Oglądałam „Więźnia nienawiści” (Edward Norton, nieprzeciętny talent aktorski, „Fight Club”, „Malowany welon”, „Impresjonista”, uff …) i nagle zgłodniałam. Weszłam do kuchni, po kanapkę z dżemem borówkowym i odpłynęłam myślami w kierunku, jaki często mi się ostatnio zdarza. Spraw ogólnożyciowych. Położyłam nogę na blacie kuchennym i zdałam sobie sprawę, że nie robiłam tego od niepamiętnych czasów. Nie rozciągałam się spontanicznie, jak w liceum, kiedy moje ciało domagało się ruchu podświadomie podpowiadając co robić. I tak, z nogą na blacie, najpierw się naciągnęłam, myśląc o tym, jak utknęłam w schemacie istnienia na opak z moim organizmem. Potem zmieniłam nogę, zrobiłam kawę inkę i pomyślałam, jakie wspaniałe mam życie. Życie w kontakcie ze zwykłymi rzeczami, zapachami, smakami, sytuacjami. Jestem, tylko tyle, a jak wiele się w tym zawiera. Każdą chwilę przeżywam na poziomie prawdziwego istnienia i uważnością oswajam życie. Oswajam swoje w nim przeznaczenie. Dziś jem dżem pachnący lasem w domu przy filmie, po rozmowie z dziećmi i kilku pląsach przed lustrem, żeby się zmierzyć z moją niedoskonałą wciąż postawą tangową.
Wiem już teraz, jakie mięśnie, ścięgna trzeba uwieść do tego, żeby odtworzyć ten piękny, posuwisty ruch na parkiecie. Moje przyczepy mięśni udowych w miednicy są za sztywne i co odkryłam? Dzięki Magdzie Kapeli, która w Indiach zgłębia cudowne jogińskie wglądy i pozycje, że ja muszę się co dzień rano zamieniać w wojowniczkę i stawać w pozycji wojowniczki, bo ta pozycja z jogi daje naciąg mięśni miednicy, nóg, ćwiczy równowagę, jaką wykorzystam w tańcu. Wszystko się ze wszystkim łączy, joga z tangiem, postawa i pozycja, tak w ćwiczeniu, jak i w życiu. Moja postawa też ulega zmianie kiedy się uelastycznia. Wstałam ze swojego kamienia przy drodze, bo poczułam, że coś na mnie czeka. Czeka na mnie co dzień, cierpliwie, bez nagany, oceniania mojego ociągania, bez wyrzutów, że leży nie wykorzystane i patrzy. Podchodzę do tego, nie z niecierpliwością, nie z rezerwą i strachem, ale z łagodnością i miłością. To zmiana, prawdziwa zmiana. Nie szarpanie na boki i zawodzenie, że czegoś nie robię. Nie wyduszanie pompek co dzień w znoju i wymierzanie sobie kary za wirtualne braki w postępowaniu. Ja się do tej zmiany odnoszę, jak do cudownego zjawiska na niebie, podziwiam. Patrzę, zachwycam się tym, co się zdarza i nie oczekuję więcej.
Wpadła mi w ręce okazja, kurs, za darmo, w domu, miesięczny, bez nacisku, jeszcze jak byłam w Lizbonie. Trzeba było nagrać film 2u minutowy o tym, czemu jest ci potrzebna zmiana. Początkowo nagrałam na telefonie w knajpce, na mieście, ale akustyka była słaba, więc po powrocie do Warszawy, zwierzyłam się kolegom podczas porannej kawy, że chcę coś takiego nagrać ,ale moja kamera w laptopie odmówiła współpracy. Zaraz znalazł się profesjonalny aparat z kamerą do zdjęć eksperymentów przepływu cieczy w mikrokanałach, stojak, sala i miałam wszystko, żeby nagrać swoje 2 minuty spontanicznego gadania.
