Zimą najbardziej lubię ciszę. To naturalny stan kiedy szybko robi się ciemno, kiedy zwalniamy przez mróz na zewnątrz i ostrożnie kalkulujemy wydatek energetyczny naszej dynamiki. Już jesienią postanowiłam zgnić tak, jak otaczająca mnie przyroda. Oczywiście w przenośni. Czułam, że obrosłam treścią, która już mi nie służy i postanowiłam ją zrzucić. Zostawiłam, więc wiele spraw i obowiązków, i zasnęłam, tak po trochu. Mniej się udzielałam na zewnątrz, w pracy, w domu, wśród przyjaciół i zaszyłam się w ciszy. Łapałam ją wszędzie gdzie była, tłumiłam dźwięki słuchawkami, słuchałam cichego oceanu, albo deszczu dzwoniącego na liściach, a potem już prawie nic. Tylko ciszy i siebie, jak milknę nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie.
Te rzadkie chwile kiedy byłam gdzieś w głośnej muzyce, tłumie, emocjach unoszących się nad sceną albo parkietem nie drążyły już we mnie żadnych kanalików, żadnych nowych ścieżek.
Mróz zamroził mnie i prawie zamarłam. Rutyna dzienna, odpuszczanie pośpiechu, łagodne zatrzymania, kiedy odkrywałam jak łatwo mi się wyciszyć i, jakie to inne od wieloletniego zgiełku mojego dotychczasowego świata i myśli.
Zamrożenie pozwoliło mi nawet na dostrzeżenie rzeczy, od których z taką łatwością uciekałam wzrokiem w hałasie. Obejrzałam sobie wiele części mnie te zagubione, nieme, albo samotne i obiecałam sobie wielką wiosenną fetę na ich cześć. Zanim się jednak obudzę coś obumrze. Dawne przekonania o tym, kim jestem, czego chcę, dokąd dążę. Zostanie to, co zawsze było w rdzeniu. Prawdziwa Ja. Wieloraka, słaba i silna, smutna i szczęśliwa, mądra i naiwna, zła i dobrotliwa, dzika i cywilizowana, akceptowana i odrzucana … Ja.
Nie spieszę się do słońca, do ciepła i ruchu. Ten bezruch uruchomił moje wrażliwe części bardziej niż tango, muzyka, rozmowy i wglądy. Bardziej niż moje doświadczenie w terapii, twórcze analizowanie świadomości i nieświadomości. I to się dzieje w każdej niemal chwili, jakaś część mnie widzi, jak jest bez presji robienia czegokolwiek. Jest w tym jakaś naturalna lekkość, kiedy otwierasz usta tylko kiedy chcesz mówić, albo idziesz tam gdzie masz być, kiedy porzucasz sprawy innych, drogi mistrzów, techniki, mądrość, świat jaki zbudowałaś ze starej tożsamości sprawczej. Możesz śmiać się z wyborów jakie cię bolały i z wyrozumiałością wybrać inaczej. Albo szczerze zapłakać nad przeszłymi i bieżącymi sprawami, a mróz zrobi z łez koraliki na niby, bo sprawy dawno się już zużyły, odeszły, a bieżące też miną.
Dla ogrzania ciała zawijam się w ciepłej pościeli i zasypiam w głębokim zaufaniu do samej siebie, zgody na to co było, jest i będzie.
Gdzieś tam na horyzoncie migocze dynamiczny czas działania, jak stary przyjaciel wracający z podróży dookoła świata. Śle mi gorące wiadomości o dniach jakie nadejdą. Dniach przyszłości, nieokreśloności i zgiełku, ale póki jest dziś, cisza miękko opada i zamienia mnie w szarego kota, który tylko wtedy działa, kiedy przychodzi mu impuls z ciała, ochota, konieczność, a większość czasu istnieje między snem a czuwaniem rezerwując siły na szybką acz krótką akcję.
W takiej ciszy mogą, ale nie muszą się urodzić ważne rzeczy, słowa, idee. Nie przyklejam się do nich nawet jak przychodzą. Coś będzie albo nie będzie. Natura sama wie, jak odrodzić mój ogród na wiosnę. Może coś przytnę, albo zostawię, coś zasadzę albo wyrwę. Kto wie, co i w jakiej kolejności się stanie? Nikt, nawet ja, więc nie zawracam sobie głowy planowaniem w tej zimowej ciszy kończącej moje cykliczne umieranie.
