczy, które samoczynnie przychodziły mi do głowy, jakbym siedziała na scenie w teatrze, a jednocześnie robiła sobie samej standup i płynął we mnie skecz za skeczem. Śmiałam się w głos i w poduchę, a biedna Beth pewnie pomyślała w sąsiedniej sypialni, że tej biednej Polce odbiło pod wpływem upałów, co nawiedziły ostatnio Kansas. Może mi odbiło, może.

Kiedy już skończyłam zaśmiewanie się z samej siebie, z różych przeszłych i hipotetycznych sytuacji, które jak parada klaunów wędrowały po deskach sceny mojej wyobraźni dotarło do mnie, nie w formie myśli, ale przeczucia, że coś się diametralnie znowu zmienia. Ten spontaniczny wybuch radości mojego wnętrza był tak piękny, niezwykły i osadził mnie zupełnie w tamtej chwili, trwającej ponad godzinę, że pojęłam kim na ten moment jestem. To nie jest takie oczywiste kim się jest. Warto się czasem o to zapytać, ale nie rozumu, a serca, wnętrza. Ono wie lepiej, rozum nas tylko naznacza imieniem, nazwiskiem, oceną naszych talentów i antytalentów. Zwartościuje nas od stóp, po czubek i nie wymkniemy się temu warunkowaniu.

Kiedy mój śmiech przeszedł w łagodne radosne bycie, a za oknem nadal było ciemno, tylko ptaki przeczuwały świt i jazgoliły uparcie, pomyślałam, że to jest właśnie spokój, którego szukałam. I z tą myślą, wpraszającego się do mnie rozumu, ponownie zasnęłam. Miałam trzy bardzo symboliczne sny, ale tylko jeden tu opowiem.

Śniło mi się, że jakiś zwierzak, którego moje ja widziało jako psa, ale równie dobrze mógł być to niedźwiedź, coś miłego, przytulnego, pomocnego i życzliwego podeszło do mnie w jasnym pokoju, w którym stał fotel.
– Spójrz – powiedział Psioniedźwiedź – jaki On jest biedny. Leży tu sam i cierpi.
Podeszłam powoli do zwierzęcia i myśląc, że to również jest pies, bo tylko nos wystawał spod okryć,  dotknęłam delikatne wilgotnej skóry. Nagle zwierzak skoczył i zwalając kokon kocy okazał się Granatowym Jaszczurem.
Krzyknęłam zaskoczona, a Jaszczur wylądował na podłodze i zamiast uciec wspiął się po mojej nodze aż na szyję i tam się zawinął jak kołnierz.
– On bardzo potrzebował Twojego przytulenia – powiedział łagodnie Psioniedźwiedź.
Poczułam, że przytulam pięknego, granatowego, mieniącego się na brzegach kolorami od niebieskiego do zielonego, gada, w którego wnętrzu jest jakaś siła niezwykłej persfazji. Przytuliłam Go do siebie bez wstrętu i walki, przyjmując z akceptacją Jego pojawienie się w moim wewnętrznym świecie.

Dziś, kiedy wstałam, przed budzikiem, a jakże, zobaczyłam i Kozę i Granatowego Jaszczura. Pijąc kawę w ogrodzie spytałam Kozę:
– Jak myślisz, kim On jest?
– To Twój Jaszczur, sama się dowiedz.
– Nie pomożesz mi?
– A jak mnie odkryłaś? Nie potrzebujesz pomocy, żeby się tego dowiedzieć. Może raczej zadaj sobie pytanie dlaczego tak usilnie musisz wszystko wiedzieć.
– I rozumieć, masz rację. Obsesyjne to we mnie,
Jaszczur tymczasem położył się w plamie słonecznej na trawie i wyglądał, jakby zasnął.
– Przytulałam Go we śnie – powiedziałam na głos. – Ciebie nie przytulałam.
– Spróbuj – powiedziała uśmiechając się ni to ironicznie ni to ostrzegawczo.
– Chodź tu – krzyknęłam – zaraz Cię poprzytulam.
– Ręce precz od mojego futra!
Rzuciłam się w pogoń za Kozą, a w przelocie zobaczyłam jedno odwracające się, śledzące nas czujnie oko Jaszczura.
– Patrzysz na nas? – powiedziałam cichutko podchodząc. – Wygłupiamy się. Koza nie lubi być dotykana, dlatego zwiewa, aż się kurzy!
Wybuchnęłam śmiechem i z oddali usłyszałam jak Koza śmieje się ze mną.
– Oj nie lubi, nie lubi. A musi lubieć? Nie musi – pomrukiwała zsuwając się ostrożnie ze świerka.
Podeszłam jeszcze bliżej i usiadłam naprzeciw otwartego oka. Patrzyło wprost na mnie, nie ludzkie, ale magnetycznie piękne z tęczówką o zmiennym kształcie i głębi.
– Kim Ty jesteś?
Jaszczur zamknął oko i otworzył znowu. Popatrzył to na Kozę, to na mnie i zamknął je z lekkim westchnieniem. Zasnął.
– On nie mówi – powiedziała Koza – tyle mogę Ci powiedzieć. To stworzenie sprzed powstania słów, określeń, co jest czym.
– To jak się będziemy porozumiewać.
– On wszystko rozumie – powiedziała Koza i odchodząc dodała. – O wiele więcej niż jesteś w stanie sobie wyobrazić, kochana.

Zrozumiałam, że zanim powstają słowa, którymi nadajemy rzeczom nazwy, coś istnieje, bo przecież, nawet jeśli nikt nie nazwie krzesła krzesłem, to ono tam jest. A jeśli to jest krzesło elektryczne, ktoś przypisze mu nową dodatkową funkcję niż samo siedzenie, a nawet historię, jeśli było w użyciu. Nazwy, definicje, wszystko opiera się na słowach i naszym rozpoznaniu tych słów. Ktoś mówi do nas swoim językiem, my tłumaczymy sobie ten język na swój i doszukujemy się w bazie naszych doświadczeń – znaczeń.
Ktoś może mówić; „Kocham Cię”, mówiąc, „Idź odpocznij.” Może mówić: „Nienawidzę Cię”, mówiąc „Taka jesteś blada, może masz białaczkę?” Popatrzyłam na Granatowego Jaszczura mieniącego się w słonecznym świetle jak rzadki minerał i pojęłam, że czeka mnie nowa przygoda rozumienia rzeczywistości poza słowami.

