Kiedy odwiedzam Kozę nic nie jest oczywiste. Siadamy sobie z widokiem na błękitno-zieloną Ziemię na horyzoncie i milczymy dopóki nie przyjdzie czas na myśl, która jak bąbelek wydostaje się ze mnie i pęka nam przed oczami czymś niezwykłym. I z takiej myśli rodzi się dialog, który, jeśli iść tokiem szczerości, jak usypaną na bagnach nieświadomości groblą, doprowadza mnie tam, gdzie mogę już dojść swoją świadomością, swoim zrozumieniem.
– A jeśli to wszystko jest snem? -zapytałam.
– Bo jest – odparła Koza bez wahania.
– To dlaczego się tak boję dokonywać ryzykownych wyborów? Dlaczego nie prę naprzód tylko ciągle się chronię i szukam bezpiecznego miejsca, sytuacji, człowieka?
– Bo wierzysz, że to wszystko jest prawdziwe.
– A nie jest?
– Jest jeśli wierzysz, że istnieje. Gdybyś WIEDZIAŁA, że to sen, nie przeżywałabyś naprawdę swojego życia, a tak, myślisz, wierzysz, że jest prawdziwe i męczysz się, cieszysz, doświadczasz, upadasz i się podnosisz.
Zamilkłam na chwilę, żeby zobaczyć to, co powiedziała w odpowiedniej perspektywie.
– Więc co mam zrobić, żeby zyskać więcej odwagi?
– Po pierwsze, odwaga to nie brawura i tego się naucz.
Kiwnęłam głową.
– A jeśli ja zbyt zachowawczo wszystko robię? Zbyt się wycofuję?
– Chyba nie możesz tego poprzeć żadnym rozsądnym przykładem.
– Chyba mogę. Ostatnio stchórzyłam.
– No tak, i to przykrywa całe twoje życie prowadzone czasem po bandzie?
– No nie, odważna też bywam.
– To czemu jeden akt tchórzostwa urósł do takiej rangi? Dlaczego się tym tak obarczyłaś?
– Bo stchórzyłam ukrywając się w moim obrazie kobiety rozważnej, zdystansowanej, spokojnej, analizującej rzeczywistość, obroniłam ten obraz odrzucając siebie tę, jaką nie jestem, a ten obraz przestał mi wystarczać, nie mogę wyjść z tego obrazu, i się szarpię sama ze sobą.
– A jaka jest ta kobieta, do której ci tak spieszno?
– Dzika i nieograniczona, wolna i piękna. Ona jest bardziej sobą.
– Czyli przeciwieństwem ciebie teraz?
– Tak, chyba tak, jakby była moim dopełnieniem. To, że ją w tym akcie tchórzostwa odrzuciłam bardzo mnie zabolało.
– A jak staniesz się taką kobietą to co z tą, którą jesteś?
Zamilkłam. Ta, którą jestem teraz jest jak cisza, głęboka, ciepła, kojąca, rozumiejąca i stabilna. Niczego nie potrzebuje żeby istnieć. Brakuje mi w niej dźwięku, brakuje mi energii zróżnicowania, pasji i nierównowagi.
– Zobaczyłam te dwie kobiety naprzeciw siebie – powiedziałam do Kozy patrząc na zimny kosmos i pełną życia planetę, jak dwa przeciwne obrazy kreacji.
– Tę pierwszą: mądrą, spokojną i ciepłą, i tę drugą: dziką, ognistą, wybuchową. Obie mają we mnie swoje miejsce. Nie wiem tylko, czy korzystam z ich istnienia prawidłowo.
– Co zrobiła ta spokojna kiedy się trudziłaś z przeciwnościami życia?
– Uspokajała mnie. Dawała rozsądek i wsparcie w faktach, w jakich żyłam.
– A ta druga?
– Dawała mi siłę do walki o siebie.
– I wygrałaś. Wygrałaś wszystko o co walczyłaś.
– Tak. One obie świetnie dogadują się w walce, ale kiedy jest spokój, kiedy mam zwyczajnie korzystać z życia, coś się dzieje, jakaś nierównowaga następuje i nie wiem, która przejmuje kontrolę. Wdziera się chaos i jestem nieobliczalna, nie robię co powinnam i tracę.
– Przez większość życia walczyłaś. Nie przywykłaś żyć w spokoju, a to też jest umiejętność, jakiej trzeba się nauczyć. Budowanie zamiast burzenia, radość zamiast napięcia, dopamina zamiast kortyzolu. Ciało w relaksie staje się miękkie a ty myślisz, że podatne na atak. Jeszcze interpretujesz nowe doznania starym programem przetrwania.
– Kiedy to się skończy? Kiedy przestanę walczyć? Kiedy złożę ten cholerny miecz i pójdę do lasu boso.
– Ciekawe, że tak to zobaczyłaś. Może zacznij małymi krokami. Powoli, żeby siebie zbytnio nie ranić odpuścisz walkę i zdejmiesz tę zbroję.
– I co będzie potem?
– Będzie co będzie. Nie przewidzisz co będzie i nie wybiegaj za daleko. Małe kroki, subtelna zmiana, łagodna energia.
