O miłości do przeszłości

Przeszłość bywa trudna. Moja przeszłość, i nie mówię o ostatnich kilku latach, była bardzo trudna. Oczywiście ważenie cierpienia nie ma sensu, to sprawa indywidualna, ale poczucie, jakie mamy związane z przeszłością jest realne i warto się temu przyjrzeć zanim się pomyśli o przejściu do przyszłości.

Po to właśnie jest teraźniejszość i uwaga jaką mamy, nasza świadomość, kim jesteśmy. Składamy się z przeszłych chwil, których fragmenty jak iskry zostawiają na nas swoje wzory, tatuaże przeszłości. Nawet jeśli nie widzimy ich, albo je wypieramy, one są, czasem tak głębokie, jak głębokie przeszłość zostawiła w nas rany. Ból związany z przeszłością mija dopiero kiedy zamykamy ze spokojem bramy za nią, bo tylko wtedy znika iluzja, że przeszłość jest wciąż z nami i nam zagraża. Ona odeszła, tylko my trzymając strach w najczarniejszych zakątkach siebie, jej nie wypuszczamy.

Puszczenie przeszłości nie jest proste. To zależy od stopnia wrośnięcia w nas, w nasze postępowanie, od naszej samoświadomości co, i kiedy nam sprawiła, i jak nas ukształtowały zdarzenia, ludzie z przeszłości.

Przeszłość, aby zamknąć szczelnie i przeciąć tę pępowinę, trzeba pokochać, a w każdym razie przyjąć, taką jaka jest. Walczenie z przeszłością, mija się z celem. Wymierzanie sprawiedliwości, karanie, mszczenie się i inne okropności pochłaniają tyle energii, że doprawdy, lepiej wypić kawę na kubańskiej plaży, zamiast poświęcać temu swoje życie, albo spełnić jakieś inne marzenie, które pod względem energii i zaangażowania tyle kosztuje, ile wyrzucanie przeszłości jej wad.

Zamknąć nie jest łatwo. Nie dzieje się to automatycznie. Jeśli po prostu zatrzaśniemy drzwi i podeprzemy kołkiem, żeby nie wylazło nam jakieś potworzysko, bardzo często właśnie wtedy, kiedy się najmniej spodziewamy, wylezie. Dlatego moje strachy, najpierw poznałam osobiście. Pozwoliłam im wyjść z przeszłości na powierzchnię, zaprosiłam do siebie, posadziłam na kozetce i szczegółowo się im przyjrzałam. Pozwoliłam sobie odczuć to co czułam kiedy powstawały w przeszłości, kiedy byłam zbyt mała, by inaczej się przed nimi bronić jak wyparciem. Teraz jestem duża i nie wypieram. Teraz mówię otwarcie, czasem smucę się, czasem płaczę i żegnam. Żegnam. Żegnam…

Odchodzą, jeden po drugim wszystkie lęki. Niektóre były tak głęboko zakopane, połamane, przygniecione, że trudno je się składa i wyprawia w świat przeszłości. Przykurzone, smutne, zapomniane sytuacje, ludzie, emocje i rozpacz, smutek, bezsilność, tłumienie złości, odpuszczam w nieznane.
I powiem wam, że kiedy odchodzą kolejne, wolne, ja również się uwalniam i robię miejsce na coś przyszłego, co przyjdzie. Teraz kiedy jestem duża i się nie boję, mogę wybrać co przyjdzie, czemu pozwolę zamieszkać w sobie. Wyprawiając wszystko to, co mi zaszkodziło, z czym się zmagałam tak długo, czuję nie tylko ulgę, czuję sentyment i wdzięczność, za to co mi się zdarzyło. Bo dzięki temu, jestem tu gdzie jestem, jestem kim jestem i jestem z siebie tak cholernie dumna, że to przeżyłam i mimo to mam w sobie takie oceany miłości i wiarę w przyszłość.

Nie mówię więc sobie: „Bądź silna”. Już nie muszę, już się nie zmagam, teraz jestem uważna i pilna. I kocham to co czuję również w stosunku do mojej przeszłości i ludzi, którzy swoim postępowaniem łamali we mnie wiarę w siebie i moje możliwości, zaburzali prawdę o tym, jak piękne potrafi być życie. Są tylko cieniem, ale kiedy taki cień mi powraca w teraźniejszości, wiem czym jest i łatwo się go pozbywam. Po to mi było tych cieni rozpoznanie, po to je zrobiłam, choć to proces bolesny jak odrywanie starych blizn bez znieczulenia. Ale to zmienia, tak pięknie zmienia, że potem się dziwimy, czemu tak długo się wahaliśmy. Bez tych blizn, stajemy się nie słabsi, nie silniejsi, ale prawdziwi. A prawda zawsze zwycięża. I staje się rdzeniem i obrazem naszej osobowości. Od tej pory widzimy, co się stało i dlaczego w naszej przeszłości, i nie boimy się jej, ani jej nie oceniamy, nie zapominamy, ale nie rozpamiętujemy, patrzymy z jasnością wejrzenia i miłością do siebie samych. Każda chwila się zmienia w przeszłość, im więcej wyślemy w nią chwil pełnych miłości, radości, akceptacji, tym piękniejszy mamy fundament do przyszłości. Przekształćmy więc przeszłość, jaka jest, z cienia do światłości. Ona jest jak ciemna materia, nawet jeśli jest trudna do uchwycenia, ma niesamowitą energię. Weźmy ją i wywołajmy światło, niech nas opromienia.