Przed pójściem do pracy, a po wypiciu kawy, położyłam się na trawie przy moim Jaszczurze i otuliłam Go szczelnie ramionami. I przez krótką chwilę wdychając zapach porannej trawy, zobaczyłam pod zamkniętymi powiekami Wielkiego Granatowego Węża, który rozwija nade mną ogromne błony skrzydeł bezgłośnie unosząc się w powietrzu. I zrozumiałam, że nic nie jest takie jakie się wydaje, jak wygląda z pozoru, nic nie jest oczywiste.
Otworzyłam oczy, podniosłam się, a Koza stała na najwyższej gałęzi wielkiego kanadyjskiego świerku i wypinając dumną pierś, i przecinając strugi wiatru ostrymi, długimi rogami, spoglądała w niebo.

Seria fortunnych pomyłek

–  Znowu się pomyliłam – powiedziałam do Kozy.
– Podjęłaś decyzję, którą uważasz za pomyłkę -odparła – nie ma pomyłek, są wybory.
Skubała majową trawę w moim ogródku i łypała na moją twarz wystawioną na słońce.
– Gdybym wiedziała, domyśliła się …
– Nie wiedziałaś i na podstawie znanych danych podjęłaś decyzję – odwróciła się zadem i dodała – nudzisz. „Gdyby” nie istnieje.
– Założyłam coś co było nieprawdą – powiedziałam po namyśle.
– O, i to ma sens – odparła – teraz zapytaj siebie czemu zakładasz coś zamiast się dowiedzieć, jaka jest ta prawda.
Popełniłam pomyłkę w ocenie, bo nie chciałam uwierzyć w coś, co samo pukało do mojego umysłu, a co zignorowałam. Wolałam iluzję, że jest inaczej. Tak się czasem zdarza, że iluzja jest na tyle kusząca, że w niej zostajemy. I oszukujemy się. Nie ma więc mowy o pomyłce, jest intencja niezobaczenia prawdy i tyle. Czasem nie chcemy zobaczyć, bo coś jest bolesne i nas przekracza w danym momencie, ale już za chwilę, gdy iluzja się rozwiewa, możemy zobaczyć prawdę, stajemy się na nią gotowi. Nawet jeśli prawda jest bolesna.

Pozostawanie w iluzji kosztuje o wiele więcej niż oswojenie bólu po jej rozwianiu. Iluzja pochłania naszą energię, bo wciąż się nami zasila, żeby istnieć a brak siły nie pozwala iść dalej. Zatrzymuje nas w pułapce, którą sami na siebie zastawiamy, kiedy jednak ją zwalczymy, rozwiejemy skutecznie, znika i nie wraca, chyba, że świat chce nas sprawdzić, czy nadal wpadniemy w jej sidła. Taka dawka przypominająca na okoliczność odbytej już lekcji.

Lekcje, które nazywam pomyłkami, mogą ciągnąć się przez pół życia, dopóki nie wyjdziemy z oparów własnych słabości skrzywionego spojrzenia na rzeczywistość. Wybieramy iluzje, żeby komfortować się w kontakcie z trudnymi sytuacjami zwykle powiązanymi z naszym dzieciństwem, kiedy jak gąbki wchłonęliśmy różne programy przetrwania. Dokopanie się do tego jaki program nas zatrzymuje w iluzji, to z jednej strony niezwykły wysiłek, z drugiej, wyzwanie i, już po fakcie, dobra zabawa.

Przyznanie sobie prawa do „pomyłki” jest konieczne, żeby zrobić postęp. Poczucie winy, że znów się pomyliliśmy, tylko odbiera nam siłę. A wtedy się nie uczymy tylko samobiczujemy, że znów to zrobiliśmy. Warto mieć takiego beznamiętnego obserwatora, którym dla mnie jest Koza.

– Następnym razem dopytam o wszystko co będzie istotne z mojego punktu widzenia.
– Odrabiasz lekcję – potaknęła Koza.
– Nie bardzo się też martwię, że w przyszłości znów wpadnę w jakieś pułapki iluzji. Jestem chyba podatna – powiedziałam.
– Bez ci schnie – rzuciła Koza bez związku.
– Przycięto go bez mojej wiedzy – odparłam.
– Czyli nie mogłaś temu zapobiec – powiedziała – tak jak wielu rzeczom, które robią ludzie w tak zwanej dobrej wierze.
– Tak.
– ” Nie mam wpływu, że ktoś chce mi zrobić dobrze z niewiadomych powodów i zrobi źle” – pomyślałam. Nie odpowiadam za intencje i działania innych ludzi, nie mogę ich przewidzieć, zapobiec im, mogę tylko zareagować na skutki podjętych przez nich decyzji. Mogę się złościć i nawrzeszczeć na nich, że mi szkodzą, zemścić się w odwecie, albo co najefektywniejsze, odciąć ich od siebie, żeby więcej nie wkraczali w moją przestrzeń. To załatwia wszystko na ten moment. Co prawda bez nie odrośnie, ale może przetrwa jaśmin, jak nie będą mi bezrefleksyjnie buszowali po ogrodzie.

Można też poczekać i poobserwować czy się zmienią. To słaba strategia i czasochłonna, ale bywa, bywa, że coś ludzi natchnie i przestają być wielką pomyłką naszego życia, a stają się jego skarbem. Rzadko, bo ludzie nie kameleony i zmieniają się opornie. Wolą tkwić we własnych iluzjach niż w prawdzie, tak już jest, nie ma na to rady. W końcu łatwiej zobaczyć czyjeś iluzje niż swoje.

–  Boję się pomyłek – powiedziałam zamykając oczy – szczególnie gdy chodzi o ludzi.
– Ludzie są wielką niewiadomą. Czasem jakiś chwast okazuje się lekiem na nieuleczalną chorobę. Zjedzenie go, staje się bezcennym doświadczeniem.
– Nawet jak się porzygasz i prawie zejdziesz …
– A tak. A jak staniesz na nogi stajesz się zupełnie innym człowiekiem. Włączasz swój nowy przemodelowany układ odpornościowy i już stare choróbsko nie ma szans.
– Ale to trwa …
– Trwa ile potrzebuje. Nie przyspieszysz, nie zatrzymasz. Dostosuj się.

