O miłości do leżenia

Dziś zamiast biegać w ekstazie po Lizbonie, spałam prawie cały dzień. Najpierw leżałam. Nie leżałam a leeeeżaaaałam. Jest zasadnicza różnica. Leeeeżeć trzeba umieć. Leżący często szybko się dekoncentrują i, a to szukają pilota do telewizora, a to ciacha, a to gazety, a to innego ciała do poprzytulania. Ja potrafię leżeć bez tego wszystkiego i być w tym leżeniu tak autentyczna jak baletnica w tańcu. Mam swoją technikę. Przeciągam się tylko jeśli chcę zmienić pozycję, tak nie tracę energii leżenia na zbędny ruch. Zamykam oczy i zaglądam do wnętrza. Mało kto tak umie. Zaraz pojawiają się myśli, o stracie czasu, o lenistwie, o tym co jutro bądź zaraz trzeba zrobić. Ja leżę i kontempluję chwilę, i czuję, że choć się nie poruszam, mam full energii, od czubków palców do czubka głowy, jak wulkan i często wtedy wzdycham na pełnym wydechu, albo wciągam powietrze ziewając nie za mocno jednak, żeby nie zmęczyć klatki piersiowej. Myślicie, że to takie proste? Połóżcie się i świadomie poleżcie, zobaczymy jak wam wychodzi. Ja w leżeniu jestem mistrzem, bo leżę po to, by odpocząć i pobyć. Odpocząć wcale nie jest tak łatwo. Można się zamknąć w domu, odizolować, ale w kluczowym momencie dopada cię myślotok i wybacz, że to napiszę „du.. wołowa” z leżenia. Cała sztuka się nie wkręcać, nie słyszeć, a być tym leżeniem, jak powietrzem w płucach, jak wodą w jeziorze, jak niebem. Medytuję czasem i powiem wam, że lepiej mi idzie leżenie. Jest dla mnie naturalną terapią. W medytacji siedzenie jest dlaczegoś konieczne, ja w leżeniu spełniam wszystkie założenia medytacji, oprócz siedzenia. Zresztą w innym układzie odniesienia moja pozycja może być np. opisana, jako stanie na głowie. Wprawni jogini pewnie byliby zachwyceniu widząc taką pozycję w pełnej medytacji. Więc leżę i powiem, że nie wierzę, że jest jeden sposób na realizację pasji, jaką jest bycie. Można biegać, skakać na bangi, latać samolotami i kopać piłkę. Ja tańczę, chodzę, śpiewam, pływam, śnię piękne sny i czasem leżę. Każdą z tych czynności wykonuję coraz bardziej i bardziej, i na pewno dojdę do stanu, kiedy powiem już dość. Tańczę jak powinnam, chodzę, leżę, piszę. Teraz, gdy idę do tego stanu, bawię się każdą chwilą i uczę się pojmować ją, jak wspaniałą naukę życia. Idę bez wysiłku, można powiedzieć, bo kiedy trafiam na trudną sytuację wiem, że nie przyszła za karę, ale po to, by się rozwijać i zobaczyć, co jeszcze mogę zrobić lepiej, pełniej, by żyć pełnią życia. Nawet leżeć trzeba więc umieć, bo leżenie, jest byciem, jest chwilą po lub przed wstaniem, chodzeniem, przytuleniem dziecka i powrotem do pracy. Leżenie ma sens, jak wszystko, więc czujmy się w pełni, nawet kiedy wydaje nam się, że chwila jest bez wpływu, sensu i konsekwencji. Każda chwila prowadzi nas przez życie, warto czuć ją w pełni. A cóż, tak na marginesie, jest niewłaściwego w przeżywaniu wszystkiego, jakbyśmy ostatni raz czuli, byli, jakbyśmy za chwilę mieli zniknąć? Wszystko co nam się przydarza jest po coś. Jeśli czujemy, że teraz tylko leżeć i płakać, to leżmy. Popłaczemy krótko, długo, a potem wstaniemy, bo nic nie trwa ponad nasze siły, jeśli tego, wbrew sobie, nie zatrzymujemy. Nawet leżeć trzeba wiedzieć ile. Nie tyle ile wlezie, ale z umiarem. Dlatego trzeba wykorzystać każdą chwilę przeznaczoną na leżenie, leżąc i nic więcej, leżąc z głębokim poczuciem i podziękowaniem, że teraz jest czas na odpoczywanie i być, być tą chwilą. Bo każda chwila jest jak wieczność, jeśli ją złapiemy swoją świadomością, a świadomość obrazem zdolności przeżywania każdej chwili.