O miłości i seksie

Seks to w Polsce temat tabu. Sami tak zrobiliśmy, że choć niemal wszyscy uprawiają seks, w ogóle o nim nie rozmawiamy, jakby nie istniał. Nawet o perystatyce i wzdęciach nam się zdarza rozmawiać, ale o seksie, prawie nigdy. Nie chodzi o to, żeby przy każdej kawie wymieniać się uwagami w stylu: „I jak ci się dzisiaj współżyło?”, ale żeby tak wcale nie mówić? Albo w sprośnych żartach? Tak być chyba nie powinno.

Myślę, że po części winne jest nasze wychowanie, a także lenistwo w łamaniu barier do normalnego rozmawiania o seksie i okolicach. Pozwoliliśmy wciągnnąć seks w sferę porno do tego stopnia, że teraz trudno go odzyskać, bez konotacji z pejczem, czego materializacją są filmy w stylu Mra Greya. Ale nawet takie wyobrażenia seksu, jak te filmy, dają przynajmniej pole do mówienia, kiedy się tylko milczy.

Seks się dzieje, jest nie tak częsty jak jedzenie, o którym informacja nas zalewa, ale częstszy niż inne sfery naszego życia i czasem warto się o nim czegoś dowiedzieć, żeby się lepiej wyrażać w tej nieodłącznej części nas samych. Analogia z jedzeniem tu się przyda, bo i to, i tamto przyjemne i obu sfer można doznawać na wiele sposobów, z kimś, samemu, dań z przystawką, w domu i na wyjściu, u kogoś i na imprezie, w parku na ławce, w samochodzie po drodze, można przed albo po pracy, niektórym zdarza się w pracy, odświętnie z okazji rocznicy i bez okazji, w locie do czegoś innego. Można potajemnie, kiedy nie wypada, albo oficjalnie wpędzając sąsiadów w konsternację. Nie będę pisała o patologiach, ale napiszę, że tak jak fantazjujemy na punkcie jedzenia tak samo, a może bardziej,  zdarza nam się fantazjować na temat seksu.

 

Poznałam seks tantryczy od łagodnej strony i zrozumiałam, że seks w ogóle to przede wszystkim dotyk,  świadomy dawania i świadomy brania. Może wyrażać miłość, zachwyt, uwielbienie, może dawać radość, piękno, oczyszczenie, uwolnienie z lęków, masek zdejmowanie i podróż do siebie. Warto się więc kochać z kimś świadomym, czułym, kto nas w seksie wzniesie na najwyższe szczyty, zamiast … kompulsywnie zajadać fastfoody.

O miłości i zdradzie

Zdrada, choć to temat trudny, sprowadza się do gry między partnerami. Jedno zdradzając mówi: „Sprawdzam.” I sprawdza jakość związku. Zdrada jest jak impuls do działania. Stwarza możliwość weryfikacji, czy, i na ile, kochają się zdradzany i zdradzający. Jeśli miłość była na wylocie w ciepłe kraje, zdrada skraca mordęgę czekania na całkowite obumarcie. Uwalnia zdradzonego gniewem, a zdradzającego czynem od uczucia, jakie spełniło swoją rolę i przeszło na inny poziom, gdzie oboje nie muszą i często nie chcą ze sobą przebywać. Po czasie zdrada staję się prawdziwym błogosławieństwem, cięciem tam, gdzie boleśnie naciągaliśmy mięśnie, by coś utrzymać, w próżni.

Jeśli jednak zdrada trafia się ludziom o potencjale przebudowy związku opartego na miłości, trzeba się uczciwie przyznać do tego, jakie zdrada miała źródło. Która sfera, bądź sfery relacji były zaniedbane, że zdrada je chwilowo wypełniła. Namiętność, zrozumienie głębszych poziomów istnienia, zapał do tworzenia, potrzeba urozmaicenia, poczucie niedojrzałości partnera, słaba komunikacja i rozbieżne cele. To wszystko i wiele innych wariacji na ten temat może pokazać zdrada, która znów jak przyspieszacz weryfikacji mówi „Walcz, albo odpadasz” z relacji, z domu, z rodziny, z pracy. Kiedy zdradzający poczuje wyrzuty sumienia, zdradzany powinien patrzeć nie przez pryzmat mściwości, ale własnych pragnień i pragnień partnera. Jeśli są zbieżne warto skupić się na tej zbieżności i zbudować na niej nowy związek oparty na trwalszych podstawach, przemodelować podstawy i tego się nie bać. Zdrada jest szansą, na wzrastanie, na uważność, jak każde doświadczenie, uczy nas więcej o sobie, chociaż przez cierpienie. Bo w zdradzie cierpi ego, duma, kiedy pozornie tracimy twarz, po obu stronach. I przyznaniem się do bezsilności, że bez zdrady nie dało się naprawić, skonfrontować relacji.