Nie lubię tego momentu oszołomienia, kiedy budzę się z iluzji i okazuje się, że to fikcja. Czuję się wtedy zagubiona, jakbym nie była sobą, choć to przecież ja wybrałam, ja byłam, ja stworzyłam tę iluzję. Zbieram wtedy swoje zabawki, wsiadam w tramwaj i wracam do siebie. Tym razem, po „pomyłce” wsiadłam w rakietę. Szybko poszło.

– Bo się wyrabiasz, szybko dostrzegasz brak przylegania iluzji do prawdy. Zuch dziewczyna. Zjem ci trawę, żeby było ładnie.
– Tylko nie zjedz za dużo, żeby odrosła.
– Zaufaj mi – wypaliła – znam się na trawie.
– Zaufaj…
– Zaufaj. Radzisz sobie, więc nie obawiaj się próbować, nawet jeśli znów wejdziesz na minę. Złapiesz lekcję i podciągniesz się znowu w tej grze, zwanej dla niepoznaki, życiem.
– A może przestać próbować, zostać tam gdzie się jest?
– Twój wybór, ale życie i tak się toczy. Z tobą, czy bez ciebie, poniesie cię, albo wybierzesz drogę sama, ucząc się na „pomyłkach”.
– To niesprawiedliwe, że mi się zdarzają „pomyłki” -zajęczałam.
– Poużalaj się nad sobą przez chwilę, masz prawo być zła i bezsilna, ale potem przestań, bo to odbiera siłę. Idź dokąd chcesz iść, zaufaj sobie.
– Brzmisz abstrakcyjnie …
– Tak? – zaśmiała się Koza – Jesteś mną a ja tobą! Sama jesteś abstrakcyjna. Polub siebie taką!
– Wolę polubić ciebie.
– Zawsze bliżej, ale skup się na tej części jaką kwestionujesz. Tą, która wydaje Ci się nierozsądna. To ona robi odważny  postęp myląc się, albo mając rację, próbując. Pamiętasz kiedy ostatnio podjęłaś prawidłową decyzję?
Zamyśliłam się. Faktycznie, kiedy się nie mylę, nie odnotowuję tego, skupiając się na „pomyłkach”.
– Masz rację, wyolbrzymiam.
– Jesteś zła na siebie. To minie. Zjedz mlecz.
– Wystarczy mi pomyłek na jeden miesiąc! – krzyknęłam ze śmiechem. – Ale ty wcinaj, smacznego.
Ten pysk wypełniony żółtym kwieciem, przy całej swojej powadze, Koza potrafi być komiczna.
– Bierzesz to wszystko za bardzo na serio. Baw się tym co przychodzi, co odkryłaś. Nikt tego lepiej nie zrobi od ciebie, nikt lepiej nie pozna twojego życia niż ty. A skoro jesteś skazana na myślenie, baw się nim i przeżywaj wszystko takie, jakie jest.

Zrobiłam wieczorem test na Covid i oblałam go, więc niestety, bo nie mam ochoty, ale jutro znowu lecę do Kansas. Czeka mnie miesiąc czegoś nowego. Niedawno cieszyłam się tym wyjazdem, teraz jestem zagubiona. To taki odmienny stan, że nie zna go nawet Koza. Powiedziała mi na koniec, że jestem w miejscu, w jakim jeszcze nie byłam podczas swojego życia. Wszystko jest nowe, stąd to zagubienie, po przekroczeniu granicy samej siebie, lądując w miejscach nie odkrytych i fascynująco innych niż sądziłam, mając o sobie jakieś w miarę ugruntowane wyobrażenie, czuję, że znów się co do siebie pomyliłam.

– I tu też się pomyliłam – szepnęłam smętnie idąc się pakować.
– No widzisz, jesteś ciekawym obiektem eksploracji. Wciąż zaskakujesz samą siebie.
– A ciebie?
– Mnie też. Ale niezależnie z czym przychodzisz, zawsze tu będę, żebyś miała inną kamerę do wydobywania prawdy o twojej rzeczywistości.

Wylądowałyśmy z Kozą w Minneapolis, gdzie przesymaptyczny piesek wykrył w moim bagażu podręcznym zakazanego banana.

– No rzesz – burknęłam do Kozy – że też go wcześniej nie zjadłam.

Następny lot miałam tuż, tuż, a tu nagle muszę przedzierać się przez odprawę celną i za karę odbywać pogawędkę z celnikiem pilnującym granic przed przekraczaniem ich z owocami.  Duża Pakistańska rodzina przede mną wwoziła kawę, przyprawy i chleb. W trakcie ich rozmowy przestałam się spieszyć, odpuściłam sobie winy za niezjedzenie banana i z nagłym zainteresowaniem obserwowałam czy się spóźnię na lot do Kansas.

–  Tylko banan? – spytał uroczy celnik.
– Tylko banan. Nie zdążyłam zjeść przed podróżą.
– A polska kiełbasa? – podchwytliwie zapytał po zajrzeniu do paszportu.
– Ani grama – odparłam z szerokim uśmiechem całkowicie zrelaksowana.
Uśmiechnął się uroczo, nabazgrał czerwonym flamastrem na pomarańczowej kartce i puścił wolno konfiskując mojego banana na obczyźnie.

Po próbie przemytu, leciałam na ostatnie połączenie z lekkim przyspieszeniem w nogach. Dotarłam dokładnie w momencie kiedy moja zona wchodziła do samolotu.

– Fajna bananowa przygoda – powiedziałam Kozie na koniec. – Ale lekcja odrobiona. Nie przemycać bananów do Stanów. I nie denerwować się, jeśli się nie ma wpływu na sytuację.
– Poszło naprawdę gładko. A w nagrodę, jeszcze dzisiaj, zobaczymy różowiące się judaszowce.

