Przeszłość bywa trudna. Moja przeszłość, i nie mówię o ostatnich kilku latach, była bardzo trudna. Oczywiście ważenie cierpienia nie ma sensu, to sprawa indywidualna, ale poczucie, jakie mamy związane z przeszłością jest realne i warto się temu przyjrzeć zanim się pomyśli o przejściu do przyszłości.
Po to właśnie jest teraźniejszość i uwaga jaką mamy, nasza świadomość, kim jesteśmy. Składamy się z przeszłych chwil, których fragmenty jak iskry zostawiają na nas swoje wzory, tatuaże przeszłości. Nawet jeśli nie widzimy ich, albo je wypieramy, one są, czasem tak głębokie, jak głębokie przeszłość zostawiła w nas rany. Ból związany z przeszłością mija dopiero kiedy zamykamy ze spokojem bramy za nią, bo tylko wtedy znika iluzja, że przeszłość jest wciąż z nami i nam zagraża. Ona odeszła, tylko my trzymając strach w najczarniejszych zakątkach siebie, jej nie wypuszczamy.
Puszczenie przeszłości nie jest proste. To zależy od stopnia wrośnięcia w nas, w nasze postępowanie, od naszej samoświadomości co, i kiedy nam sprawiła, i jak nas ukształtowały zdarzenia, ludzie z przeszłości.
Przeszłość, aby zamknąć szczelnie i przeciąć tę pępowinę, trzeba pokochać, a w każdym razie przyjąć, taką jaka jest. Walczenie z przeszłością, mija się z celem. Wymierzanie sprawiedliwości, karanie, mszczenie się i inne okropności pochłaniają tyle energii, że doprawdy, lepiej wypić kawę na kubańskiej plaży, zamiast poświęcać temu swoje życie, albo spełnić jakieś inne marzenie, które pod względem energii i zaangażowania tyle kosztuje, ile wyrzucanie przeszłości jej wad.
Zamknąć nie jest łatwo. Nie dzieje się to automatycznie. Jeśli po prostu zatrzaśniemy drzwi i podeprzemy kołkiem, żeby nie wylazło nam jakieś potworzysko, bardzo często właśnie wtedy, kiedy się najmniej spodziewamy, wylezie. Dlatego moje strachy, najpierw poznałam osobiście. Pozwoliłam im wyjść z przeszłości na powierzchnię, zaprosiłam do siebie, posadziłam na kozetce i szczegółowo się im przyjrzałam. Pozwoliłam sobie odczuć to co czułam kiedy powstawały w przeszłości, kiedy byłam zbyt mała, by inaczej się przed nimi bronić jak wyparciem. Teraz jestem duża i nie wypieram. Teraz mówię otwarcie, czasem smucę się, czasem płaczę i żegnam. Żegnam. Żegnam…
Odchodzą, jeden po drugim wszystkie lęki. Niektóre były tak głęboko zakopane, połamane, przygniecione, że trudno je się składa i wyprawia w świat przeszłości. Przykurzone, smutne, zapomniane sytuacje, ludzie, emocje i rozpacz, smutek, bezsilność, tłumienie złości, odpuszczam w nieznane.
I powiem wam, że kiedy odchodzą kolejne, wolne, ja również się uwalniam i robię miejsce na coś przyszłego, co przyjdzie. Teraz kiedy jestem duża i się nie boję, mogę wybrać co przyjdzie, czemu pozwolę zamieszkać w sobie. Wyprawiając wszystko to, co mi zaszkodziło, z czym się zmagałam tak długo, czuję nie tylko ulgę, czuję sentyment i wdzięczność, za to co mi się zdarzyło. Bo dzięki temu, jestem tu gdzie jestem, jestem kim jestem i jestem z siebie tak cholernie dumna, że to przeżyłam i mimo to mam w sobie takie oceany miłości i wiarę w przyszłość.