O miłości do pisania

Kiedy byłam mała pisałam pamiętniki. Zapisywałam zeszyty swoimi myślami, marzeniami, baśniami, opowiadaniami i czasem, choć rzadko wierszami. Wklejałam kolorowe zdjęcia z gazet i robione przeze mnie obrazki. Myślę, że moje pamiętniki podobały by się moim córkom. Pewnego dnia na pierwszym roku studiów, rodzice opróżnili mój pokój i przynieśli w kartonie wszystkie te pamiętniki pytając co z nimi zrobić. Kazałam się ich pozbyć. Chciałam odciąć się w ten sposób od przeszłości. Wszystkie zostały zniszczone, oprócz zdjęć, które mama wyrwała z zeszytów. Wklejałam je tak jak wycinki z gazet. W ten prosty sposób ucięłam przeszłość i już do niej nie wracałam więcej.
Potem też pisałam. Na luźnych kartkach z zeszytów, na wykładach. Nie posortowane opowiadania, wiersze, krótkie zapiski z wrażeń, trochę marzeń, trochę miłości, rozczarowań, samotności i podsumowań budżetu. Kiedy pisałam, czułam się jak w krainie baśni, jakbym stwarzała wszechświat od nowa. Czułam wręcz wszystko co napisałam, widziałam w snach i marzeniach. Zawsze byłam nadwrażliwa.
Teraz kiedy piszę jest inaczej. Kartki zastąpił kod w sieci, obrazki, cyfrowy zapis zdjęć. Poza tym wszystko jakby tak samo. I radość z pisania, i spokój, i wgląd w rzeczywistość. Nie mam aspiracji, bo chyba nigdy nie miałam. Kiedyś dlatego, że nie wierzyłam w siebie, a teraz bo nie potrzebuję głasków. Robię to, bo lubię, nie czekam na pozwolenie, zachętę, nie rani mnie krytyka. Wznoszę się do tego pisania do wymiaru, gdzie to wszystko znika i zostaje tylko melodia słów między palcami a klawiaturą. Czeszę czasem te słowa, by wyrównać jakieś fałdki, ale zwykle wrzucam jak lecą, nie przycinam, nie kontempluję, czy już dojrzały do publikacji. Idą więc dumne, świeże, jak zielone pomidorki, albo limonki i wygrzewają się na słońcu, w eterze.
Czasem do nich zaglądam i widzę, że dojrzewają w bardzo różny sposób. Jedne nabierają kolorów, inne czarnieją, jeszcze inne znikają, albo zmieniają sens. Niezmiennie jednak przypominają mi siebie z chwili, gdy je pisałam. Taki pamiętnik przez tworzenie linii słów, pisząc o czymś z pozoru innym niż o sobie. Piszę o wszystkim. Od wielu dni, miesięcy kłębią mi się w głowie tematy na kolejne zapiski. Obserwacje, krótkie spostrzeżenia, długie wywody o czymś, co mi właśnie teraz wypływa najmocniej na powierzchnię. Osobiste, aż do przesady, jakiej nie akceptują sceptyczne, zimne, pełne powagi i racjonalności osoby. Słowa czasem pisane wierszem, który rodzi się spontanicznie. Przychodzi, kiedy piszę, wplata się dla zabawy w wersy i często słyszę go, jakby krzyczał, „Jestem pierwszy, tak to napisz. Nie inaczej! Tak właśnie!” I piszę, mówiąc do niego, „Tu wyszedłeś niezręczny, tam powtarzasz słowa, postaraj się bardziej, bo nikt cię nie zrozumie”. Ucicha, a potem chowa się obrażony. A ja piszę i czuję, jakby to nie była proza, jakby sączyła mi się muzyka z palców, z serca i do serca znowu. Głowa patrzy i się dziwi czasem, skąd się to bierze. Nie chce brać za to odpowiedzialności. Umysłowi się to wymyka. Nie ważne. Czy słuchając muzyki widzisz nuty, analizujesz tonacje? Piszę swoją muzykę i trochę wtedy znikam. Jak pieśniarze fado, przeżywając emocje łączą się z wszechświatem, duszą i wydają najlepszy możliwy koncert, na swoje ziemskie ciało. Mówią o tym wszyscy. Fado nie da się nauczyć, można ćwiczyć. Nie ważne jaki masz głos, jaką technikę, ile godzin śpiewania za sobą. Fado to dusza strojąca muzykę do emocji, do wspólnych wibracji. To co się dzieje na scenie, na widowni jest przykładem pełnej synchronizacji. Przekazu z odbiorem. Oni sami mówią, że wychodzą z ciała, by śpiewać, by rozumieć, dają się ponieść. Trudno im czasem wrócić. Opowiadają, jak nie sposób opisać tego stanu. To nie gra, nie odtwarzanie, to moim zdaniem łączenie się z absolutem. Ich twarze mówią wszystko, kiedy śpiewają, i kiedy opowiadają, co czują po występie, w trakcie. Nieziemskie, nieopisywalne uczucia zespolenia w jedność muzyków w zespole, śpiewaków i publiczności, i czegoś co nazywają duszą. Bez jej obecności fado nie ma. Dlatego ten co nie umie połączyć się z duszą może śpiewać, ale nie fado. Mnisi wszystkich religii znają tę prawdę od zarania. Modlitwa wysłuchana to taka, która wznosi się przez duszę. A fado jest jak modlitwa przy użyciu poezji i muzyki. Wracałam z muzeum fado i cały czas nuciłam, a nawet trochę śpiewałam na bieżąco układając słowa. To takie proste kiedy ma się otwartą duszę łączyć słowa na kształt wierszy i nucić idąc ulicą w ludnym mieście, gdzie nikt nikogo nie zna, bo wszyscy tu są na chwilę, dłuższą bądź krótszą. Jak ludzie na ziemi, wpadamy czegoś doświadczyć i się odmeldowujemy. Ja też się kiedyś odmelduję z tego świata. Wyloguję z używania tego awatara i zaniosę ze sobą fado, ukryte w głębi wspomnień. Połączenie z innymi wymiarami. Może dzięki temu łatwiej mi będzie trafić tam, gdzie mój prawdziwy dom. Po okruszkach, jak wiersze, fado, marzenia, wzruszenia, miłość do dzieci, ludzi, do otoczenia. Zaniosę to co mam w sobie i co uzbierałam w sercach innych ludzi. Szczere uczucia, relacje, miłość i zrozumienie ludzkich słabości. Czasem wydaje mi się, że temat rozlewa mi się wielowymiarową kaskadą i trudno się trzymać jednej ścieżki. Może to jakieś futurystyczne pisarstwo, taki wielowymiarowy kubizm literacki? Dziwny, ale prawdziwy. Teraz, gdy to napisałam, zastanawiam się nad kolejną kategorią na stronie. „Pisarstwo pseudoartystyczne dla dziwnych, zrelaksowanych kobiet,  po 40tce”. A co tam, niech się dzieje. W końcu dziwniejsze rzeczy pisałam. Baśnie o królewiczach ratujących spadające z konia niewiasty przecudnej urody. I królewicze piękni, i panny, tylko ci pierwsi bardziej barczyści i zasępieni wewnętrznym bólem, którym każda litościwa panna chce się zająć od ręki i leczyć, najlepiej rychłym ślubem. Albo smętne opowieści o wędrujących braciach, z których jeden się zakochał i pragnął wrócić do dziewczyny, która tylko mu się przyśniła. Wszystko to napisałam z pełnym zaangażowaniem. To teraz będę pisać nie po to, by wywołać upust marzeń z przepełnionej głowy, ale by słuchać siebie i dostrzec inne poziomy.