Szczerze, ale przekornie, o wojnie

Długo się wahałam, czy pisać o wojnie, nie dlatego, że to taki gorący temat i wszędzie o nim trąbią, a każdy staje się ekspertem od strategii międzynarodowej, ale dlatego, że nie lubię podsycać niewłaściwych idei. A wojna, jej idea, tak czy siak, jest podsycana i karmi się naszą wzmożoną uwagą. Chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że czym innym jest przyjmowanie faktów o wydarzeniach, a czym innym popadanie w emocje wzbudzane tymi faktami, więc kiedy czujemy słuszny gniew, że ludzie tam gdzieś giną, za absolutną niewinność, jedyne co możemy realnie zrobić, to nie dać się ponieść temu gniewowi tam, gdzie wcale nie chcemy, by nas ta emocja zaprowadziła, w nienawiść, w chęć odwetu, a nawet masakry, w strach i panikę, ze wszystkim tym nieracjonalnym, co za głębokimi emocjami stoi i prowadzi do nieprzemyślanych, nierozsądnych działań, bo kompletnie zaślepia.

Nie jestem strategiem, ani specjalistą od stosunków ze Wschodem, dlatego nie wtrącam się do dyskusji co, i jak należy zrobić w sytuacji ewidentnej agresji Rosji na Ukrainę, ale nie zamykam też oczu i nie piszę, że liczę na to, że naród rosyjski się obudzi, bo to świadczyłoby o mojej wierze w magiczne siły, które nie mają żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Czytam co piszą specjaliści i ludzie, którzy tam, w Rosji, żyli, niektórzy nawet znali Putina, na tyle, na ile ten fasadowy człowiek dał się poznać. Nikt z nich nie potwierdza szczerych nadziei na zmiany w tamtejszej polityce, w której tradycje przywódcze z sukcesem stworzyli podczas najazdów mongolskich władcy psychopatyczni, z taką samą obojętnością zabijający nie swoich, co swoich. I charakter tej władzy nie zmienił się od tamtych zamierzchłych czasów, nie dlatego, że nikt Rosjanom nie wytłumaczył, ani nie są w stanie zobaczyć, że mogą wybrać charyzmatycznego mądrego przywódcę, który pociągnie ich kreatywny naród w nowe czasy, ale, że oni nie mają w swojej świadomości zbiorowej żadnych innych doświadczeń na temat władzy.  Cyklicznie, ze sztucznie podsycanego strachu, wybierają okrutne, ale znajome wzorce, zaburzone persony na swoich absolutnych władców, zachowując pamięć ich rządów, w tym morderczych podbojów i wewnętrznych, krwawych czystek,  jako „wiek złoty”. I dopóki to się nie zmieni, nie ma co marzyć w nadziei na przełom ich świadomości, a żaden medialny przekaz społeczny, nawet globalny , żaden intelektualny dyskurs, ani fotografie zabitych dzieci podsyłane matkom żołnierzy, tego nie zmienią. Tam, gdzie panuje zbiorowy mit, o tym, że bezpieczeństwo daje tylko morderca, którego wszyscy się boją, zwłaszcza krajanie, tam nie ma miejsca na fakty, rozsądek i na zmianę.

Nasuwa się proste pytanie, raczej nie do mnie, a do tych co zjedli na polityce światowej zęby, co w takim razie może zmienić imperialne zapędy Rosji? Nie wiem. Ale w całej tej napiętej sytuacji, która jest bardzo dotkliwą lekcją dla świata, warto się przyjrzeć, kogo sami wybieramy, skoro tak dotkliwie oceniliśmy wybór rosyjskiego narodu. Jakie osoby są u władzy w innych krajach, w Europie, w Azji, w Ameryce, w Afryce, w Australii? Przyjrzyjmy się temu na spokojnie, zobaczmy, jak z lekkością oddajemy odpowiedzialność politykom o narcystycznych zapędach do władzy, jakim nie powierzylibyśmy osobiście na tydzień samochodu, a co dopiero opieki nad kotem, albo psem. Z jakich magicznych powodów uznajemy, że są odpowiedni do odpowiedzialności za nasz dobrobyt, nasz rozwój, naszą przyszłość? Dlaczego z taką rezygnacją przechodzimy nad powszechnym przekonaniem, że w końcu wszyscy oni są skorumpowani i nie mamy na to wpływu, że tak jest. Może jednak ten wpływ mamy? Na pewno mamy wpływ na to, czego uczymy nasze dzieci. Mamy wpływ angażując się w lokalnej społeczności, mamy wybór przy urnach, mamy wpływ na to, co mówimy innym, mamy wybór myśleć, kiedy zalewa nas propaganda medialna. Ludzi poznaje się po owocach ich działań, a nie po strzelistych słowach na wiecach i w wywiadach. Dlaczego czcimy misterne maski w pozłacanych czasach celebrytów, zamiast autentycznej niedoskonałości, w której tkwi ludzkie piękno, bo stoi za tą niedoskonałością prawda?

Co do wojny i moich odczuć, zachowałam spokój. Chwilę się pobałam, czy moim dzieciom nic nie zagraża i jak mogę im pomóc. To jest mój zasięg, i odpowiedzialności, i wpływu. Popomagałam tam, gdzie czułam, że robię to najefektywniej, ale w dbałości o swój spokój i swojego otoczenia, nie lecąc na poświęcającego się bohatera, który spala się w ratowaniu świata. Wyczerpany człowiek nie myśli racjonalnie, jest słabym obrońcą tych, co uciekają przed wojną. A uchodźcy liczą na nasz spokój i racjonalną pomoc. To przywróci im siłę i wiarę w normalność.

