W Ciemności

Otacza nas ciemność, grudniowa, mglista i wilgotna. Dni znikają prawie niewidoczne pod ciężkim pułapem chmur. Jeżdżę czasem nocami samochodem zafascynowana mgłą na drogach. Światła samochodów stają się wtedy łagodne, nieostre, rozproszone jak moje myśli za kierownicą. Nadeszła noc i cisza. Ludzie ciężko ją znoszą, bywa przytłaczająca. Już od jesieni słyszę, że jest ciężko. Dlatego postanowiłam zgnić tej jesieni i się rozpaść. Pomału, cząstka za cząstką, odpadają ze mnie stare przekonania i stare mnie. Mam wrażenie wewnętrznego rozpuszczania się i nie próbuję się zbierać do kupy, otrzepywać i żyć. W jakimś stopniu umieram.

Za chwilę zima otuli mnie jeszcze bardziej. Przyjdą mrozy, może śnieg, wiatr. Wiem, że to też nadejdzie, dlatego pierwszy raz w moim życiu weszłam pod ziemię. Zawsze bałam się ciemności, szczególnie tej wewnętrznej, próbowałam ją zagłuszyć światłem, ruchem, ludźmi. Dziś zanurzam się coraz głębiej i odkrywam, że to jest dla mnie zupełnie naturalne. Odcinam się, izoluję i słucham. W ciemności rzadko można coś dostrzec, ale o wiele więcej się słyszy. Słucham swojego wewnętrznego głosu, a on mi opowiada różne historie o mnie samej, jakie zapomniałam, bo tak wiele się działo latami w moim życiu.

Za jakiś czas słońce znów się pojawi i przedrze się przez szaro-bure chmury. Jakiś przebłysk nowej myśli, nowej energii, nieubłaganie przyjdzie światło i wygrzebie mnie spod ziemi. Zostanę tu tyle ile trzeba, może tylko dzień, może miesiąc, zupełnie nie martwię się czasem. Żyję robiąc co potrzeba, co zapewnia mi przetrwanie, a w każdej chwili, kiedy mogę pobyć sama ze sobą, cichnę i zanikam. I dziś pierwszy raz prawdziwie siebie zobaczyłam, ogromny ciemny ocean z latarnią morską, która przeczesuje nieprzystępne wody wątłym światłem świadomości. Zrozumiałam, że dla mnie to przede wszystkim jest arcyciekawe być człowiekiem. Całe to stawanie się kimś, przekształcanie, zdobywanie doświadczeń i wiedzy o sobie, odrabianie lekcji i przeżywanie emocji, uczuć, zmysłów. Jakaś część mnie bardzo to docenia, że się odważyłam znowu przyjść i zagrać w tej grze zwanej życiem człowieka. Ale cała reszta się żegna i zamiast tych wrażeń woli ciszę i oczekiwanie bez żadnych założeń, bez planów na to, co i tak ma nadejść. Na rozkład, na zmianę, na jakąś ostateczność.

Przywykliśmy do happy endów. „A po nocy przychodzi dzień”. Z nocą mi teraz znacznie bardziej po drodze a dni są takie niewyraźne, niemal niepotrzebne. Dostrzegam jak bardzo zaburzyliśmy nasz kontakt i cykliczność ze Słońcem. Jak uciekamy w ciepłe kraje, żeby się doświetlać. Pierwszy raz cieszę się z tego, jak krótki jest dzień i jak wiele mogę wtedy wydobyć z własnego cienia. Wydobyć na przyszłe słońce, na przyszłą mnie. I jak przyjemnie jest i spokojnie tak umierać, jakie to jest oczyszczające i wzmacniające. Nie przez przypadek urodziłam się właśnie tutaj, gdzie jest tak dużo mroku. To trudne miejsce, wymaga czujności i odwagi do bycia sobą. Daje też więcej satysfakcji, kiedy się coś wywalczy. Ale od jesieni złożyłam broń i tylko się przyglądam jak świat leci bez opamiętania, bez refleksji. Bo żeby mieć refleksję, trzeba się zatrzymać, czasem zgnić i umrzeć troszeczkę zamiast tak ciągle dodawać sobie złudzeń sztucznym światłem. W przebodźcowanym energią świecie, na zaśmieconym światłem niebie, gdzie nie widać nieskończoności gwiazd, z paradygmatem koniecznej radości, szczęścia i sukcesu, postanowiłam zgnić i się rozłożyć, i idzie mi całkiem dobrze. Bezboleśnie, bez napinki, bez wątpliwości. W świecie krzyczącym światłem odkryłam, że to przywilej mieć ciemność i ciszę.

A za parę dni usiądę do stołu z dziećmi i będę słuchała ich cudownych głosów. Będę słuchała jak samodzielnie idą w życie, jak sprzeczają się i żartują z siebie. Do tak niewielu rzeczy jestem im potrzebna, że mogę sobie gdzieś pod ziemią poleżeć i zrzucić skorupkę bycia dla nich niezbędną. I dla tej jednej myśli warto było trochę zgnić tej jesieni, bo kiedy znów pojawi się słońce i ciepło, wyjdę lżejsza o wiele niepotrzebnych, zdrewniałych części i, po prostu, pójdę przed siebie.