O miłości do siebie. Ocenianie.

Miłość do siebie zazwyczaj blokuje nam ocenianie. Oceniamy ciało, możliwości umysłu, postępy zawodowe, osobiste i bezustannie porównujemy się ze światem. Oceniamy się często srogo. Są oczywiście tacy co się nie oceniają surowo i często żyją kosztem tych co mają niskie poczucie własnej wartości. Mimo wszystko lepiej iść w tę stronę, od niedoceniania siebie do docenienia, niż od przeceniania do prawdy. Przecenianie jest bowiem bardzo nęcące, a z nęcących stanów ciężko się wyzwolić i wytrwać w realności. Z drugiej strony ofiara, też się lubi pławić w swoich cierpieniach, ale kiedy zwalczy program małości, nie wraca już tak chętnie do swego bólu istnienia. Dlatego kiedy zobaczyłam mój stosunek do siebie, jako ofiary i zaczełam dbać o siebie przez odłożenie na bok, a potem wyrzucenie za burtę oceniania. Nie znaczy to, że się nie obserwuję. Widzę siebie w całej krasie, ale ponieważ się nie oceniam pozwalam sobie widzieć więcej moich cech, reakcji, emocji, skojarzeń, niż wtedy, gdy oceniałam się bez przerwy i wypierałam pewne zachowania, bo wolałam się aż tak bardzo nie pogrążać poczuciem wstydu. Teraz widzę, patrzę i relacjonuję, czasem w głowie, bardziej w sercu, na bieżąco co się dzieje wielopłaszczyznowo. I obraz mi się odplamia, wyostrza, zaczynam widzieć prawdę, a to co widzę jest tylko gamą różnych działań, na które mam wpływ jako człowiek. I wpływam, na swoje myśli, zachowania, wyzwalam emocje, przyjmując siebie jaką jestem. W ten prosty sposób, nie oceniania, wreszcie mam okazję zobaczyć siebie, nie swój wizerunek tworzony na potrzeby innych, chwili, potrzeb. I wiecie co, z zaskoczeniem i radością odkrywam, że w głębi duszy tam, gdzie jestem prawdziwa, jestem całkiem piękną, subtelną i silną istotą, pełną szczęścia, współczucia do innych, wrażliwą, kochającą i mądrą. Nie sądzę, że jestem wyjątkiem. Nie przeceniam siebie. Szczerość, na którą się zdobyłam w tej drodze była wielką kopalnią diamentów – prawd o sobie. Wszystkie je przyjęłam, zważyłam, część zachowałam, to co mi nie służy odrzuciłam, i każdego dnia tak robię. Patrzę na siebie z miłością, na jaką zasługuję i czuję, że każdy zasługuje na miłość do siebie. Od tego się zaczyna prawdziwe odrodzenie. W akceptacji, w sile spojrzenia w przepaść, bez oceniania wysokości urwiska. Miłość, która nie zaślepia, która burzy w nas pozory i oczyszcza drogę do wewnętrznej istoty. Do pełnego światła i prawdy człowieczeństwa, z którego już tylko krok do miłości do innych.

O miłości do siebie. Miłość do ciała.