Budując coś od nowa, wznosimy się po zdradzie na nowy poziom uczuć. Wspaniałomyślnie i z pełnym współczuciem uczymy się siebie. Zdrada może prowadzić do ponownego zakochania, w o wiele pełniejszy, wolny od zazdrości sposób, bliski miłości bezwarunkowej. Taki może być cel zdrady, kiedy dotyka związki. Uwolnienie od zależności, przełamanie barier. Ważne, by się umieć dobrze po zdradzie określić z uczuciami, by nie złapać się w pułapkę wyrzutów sumienia wobec partnera, którego dotknęliśmy zdradą. By nie próbować mu wynagradzać zakłamując swoje prawdziwe uczucia, nie próbować się okazać „świętszym”, bo to krótkotrwała strategia. Podobnie jak uczucie urazy i pozornego wybaczenia z drugiej strony, kiedy ktoś ofiarnie przyjmuje i tłumi prawdziwy gniew po zdradzie. Dlatego warto się wykrzyczeć, wyszaleć w tej rozpaczy, wyciszyć potem i zobaczyć co zostaje. Jeśli zostanie coś na czym warto budować, nie dlatego, że wszyscy dobrze życzą dookoła, bo rodzina, dzieci, wspólne mieszkanie, interes, plany na wakacje, ale dlatego, że sami macie takie przekonanie. Wtedy nie zastanawiajcie się i budujcie. Jeśli nie, zostanie odejść, w stanie spokoju wewnętrznego, nie ważne, czy się zdradziło, czy było się zdradzonym. Uczciwość wewnętrzna popłaca na dwie strony. Żadne siłowe rozwiązanie nie sprawdza się wobec uczuć wyższych jak miłość. Kiedy ktoś pozostaje w długo tłumionym gniewie, zaprzeczeniu, podświadomie sabotuje siebie. Dlatego zdrady nie rozliczone zdarzają się ponownie. Zdradzony i zdradzający odrabiają tę lekcję do skutku, aż się odkryją ze swoimi uczuciami świadomie. Dlatego zdradzający musi czasem liczyć na rozsądek zdradzonego, który w końcu powie:”Stop”. I przestanie wspierać autodestrukcyjną spiralę, kiedy zrozumie, że jest współuzależniony, jak alkoholik i jego partner.

Dlatego nie bójmy się zdrady i żadnych życiowych doświadczeń. Dzięki nim wzrastamy i sięgamy głębi uczciwości w uczuciach. A tylko uczciwi wobec siebie stanowimy istoty pełne, wartościowe, gotowe na więcej. W zdradzie, jak w miłości, oczyszcza się pole, wypala stare, gdy czas na nowe. Uczmy się obserwować uczucia i się w nich rozpoznawać. Wtedy może zdrada, nie będzie potrzebna wcale do weryfikacji naszej z kimś relacji.

O miłości do kobiecości

Kobiecość jest piękna. Kobiecość jest subtelna, nieuchwytna, ale doskonale widoczna. Kobiecość dojrzała jest jak dobrze odegrana rola w rytmie własnego serca. Kobiecość jest wspaniała, kiedy jest pełna, odwieczna, gdy powoli podnosi wzrok patrząc na świat. Kobiecość dziewczęca, kobiecość matki i żony, kochanki, przyjaciółki, koleżanki. Kobiecość młoda, świeża, kobiecość mądra, kobiecość spełniona wiekiem i odczuwaniem.
Kobiety są jak źródła poznania tego, co jest miłością, radością, wartością i siłą przetrwania. Kobiety są jak drzewa, ukorzenione, stałe, ale elastyczne, podatne na zmiany, przyjazne do schronienia, wieczne.

Kobiety w swoim najpiękniejszym stanie łączą w sobie wszystkie cechy ziemi, wody, ognia i powietrza. Są cykliczne jak klimat, jak noc po dniu, jak księżyc w pełni i rok świetlny, w którym się odbywa ruch galaktyk i naszej Drogi Mlecznej. Są trwałe w myślach, jak wspomnienia w innych, bliskich, dalekich, dzieciach, mężczyznach. Potulne, drapieżne, słodkie i harpie. Kobiety, jak diament nie do zarysowania i glina do ulepienia, ukształtowania.