Nie mówię więc sobie: „Bądź silna”. Już nie muszę, już się nie zmagam, teraz jestem uważna i pilna. I kocham to co czuję również w stosunku do mojej przeszłości i ludzi, którzy swoim postępowaniem łamali we mnie wiarę w siebie i moje możliwości, zaburzali prawdę o tym, jak piękne potrafi być życie. Są tylko cieniem, ale kiedy taki cień mi powraca w teraźniejszości, wiem czym jest i łatwo się go pozbywam. Po to mi było tych cieni rozpoznanie, po to je zrobiłam, choć to proces bolesny jak odrywanie starych blizn bez znieczulenia. Ale to zmienia, tak pięknie zmienia, że potem się dziwimy, czemu tak długo się wahaliśmy. Bez tych blizn, stajemy się nie słabsi, nie silniejsi, ale prawdziwi. A prawda zawsze zwycięża. I staje się rdzeniem i obrazem naszej osobowości. Od tej pory widzimy, co się stało i dlaczego w naszej przeszłości, i nie boimy się jej, ani jej nie oceniamy, nie zapominamy, ale nie rozpamiętujemy, patrzymy z jasnością wejrzenia i miłością do siebie samych. Każda chwila się zmienia w przeszłość, im więcej wyślemy w nią chwil pełnych miłości, radości, akceptacji, tym piękniejszy mamy fundament do przyszłości. Przekształćmy więc przeszłość, jaka jest, z cienia do światłości. Ona jest jak ciemna materia, nawet jeśli jest trudna do uchwycenia, ma niesamowitą energię. Weźmy ją i wywołajmy światło, niech nas opromienia.


Zdrada, choć to temat trudny, sprowadza się do gry między partnerami. Jedno zdradzając mówi: „Sprawdzam.” I sprawdza jakość związku. Zdrada jest jak impuls do działania. Stwarza możliwość weryfikacji, czy, i na ile, kochają się zdradzany i zdradzający. Jeśli miłość była na wylocie w ciepłe kraje, zdrada skraca mordęgę czekania na całkowite obumarcie. Uwalnia zdradzonego gniewem, a zdradzającego czynem od uczucia, jakie spełniło swoją rolę i przeszło na inny poziom, gdzie oboje nie muszą i często nie chcą ze sobą przebywać. Po czasie zdrada staję się prawdziwym błogosławieństwem, cięciem tam, gdzie boleśnie naciągaliśmy mięśnie, by coś utrzymać, w próżni.
Kobiecość jest piękna. Kobiecość jest subtelna, nieuchwytna, ale doskonale widoczna. Kobiecość dojrzała jest jak dobrze odegrana rola w rytmie własnego serca. Kobiecość jest wspaniała, kiedy jest pełna, odwieczna, gdy powoli podnosi wzrok patrząc na świat. Kobiecość dziewczęca, kobiecość matki i żony, kochanki, przyjaciółki, koleżanki. Kobiecość młoda, świeża, kobiecość mądra, kobiecość spełniona wiekiem i odczuwaniem.



Ludzie generalnie kochają radzić innym ludziom. Nie będę się rozwodzić nad tym, że niektórzy wręcz rozkoszują się radzeniem tym, których uważają za słabych i pogubionych. Widząc z boku czyjeś istnienie w świecie łatwo, zdawałoby się, radzić jak żyć tym, na których się patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń. Pozornie podkreślam, to proste. Kiedy widzę, jak ktoś się miota w sytuacji, którą sama przerobiłam, mogę pomóc, ale … i tu pojawia się prawdziwa tajemnica radzenia, nie mogę wchodzić do czyjegoś życia z impetem nieomylności i pychy: „Ja wiem.” Bo nie wiem. Nie jestem tym kimś.