Miłość do siebie to nie narcyzm. Narcyzm, w szczególności w stosunku do ciała, jest destrukcyjnym rozumieniem miłości, autodestrukcyjnym wbrew pozorom. Kochać siebie nie oznacza nic więcej niż widzieć siebie w prawdzie i potędze, i tę prawdę pokazywać światu. Potęgę zaś należy przyjąć, i czuć, i każdym działaniem próbować jej sprostać przełamując nasze ludzkie ograniczenia. Wyzwalanie potęgi człowieka, jego miłości do siebie odbywa się, moim zdaniem, przez zdejmowanie programów, jakie narzuca nam ego, by nas kontrolować i umniejszać. Przez ego zamiast prawdy widzimy iluzję, z której trudno się wyzwolić. Miałam na sobie super węzeł iluzji i pułapek ego. Nie przez przypadek jestem w mojej rodzinie znana z rozwiązywania beznadziejnych dla innych węzłów. Wiąż mam programy, które powoli odpuszczam. Jednym z nich było nie jedzenie cukru. Przez jakiś czas nie czułam chęci na jedzenie słodyczy i zapisałam sobie program, że to dobrze, bo cukier mi szkodzi. Czy szkodził? Racjonalnie patrzę w przeszłość. Nie szkodził. Jem więc cukier i wszystko na co przychodzi mi ochota. Dosłownie, i mięso też, i nic się nie dzieje. Zdjęłam program. Czemu? Wiedziałam, że jak zakoduję, że coś mi szkodzi, to zaszkodzi i tyle. Piję kawę, słodzę i nie brzydzę się dobrą strawą na mięsie. Ale, i tu jest haczyk. Jem kiedy naprawdę jestem głodna, i tylko to na co mam ochotę. Tyle i aż tyle. Spróbować można. Moje ciało jest wypoczęte, prężne, elastyczne choć robię dziennie wiele kilometrów pod górę i z góry. Kolejny program zdejmuję, moje kolana. Bolą kiedy wyginam je w jodze w kierunku bioder. Niezbyt to naturalna pozycja, ale z czułością się roztkliwiałam nad niemożnością wykonania tego ćwiczenia. Teraz uwolniłam ten absurdalny pomysł, że muszę robić wszystko. Kolana czują się wyśmienicie. Inny program ból. Miałam kiedyś bóle łydek i głowy, związane, jak sądziłam z nieprawidłowym krążeniem, brakiem magnezu itd. Jadłam na to czekoladę gorzką, czyli nadpisałam stary program nowym. Działał jak ulał. Teraz już się tym nie martwię. Łydki i głowa są cudownie ozdrowione o ile o nich i ich kondycji nie myślę. Porzuciłam z rozmysłem uważność w stosunku do mojego ciała. Nie zaniedbuję go, tylko się nad nim zbytnio nie zasadzam, tańczę, przeciągam się, chodzę. W siedzeniu samo się prostuje i układa. Jak super robot i mam uczucie, posiadania ciała, nie bycia ciałem. Utrwalam ten stan i jest cudowny. Wyzwala mnie od paranoi powszechnej w naszym świecie, pozorności mojego istnienia jako czegoś w dodatku do ciała, o które tak wszyscy dbają. Moje dba o siebie samo. Jak zawsze robiło, tylko tego nie wiedziałam. Mam wielki szacunek do mojego ciała. Daje mi wolność przemieszczania, czucia zmysłami, wyrażania siebie w świecie materialnym. Kocham moje ciało, to część miłości do siebie. I celebruję je jeśli czuję, że tego mu potrzeba, by mnie niosło, nie jak najdłużej, ale tyle ile trzeba.

O miłości do dzieci

Można czytać książki jak wychować dzieci,  co i jak robić, co mówić, to pewnie pomaga. Ja zdaję się na instynkt, ale wiem, że warunkiem podstawowym dobrego wychowania jest miłość. Miłość prawdziwa, która wypełnia serca człowieka kochającego w sposób pełny, mądry i zdrowy. Z niej pochodzi cała zdolność dobrego wychowania. Bez tego, wychodzi coś co nazwę przewrotnie, tresowaniem do wizerunku z głowy. Dziecko bez miłości wyrośnie czasem na człowieka pozornie normalnego, spełniającego swoje role życiowe, ale niepełnego tam gdzie tej miłości zabrakło najmocniej. W pewności siebie, w kochaniu innych, w zdolności pokonywania barier, w asertywności, również w stosunku do nas. W szczęściu i wyrażaniu radości. Ogólnie w sercu.

Nie będę pisać co robiłam źle i gdzie się myliłam, co wyniosłam z domu, ze środowiska, czego się potem nauczyłam, jak było mi ciężko i lekko zarazem. Do czego czasem tęsknię, gdy widzę jak moje dzieci są już duże. Tego mi chyba zabrakło kiedy dzieci były małe,  żebym czasem mogła wyjść i odciąć się, zrestartować, pobyć ze sobą sama. Samą siebie też kochać, sobie też coś dawać. Teraz są już duże.  Muszę odrobić swoją lekcję na to życie. Jedną z wielu, może najważniejszą. Świadoma bezwarunkowa miłość do dzieci. Bez oczekiwań, planów, bez pouczania.. Wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, że cokolwiek się stanie, przydarzy, ja ich będę kochać, rozumieć i dawać azyl. Wtedy każde z nich wyrośnie na pełnego, kochającego, mądrego człowieka. To mnie czeka, nawet wbrew wszystkiemu, wbrew okolicznościom, wbrew regułom, wbrew środowisku i wbrew rodzinie. Biorę to na siebie. Jestem za nie odpowiedzialna i przy mnie niech czują tę energię do wzrastania, czystą i nieskrępowaną miłość. Jest im potrzebna jak powietrze. I ja jestem im potrzebna, jako przykład człowieka, jako drogowskaz, parasol, ciepły szalik i moc do przezwyciężania siebie, do wzrastania. Stopień do nieba i materac do spadania. Ja w całej krasie, jak kiedyś mówił Iwo: „Mama jest do naklejania plasterków”. I to cała moja rola. On może się kaleczyć, zmagać, ja czekam i patrzę, jeśli chce doradzam. I czekam z plastrem. Plastrem o nazwie miłość.