Idą przez życie z misją odkrywania, tworzenia, posiadania i wyzwalania potencjału. Pilnują dusz niewinnych, zagubionych, słabych. Są wierne sobie i marzeniom, głębokie w odczuwaniu, zrozumieniu, wybaczaniu. Kobiety żyjące w jasności i w cieniu. Pełne bólu i pełne szczęścia. Kobiety wiedzą, że żadna istota nie jest ani mniejsza ani większa. One biorą życie, jakie się pojawia, widzą więcej, ale z nikogo nie szydzą. Czarownice, córki kowala, malarki, stróże prawa i domowego ogniska, przywódczynie i stojące przy barykadach z kanapką, ostatnie oczy patrzące na odchodzących, pierwsze na przychodzących na świat. Kobiety spełnione, zalęknione, krzyczące z bólu i rozpaczy, i tańczące na plaży w tropikalnym raju. Czuwające i bezdomne, spragnione spokoju i dzikie. Wsparte na ramieniu mężczyzny i wspierające latarnie, kobiety jak wróżki z baśni, księżniczki, wiedźmy i sieroty. Kobiety jak zjawiska, jak tornada, tajfuny, powodzie i rzeki skute lodem. Kobiety zranione i raniące, kobiety upadłe i wstające o własnych siłach w ciężkich czasach, by innych podtrzymać.

Jestem kobietą. Jestem dumna. Jestem jak ziemia. Przyjmuję wszystkie zmiany, dojrzewam, obumieram, kwitnę. Po pożarze się odradzam.

I sięgam moją myślą gwiazd i rdzenia planety, żeby ją obracać dla siebie i dla innych.

O miłości i życiu

Życie nie jest po to, by się za wszelką cenę umozolić tym, że się żyje. Życie, kiedy jest się pełną siebie istotą, toczy się samo, bez wysiłku, bez zaciskania pętli na szyi, bez pośpiechu i ambicji do jeszcze większego tempa. Takie życie można osiągnąć tylko w jeden sposób, znajdując w sobie pełnię człowieczeństwa. Bez pełni, zawsze będzie jakiś niedostatek wywołujący niepokój i dążenie do jego zapełnienia z zewnątrz, a to pracą zawodową i stanowiskami, a to pieniędzmi, a to kochankami, a to głaskami od innych. Warto więc się obserwować, gdzie mamy braki w miłości własnej i łatać te braki. Dlaczego łatać? Bo dziury w nas samych prowadzą do cierpienia. Taka dziura mówi: „Nie mam” i cierpimy. A to dlatego, że ktoś odszedł i nas nie kocha, a to dlatego, że kolega ma więcej i awansował, a to dlatego, że dziecko w szkole się nie interesuje fizyką jądrową, albo archeologią itd. Te nasze braki w miłości własnej i pożądanie zapełnienia doprowadzają do poczucia nieszczęścia, a nieszczęście jest rodzajem zniewolenia. Zamknięcia na piękno, na miłość do świata, na łagodność, gdy nas szarpie głód czegoś trudno wylądować spokojnie w swoim życiu i ciele, i nie usiłować więcej, i więcej pozyskać z otoczenia. Ono daje. Ludzie dają miłość, ale my chcemy często na własność ją zagarnąć i schować. Tymczasem miłość jest jak ptak, piękny i prawdziwy kiedy lata swobodnie. Chcemy spełnienia ambicji zawodowych i siedzimy w pracy dzień i noc nie pamiętając ostatecznie po co to robimy. Albo łapiemy się za rozwój i na siłę wyrabiamy kolejne kursy, spotkania, terapie, objawienia i sesje motywacyjne. Wszystkie te narzędzia są potrzebne, kiedy wiemy, jaka w nas samych jest przestrzeń. I z sensem ją zapełniamy sobą w najlepszej postaci, nie kolejną maską „super alter ego”, jaką tworzymy, żeby ambitnie brylować.

Ja się czasem chowam, kiedy widzę, jak świat zewnętrzny przyciska mnie do realizacji i patrzę na siebie od wewnątrz, czy to jest to czego chcę, czy to czego chce ode mnie moje ego. Staram się nie dać złapać na takie ego pułapki, które prowadzą do marnowania mojej energii na realizację programów spełnienia ambicji, często nie moich a wdrukowanych w dzieciństwie. Z takich programów najtrudniej wyjść, opierają się na podstawie miłości rodziców do nas, na jakości tej miłości. Musimy wyjść z tego paradygmatu, że miłość rodziców jest naszym korzeniem. To trudne, ale możliwe. Ja się uwolniłam i powiem wam, miłość jaką czuję do rodziców, do ludzi jest teraz taka prawdziwa, jak nigdy nie była. Ambicje i braki widzę wyraźniej i przyjmuję je jak przyjazne wskazówki, gdzie zalepić plastrem, gdzie zamurować, a gdzie maznąć piękne graffiti. Nie wchodzę więc do sfer,  gdzie chodzi tylko o ambicje i ich spełnienie. Trzymam się z dala też od sfer,  gdzie wypływa tzw. poświęcenie, to kolejny program, jaki warto opisać. Życie w prostocie wyborów daje nam sposobność do poznania rzeczy takimi, jakie są. Jeśli więc ktoś działa wyłącznie, by się sprawdzić w coraz większej presji zewnętrznej, sam siebie okrada z chwil szczęścia. Ten kto się wspina, bo ma taką wewnętrzną, nieprawdopodobną chęć do tego wspinania, buduje w sobie piękny finał. Dlatego nie wszystkim pisane jest zdobycie góry, botanik z miłością zabłądzi po drodze badając okoliczne paprocie, a wspinacz nie dostrzeże piękna jego pasji, pędząc czym prędzej ku szczytowi. Warto wiedzieć kim się jest i co warto robić. Albo czego nie warto. To podstawa. Realizacja dzieje się potem sama, kiedy dobrze określimy cele i wykluczymy ambicje z zewnątrz, jako motywację i zastąpimy ją autentyczną pasją na życie i swoją w nim realizację.