Nagrałam chyba z 11 filmów. Myliłam się, zmieniałam plan, a że miałam mało czasu w pracy z uwagi na spotkania, powiedziałam sobie, że oto daję sobie 20 minut i wysyłam ten film, jaki mi się uda nagrać i będzie najmniej okropny. I wysłałam. Cała spocona biegłam potem na spotkanie, ale szczęśliwa, że nie odpuściłam.
Minęło parę tygodni i wczoraj dostaję telefon, że się dostałam. Kurs zaczyna się jutro, potrwa miesiąc, a dodatkowo latem będę mogła wziąć udział w spotkaniu edukacyjnym dosyć kosztownym, za darmo. Tak to się właśnie plecie nić, jak jej nie wypuszczamy z ręki. Nagle się pojawia narzędzie skrojone na naszą i kieszeń, i potrzebę.
Kiedy obejrzałam swój film przed wysłaniem pomyślałam: „Co tam, wypadłam może sztywno, ale mówię z sensem. Najwyżej odpadnę, w każdym razie jestem szczera w swoich ułomnościach i talentach.” Teraz kiedy patrzę na siebie na filmie widzę, że mój niedoskonały wizerunek medialny, jest czystą projekcją lęków. Jesteśmy jacy jesteśmy, mamy swoje maniery, zachowania, wyrobienie, bądź jego brak, w wielu sprawach. Kiedy nie boimy się nowych doświadczeń wszechświat nas nagradza. Najczęściej sami jesteśmy swoimi najsroższymi sędziami. Nie warto się tak obciążać, porównywać. Jeśli w każdej chwili robimy to, na co nas stać, a nie wycofujemy się ukradkiem ze strachu, to przełamanie go nam sprzyja.
Ostatnio, mam takie uczucie spełnienia w wielu dziedzinach życia, że chyba nie da się mnie zdołować i zastraszyć. Towarzyszy mi taka wizja, że niezależnie od tego, jak i czy podejmuję wyzwanie podsunięte przez życie, czuję się szczęśliwa. Nie wyrzucam sobie wirtualnych porażek, nie karmię się pustką, czuję w tym co się zdarza celowość i łączę kropki. Tak, jakby okazja do zrobienia czegoś wciąż się nadarzała i się naprawdę nadarza. Tylko zwrócę wzrok w kierunku czegoś i pomyślę: „A może zrobić tak …” i niemalże natychmiast pojawia się kolejne połączenie. Nie oczekuję, że się pojawi. Nie mam wewnętrznych nacisków. Moje ego nie szaleje, że musi się spełnić i siedzi cicho w kącie albo z rzadka zrzędzi. Traktuję je jak lustro. Tam gdzie z czymś się stykam po raz pierwszy. Patrzę co mi mówi i od razu widzę słabe punkty. Czasem dopiero po sytuacji. Nie ważne kiedy, ważne, że rejestruję jego skoki, jak piki w encefalogramie i mam wgląd w mój prawdziwy obraz sytuacji. W ogóle prawdziwy, nie tylko z mojej perspektywy. I się uczę, jak z nim się obchodzić, piękna praca. I jaka uspokajająca, kiedy wszystko wokół uśmiecha się albo wyzwala we mnie pozytywne sygnały. Śpię, jem, piszę, rozmawiam i kocham. Wszystko z czego składa się życie, każdą pojedynczą chwilę, składam jak obraz do obrazu, jak pocałunek do ust, jak miłość do serca. Na prawdę kocham życie i w tym kochaniu, co dzień, co minutę, co noc staję się coraz lepsza.