O miłości do doskonałości

Doskonałość to cudowna bajka, jaka się podobno zdarza za górami, za lasami i oczywiście innym. Zdarza się, jak powiada legenda miejska, komuś w telewizji, albo w wielkim świecie. Wtedy ta doskonałość wydaje się aż nadto nęcąca. Doskonałość w życiu, urodzie, pracy, postępowaniu, w pisaniu ;). Tak,… należy wyraźnie zaznaczyć, że doskonałość jest nietrwała. Zmieniają się gusta, dążenia, ale i my się zmieniamy. I dobrze, gdyby jakaś doskonałość się utrwaliła cóż byłoby do zmiany, po co byłoby nam jeszcze błąkać się po tym świecie, gdzie wędrujemy od przemiany do przemiany.

Doskonała bywa miłość. Czasem, kiedy akurat nie chrapie, nie zgubiła kapci w szkole i nie krzyczy, że choćby ją trafił meteoryt nie wsiądzie do tego autobusu, bo chce jechać samochodem 😉 Czasem ją czuję. Nie na zewnątrz. Wewnątrz. Ona tam jest, taka lokalna doskonałość i pełnia. Kiedy idę ulicą i dostaję sms: „Cudownie było się dziś przy tobie obudzić :)”, albo gdy kobieta w cukierni wybiera mi lepsze ciastko, a sprzedawca sera dokłada mi parę deko, bo mam piękny uśmiech. Wtedy właśnie czuję doskonałość chwili. I nie tylko wtedy, wtedy to jest proste, sygnał idzie z zewnątrz. Najciekawiej jest, kiedy rano budzę się i czuję, że przede mną długi dzień, pęd do szkoły, pracy, jakiś nawał obowiązków, i wtedy włącza mi się obserwator. Ja mogę, ale nie muszę poddać się pędowi życia w takiej chwili i stresowi, smutnemu nagromadzeniu lęków. Mogę również, i właśnie to robię, zaobserwować jakie mam w tym momencie myśli, jakie obawy te myśli kreują i skąd pochodzą, jakie moje głęboko skrywane lęki je karmią. Czuję wtedy, jakbym była Doktor Jekyll diagnozująca Pana Hyde’a. Takie niespełnione marzenie o medycynie wspaniale mi się odkrywa i spełnia na poziomie duchowym.

Analiza emocji. Bardzo ważna sprawa, trudna i kosztowna w gabinecie terapeutycznym. Ale w moim łóżku nad ranem niezwykle łatwa, klarowna, kiedy umysł jeszcze śpi niemrawy, ale jaźń już się odzywa niezaburzona knowaniami mózgu. I wtedy właśnie, pojawia się prawda, również o naszych pragnieniach, lękach, jak w snach, gdy nasza podświadomość pokazuje wszystko takie, jakie jest. Czuję się wtedy wolna od umysłowego zaciemnienia, uwikłania w analizę i widzę prostą drogę do zrozumienia siebie samej. W tym właśnie upatruję doskonałość. Ale … nie dążę do niej. W żadnym aspekcie swojego życia. Nie obarczam się tym programem dla głodnych duchów, więzami niedoskonałości. Nie dlatego, że czuję się doskonała, bo nikt nie jest, ale dlatego, że w każdej chwili jestem najlepszą wersją siebie na jaką mnie stać, i to samo w sobie, jest doskonałe, bo prawdziwe. Chwila, w której jestem, jest doskonała. Każdy aspekt tej chwili, napisałam wręcz parę wierszy o tej niezwykłej obserwacji po skompilowaniu wielu informacji przepuszczonych przez moje serce, mój najlepszy miernik jakości we wszechświecie. Bardzo polecam, odczuwanie zamiast myślenia. Emocje mieszczą w sobie tysiące myśli z różnych chwil naszego życia i pojmowania, tysiące doświadczeń. Pełen wachlarz emocji prowadzi nas do prawdy o nas samych. Pozwalajmy sobie na emocje, wszystkie emocje i uczucia, bo to one są jak kompas do najlepszego wyboru drogi, kolejnej chwili, jaka się zaraz wydarzy. Idźmy za tym co czujemy, sercem, doskonałym kompasem życia. Nie chodzi o egoizm, ale o prawdę, prawdę o nas samych. Prawdę, jaką sprzedajemy często za marne zainteresowanie, za względny spokój, przystosowanie. Nie warto wyzbywać się takiego doskonałego narzędzia. Mózg, czyli umysł jest przecież taki ograniczony. Wystarczy pomyśleć o tym, że nawet kiedy nim zwyciężamy np. na olimpiadzie chemicznej 😉 czy w dyskusji, pamiętamy nie tyle zmagania umysłowe ile towarzyszące temu emocje, uczucie zwycięstwa. To co zapamiętujemy sercem zawsze jest z nami. To co nas uwzniośla i to co nas pogrąża w smutku. Nasz doskonały ster na wzburzonych falach oceanu czasu. A jego główne zadanie – skierować nas na bezpieczny ląd … ku sobie, ku miłości.

