Wyłaniając się z mroku

Jest coraz ciemniej. Grudzień zapada się w mrok. Narzekamy na tę ciemność tęskniąc do lata i feerii słonecznych pełnych pozytywów, przepychu i wiary. A tymczasem świat pogrąża się w coraz głębszej ciemności. Konwulsyjnie walczymy z tą ciemnością przygotowując się do świąt. Powtarzamy sobie, że już za parę dni będzie więcej światła, tęsknimy za śniegiem, żeby nam oświecił zachmurzone oblicze nieba.

A ja w tym roku w ogóle nie walczę z ciemnością, przyjęłam ją sobie prosto do serca. Jest po coś, jest mrokiem, z jakim na co dzień ciężko się spotkać, ale istnieje choć tak rzadko go dostrzegamy, szczególnie w sobie. I zanim zrobi się znów jasno i wesoło, zanim usiądziemy do stołu cali odświętni i kolorowi, schodzę w mrok.

Na świecie mrok chodzi ulicami miast, mrok w ludziach, instytucjach, przypadkach. Mrok wywołujący cierpienia i tragedie, osobiste i globalne. On jest, jest realny i czasem możemy sami go doświadczyć. To wszystko czego nie chcemy widzieć, z czym nie chcemy się zgodzić, od czego uciekamy. Ten mrok nie jest czymś zewnętrznym, jest w nas jako ludziach i jest bardzo namacalny. Każdy z nas ma w sobie mrok, każdy bez wyjątku. Dlatego uważam, że tylko tych można nazwać dobrymi, którzy poznali swój mrok i w ten sposób go zwyciężyli, zwyciężyli nie dlatego, że ktoś im zakazał, nakazał, przestraszył i z tego lęku wybrali co innego. Ten kto wszedł choć raz w mrok wie, że poznanie go to szansa na świadomy wybór światła. Tylko ten co poznał mrok wybiera świadomie i taki człowiek nie nazwie się bohaterem, bo postąpił szlachetnie. Nie poleci do gazet, ani nie opublikuje filmu w internecie z własnego wyczynu. Ci co tak robią są papierowymi bohaterami. Są nierealni, tak jak świat jakim się otaczają.

Prawdziwi bohaterowie walczą z własnym mrokiem i nie zawsze zwyciężają. Czasem leżą na łopatkach i wyją z bólu, kiedy życie toczy się obok, a nieświadome niczego otoczenie zajmuje się swoimi sprawami. Największa ciemność mieszka w nas i teraz jest taki czas, że zanim wejdziemy w jasność warto tę ciemność naprawdę dostrzec, uznać i dać się jej wypowiedzieć. We wszechświecie jest więcej ciemnej materii niż tej jaką jesteśmy w stanie zobaczyć. Uszanujmy jej istnienie i tej ciemności, która przecież niesie w sobie jądro światła, jak nadzieję.

Są różne szkoły i religie pragnące doprowadzić nas do światła. Już dawno porzuciłam wszelkie paradygmaty, bo nie odnalazłam w nich mojej drogi. Obchodzę święta jako wyłonienie się z mroku ludzkiej świadomości, jako pamięć przodków o nadziei, że noc się skończy i nastąpi odrodzenie, że w takim razie jest w tym jakiś sens. Bo trzeba wierzyć w jakiś sens, także jeśli tym sensem jest wiara w swoje własne osobiste przekonania. A każdy z nas w tej nocy przed przesileniem może odnaleźć swój własny sens. Leży często na dnie mroku, który teraz przyjaźnie wyciąga do nas ręce narzucając się coraz dłuższą nocą. Tym, którzy zeszli głęboko w ten mrok i zaakceptowali jego istnienie, świat wydaje się potem bardzo klarownym miejscem. Nie widzą dobra i zła, widzą przeciwieństwa. Nie widzą winy, widzą skutki i uwarunkowania. Nie szukają zemsty, szukają rozwiązań. Nie wytykają błędów, podnoszą tych co upadli. Bo każda decyzja to seria wielu doświadczeń, tych jakie widzimy, i tych jakie wyparliśmy.

Od czasu jak zobaczyłam swój mrok przestałam dążyć do naprawy świata i wstrzymuję się od wydawania jedynie słusznych opinii. Za to staram się bronić gruntu mojego człowieczeństwa, moich wartości i względem nich żyć. A te wartości też się zmieniają, bo nie jestem nieomylna, żyję w skomplikowanym świecie wielu zależności, w którym być może dominuje to co ukryte, to co jest naszym mrokiem. Również moim, bo składam się swoimi decyzjami na wspólną, globalną świadomość. Dlatego moją jedyną odpowiedzialnością wobec świata nie jest spełnianie ról, ani określonych oczekiwań systemów religijnych, rodzinnych i społecznych, a poznanie swojego mroku i oświetlenie go na tyle, aby nikomu nie zaszkodził, w tym mnie. Poznanie, oswojenie i wchłonięcie w łagodne światło zrozumienia.

O tym, moim zdaniem, są Święta Bożego Narodzenia. Można je opowiedzieć historią symboliczną ludzi wędrujących po pustyni w poszukiwaniu prostego schronienia, albo inną jakie powstawały wcześniej, aby dodać otuchy w tej drodze przez ciemność ludzkiego życia w kierunku światła, czy bardziej patetycznie oświecenia. To opowieść uniwersalna, tak jak uniwersalne są nasze zmagania. Powodzenia na dowolnej drodze jaką idziesz i jaką wybierasz. Nie unikniesz na niej ani ciemności, ani światła. Oba potrafią przytłoczyć i oba trzeba poznać zanim prędzej czy później zejdziemy ze sceny.