Nie robię noworocznych postanowień, ani takich względnie mądrych, jak przeczytanie 70 książek, ani tych względnie głupich jak zrobienie sześciopaka. Nie robię ich dlatego, że za dobrze siebie znam. Ludzie tacy jak ja, po zrobieniu dowolnego planu i założeń nie tylko zajeżdżą się żeby je zrealizować tracąc z widoku cały urok życia, ale ponadto, ukażą się dotkliwie za każdy nie wykonany podpunkt, skrytykują się za wykonanie pozostałych i tak czy siak, nie będą z siebie zadowoleni. Dlatego odpuściłam już dawno robienie nawet częściowych założeń. Coś tam rzucę sobie czasem o habilitacji, ale najlepiej dla mnie jest o tym potem zapomnieć i robić swoje reagując aktywnie na bieżące sprawy.
Zamiast postanowień robię sobie podsumowanie ubiegłego roku. To działa bardzo dobrze, kreatywnie i uspokajająco na moją psyche. Podsumowanie dotyczy tylko rzeczy, które udało mi się zrobić, lub przeprowadzić w znacznym stopniu. Taka lista pokazuje mi na ile jestem sprawcza. I to mi wystarcza do podejmowania kolejnych działań. W tym roku zrealizowałam bardzo dużo spraw fundamentalnych dla mojej rodziny i jej bezpieczeństwa finansowego. Musiałam sobie o tym przypomnieć, bo wkradło mi się już takie stwierdzenie, że to przecież było łatwe. Nie było ani łatwe, ani trywialne. Podczas toczenia się tej sprawy musiałam podejmować bardzo trudne decyzje i podjęłam je w sposób najlepszy z możliwych. Słuchałam specjalistów, ale też siebie, bo ostatecznie w krytycznym momencie to ja rozwiązałam problem, który mnie zablokował i mógł na wiele miesięcy zakopać niwecząc moje paroletnie wysiłki. I to też musiałam dostrzec. Nie poddałam się panice, opanowałam emocje i wygrałam. Patrząc z dystansu widzę, jak w wielu sytuacjach właśnie z takiej strategii korzystam z sukcesem. Czasem muszę sobie po prostu przypomnieć, że jestem sprawcza, mam wyważone opinie o świecie i o sobie, a to pozwala mi widzieć rzeczywistość na faktach.
Nie ma ludzi bez problemów. Rozwiązując swoje problemy uczymy się całe życie. Nawet ci psycho-infuenserzy wychylający z każdego medium z radami mają swoje cienie, trudności i wpadki. Nikogo to nie omija. Nauczywszy się siebie możemy bardziej sobie sprzyjać zamiast podlegać masowym trendom i narzucać sobie czyjeś rozwiązania. Napisano miliony ton tekstów, które są gotowymi wskazówkami jak żyć, ale bez rozpoznania siebie niewiele da ich przyswojenie. Niewiele da wysłuchiwanie filmików, czytanie codziennych afirmacji albo uprawianie ćwiczeń pod dyktando trenera. To my siebie znamy najlepiej, i to my się o sobie możemy najwięcej dowiedzieć poprzez działanie, obserwację i wyciąganie wniosków. Wtedy to, co przeczytaliśmy, wysłuchaliśmy albo poczuliśmy w ciele odkrywa przed nami swój unikalny sens. Każda taka myśl, rada w naszym osobistym wszechświecie będzie inaczej wyglądała, bo jesteśmy różni, niepowtarzalni i na jakimś poziomie świadomość ludzka jest bardzo unikalnym obiektem. Mamy te same ciała, ale inaczej czujemy, inaczej myślimy, pewne z tych doznań są podobne w tych samych grupach kulturowych, albo zależne od płci, ale niech to nas nie zwiedzie, że ta sama myśl jest tak samo odbierana przez każdego człowieka. Kiedy ja robię podsumowania, ktoś inny równie skutecznie zrobi postanowienia, a ktoś jeszcze inny nie zrobi nic, albo oba naraz. A tych postanowień, podsumowań jest tyle możliwości, że brak ludzi do spełnienia każdej opcji. Jesteśmy różni i ta różnorodność to nasz kapitał, to wartość jaką wnosimy w dynamiczną sferę życia na tej planecie. Dlatego tak ważne jest poznawanie siebie zamiast utożsamiania się z przekonaniami, wartościami innych. Nawet błądzenie ma w tym kontekście wartość, bo idziesz drogą indywidualną, tylko może się wydawać, że ktoś już tu był. Był, ale inaczej, był z bagażem swoich doświadczeń i szedł do własnych celów. Dobrą ilustracją tego co opisuję jest rodzicielstwo. Jesteśmy rodzicami, ale wychowanie każdego dziecka to odrębny proces. Pokrywają się w nim pewne aspekty, ale nie ma możliwości zrobienia kopiuj-wklej z działania, czucia, reakcji.
W nowym roku nic się pod wieloma względami nie zmieni. Będę coś robiła z lepszym lub gorszym skutkiem. Może coś nowego zacznę, albo coś porzucę. Chyba się w końcu nauczyłam bardziej w tym życiu pływać niż walczyć z falami, i to mi sprzyja. Ci, którzy się urodzili z taką umiejętnością pewnie wzruszą ramionami na to czego ja uczę się z trudnością. Wiem jednak, że każdy z nas ma jakieś obszary swojego życiowego flow nawet jeśli to jest rzecz z pozoru trywialna, nie znacząca, drobna. I tę rzecz, tę osobistą przestrzeń warto sobie wziąć na cel i rozwijać, i czerpać z niej radość, niezależnie od tego, jak wydaje się dziwna, nieistotna, albo szalona. Dla mnie taką przestrzenią jest to pisanie. Jest w nim tylko taka intencja, żeby coś, co odkrywam, stało się prostsze, objaśnialne, albo żeby się można było w kimś innym przejrzeć, że ma podobnie, choć nie dokładnie. Wtedy to życie, choć tak bardzo odmienne dla każdego z nas, staje się bardziej oswojonym procesem i nabiera jakiegoś naszego, indywidualnego sensu. A to już jest wielka wartość nadrzędna, kiedy w naszym życiu czujemy sens. I chyba tego najbardziej wszystkim życzę, abyście w ten czy inny sposób znaleźli, bądź pogłębili sens swojego życia.