O miłosnych potyczkach

Każdy z nas potyka się o różne miłości. Już od wczesnej młodości pragnęłam kochać naprawdę i wciąż się rozglądałam, za tym kogo by tu pokochać. Już wtedy wiedziałam co jest dla mnie ważne. Wciąż się zakochiwałam, zwykle w starszych od siebie chłopcach i marzyłam …
Ostatnio zrobiłam sobie mały przegląd moich miłości i zauważyłam po co zdarzało mi się kochać. Oczywiście główną przyczyną była miłość, ale …

Pewien mężczyzna, z którym byłam, mówił, że lubi duże blondynki. Trochę się obruszyłam, jestem małą brunetką. Pomyślałam: „Impas”. I go uwolniłam. Nie miałam w związku z tym żadnych negatywnych emocji. Tak jest racjonalnie, a ja przy okazji bardziej uwierzyłam w siebie i doceniłam swoje ciało. Inny chciał bym się uczyła matematyki, by mu pomagać w genialnych fizycznych badaniach, które planował. Ja się nauczyłam, on studiów nie skończył. Znowu zapadł „Impas”. Ale za to jak się pięknie wykształciłam. Jeszcze inny chciał mnie uczyć partnerstwa, ale nie opuszczać żony. Też mu odpuściłam. „Impas” na dwie strony 😉 Nauczył mnie wierzyć swemu instynktowi.

Teraz mała rada. Kiedy ktoś się zbliża do naszego świata wychodzimy z domu i na powitanie stawiamy mu płoty, to nasze granice. Nie wpuszczamy za nie i obserwujemy. Zwykle ktoś przychodzi, by jak lustro wskazać, gdzie nam pękła deska, gdzie trzeba dogrodzić, gdzie rura przecieka i trzeba to łatać, łatać szybko, sprawnie. Po to do mnie przyszli wszyscy ci panowie. Załatałam z trudem. Teraz to rozumiem. Wiem już, że się z sercem trzeba zmierzyć czasem jak w życiu z kompasem. Zawsze wskaże północ, choćbyś stał na głowie. Gdy wszystko gotowe, będzie można usiąść i popatrzeć …

Kiedyś, albo wcale,
przyjdzie taka chwila,
że za moim płotem
ktoś zjawi się w porę,
kiedy będę czytać
w słoneczny poranek
na werandzie
w ciszy.
Wtedy najpierw powie
co serce słyszy.
Podejdę do furtki
i mu ją otworzę,
bez lęku,
że w drodze zerwie tulipany,
podepcze mi wrzosy,
albo kopnie kota.
Zrobię mu herbatę.
Usiądziemy w cieniu.
Będzie pił, bez słowa.
Będzie patrzył wokół,
będzie się uśmiechał
łagodnie,
oczami.
Ja będę spokojna,
bez skoków ciśnienia
i motyli w brzuchu,
bo będę wiedziała,
że to on i tyle.
Ot historia cała.
Kiedy nam się znudzi
milczenie,
czekanie,
może go zaproszę
na smaczne śniadanie,
pójdę z nim nad morze,
może nad ocean.
Może mnie przytuli,
może mi coś powie.
Albo się nie zjawi,
będę mieć go w głowie.
I nie będę czekać,
wciąż się zastanawiać,
czy jest taki w świecie.
Będę żyła sama,
szczęśliwa i pełna
plotąc wszystko wokół
aż do końca świata
wierna
przy swym boku.

O miłości i nieważkości

Kiedy byłam dzieckiem byłam bardzo rozmarzona. Siedziałam z głową w chmurach i uwielbiałam ten stan. Można powiedzieć, że trochę uciekałam przed światem, bo był dla mnie trudny wtedy, ale teraz wciąż kocham ten stan rozmarzenia. I daję go sobie kiedy tylko mogę. Przed snem, po obudzeniu, w samochodzie, po spotkaniu w kawiarni, zanim się zbiorę do wyjścia, i w drodze po mieście. Nie wpadam na słupy, nie potrzebuję mechanika do szlifów na karoserii, nie zapominam o ważnych rzeczach i mam czas dla dzieci. Spotykam się z ludźmi, tańczę i oddycham. Oddychanie jest ważne, bo uczę się lepiej pływać. Ciężka sprawa, ale się uwzięłam. Koziorożce są uparte, więc poradzę i temu, bo to dla mnie ważne. Bałam się wody, utopienia, teraz już mniej się boję i lubię wyporność swojego ciała, jak nieważkość w kosmosie … cudne uczucie, kiedy pływam i się nie topię. Kolejny ruch wskakiwanie na głowę, coś dla postrzelonych starszych pań, jak mówi moja córa. Super, że jeszcze mogę takie rzeczy planować i mam zdrowie. Kiedyś wskoczę na głowę i popłynę pod wodą jak delfin, i będę się czuła, jak delfina, wodna nimfa, albo syrena, bo zaczynam też śpiewać. Trochę się wydzieram i fałszuję, ale nie popuszczam, bo kiedy śpiewam, moja dusza się zjawia i dotyka mojego serca, i Bóg mi świadkiem, czuję zastępy aniołów zatykających uszy, ale obecnych też duszami i kocham  śmiać się z siebie, a nie peszyć pomyłkami w nutach, dźwiękach, intensywności oddechu. Zapominam o lęku i lecę, jak rakietą, albo rydwanem na księżyc, nucąc i, aż zamykam oczy, żeby się oderwać od ziemi, choć na chwilę. I płynę, unoszę się w przestrzeni, nieważkość … znowu. Śpiewam i płynę, by choć na chwilę w ciemności nocy grawitacji powiedzieć … dobranoc.