O miłości i cieszeniu się z życia


Jestem takim dziwnym, ale powszechnym przypadkiem człowieka, który uczy się, jak cieszyć się z życia. Nauczono mnie przez doświadczenie i obserwację, że życie jest ciężkie, a potem się umiera. Standard mojego pokolenia. I pokoleń wcześniej. Coraz częściej jednak wdziera się do mojej świadomości z poziomu uczuć, bo analitycznie już to rozłożyłam na części pierwsze, że życie jest cudem, który da się przeżywać w piękny i wrażliwy sposób, życie w każdej formie i ekspresji. Nawet tę codzienność, jak jazda samochodem. Stoję w korku co dzień i biadolę, ale nie ostatnio. Pomyślałam dziś, że zawsze się stresowałam jazdą do szkoły z dziećmi, tym tempem, mozołem, nie spóźnianiem się, latami. Teraz wiozę Syna i cieszę się z każdej chwili za kółkiem, bo kocham jeździć, nie ważne, że w tempie żółwia. Popijam kawę inkę i słucham muzyki, śpiewam, Syn ze mną rozmawia, albo gra na telefonie. Nie denerwuję się, nie popędzam wirtualnie korka, tylko chłonę to, co mogę z tego czuć dobrego. Parę dni temu spotkałam kierowcę autobusu miejskiego, który zatrzymał się na Bitwy Warszawskiej przed moim samochodem na sąsiednim pasie i otworzył okienko. W pierwszym odruchu pomyślałam: „Co się stało? Czyżby mi coś odpadło?”, ale byłam tak zrelaksowana, że w ogóle się nie przejęłam. I ten człowiek wyjrzał i pomachał do mnie przyjaźnie, a żeby tego było mało, wyjął lizak z napisem: „Uśmiechnij się!”, a z drugiej strony „Miłego dnia!” I tak staliśmy w korku przed moją pracą, około 9 rano i oboje śmialiśmy się do siebie machając. Kierowca autobusu, a taki nietypowy. Patrzył też na innych stojących kierowców, ale nie widziałam ani jednej zainteresowanej osoby. Szkoda. Taka gratka, jeśli człowiekowi stres od rana się spiętrza w drodze do pracy, czemu nie skorzystać z pomocy bezinteresownego człowieka, który nas rozśmiesza? Ja skorzystałam mimo, że nie byłam smutna, a pogodna i wypoczęta.

Myślę sobie, że co dzień zdarza się coś co nas wzmacnia, ale nie umiemy tego dostrzec. Nie umiemy się przestroić na branie szczęścia. To może być coś małego, jak dobra kawa, ulotnego jak zarys chmur na niebie, i niezwykłego do czego przywykliśmy, kiedy zbyt długo to mamy i nie dostrzegamy, że jest takie piękne. Jak dzieci śpiące przy naszym boku, uśmiechnięta rankiem żona, kolega w pracy pomagający zrestartować sensownie system, albo pani portierka, która odpowie: „Dzień dobry” z uśmiechem. Nie wymagajmy od życia więcej, tylko nauczmy się czerpać z tego co nam daje. Odkrywając na nowo to co piękne, choć stare, ograne nieco. Czasem to jest samotność, oddalenie, bo wtedy pojawia się przestrzeń, która jest potrzebna, a czasem tłum przyjaciół na imprezie i spontaniczny śmiech i taniec. Tylko od nas zależy czy cieszymy się życiem jakie mamy, czy nie więc, gdyby mnie spytać czy tęsknię do Lizbony i braku planu na jutro, odpowiem, że trochę, ale jutro zamierzam sobie zrobić wolne i popracować w domu, posprzątać, pogotować, porozmawiać z dziećmi i pocieszyć się tym, że żyję. A w następne dni, będę robić od nowa to co te dni przyniosą. Jeść, spać, gotować, stać pod gorącym prysznicem i śpiewać. Tyle i aż tyle. A jak przyjdzie pora, ostro popracować nad tym co się lubi. Najważniejsze jednak, że kiedy już samemu się nauczymy tak funkcjonować w wysokich wibracjach pozytywnych uczuć, to zadziała jak samograj i, co więcej, nauczą się tego chłonięcia szczęścia nasze własne dzieci, rodzina, bliscy i dalecy znajomi. I będą nas w tym wspierać na zasadzie synergii, … synergii szczęścia.