Jeśli jednak ktoś się musi spalić w gniewie i nienawiści do Rosji, albo Putina, to proszę mi wierzyć, siła rażenia tego uczucia kończy się na naszym podwórku. Ani Rosja, ani Putin nie zostaną odczarowane przez nasz wspólny gniew.  Putin na tym właśnie gra, na zaślepieniu emocjami, na naszym martyrologicznym nastawieniu do zbawiania świata i innych pogubionych, w naszym mniemaniu, nacji. Stąd taka łatwość manipulacji, taka łatwość wzbudzania naszego zaślepienia. To jest gra, w której Putin chce nami kierować z drugiego, psychospołecznego planu. Liczy na pospolite ruszenia, na nieprzemyślane oburzenia w dyplomacji, na nasze dziecięce tupanie nóżkami. A nam potrzeba dojrzałości w nieangażowaniu się w tę grę, w nierzucaniu pionkami w przeciwnika, a zejście z pola bez utraty energii. Nieangażowanie polega na tym, żeby nie podburzać, nie wyolbrzymiać, trzymać się faktów i umieć nimi zarządzać. Pomóc uciekającym, wesprzeć ludność cywilną, siebie i wszystkich przybyłych do naszego gościnnego kraju obronić na naszym terytorium, jeśli coś nam zagrozi. Rozważyć fakty, a nie mity, stworzyć inteligentną politykę budowania przyszłości w tym szczególnym geograficznie miejscu, nie ideologicznie, nie z agresja i, co chyba najważniejsze, wytrwać przy swoim. Nie wdawać się ani w kłótnie, ani w kompromisy, jeśli łamią nasze poczucie bezpieczeństwa. Nie wychodzić z pozycji ofiary oczekując ratunku, albo wyniosłego w swoim męczeństwie bohaterstwa, ale … szukając drogi środka, mistrzowskiej drogi. Stać nas na to, zapewniam was. Nawet jeśli teraz nie w pełni nam się ona uda, to jest właściwy kierunek dla przyszłych pokoleń. Ale żeby tego dokonać, trzeba znaleźć drogę środka w sobie, osobiście, i na poważnie dojrzeć.

Wojna weszła mi do domu z przyjacielem Syna, którego tata w drugim dniu wojny dostał powołanie do ukraińskiego wojska. To było dla mnie tak irracjonalne, że trudno uwierzyć. Od tej pory widzę tę wojnę jako wyzwanie dla swojej własnej racjonalności, nie karmienia świszczących od emocji idei, ale prawdziwego rozeznania się w sytuacji, zobaczenia nawet najokrutniejszych faktów, czy najgłupszych decyzji, żeby na tej bazie podjąć najwłaściwsze, racjonalne działanie. I jednocześnie uczę się weryfikacji, czy mam prawo osądzać innych w ich zaślepieniu, jeśli nie wyjdę z własnego w kierunku prawdy? A uniwersalna prawda, czyli fakt, jest taki, że na wojnach giną biedni, a zyskują bogaci. Dlatego zamiast lecieć z szabelką na znienawidzonych pomieszanych ideologicznie ludzi dowolnej maści, warto zdjąć własne buty ideologii i przez chwilę pochodzić boso, bez bagażu wpojonych nam patriotycznych teorii, i może się okazać, że dojdziemy wtedy do własnych, zaskakujących wniosków nie mających nic wspólnego z ogólnie i szumnie przyjętymi przekonaniami dowolnej strony. I to podjęcie samodzielnego myślenia, ta wolność, pozwoli nam na wyjście z gry, która nas, ludzi na świecie, rozgrywa, a bynajmniej nie rozgrywa w żadnym naszym interesie, w żadnym aspekcie naszego wyjątkowego życia.

 

Czas na … Merry Christmas!

– Może przełożymy wigilię na jutro? – spytałam córkę śpiącą na kanapie po tym, jak odsypiała nocny kurs ze swoim tatą na lotnisko. Było tuż po dwunastej i zupełnie poważnie rozważałam przeniesienie wigilijnej kolacji na dzień następny.
– Daj mi piętnaście minut – szepnęła Julia a ja tylko się uśmiechnęłam do siebie widząc, jak mówi do mnie nie otwierając oczu. – Mamy cztery godziny, damy radę.
Poszłam do chłopców, których czasem nazywam sforą wampirów. Wynurzają się z pokoi po zapadnięciu ciemności z różowymi oczami wymęczonymi monitorem. Czasem myślę, że może zdrowiej byłoby, gdyby rzeczywiście w nocy polowali na zwierzęcą krew, niż walczyli z wirtualnymi strzygami w interaktywnym świecie Wiedźmina nawołując przez mikrofony swoich niewidzialnych współtowarzyszy.
Od mojego powrotu ze Stanów z wieloma sprawami nie nadążam. Trzymał mnie jet-lag przez dobry tydzień. Czułam się nieswojo również z ciemnością za oknem przed czwartą po południu i zachmurzonym prawie nieustannie niebem. Gdzież to słońce karmiące mnie niewidzialną, soczystą energią?
– Zrobię barszcz – powiedziałam do siebie i wstawiłam kawę. Włączając muzykę świąteczną zaczęłam podrygiwać w kuchni, a dom powoli napełniał się ruchem.

Dzień wcześniej pojechałam po sztuczną choinkę. Miałam już dość wyrzucania zmęczonego drzewa na śmietnik. Wolę sadzić niż zrywać, wolę kiedy mi kwitnie niż usycha. Kiedy wyjechałam, moja kotka w złości, że mnie nie ma, zrzuciła moje orchidee. Trochę się uszkodziły, może też się obrażą i nie zakwitną, kto wie? Potem oficjalnie nasikała na chodniku w łazience. Taki protest. Ludzie też czasem tak wyrażają swoje niezadowolenie, niszcząc i obsikując. Nie uciekliśmy aż tak daleko od swojej zwierzęcej natury jak nam się zdaje. W złości, z bezsilności niszczymy to, co ktoś inny stworzył i obsikujemy ludzi słowami, niekiedy ostrymi, jak żrącym jadem.

Gdzieś około rozkładania stołu i wyjmowania obrusa przypomniałam sobie, że nie mamy opłatka.
– To nic mama, zrobimy w tym roku tak, że zamiast życzeń każdy będzie mówił za co jest wdzięczny – powiedziały dziewczynki. Wdzięczność ma więcej mocy niż życzenia. Energia wdzięczności uzdrawia, wypełnia, pokazuje nam prawdziwą perspektywę tego w czym żyjemy, co mamy. Życzenia pokazują pozorne braki, wybiegają w przyszłość, której jeszcze nie ma. Dopóki człowiek nie jest wdzięczny za swój obecny stan, nie ma sposobu go nakarmić, w szczególności tym co jeszcze nie nastąpiło, czyli nadziejami. A kiedy już autentycznie jest wdzięczny sam zauważa, jak niewiele mu potrzeba, jak pewne życzenia stają się zbędne, pewne dążenia niepotrzebnie pochłaniają naszą bezcenną energię.