– Powinnam wrócić do spacerów po lesie.
Koza usiadła na leżaku i powiedziała.
– Dajesz radę kobieto. Tak trzymaj. Przyszłość i ty w tej przyszłości to nie jest taka ważna sprawa. To tu się stajesz sobą. Stajesz się sobą na nowo, na swoich zasadach, biorąc konsekwencje tego dążenia do siebie na klatę. I idzie ci coraz łatwiej.
– Obyś miała rację.
Dopijając drinka z palemką wysiorbała limonkę i uśmiechnęła się szelmowsko do mnie.
– Walczyć jest łatwo, kiedy całe życie się walczy i żyje z mieczem pod poduszką. Ale kiedy czas przestać, kiedy czas zakwitnąć w pokoju, zaorać, zamilknąć, wrócić do codzienności i cieszyć się nią, przestajemy widzieć, że to wartość, że o to walczyliśmy. O ten spokój, o tę monotonię i nudę, o tę powtarzalność w stabilnym świecie bez dramatów, gdzie udowadnialiśmy sobie kolejnymi aktami bohaterstwa, że jesteśmy coś warci. Miarą życia w pokoju jest praca, normalność i ciepło, zamiast gorąca i mrozu w szaleństwie nieprzewidywalnych zmian.
– I to wszystko? Nic więcej?
– Jest tego o wiele więcej kiedy przekroczysz granicę odtrucia walką i wejdziesz w miejsce, w którym nigdy jeszcze nie byłaś za tego życia.
– Co tam jest?
– Tego nie da się jeszcze opowiedzieć, ale dobrze wiesz, że to miejsce istnieje. Już w nim byłaś. Pojawia się czasem w snach, albo kiedy odłączasz się od tego co się dzieje. Jest w tobie, więc ja o nim wiem i tylko ci o nim przypominam, jak o tym, że to wszystko wokół, ten trud, wątpliwości, scenariusze życia, ludzie i rekwizyty, sama sobie stworzyłaś, aby to życie przeżyć w określony sposób. I być może, gdzieś na końcu dowiesz się po co.
Zamknęłam oczy i spojrzałam w siebie.
– Tak – odparłam – nadal to we mnie jest. Jak ziarenko czegoś nieskończonego, co w każdej chwili może się poszerzyć i wchłonąć mnie. Jak nieskończony spokój w oku cyklonu, jakim jest życie i jego okoliczności.
Otworzyłam oczy.
– Nie zawsze mam do niego dostęp.
– Jakbyś tylko w nim była, to życie takie jak tu, na tej wirującej planecie, nie płynęłoby przez ciebie kolorami doświadczeń. Ktoś to musi przeżywać. Nieskończony spokój jest niewzruszony, wszystko przyjmie, wszystko wchłonie.
– No tak, ale może mnie co jakiś czas koić. Jak spacer do lasu i deszcz za oknem.
– To sobie dawaj taki komfort, aż ciało przywyknie do spokoju, a wtedy ta dzika dziewczyna jaka w tobie mieszka zyska mocną kotwicę w rzeczywistości.
– I nie będę się bała, że mi się zerwie z łańcucha i poleci beze mnie, bez mojej świadomości i narobi sobie problemów.
– Zaufa ci, i ty jej, że to co chce nie jest niebezpieczne. Razem sobie wybierzecie coś ładnego, radosnego, coś na szczęście.
– Aż mi się ciepło zrobiło od tego. Jakbym spotkała szaloną przyjaciółkę z liceum, która była nieustraszona i niesterowalna. Ta dawna ja …
– Nadal nią jesteś, tylko wiele się nauczyłaś w międzyczasie.
– A ona puka i pyta czy może się wydostać z tych ograniczeń, jakie na nią nałożyłam, żeby ją chronić.
– Może już nie potrzebuje ochrony. Może potrzebuje więcej swobody.
– Tak, chyba możemy sobie zaufać …… Tak na pewno możemy sobie zaufać. Zrobiła dla mnie cholernie trudną robotę walki o moje życie i wygrała. Jest bohaterką i jest wspaniała.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, a wszystkie słowa osiadały miękko w moim sercu. I znowu odkryłam jak dobrze jest ze sobą porozmawiać o życiu, kiedy jest się tak do bólu, do dna duszy szczerym. Jak wyłaniają się te rzeczy, którymi trzeba się zająć, i że na te rzeczy przychodzi odpowiednia chwila. Nie da się ich przyspieszyć, nie da się ich zauważyć kiedy wzrok naszej świadomości jeszcze nie jest dość ostry by zobaczyć pewne tematy.
– Wracam do siebie – powiedziałam.
– No pewnie, wracaj.
– Będę zaglądała do ciebie.
– Wiem.
– Nie tylko dlatego, że mi pomagasz – dodałam.
– Wiem. Ja też robię skok, kiedy ty go robisz.
Weszła na wzgórze i spojrzała w stronę Marsa.
– To twój następny przystanek? Mars?
– Zobaczymy – powiedziała w zamyśleniu i iskrą w oku. – To się jeszcze okaże.