O miłości i wyborach


Zawsze miałam problem z dokonaniem wyboru. Niezależnie czy chodziło o bluzkę w sklepie, termin spotkania, czy mężczyznę, reagowałam niepewnością i zagubieniem. Obawiałam się, że jutro, najdalej za tydzień, okaże się, że źle wybrała i martwiąc się na zapas, męczyłam się wybierając. Zakupy to był prawdziwy koszmar. Tyle możliwości i opcji do wyboru, że odwlekałam je najdalej jak się dało. Mówiąc szczerze wybierałam stanie, nie działanie, bo tak mi było prościej. Nawet jeśli czułam, że mi coś umyka, bałam się ryzyka, że polegnę na jakimś wyborze i trwałam tak do niedawna, upierając się, że niczego mi nie trzeba, mam wszystko i nie muszę już wybierać. Do Lizbony też poleciałam z myślą, że wybiorę, ale bez nacisku, nastawienia i odkryłam, że da się wybrać bez stresu, o to,  że dopadnie mnie jakaś pomyłka w wyborze. Zobaczyłam, że stres związany z wyborem jest pozorny. Wybór czasem dokonuje się sam, wcześniej, nim świadomie wybieramy. Poszłam na milongę w Lizbonie, bo wybrałam działanie jeszcze przed wyjazdem, kiedy coś się we mnie zmieniło i pokochałam wybierać. Teraz kiedy wchodzę do sklepu na pierwszym wieszaku zwykle wisi to czego mi potrzeba. I czasem tego nie biorę.

Wybór oznacza dostatek opcji do wzięcia. Ważne co czujesz kiedy wybierasz, jeśli w chwili wyboru czujesz spokój serca, nie obojętność, ale pełną zgodę na to co wybrane, wszystko będzie dobrze. Wybierając z poziomu serca wybieramy to, co nas wspiera i jeśli nawet poczujemy się potem trochę gorzej, to znaczy, że przepracowujemy jakąś lekcję i prawdopodobnie nie mogliśmy wybrać inaczej, by to dostrzec. Co innego, kiedy po wyborze serce wciąż nas niepokoi i wskazuje na to, co wybraliśmy przy różnych okazjach. Warto wtedy przyjrzeć się temu co zrobiliśmy, żeby znaleźć przyczynę. Nie wypierać, nie zagłuszać emocji. One mówią coś ważnego. Kiedyś przepisałam córkę z klasy do klasy na początku gimnazjum. Wydawało mi się, że dobrze robię. Wciąż potem widziałam rodziców z przepisanej klasy i czułam jakiś niewytłumaczalny wtedy niepokój. Potem okazało się, że to nie był dobry wybór. Gdybym sercem patrzyła na całą sytuację i była czujna, zobaczyłabym wcześniej to, co serce od razu widziało.
Teraz kiedy wybieram, słucham wyłącznie serca, nie rozumu, racjonalności i tkwiących w niej ograniczeń. Widzę jaśniej, jak wybrać to, co służy mi i mojej rodzinie. I oczywiście nie sugeruję się tym co uważają ludzie, nawet ci zaprzyjaźnieni. Czuję jak i co zrobić, i nie mam parcia na nieomylność. Jak się pomylę, mówię: „Sorry, zdarza się. Zapamiętam.” I czuję, że potrzebna była ta lekcja. Jestem za nią wręcz wdzięczna.

W większości przypadków jednak mam taki spokój w sercu, że się do siebie uśmiecham, kiedy idę do sklepu i rozmawiam z ludźmi. Wybieram na tak wysokim poziomie komplikacji ze spokojem w duszy, za jej zgodą, że szczęście przenika mnie i czasem wręcz czuję rozkoszne mrowienie na myśl o tym, że mogę wybrać. Gdy staję przed wyborem, to tak, jakbym wyciągała ręce po przeznaczenie. Kocham wybierać i nie obawiać się tego, co do mnie przychodzi w konsekwencji. Bo pozwoliłam sobie źle wybrać. Najwyżej przejdę jakąś pętlę w życiu, ale nie będę stała w ukryciu, z zaciśniętą pięścią z niemożności dokonania wyboru. Więc ostatnio wybrałam coś bardzo ważnego, i kiedy się już zdecydowałam co wybieram, natychmiast pojawiły się możliwości dalszej realizacji celu. A w mojej duszy taki spokój zagościł, jakbym nauczyła się chodzić po wodzie. Kocham prowokować wszechświat do manifestacji tego co dla mnie dobre.