Kategoria: Impresje
Ukryty porządek rzeczy
Na studiach nauczyłam się mnóstwa wzorów. Moje studia miały taką zaletę, że wzbogacały abstrakcyjne myślenie, czasem na siłę, bo egzamin, a czasem naturalnie, bo rzucasz okiem i widzisz porządek, albo wyprowadzenie. Zresztą, jak wybierałam się na studia to nie myślałam, że będzie tak trudno. To był jeden z kamieni, który rzuciłam sobie pod nogi, ale dałam radę. Zawsze sobie utrudniałam życie. Walenie głową w mur uważałam za normalne, za coś co występuje, jak powietrze i chyba tak musiałam myśleć, bo inaczej nie byłabym tu, gdzie jestem. Więc zderzyłam się z matematyką i zobaczyłam powiązania. Wszystko się ze wszystkim wiąże, a można to zobaczyć, jeśli ktoś umie i wie, gdzie patrzeć. I tu dam przykład z pozoru odległy od naszej wyobraźni – ciąg Fibonacciego. Pan Fibonacci, był Włochem i wymyślił ciąg liczb naturalnych, jak dla przedszkolaka. Leci on tak:
![]()
1,
1,
( to nie pomyłka, dwie jedynki na początku )
1+1=2,
1+2=3,
2+3=5,
3+5=8.
5+8=13,
8+13=21,
13+21=34,
21+34=55
…. itd.
Zasada jest taka, że dodajesz dwie poprzednie liczby i dostajesz następną. Łatwe? Łatwe. Oczywiście ciąg nie ma końca, zawsze da się dodać coś, co już policzyliśmy i iść dalej. Ale nie to jest takie fascynujące. Ciąg Fibonacciego ma taką naturę, że Natura go odtwarza, znaczy Matka Natura. Oznacza to ni mniej ni więcej, a tyle, że jeśli Natura coś tworzy, to tylko tyle tego naraz, ile wynosi jakaś liczba Fibonacciego. Nie wierzycie? Dla przykładu: jeden nos, dwie ręce, trzy liście koniczyny, 4 nie występuje w przyrodzie, (krowa ma 4 kończyny, ale nie jednakowe, wystarczy obejrzeć krowę), 5 płatków-części liścia klonu itd. Jeśli macie pod ręką szyszkę policzcie ile ma tych wystających co kłują, ile liści ma kapusta, cała z pola nie obrana w sklepie, albo płatków ma róża, ile części ma szypułka pomidora, a ziaren fasolka szparagowa. Gdybyście policzyli wszystkie połączenia nerwowe w mózgu to pewnie też jest ich tyle ile wynosi jakaś liczba Fibonacciego. Każdy kwiat, zwierzę, roślina, człowiek podlega temu porządkowi.

Wzór więc na organizmy żywe już został odkryty, częściowo. Bo chodzi tylko o liczebność części, ale przynajmniej tyle wiemy na pewno. Reszta też ma swój wzór. Wzór na częstotliwość, która nas uspokaja, albo drażni. Kolory, które służą, bądź nie służą wyobraźni. Konformacje krzywych w malarstwie, płaszczyzn w rzeźbie. Widzicie sami. Na wszystko jest jakiś wzór. Mało ich znamy, więcej przeczuwamy, widząc sercem, że coś nam się podoba, współgra z naszym wnętrzem, a coś nie i nie możemy się dostroić. To jest ukryta matematyka istnienia. Artyści wiedzą o czym piszę. Mamy tę samą percepcję. Matematyk widzi podobieństwa, upraszcza koncepcję i wchodzi z nowym uniwersalnym opisem rzeczywistości, jako czegoś abstrakcyjnego. Artysta dopasowuje, upraszcza, czyści ze zbędnych elementów i odtwarza jakąś uniwersalną formę, która do nas przemawia. Wiele jest zbieżności. Dlatego tak wielu matematyków grało na instrumencie. Czuli tę uniwersalną harmonię wszechświata. Nawet bowiem chaos, pozorny nieporządek rzeczy, tworzy fraktale, samopowtarzalne struktury, które na pierwszy rzut oka widać, są uporządkowane. Przykładem są płatki śniegu, a każdy inny, bo chaos właśnie taką ma naturę, że lubi tworzyć inne z tego samego stanu wyjściowego. Chaos jako szum tymczasem, jeśli nie tworzy wzorów, staje się zbędny, ignorujemy go, pomijamy. Nasz mózg tak właśnie został skonstruowany, by widzieć powiązania i wzory rzeczywistości i się nimi posłużyć do wyjaśnienia sensu i dynamiki wszelkiego istnienia.