O miłości i przekonaniach

Kiedy wracam pamięcią do moich pierwszych chwil macierzyństwa, powiem krótko, byłam zmęczona. Pamiętam przyciemniony pokój w szpitalu i głos lekarza, że będzie musiał wykonać zabieg ręcznego usunięcia łożyska. Chwile potem zasnęłam. Córeczkę dostał na czas mojego zabiegu mąż i zgodnie z zaleceniem włożył maleńkie ciałko pod koszulkę. Zawsze z przejęciem wspomina, jak córeczka szukała sutka na jego owłosionej piersi, i jakie to było niezwykłe uczucie. Pierwszy dotyk rodzicielstwa. Prawdziwy kontakt z nowym wymiarem siebie.

Niedawno ktoś próbował mnie przekonać, że urodzenie dziecka powinno być trendy, czyli w domu, w obecności doświadczonej akuszerki, bez cięcia pępowiny itd. Nie mam nic przeciw takim porodom i początkowo przyznałam rację. Tyle się mówi o nieludzkim traktowaniu rodzących w szpitalach… Teraz jednak zrozumiałam, że bardzo często wpadamy w pułapkę przekonań. Na dodatek nie swoich, a zaszczepionych przez innych. Rozważyłam więc problem od nowa i zobaczyłam, że prawda jest zgoła inna. Rodząc córeczkę poszłam na szkołę rodzenia i bardzo się do tego przyłożyłam. Byłam okazem zdrowia i energii w ciąży, tryskałam radością i miłością, byłam szczęśliwa. Rodziłam w najlepszym warszawskim szpitalu w obecności męża, przy jego wsparciu tak fizycznym, jak i duchowym. To moja i jego siła pozwoliła nam wydać na świat cudowne dziecko i następne nasze dzieci. Siła miłości i bezpieczeństwa, jakie maż potrafił dla mnie stworzyć, bym mogła czuć się komfortowo i swobodnie. Rozpiął nade mną ten parasol i ogrzał mnie swoim spokojem, choć w pierwszych chwilach, kiedy odeszły mi wody zbladł i usiadł z wrażenia. Szybko się jednak pozbierał i kiedy prowadził mnie do taksówki, czułam się na tyle zrelaksowana, że koleżanka, która nas mijała, myślała, że żartujemy, mówiąc, że jedziemy rodzić. A poród domowy? Patrząc z perspektywy czasu na swoje porody połowa z nich skończyłaby się moim pożegnaniem ze światem, więc dobrze, że rodziłam tam, gdzie ryzyko było minimalne i udzielono mi szybkiej pomocy.

Przekonania bywają szkodliwe. Źle trafione potrafią doprowadzać do rozpaczy, obarczać winą i zamykać w pułapce przeszłości, rozważań co lepiej mogliśmy zrobić. Nie upieram się więc, że znam sposób na prawidłowe wybory innych osób, bo to co mi służy, innym może dotkliwie szkodzić. W każdym razie po tej konfrontacji ze samą sobą i swoimi przekonaniami zrozumiałam, że wtedy, gdy rodziłam zrobiłam absolutnie wszystko co mogłam, by urodzić zdrowe dziecko i dzięki temu jestem teraz pewna, że w wielu innych sprawach słysząc czyjeś poglądy należy uważać i przepuszczać je przez siebie, przez swoje własne filtry świadomości.

Poglądy są różne i zmieniają się wraz z nami, są płynne. Zaczynam ostatnio od nich odchodzić, albo traktować je mało poważnie, raczej jako opinie, tyleż ważne, co chwilowe, jak wyznaczniki pewnych lęków, które moim zdaniem kryje fanatyczne trzymanie się określonych poglądów, a lęki są złośliwe. Zwykle nie służą tym, co je wyznają. Wierzę w to co mi generalnie służy. Czas i tak weryfikuje opinie i poglądy, a gdybanie jest puste, bo to o czym gdybamy i tak już minęło. Wszelka więc przesada w przekonaniach jest zamachem na moją wolność do zmiany. Również zmiany opinii, więc z opiniami uważam i nie oceniam, i nie przekonuję zanadto innych.

A o miłości, jaką czułam, gdy szczęśliwa do szóstego miesiąca biegałam po górach i w kilka dni po porodzie ze śmiechem biegałam z wózkiem na Pola Mokotowskie, jest zasługą dobrego wówczas przekonania, że miłość wystarcza do pokonania wszystkich przeciwności i buduje w nas pomost między przeszłością a przyszłością lecząc nasze lęki i dodając skrzydeł. Bez miłości nawet wyposażona w najnowsze technologie, pomysły na siebie, nie zrobiłabym niczego lepiej, niż wtedy, gdy uzbrojona w płaszcz miłości, jak pelerynę „niewitkę” chroniącą przed wszelkim nieszczęściem, wkraczałam w świat macierzyństwa i dojrzałości. Jeśli więc mogę coś poradzić na powszechne istnienie tych, co lubią innym kształtować życie swoimi poglądami i wiedzą lepiej, jak nam pomóc, nie dajmy się omamić, że ktoś nas zna lepiej od nas samych. Tylko my mamy szansę poznać siebie do końca i stanąć w świetle swojej prawdy. Odkrycie tego co w nas prawdziwe jest największą przygodą na jaką czekamy już od narodzin aż do końca dni, przez czas, kiedy sami zmieniając się z chwili na chwilę docieramy do tego, co w nas najważniejsze i najtrwalsze, a co moim zdaniem wyraża się przez to, jak okazujemy sobie miłość.