O miłości i radzeniu innym

Ludzie generalnie kochają radzić innym ludziom. Nie będę się rozwodzić nad tym, że niektórzy wręcz rozkoszują się radzeniem tym, których uważają za słabych i pogubionych. Widząc z boku czyjeś istnienie w świecie łatwo, zdawałoby się, radzić jak żyć tym, na których się patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń. Pozornie podkreślam, to proste. Kiedy widzę, jak ktoś się miota w sytuacji, którą sama przerobiłam, mogę pomóc, ale … i tu pojawia się prawdziwa tajemnica radzenia, nie mogę wchodzić do czyjegoś życia z impetem nieomylności i pychy: „Ja wiem.” Bo nie wiem. Nie jestem tym kimś.
Przyszła do mnie kiedyś osoba, która się o mnie martwiła. To co mi potem zrobiła z głową to zakrawa na wymuszenie. Wbiła w moją ziemię młot pneumatyczny i dalej trząść moim fundamentem. Taka osoba, nawet jeśli ma dobre intencje, robi więcej szkody niż pożytku. Co zrobić, żeby pomóc? Można, ale nie trzeba, bo nie każdemu i nie każdy może pomóc, przyjść z miłością i otoczyć opieką, i zrozumieniem. Nawet jeśli widzimy błędy w czyimś działaniu i wiemy, jak sami wydostalibyśmy się z tej matni, nie sądźmy próżnie, że ktoś inny weźmie nasze doświadczenie. Ono może nie grać z jego przeznaczeniem, temperamentem, wibracją emocji i sytuacją w jakiej jest. Ten ktoś w moim życiu wszedł z dąsem, że ja nie wiem, jak się wydostać, jak działać i pretensją, że nie robię co każe. To najgorsze co można zrobić, jeśli się chce komuś pomóc, pokazać mu, że jest słaby i wmówić mu swoją siłę.
Teraz wiem, że tamten człowiek łatał na moim gruncie swoje małe poczucie własnej wartości i potrzebę wzbicia się do czegoś, co uważał za wielkość. Ja go nie oskarżam, bo go rozumiem. Rozumiem też tych co przyszli mi jawnie zaszkodzić. Uczyli mnie asertywności. Ten człowiek nie chciał mi zaszkodzić, wiem, że nie rozumiał swoich słabości. Mówiąc jego słowami: ”Nie widział mnie, nie odkrywał.” Tylko chciał przyłożyć do miary, jaką stworzył w swojej własnej głowie, do formy, jaką mi przeznaczył. Ale ja jestem inna niż czyjekolwiek wyobrażenie o mnie. Jestem oryginałem w swojej mierze i nikt, kto przychodzi, nawet w dobrej wierze, nie powinien w swej pysze usiłować mnie kształtować. Ja wiem jak wyglądam, i nawet jeśli nie do końca widzę wszystkie swoje zakamarki, chcę je odkryć sama i sama odszyfrować ucząc się z miłością od innych, którzy przychodzą z troską, lecz w pokorze. Dlatego sama, nie wymagam od ludzi, by się zmienili na obraz z mojej głowy. Oni też są wyjątkowi i wbrew pozorom, więcej o sobie wiedzą, niż my widzimy. Dawajmy im więcej siły do odkrywania siebie, przez miłość, wsparcie, zrozumienie, by trafili, pełni ufności w świat i w nas do sedna swojej mądrości. Tylko w ten sposób odkryją w pełni to, co my możemy widzieć nie do końca w całości, z filtrem naszego braku, albo pragnienia w niewłaściwy sposób. Świat się odmienia nie przez dokręcanie śrubek ludziom do oporu i przystrzyganie osobowości do naszych potrzeb i marzeń, ale poprzez pozwalanie na wzrastanie i zachwyt nad każdym liściem i pąkiem, który taka osoba wznosi do światła w sobie. I robi to w pełnym poczuciu wolności, bo wolność w zmianie, kształtowaniu osobowości jest gwarantem jej stabilności.

O miłości i obawie

Poczułam obawę. Spotkałam parę osób, które czytają to co napisałam. Nie wiem do końca jak reagować. Kiedy jestem schowana za monitorem mojego komputera i statycznie patrzę ze zdjęć, wszystko wydaje się bezpieczne. Poczułam się dziwnie. Widziałam komentarze i inne znaki. Nie skupiałam się na nich, żeby nie zawisnąć na jakiejś blokadzie w pisaniu. Teraz patrzę, jak taka blokada zbliża się i staram się ją demontować w czasie tego zbliżania. Dlaczego? Bo chcę pisać wolna, od wszystkich ograniczeń, wpływów, a życie daje mi dość inspiracji, nawet taką jak dziś, przekraczanie siebie w kontekście swojej anonimowości w kreacji. Czy mam się schować za strachem, że ktoś mnie wywoła do tablicy, bo coś napisałam? Nie, zdecydowanie nie boję się krytyki. Piszę, bo nie wyobrażam sobie nie pisać. I choćby pioruny strzelały w ziemię tam gdzie chodzę, będę pisać i na swój sposób wyrażać to co dla mnie ważne w mojej wędrówce po moim osobistym niebie. Może wystarczyłoby to tylko pomyśleć, założyć sobie folder w głowie, albo na własnym komputerze. Czuję, że jeśli choć jednej osobie to co piszę pomoże, to zysk, o jaki nie zabiegam. Nie nazywam tego też sztuką, po prostu wkładam w to siebie. Więc będę pisać, czy moje teksty i wiersze znajdą jakieś oko. Takie są najszczersze moje myśli i trudno, jeśli to nie jest codzienną praktyką, że się dzielimy sobą, jak ja się teraz dzielę. Może czasem powinniśmy? Może mniej byłoby w nas nienawiści, niezrozumienia w stosunku do innych, gdybyśmy czasem mieli dostęp do ich myśli, prawdziwych uczuć, szczerych wyrażeń tego co dla nich ważne. Prościej byłoby do nich dotrzeć i nie obawiać się ich stosunku do nas, do świata. Nie różnimy się tak bardzo, jak nam się wydaje. Mój syn ostatnio powiedział w podobnym kontekście:”Mamo, to jest tolerancja.” Tolerancja w tym, by dać innym prawo do realizacji marzeń, które w żaden sposób nie zaburzają naszej przestrzeni, jeśli tego nie chcemy. Dlatego nie słucham kapel deathmetalowych, bo nie czuję tego i nie polecam robić żadnych rzeczy wbrew sobie. Nawet czytać, choć czytanie rozwija, blogów zwariowanych, roztańczonych kobiet. I to chyba tyle jeśli chodzi o demontowanie. Zdaje się, że zdemontowałam w całości. Pozdrawiam serdecznie tych co czytają i tych co nie czytają, niech się wszystkim ziści to czego im najbardziej w życiu potrzeba. Wolności w tym co jest dla nas szczęściem i dzielenie się tym z innymi, choćby to było granie na dudach w szkockiej kracie, albo robienie na drutach. Wolności tworzenia i odkrywania siebie.

