– Jestem!! – krzyknęłam do Kozy lądując.
– No witam, witam – odparła bynajmniej nie zdziwiona.
– No jestem … – dodałam ostrożniej na tak nieentuzjastyczne powitanie.
– Tak, tak, siadaj – wskazała mi leżak i drink z palemką. Usiadłam zachwycona. Księżyc wyglądał zjawiskowo. Przede mną rozciągała się ciemna perspektywa kosmosu z majaczącą na niebiesko Ziemią. Zamyślona patrzyłam w przestrzeń. Koza mlęła coś miękko w niekończącej się ciszy. Spojrzałyśmy po sobie z lekkim uśmiechem zozumienia.
– Przeleciałaś przez Huston. Widziałam. Już był czas żebyś tu wreszcie dotarła.
– Tak – odparłam – najwyższy czas.
Długo zajęło mi dotarcie po pomoc. Teoretycznie wiedziałam, że mogę w każdej chwili zamknąć oczy i znaleźć się obok Kozy na jej spokojnym zimnym kamieniu, ale chyba chciałam, żeby przyszła sama. Żeby mnie uratowała. Takie się we mnie obudziło skrzywdzone i stęsknione ochrony dziecko. Poczułam się bardzo mała i żeby uciec od tego zagadnęłam Kozę:
– Z tej perspektywy moja planeta wygląda całkiem spokojnie.
– Zaskakujące prawda? – Koza uśmiechnęła się sarkastycznie. – Spokojna niebieska planeta.
– Kpisz z nas – burknęłam nieco oburzona jej tonem.
– E tam, zresztą kogo obchodzi co ja sądzę.
– Mnie obchodzi, bo jesteś mną – rzuciłam oburzona.
– To się tak sobą nie przejmuj i sobie odpuść.
– Łatwo powiedzieć – westchnęłam. – Ty tu zostaniesz z drinkiem na leżaku, a ja muszę prędzej czy później wrócić na Ziemię.
– Tak sobie wybrałaś. Po co się było rodzić ludzką poczwarą? – siorbnęła z samego dna szklanki, która natychmiast się napełniła.
– Może tu zostanę na dłużej? – spytałam łamiącym się lekko głosem bez wielkiej nadziei.
– Nie da się. Musisz wracać.
Cisza wypełniła się moją bezsilnością. Być może ta mała dziewczynka we mnie nie była gotowa na nią. Wzięłam głęboki oddech i zobaczyłam jak z zimnego powietrza wyłania się jej postać. Patrzyła na mnie przez chwilę zagubiona.
– Potrzebuję tylko wytchnienia i żebyś mnie nie pospieszała.
– Nie pospieszam. Na wszystko jest czas – rzuciła przez bark odchodząc. Mała dziewczynka spojrzała na nią zaskoczona i rozbawiona.
– Chcesz się pobawić?
– A co byś chciała porobić? – spytała Koza z szerokim uśmiechem.
– Potarzamy się w pyle? – spytała z ogniem w oczach.
– Pewnie! – rzuciła Koza i wyrwała na przód. – Idziemy się bawić a ty sobie posiedź – zarządziła Koza z oddali śmiejąc się pełnym gardłem goniąc moją Małą, która z piskiem uciekała w stronę łagodnego spadku w kierunku suchego jeziora.
Przez godzinę, tydzień a może tylko chwilę siedziałam oddychając zapatrzona w przestrzeń czując jak mało znaczę, a jak to dla mnie samej jest wiele. Patrzyłam na swój ból, wirtualny i ten realny, próbując zrozumieć swoje ukryte intencje, wiedząc jak wiele jest niepewności w tym kim się czuję, i jak bardzo od tego co widzę wokół czasem chciałabym zwyczajnie uciec.
Powoli docierały do mnie coraz cichsze śmiechy. Koza szalała z Dziewczynką pełna werwy i całkowicie swobodna, bez oceniania. W końcu podbiegła do mnie i powiedziała:
– Ona zostaje jeszcze trochę, musi się jeszcze pobawić – i pyskiem wskazując na moje szkło dodała – a ty wracasz. Dopijaj, już czas.
Posłusznie dopiłam kolorową ciecz i wstałam z leżaka.
– Kiedyś tu zostanę, wiesz.
– Wiem – westchnęła i poszła przodem.
– Nie rozklejaj się. Możesz tu wpadać. Mnie czasem nie ma, ale to nic nie przeszkadza.
Odwróciła się do mnie i z szelmowską miną dodała:
– Jak wy to mawiacie tam na dole? A … Czuj się swobodnie! – i zarżała zupełnie nieadekwatnie.
Stawiając nogę na trapie spojrzałam w dół pomachałam z daleka Małej i powiedziałam do Kozy:
– Jesteś mną, więc wiesz do czego wracam. Do miejsca, które jest mroczne, brutalne, pełne bólu i cierpienia.
Patrzyła na mnie niewzruszona.
– Nie szukaj wymówek. To twój ból i twoje cierpienie, i tylko ty możesz je pokonać.
– Ostatnio mało mam w sobie siły na taką walkę – pożaliłam się nieśmiało.
– To leż i płacz – żachnęła się Koza. – Nie tacy jak ty leżeli i płakali.
– Boję się, że nie wstanę …
– Za bardzo się przejmujesz swoim życiem, a to wszystko na nic jeśli ono nie płynie.
Wsiadłam z wachaniem i zapięłam pasy. Mała biegała z radością bez celu zupełnie nie patrząc na mój odlot. Koza odeszła na leżaczek do drinka i pełnej spokoju obserwacji, i kiedy patrzyłam na nią znad rozpalonych silników, zrozumiałam, że też tak mogłabym żyć, bez wzruszenia emocjami, ale mój układ przywspółczulny nie współpracuje i, gdy tylko dotykam stopą Ziemi wszystko wraca. Konflikty wewnętrzne i zewnętrzne, trud i praca, niepewność, zmienność, czas, ciężar i masa. Nie uniknę lęku i złości, przywiązania i pragnień, nawet tych zrodzonych z miłości. I kiedy czas zwija mi się w drodze powrotnej zaciskając gardło, powoli godzę się na to, że nic nie mogę zrobić. Niech już tak będzie. Niech się toczy. W ostatniej fazie lądowania zrzucam skafander i wpadam do wody. Przez chwilę nie muszę wypływać i idąc na dno czuję lekkość, i ciszę, w przestrzeni prawie bez ograniczeń.
A potem niepostrzeżenie i nieubłaganie, wraca we mnie życie.