Kiedy Julia skończyła robić sushi, naszą tradycyjną potrawę wigilijną, zrobiliśmy sobie zdjęcia. Telefon na stercie poduszek wziął nas co nieco z dołu, ale całkiem ładnie, na tle starej szafy, którą kilka lat temu własnoręcznie pomalowałam z jednej strony na kolor ciemnoczerwony. Lubię coś czasem zmienić, przemeblować, przemalować, wywalić, jak już zawadza. Na te święta mam plan wypatroszenia mieszkania z rzeczy zbędnych. Nie miałam na to czasu przed, ale takie dwie godzinki na przejrzenie, co by tu można wywlec i oddać, puścić w obieg, skoro już mi niepotrzebne. Zajęcia praktyczne zamiast siedzenia przed filmem i jedzeniem.

Zapaliliśmy świece z manufaktury w Kansas o oryginalnych, mieszanych zapachach nazwanych przez twórców „Późne Popołudnie” albo „Candy Cane” i zjedliśmy to, na co mieliśmy ochotę bez przejadania się i torturowania żołądka. Rozmawialiśmy, dużo się śmiałam, jak zazwyczaj, kiedy razem siadamy do stołu i naturalnie jesteśmy obecni w tej samej wspólnej przestrzeni. Potem puszczaliśmy sobie po kolei ulubione świąteczne piosenki. Moją jest „Last Christmas” i nie zapowiada się w tym stuleciu na żadną zmianę.

Nawaliłam z prezentami. Niektóre nie dojechały na czas. Urok internetowych zakupów i brak prawidłowego poczucia czasu po powrocie. Jakoś to sobie wybaczę, pewnie nie od razu. Dzieci pograły jeszcze w grę planszową dla czterech osób, więc krzątałam się obserwując i sprzątając.
Późnym wieczorem chłopców wessały pokoje, Lenę odwiozłam do domu, Julia padła na kanapie, a ja obejrzałam komedię romantyczną o rozwiedzionej pisarce, oszukując swój mózg, że absolutnie nie wiem co się stanie. I kiedy książę na koniu podjechał pod okno, postanowiłam coś tam jeszcze skubnąć z lodówki. I jakby ruszyła lawina, zombi z pokoi po kolei wpadali na dodatkowe pierogi, kanapki, sushi. Wigilia w ten sposób się przedłużyła o kolejną, nieoficjalną część.

Za co jestem wdzięczna w tym roku? Za normalność, codzienność, która zmienia się w magię, kiedy dzielę ją z tymi, których kocham. Za to, że stworzyłam kiedyś w przestrzeni wielu lat takie wspaniałe stado, dzięki któremu wypełnia się sensem mój własny, osobisty świat, w którym rozpoznaję sprawy ważne, od tych błahych i cieszę się, że miałam na to odwagę, energię i czas.

Popandemiczna magia tanga

To była pierwsza milonga od czasu rozpanoszenia się pandemii. Od marca całe tangowe towarzystwo przestało się spotykać i choć z czasem szkoły znów się otworzyły, rozpoczęły się lekcje tanga, warsztaty, zaczęto zapraszać argentyńskich nauczycieli, milong nadal nie było.
– Masz duże szczęście, że akurat teraz przyjechałaś. To będzie prawdopodobnie jedyna milonga do końca roku w Kansas – powiedziała Sophia, organizatorka milongi w klubie Viva, gdzie mieści się szkoła tangowa. – Następna milonga jest w grudniu w Nebrasce.
Przyjechałyśmy do klubu spóźnione. Anika pracowała tego dnia do późna i czekałyśmy na nią pod domem dobre 20 minut. Kiedy w końcu wskoczyła do samochodu i Jenny wycofywała samochód z parkingu Anika krzyknęła:
– Czekaj! Zapomniałam telefonu! – i wyskoczyła z auta nie zamykając drzwi.
Całą drogę, czyli około 40 minut, jedna część mnie śledziła rozmowę, a druga zastanawiała się, jakie życie czasami jest proste. Wystarczy odrobinę się otworzyć, przyjść na zajęcia dla, jak się potem okazało, początkujących i średnio zaawansowanych w tangu i spotkać wspaniałe towarzystwo zarażone skutecznie infekcją tangową, zmieniającą ludzi w istoty węszące, gdzie by tu można potańczyć dowolną porą. Infekcja ta nie przechodzi z czasem, ale z osoby na osobę, i na szczęście wzmaga odporność na wiele cywilizacyjnych chorób ciała, jak i ducha. Potrafi odgrodzić od schizofrenii obecnego świata skutecznie i trwale, bo poznając ludzi tanga widzę jak można się łączyć, nie dzielić, współpracować, nie konkurować i choć tango wyzwala wiele emocji, kiedy ma się zdrowe podejście do siebie i tańca, te wszystkie emocje przechodzą zdrowo wymiatając niepotrzebne złogi gromadzone w wielu innych sytuacjach. I to widać i czuć wszędy, gdzie tango trafia.

Tuż po przybyciu do pięknej tanecznej sali w Kansas City, zobaczyłam kameralną grupę tancerzy w różnym wieku tańczącą albo siedzącą przy stolikach. Ledwie zdążyłam zmienić buty już zostałam poproszona do pierwszej tandy. I, co tu dużo mówić, od tej chwili miemal nie usiadłam ani na minutę. Do północy tańczyłam z jedną przerwą na łazienkę i jedną po milondze, kiedy cała mokra padłam i partnerzy dali mi odsapnąć na moment. I nie byłam w tym odosobniona. Każda kobieta w tej sali była zaopiekowana, proszona, obtańczana, czy jak to nazwać, w każdym razie, niezależnie od poziomu, temperamentu, wszyscy tańczyli ze wszystkimi w wielkiej fecie, celebracji tanga, spragnieni jego wrażeń. Panowie z paniami, panie z paniami i panowie z panami, bez żadnych ograniczeń i skojarzeń, a ogień tryskał po parkiecie widoczny dla tych co widzą świat trochę bardziej energetycznie.