O miłości do tańca

Zawsze kochałam tańczyć. Czułam jakbym odrywała się w tańcu od ziemi. W poprzednim życiu ponoć byłam tancerką, tak mi powiedziała Wróżka w lodziarni „Malinowej” blisko centrum stolicy. Czy tak, nie wiem, ale taniec mam we krwi. Nie chodzi o eleganckie, wystudiowane przemieszczenia ciała wytresowane na zajęciach dla baletmistrzyń wszelkiego sortu. Ja się poruszam nie patrząc co, i jak robię, i mam w nosie co inni myślą o moich poczynaniach. Z bardzo prostej przyczyny, kocham się zapomnieć, kiedy tańczę i, gdy w rytm kosmicznej muzyki zapala się we mnie ogień. Muzykę dowolną oswoję, od Beethovena po hip hop. Może za wyjątkiem dark metalu, bo mi ciarki przechodzą z niezrozumienia tej muzy. Ale pop, rock i reszta muzyki rusza mną, jak wiatr wierzbą, i się przemieniam. Zamykam czasem oczy, by łatwiej się temu oddać co płynie z centrum i, jak fala rozchodzi się po moim ciele. Nie chodzi tylko o rozluźnienie, o oddanie, swobodę i wyrażanie siebie. Czuję się jak nieskrępowane konwenansem dziecko siadające na podłodze w sali pełnej krzeseł między zachmurzonymi krytyką dorosłymi. Czuję się jakbym wszystkiemu uciekała z miłością do braku jakichkolwiek granic. Mój taniec za każdym razem jest inny, wyjątkowy, jak każda kolejna chwila. Kiedy tańczę nie martwię się o technikę, ozdobniki i to, na której nodze stoję, o to jak wyglądam i czy tańczę z kimś, czy sama. Tańczę kiedy tylko mogę, w domu, w pracy przy biurku z papierami, w samochodzie, w sposób ograniczony, ale jakżesz podkreślony prędkością, i w snach. I kiedy tańczę czuję, że nic mnie nie zatrzyma, wyzwala się we mnie taka siła, moc, potęga, nieważne jak to się nazywa. Wznoszę się i gubię wszystkie smutki, a ziemia ucieka mi spod nóg, albo to ja jej uciekam.
Bywają takie chwile, że wytańczam to co mnie boli, martwi, niepokoi i to działa jak kąpiel w Styksie, Rzece Zapomnienia. Świetnie mi to robi na duszę i kręgosłup. Nie boję się w tym tańcu przekraczać granic tzw. dobrego smaku. Moje biodra, uda, piersi wirują, a ja się śmieje w duchu, bo otwieram się na kobiecość mojego ciała, i gdyby ktoś zrobił zdjęcie w odpowiedniej chwili, moje oczy świeciłyby w mroku, jak starożytnej wiedźmie. Lubię tańczyć przy muzyce co mi się wdziera do duszy jak ocean i uderza falami rytmicznie w moje wnętrze. Podążam za przypływami i odpływami, wzniesieniami i powolnym opadaniem jak wprawny żeglarz, wzbijam się na falę i czuję, że wystarczy czuć w sobie radość z każdej takiej chwili, by tańczyć. Nawet jeśli wmawiasz sobie, że nie czujesz rytmu, pokochaj swój własny rytm w głowie i ruch ciała. Ciało potrzebuje tej chwili wytchnienia z rutyny codziennego poruszania, wstawania, chodzenia, siedzenia i pisania na klawiaturze. Taniec nas rozwija do nowej zdolności, przekraczania granic własnego ciała i patrzenia na świat nieco wyżej, z poziomu prawdziwej radości.