Poczułam obawę. Spotkałam parę osób, które czytają to co napisałam. Nie wiem do końca jak reagować. Kiedy jestem schowana za monitorem mojego komputera i statycznie patrzę ze zdjęć, wszystko wydaje się bezpieczne. Poczułam się dziwnie. Widziałam komentarze i inne znaki. Nie skupiałam się na nich, żeby nie zawisnąć na jakiejś blokadzie w pisaniu. Teraz patrzę, jak taka blokada zbliża się i staram się ją demontować w czasie tego zbliżania. Dlaczego? Bo chcę pisać wolna, od wszystkich ograniczeń, wpływów, a życie daje mi dość inspiracji, nawet taką jak dziś, przekraczanie siebie w kontekście swojej anonimowości w kreacji. Czy mam się schować za strachem, że ktoś mnie wywoła do tablicy, bo coś napisałam? Nie, zdecydowanie nie boję się krytyki. Piszę, bo nie wyobrażam sobie nie pisać. I choćby pioruny strzelały w ziemię tam gdzie chodzę, będę pisać i na swój sposób wyrażać to co dla mnie ważne w mojej wędrówce po moim osobistym niebie. Może wystarczyłoby to tylko pomyśleć, założyć sobie folder w głowie, albo na własnym komputerze. Czuję, że jeśli choć jednej osobie to co piszę pomoże, to zysk, o jaki nie zabiegam. Nie nazywam tego też sztuką, po prostu wkładam w to siebie. Więc będę pisać, czy moje teksty i wiersze znajdą jakieś oko. Takie są najszczersze moje myśli i trudno, jeśli to nie jest codzienną praktyką, że się dzielimy sobą, jak ja się teraz dzielę. Może czasem powinniśmy? Może mniej byłoby w nas nienawiści, niezrozumienia w stosunku do innych, gdybyśmy czasem mieli dostęp do ich myśli, prawdziwych uczuć, szczerych wyrażeń tego co dla nich ważne. Prościej byłoby do nich dotrzeć i nie obawiać się ich stosunku do nas, do świata. Nie różnimy się tak bardzo, jak nam się wydaje. Mój syn ostatnio powiedział w podobnym kontekście:”Mamo, to jest tolerancja.” Tolerancja w tym, by dać innym prawo do realizacji marzeń, które w żaden sposób nie zaburzają naszej przestrzeni, jeśli tego nie chcemy. Dlatego nie słucham kapel deathmetalowych, bo nie czuję tego i nie polecam robić żadnych rzeczy wbrew sobie. Nawet czytać, choć czytanie rozwija, blogów zwariowanych, roztańczonych kobiet. I to chyba tyle jeśli chodzi o demontowanie. Zdaje się, że zdemontowałam w całości. Pozdrawiam serdecznie tych co czytają i tych co nie czytają, niech się wszystkim ziści to czego im najbardziej w życiu potrzeba. Wolności w tym co jest dla nas szczęściem i dzielenie się tym z innymi, choćby to było granie na dudach w szkockiej kracie, albo robienie na drutach. Wolności tworzenia i odkrywania siebie.
Zawsze kochałam tańczyć. Czułam jakbym odrywała się w tańcu od ziemi. W poprzednim życiu ponoć byłam tancerką, tak mi powiedziała Wróżka w lodziarni „Malinowej” blisko centrum stolicy. Czy tak, nie wiem, ale taniec mam we krwi. Nie chodzi o eleganckie, wystudiowane przemieszczenia ciała wytresowane na zajęciach dla baletmistrzyń wszelkiego sortu. Ja się poruszam nie patrząc co, i jak robię, i mam w nosie co inni myślą o moich poczynaniach. Z bardzo prostej przyczyny, kocham się zapomnieć, kiedy tańczę i, gdy w rytm kosmicznej muzyki zapala się we mnie ogień. Muzykę dowolną oswoję, od Beethovena po hip hop. Może za wyjątkiem dark metalu, bo mi ciarki przechodzą z niezrozumienia tej muzy. Ale pop, rock i reszta muzyki rusza mną, jak wiatr wierzbą, i się przemieniam. Zamykam czasem oczy, by łatwiej się temu oddać co płynie z centrum i, jak fala rozchodzi się po moim ciele. Nie chodzi tylko o rozluźnienie, o oddanie, swobodę i wyrażanie siebie. Czuję się jak nieskrępowane konwenansem dziecko siadające na podłodze w sali pełnej krzeseł między zachmurzonymi krytyką dorosłymi. Czuję się jakbym wszystkiemu uciekała z miłością do braku jakichkolwiek granic. Mój taniec za każdym razem jest inny, wyjątkowy, jak każda kolejna chwila. Kiedy tańczę nie martwię się o technikę, ozdobniki i to, na której nodze stoję, o to jak wyglądam i czy tańczę z kimś, czy sama. Tańczę kiedy tylko mogę, w domu, w pracy przy biurku z papierami, w samochodzie, w sposób ograniczony, ale jakżesz podkreślony prędkością, i w snach. I kiedy tańczę czuję, że nic mnie nie zatrzyma, wyzwala się we mnie taka siła, moc, potęga, nieważne jak to się nazywa. Wznoszę się i gubię wszystkie smutki, a ziemia ucieka mi spod nóg, albo to ja jej uciekam.