Taniec ze złudzeniami

Naoglądałam się w życiu złudzeń. Złudzeń pięknych i brzydkich, dużych i małych. Niektóre z nich wrosły w moje życie na długo zanim poznałam ich naturę i odkryłam, że nie mają w sobie nic z prawdy. Niezależnie bowiem od wszystkiego złudzenia się rozwiewały a prawda ukryta pod nimi, czasem piekielnie bolesna do zaakceptowania, wypatrywała nieśmiało w moją stronę z obawą, że znów zostanie przysypana jakimś wygodnym, wypudrowanym kłamstwem.

Ten mechanizm jest nam wszystkim znany, chcemy żyć ciekawie, pięknie i szczęśliwie i mamy zwykle wyrobioną opinię, co oznacza takie życie. A rzeczywistość skrzeczy jak źle położona podłoga, pod którą poupychaliśmy wszystko to, co nam nie pasuje do cudownego złudzenia szczęścia, na jakie się uparliśmy.

Nie zamierzam nikogo tu przekonywać, że warto tę podłogę zrywać i wydobywać niewygodne, kłujące, nieoswojone prawdy. Nie zawsze jest na to w nas siła i przestrzeń, czasem trzeba sobie wybaczyć, że z bezsilności wierzymy w złudzenia, jakie sobie projektujemy dla poprawy samopoczucia, a także w te, którymi się straszymy, żeby nie iść gdzieś, gdzie jeszcze nie przywykliśmy być, gdzie wszystko jest nowe.

Życie ma tę piekielną skuteczność, że i tak zaprowadzi nas do miejsca, gdzie podłoga stanie się cieńsza i załamie się pod naszymi stopami. Może to być dramat, albo małe potknięcie, dyskomfort w kostce, w stabilizacji i jeśli tylko poświęcimy na to dość uwagi i spojrzymy odważniej w gląb otwartej pod nami przestrzeni, coś się wyłoni. Początkowo będzie może brudne i włochane, dzikie i złe, bo tak długo ignorowane, ale z czasem, z czasem włoży spodnie, okulary, przeczyta parę książek i z nami zatańczy opowiadając o sobie. I okaże się, że jest takie jak my, że płynie przez nie życie w taki sposób, jakiego nawet nie podejrzewaliśmy. I pewnego dnia obudzimy się z myślą, że nie do pomyślenia jest życie bez tej prawdy, a ona z wdzięcznością wniknie w nasze istnienie, gdzie zawsze było jej miejsce.

Dlatego ostatnio chodzę uważniej po ziemi. Widzę jak miesza się fantazja i rzeczywistość, i jak z tego tańca tworzą się nowe okoliczności w jakich żyję. Przyglądam się wyobrażeniom i faktom, pod którymi ukryta jest prawda. Wyplątuję cierpliwie formę z treści i badam.

I nic nie jest oczywiste. Rzeczywistość zmienia się pod wpływem chwili jak psocące dziecko. Byłam smutna, staję się wesoła, byłam zdecydowana, potem się waham. Żadnej stałości, żadnej przerwy w cyklu życia. Rozwianą iluzję zastępuje nowy obraz, który nazywam prawdą, a chwilę później znów się potykam. Wściekam się, rezygnuję, zbieram w sobie, zawracam, gonię iluzję, karmię i porzucam, godzę się i opłakuję. I tak bez przerwy, bez wytchnienia.

Aż pojawia się muzyka i tańczę, a wtedy wszystko ustaje, znika. Nie mam już potrzeby niczego rozumieć, szukać. Wtedy wiem, że wystarczy być, a wszystko jest tam, gdzie być powinno, w moim wnętrzu i na zewnątrz. I to bycie staje się pełnią, której nie można już powiększyć o cokolwiek, bo jest wszystkim. I jestem jak święty derwisz, i jak ognisty demon, jak materia i jak przestrzeń bez granic, silna i bezbronna zarazem, we mgle złudzeń z przebłyskami nieuchwytnej roześmianej prawdy, esencji życia.