Partnerzy, miękkie, spokojne objęcia, bez wygibasów, bez ciągnięcia za rękę i siłowego przestawiania w z góry zaplanowane miejsce, bez deptania, bez zderzania się, bez kopania, bez wchodzenia w bezpieczną przestrzeń innych par. Miód, malina, jak mówią wytrawni tancerze. Pierwsi partnerzy jak królowie angielscy, wyprostowani, dystyngowani, empatyczni, aż chciało się tak podążać w miękkim zdecydowanym objęciu, bez nadmiernego szaleństwa, elegancko z uwagą na każdy krok i nieistniejący tren wiktoriańskiej sukni sunący majestatycznie po parkiecie. W końcu zaprosił mnie pan, którego intensywne, dynamiczne tango obserwowałam przez chwilę. Było inne i kiedy stanęłam z nim w objęciu, po paru pierwszych ruchach wyczułam ogień. Jego objęcie było początkowo sztywne, dopiero potem, kiedy zrozumiały się nasze ciała, poczułam jak ten kamień topnieje i … stała się magia.

Najpierw wrosłam głęboko w ziemię, moje stopy nawet na wysokich palcach doskonale poczuły grunt, a ciało tak dobrze osadzone w ziemi zyskuje to co powinno – stabilność i elastyczność do wykonywania dowolnych ruchów na powierzchni. Magia tanga. Brain, bo tak mu na imię, od razu wyczuł moje osadzenie i nasz taniec popłynął sam z towarzyszeniem naszych ciał niesionych muzyką. Marcin, mój wspaniały nauczyciel tanga, powiedział kiedyś, że wciskam tangowy pedał gazu tylko do połowy, może dlatego, że usiłuję kontrolować ruch ciała. Tańcząc z Brainem mój pedał gazu osiągnął poziom do tej pory mi nie znany. W pewnym momencie, przy kolejnej tandzie, śmialiśmy się po każdym utworze, tak nas zaskakiwała cała sytuacja. Czułam taką płynność i od pewnego momentu, nie od razu, takie zaufanie do partnera w tańcu, że volcady, colgady robiłam od tak, lekko, niemalże niedbale. W pewnym momencie byliśmy już nie dwojgiem ludzi tańczących na parkiecie wspólnie, ale jedną, czworonożną istotą wyrażającą swoją tangową ekspresję.

Zatrzymania, przyspieszenia, wszystko zsynchronizowane do jednoczesnego bicia tangowego serca. Robiliśmy niewielkie jednotandowe przerwy na innych partnerów, a potem wracaliśmy do siebie po więcej, i więcej tej magii, jaka nas otoczyła i uniosła, pochłonęła.

Brain jechał dwie godziny z północy, żeby potańczyć tango. Dużo podróżuje po świecie, tańczył w Berlinie, w Londynie, w Oslo. Rozmawialiśmy trochę o tangu odpoczywając, o tym jak wyglądają milongi w różnych krajach Europy i Azji. Na milondze w klubie Viva w Kansas byli ludzie z Nebraski, Ohio, Missouri, ale najwięcej procentowo osób przyjechało z Lawrence. Ta zwarta, dobrze zorganizowana grupa ludzi tanga ma swoje praktyki tangowe. Poznałam organizatora tych praktyk, są cotygodniowe, wszyscy tańczą tam ze wszystkimi, więc można swobodnie przyjść bez partnera. I tak pojawiło się kolejne okienko do tego, żeby potańczyć, i to blisko, 10 minut od mojego domu na piechotę.

Pozwolę sobie na koniec na taką refleksję. Byłam nowa w tej grupie i od razu mnie wchłonięto. Na milondze mój pierwszy partner przedstawił mnie organizatorom i jednocześnie nauczycielom w tej tangowej szkole. Przyjęto mnie ze szczerą sympatią i gościnnością. Nie widziałam, żeby na popularnych milongach w Warszawie organizatorzy przykładali to tego jakąkolwiek wagę. Tylko na jednej, ale ona się na nieszczęście teraz sporadycznie odbywa. Poza tym, każda kobieta na sali tańczyła i wszystkie wychodziły w świetnych humorach. O to zadbali partnerzy, tańcząc z nimi bez zadzierania nosa. Dlatego też, kiedy się żegnaliśmy, wszyscy wszystkich z przyjemnością wyściskali, życząc sobie tak udanych spotkań w niedalekiej przyszłości.

Nie jest to w Stanach jakaś norma, jak się okazało. Kiedy rozmawiałam z ludźmi, mówili, że w Nowym Jorku nosy zadzierają.
– Nie chcą nas tam, choć muszę ci powiedzieć – srebrnowłosa tangera nachyliła się do mnie z konfidencjonalnym szeptem – dobrzy tancerze na tamtych milongach są tylko przyjezdni np. z Filadelfii.
Oczywiście można się z tego pośmiać, ale atmosfera na milondze jest podstawą dobrego tańczenia i warto o nią zadbać zamiast nosy zadzierać tak po stronie pań, jak i panów.

Kiedy wracałyśmy po północy do domu, całą drogę czułam jeszcze w sobie wdzięczność i ten blask, jaki wytwarza ogień wydobyty z parkietu pod pełnymi pasji butami wolnego w ekspresji tancerza. I niech on trwa, niech się zdarza wszystkim, ten absolutnie wyjątkowy stan jedności serca, ciała i umysłu. Nie koniecznie w tangu, ale w ogóle w życiu.

Kansas, kolejny raz

Przyleciałam przed wieczorem. Na lotnisku w Kansas City czekał na mnie kierowca zamówionej przez uniwersytet taksówki. Wciąż mnie dziwi podróżowanie dużą limuzyną ze skórzanymi siedzeniami i traktowanie mnie jak gwiazdy filmowej, mieszanka dyplomacji i dystansu. Podałam rękę kierowcy, co trochę zbiło go z tropu, ale przyjął ten gest bez zbędnego ociągania. Drogę do Lawrence praktycznie przejechałam na wyłączonym procesorze, czujna, ale nieaktywna. Po 20tu godzinach w drodze nie siliłam się na rozmowę.