O miłości i o tym czego nie wiem

Moja dusza mówi do mnie „Usiądź do pianina, a zobaczysz jak łatwo jest żyć”. Moja dusza jest staromodna i nie rozróżnia pianina i klawiatury, albo jest jej wszystko jedno. W końcu każdy wygrywa na czymś utwór swojego życia. Komponuje go tworząc, malując obraz, śpiewając, tańcząc, pisząc. Każdy używa innego instrumentu, ale przede wszystkim, i stąd to wypływa, tworzy sercem. Twórczość bez serca jest chybotliwa. Łatwo o niej zapomnieć. Nie chodzi o kunszt, jak się okazuje, nie chodzi o uznanie krytyków i gremiów, chodzi o autentyczność naszych uczuć przelanych w tę twórczość.
Więc piszę, trochę się nadal kryguję i martwię, ale coraz mniej mi to przeszkadza. Piszę dla siebie, albo raczej przez siebie piszę, bo tak mi łatwiej w życiu dostrzec i ułożyć pewne aspekty życia. A jeśli ktoś na to patrzy i czyta, i coś dla siebie znajdzie, to dobrze. To oznacza tylko, że w pewnych sprawach, spojrzeniach jesteśmy podobni i to nam daje poczucie wspólnego przeżywania, głębsze poczucie wspólnoty, nie wyuczone w szkole, ani w domu, ani przyjęte społecznie. Głębsze zrozumienie współistnienia nas wszystkich.
Kiedy się zachwycam dziełami impresjonistów, czuję jak wchodzę w sferę, jaką tworzą dusze zatopione w to cudowne przeżywanie piękna chwili uchwyconej przez wprawne ręce artysty. Czuję stapianie się wielu wspólnych wizji świata, uczuć, pragnień tożsamych dla innych. Od tego jest już tylko krok do wspólnego tworzenia. Widzę jak ludzie się otwierają na nowe duchowe przeżycia i piękno, i czerpię z tego radość. Bo jest nas wiele, kobiet i mężczyzn, którzy nagle widzą jak ważne jest wyrażanie siebie, bez strachu, bez leku o krytykę, z radością samego oddawania światu siebie w swoich twórczych wzlotach do nieba.
Moja dusza jest specyficzna. Rozmarzona, trochę nieobecna i nieprzystosowana do tego świata. Patrzy na niego i czasem sama nie wiem czego chce, czy chce banana, czy gruszkę. Więc próbuję i jednego, i drugiego, a czasem wcale nie próbuję tylko mówię „Sama się zdecyduj, ja poczekam”. I czekam. Nauczyłam się czekać i mówić „Nie wiem”. To ważne czasem przyznać się do tego, że się nie wie i poczekać, aż przyjdzie odpowiedź. W tym nie ma nic złego, że się nie wie. To stan zwykle przejściowy, który ma nas nauczyć czekać na właściwą odpowiedź.
Dlatego czasem czuję się trochę przerażona widząc tabuny ludzi pędzących drogą duchowego rozwoju, od terapii do warsztatów rozwojowych, z jogi na ustawienia, z Ayałaski na rytualne picie kakao. Moja dusza jest leniwa. Siedzimy razem na kamieniu przy drodze i patrzymy na biegnących ludzi. Czasem ktoś się zatrzymuje i pyta: co ja robię? Czemu nie biegnę jak inni? Nie teraz, już biegłam, przez chwilę. Teraz siedzę i myślę sobie czego chcę. Co mi teraz jest potrzebne i nie boję się powiedzieć sobie „Nie wiem” i nic nie robię. Wiem za to, że jeśli czegoś zapragnę, wstanę z kamienia i pójdę za tym, bez wątpliwości, bez planu, bez strategii rozwoju, bez nauczyciela. Bo moim największym nauczycielem jestem ja sama, ta wewnętrzna, ta pełna. Na razie ją odkrywam, czyli siebie i nie biegnę, nawet w miejscu. Czasem siedzę, stoję. Lubię leżeć. Patrzę na obłoki płynące i wiem, że wszystko jest w porządku, jest jak być miało, jestem, jaka jestem, dusza wpleciona w ciało, i płynę z czasem.
Czasem wstaję i idę do pobliskiej sali tanecznej, gdzie moje ciało cieszy się płynąc w tangu z zupełnie obcym mężczyzną, a potem w drodze powrotnej śpiewam o zakochanej kobiecie. I wracam na mój kamień przy drodze i znów patrzę. Słońce zachodzi i wschodzi, a ja tak trwam i czuję się prawdziwie szczęśliwa. Dlaczego? Nie wiem. Z samego istnienia, z harmonii z sobą w duszy.
Na wiosnę wsiądę na konia. Czuję, że tak będzie. W lutym jadę do stolicy fado i może zobaczę ocean. Latem jeszcze nie wiem co będzie, ale się za bardzo nie martwię i nie nastawiam. Może pojadę na jogę z Magdą, i znów będę się urywać z zajęć, żeby pobyć czasem gdzie indziej.
Wiem, że kiedy się zmęczę, mój kamień zawsze na mnie czeka przy drodze. I niezależnie od wszystkiego, w każdej chwili mogę na nim usiąść i pobyć, poza czasem, ludźmi, kosmosem. W jednej nieskończonej chwili bycia ze sobą … w sobie.