Jedną z najpiękniejszych rzeczy jaka mi się zdarza jest słuchanie śpiewu mojej córki w kuchni. Lena zakłada słuchawki, włącza muzykę i śpiewa przy robieniu pizzy. Staję wtedy w dystansie słuchając i patrząc na nią, a po ciele rozlewa mi się błogość, głęboka, bo matczyna.
Czasem się przyłączam, ale ginę przy jej mocnej barwie i daję sobie spokój, wystarcza mi patrzeć. A wtedy nachodzą mnie wspomnienia, jak jechałam w mroźną noc do szpitala. Jak nadałam jej imię od syberyjskiej rzeki. Jak zakładała nóżki na siebie w wózku i wyglądała jak foczka. Jak walczyła ze mną jako nastolatka, jak ukryła pierwszy tatuaż i papierosy. Jak zapuściła wodospad włosów, pofarbowała je na niebiesko a potem zgoliła. Jak z motocyklistami śmigała po mieście, a potem oddała mi swój kask. Jak zawsze mówiła mi każdą niewygodną prawdę bez słodzenia, za co dozgonnie jestem jej wdzięczna. I na koniec tego wszystkiego wyrosła, zmądrzała, nauczyła się myśleć autonomicznie, że czasem radzę się jej w swoich własnych sprawach bez lęku o autorytet.
Cieszę się, że niewiele mam już do dodania do jej własnego życia. Kreuje je sama. Jestem plecami, przeszłością, wstecznym lusterkiem. Na tylnym siedzeniu coraz dalej od miejsca, do którego ona zmierza. I to jest tak cholernie piękne, aż można by z tego piękna umrzeć i nie zauważyć, że się odeszło. I coraz częściej tak robię, zostawiam świat moim dzieciom i idę sobie do własnego, gdzie rytm jest inny i inne sprawy. Gdzie teraźniejszość miesza się z nostalgią, gdzie jestem trochę widzialna i trochę niewidzialna. Dzięki temu przenikam przez ściany i zjawiam się w potrzebie jak Wróżka Zębuszka albo Wilk w zależności od sytuacji.
Ale najczęściej stoję z boku w kuchni i patrzę, i słucham z przenikliwym wzruszeniem, jak moja córka śpiewa pełnym głosem w swoim własnym świecie, beze mnie.