Beth czekała na mnie w domu w Lawrence. Przyjęła kolacją i ożywiła trochę moje na wpół uśpione ciało. Następnego dnia kończyła artykuł i wylatywała do Meksyku. Miałyśmy tylko chwilę żeby wymienić się informacjami z prawie dwóch lat braku kontaktu. Pandemia zamknęła ją na półtorej roku w kraju. Dopiero ostatnio wyruszyła w podróż po kilku stanach odwiedzając przyjaciół i rodzinę.
– Dzięki temu, że utknęłam w domu zaczęłam pisać moją powieść – powiedziała przy kolacji.
– Wspaniale! Tę powieść o czterech kobietach w Japonii?
– Tak, w Tokio. Jestem w połowie – dodała z dumą.
Podróżniczka uwięziona w domu szybko się przystosowała do sytuacji pisząc serie artykułów. Paradoksalnie wzrosło zapotrzebowanie na słowo pisane, ludzie mieli więcej czasu na czytanie i poszukiwali treści.
Dziś rano wyleciała zostawiając mi pod opieką dom i kota Jeta. Czarny diabeł ucieszył się niezmiernie na mój widok mimo, że nie widział mnie tak długo, że trudno sobie wyobrazić, żeby mnie zapamiętał.
– Cieszy się, bo wie, że nie zostanie sam kiedy wyjadę do Meksyku – podsumowała Beth widząc Jeta tarzającego się po dywanie z radości.

W pracy na razie odzyskuję dostępy do dużych maszyn obliczeniowych. Moje konta wygasły, dziś udało mi się jedno odzyskać, jutro atakujemy drugie. Okazuje się, że w amerykańskim Dniu Weterana, który jest świętem federalnym, część pracowników może sobie zrobić wolne i serwis IT właśnie sobie zrobił. Poczekamy, nie pali się. Działania są zaplanowane i powinnam się zmieścić w czasie miesiąca z obliczeniami.

Pomyślałam dziś pod wpływem rozmowy z koleżanką na messengerze o poszukaniu tanga w Lawrence. Znalazłam bez trudu. Dziś, lekcje w głównym budynku. Partner nie potrzebny, doświadczenie też. Zobaczymy czym to jeść. Milongi na razie niedostępne na oficjalnym kanale. Do Kansas City, gdzie być może coś się odbywa, muszę zorganizować transport, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Tutejsze przyjaciółki bardzo były zainteresowane tangiem. Oczywiście pandemia wiele zmieniła, teraz mogły zmienić zainteresowania, mogą też obawiać się spotkań. Pewnie będzie inaczej, ale czas się do nich odezwać.

Ludzie na ulicy nie noszą masek i w niektórych sklepach też nie ma takiej potrzeby, ale na uniwersytecie w budynkach wszyscy je zakładają. W pokoju siedzę sama, więc nie muszę. Dużo chodzę, spaceruję pod górę na teren kampusu. Dziś słońce od rana rozświetlało całkowicie czysta niebo i kiedy tak się nim zachwycałam, lunął deszcz, urwanie chmury, przy pełnym słońcu. Wyjrzałam skąd się ta woda z nieba wzięła i faktycznie niewielka chmura czyhała na południu. Tak tu jest, deszcz z bezchmurnego nieba. Wczoraj burza, piorun walnął tak blisko mojego domu, jakby pukał czy może wejść. Akurat schylałam się w kuchni i tak zastygłam na moment. Potęga przyrody i nieprzewidywalność kansaskiej pogody. Bierz polar w upalny dzień i parasol przy błękitnym niebie. Nikt tu już nie sprawdza długoterminowych prognoz, nie warto. Żyje się w tym co jest. Takie wymuszone przez pogodę tu i teraz. Adaptuj się albo moknij i marznij.

Z ciekawostek dopowiem, że Beth zahodowała sobie kury. Taki kaprys miejskiej dziewczyny. Jedna z kur ma osiem lat. Powinna dostać dziś więcej ziarna na Dzień Weterana. Tym razem jestem zwolniona z opieki nad kurami, więc to nie moje zadanie. Na mnie czeka, jak przystało na rasową wiedźmę,  tylko, i aż, stęskniony, czarny jak smoła, kot.

Kiedy umysł się bierze za poezję

Kiedy umysł się bierze za poezję
Słowa są ostre jak wycięte nożem
Stoją równo w rządkach
Gotowe do musztry
Zaostrzonym ołówkiem skreślone bez skazy
A umysł pisze, pisze, pisze
Wiersze, jak rysunki techniczne na milimetrowym papierze

I kiedy skończy wkłada je do dębowej szuflady
Zdejmuje kapcie i spełniony zasypia …

Nocą na paluszkach
Przychodzi rozchichotane serce
I wyjmuje arkusze
Zamacza w uczuciach
I robi z nich najpiękniejsze
Pod słońcem
Papier-mache

5 października 2021

Spójrz Duszo

Spójrz na mnie Duszo
Dokąd zaszłam w tej podróży
Zdyszana czasem
Poganiania udręką

I zostaw mnie na chwilę
Pod tym obłokiem niedużym
Co mi nad głową
Tak sumie lekko

Niech mnie ocieni
W upalne dni kiedy
Zbyt mocno czuję
sedno Istnienia

Niech mi przypomina
To po co żyjemy
I bym pamiętała
Że wszystko się zmienia.

5 października 2021

Głęboki granat nocnego nieba

Kiedy patrzę w głęboki granat
Nocnego nieba
I dotykam jego aksamitnej struktury
Słowa płyną same
Z dołu
Tam
Do góry
W najdalsze galaktyki
Pełne naszych marzeń

A grawitacja tańczy z radości
Zakrzywiając przestrzeń
Żeby mi przybliżyć
Żeby mi umościć
Skoro pełna skupienia
Przyszłam do niej w gości

I mówię do próżni
Do kwarków
Fotonów
Wykreślających na niebie
Pejzaże
Że kocham energię co tworzy
Z chaosu
Spiętrzając ciekawość mojego oka

Policzalne gwiazdy
Czy niepoliczalne
Wirują jak derwisz w lunatycznym mroku
Planety je śledzą tupiąc w rytm obcasem
Ścieląc jedwabiste spódnice ekliptyk
Księżyce jak naszyjnik,
Połyskują z dala

Skrzy się pustka
Ze śpiewu i rozświergotania
A kolory bledną i intensywnieją
Mijając bezsilne granice faz światła

A serca się grzeją
Choć nie rozumieją
Czy to boski zamysł
Czy zwykła radiacja.

5 października 2021