Powiem jeszcze tylko, że choć widzenie uporządkowane jest zdolnością jaką mamy w sobie wszyscy, ma ona jak każda zdolność pewną konsekwencję. Ludzie widzący porządek na zewnątrz, w świecie, mają większe szanse znaleźć w sobie samym wzory, programy, będące narzuconym zachowaniem i uwolnić się od nich, kiedy nam nie służą. Dlatego właśnie warto obserwować wszechświat, który do nas mówi, każdym przedmiotem, wrażeniem, zapachem i dźwiękiem. On jest jak lustro, które odbija nasze najgłębsze wnętrze. Mówi to co mamy usłyszeć, żeby się nie łudzić, nie zaciemniać umysłem, który jest zbyt mały, by w nieskończonej ilości danych dostrzec strukturę, prawdziwą naturę rzeczy. I jeśli zadamy mu pytanie, daje nam odpowiedź dokąd iść, i co wybrać, jak interpretować to co nam się zdarza. Tam, gdzie umysł widzi nuty, serce widzi muzykę. Widzieć świat sercem znaczy widzieć świat prawdziwie. Bo wszechświat na prawdę jest uporządkowany. Wszyscy to czujemy, i wszyscy mamy szansę poznać ten porządek i się nim posłużyć.
Tango
Kiedy ostatnio wracałam z zajęć tanga nasunęła mi się pewną myśl, którą postanowiłam tu rozwinąć. Partnerzy w tangu są jak relacja mężczyzny i kobiety w związku. Taniec zaś uosabia życie, jakie kreują swoim doświadczeniem.
Tango polega na przekazie energii między mężczyzną (pierwiastek męski, w
Indiach Shiva) i kobietą (pierwiastek żeński, Shakti). Energia zmienia się w figury, ewolucje, kroki, pivoty, boleo, ocho i wszystko to, co widzimy, gdy partnerzy na parkiecie tańczą przed nami w całkowitym skupieniu. Mężczyzna daje impuls, kobieta go odbiera i przetwarza w najpiękniejszy ruch, jaki może wykonać w danej pozycji. Mężczyzna otwiera przed nią przestrzeń na ten ruch i czeka, aż ona skończy, by za nią podążyć i znów wysłać impuls. I tak naprzemiennie idąc za energią przemieszczają się w najsubtelniejszych pozach dwa ciała. Ciała, których trzymanie, bliskie lub dalekie, pozwala na różne dynamiki tańca. I tu też mężczyzna czeka na kobietę, bo to ona wyznacza granicę tej bliskości. Na początku ustala, jak blisko partner ją obejmie, ale w trakcie tańca ten dystans może się zmienić, kiedy okaże się potrzebny, wygodniejszy czy milszy dla partnerów. Zawsze to jednak jest kompromis granic i wyczucia, nie narzucania swoich potrzeb względem partnera. Podczas tańczenia ważna jest wzajemna pozycja tzw. osi ciała kobiety i mężczyzny, osobno, ale jednak w połączeniu, wędrujących względem wspólnego środka ciężkości, jak względem wspólnego celu. Ta oś ciała, w każdym z partnerów jest jak kręgosłup u naczelnych. Bez osi nie da się dobrze wykonać kroku tangowego. Bez wyczucia swojej osi i osi partnera wygląda się niezgrabnie, często się pada, albo traci kontakt. To najtrudniejszy aspekt tanga, otwarcie na kontakt między partnerami, przychodzi z czasem, z zaufaniem sobie i innym. Dlatego nie należy się zrażać. Człowiek współczesny powstawał wiele milionów lat. Tanga uczy się dlatego tak długo, dopiero po kilku latach można powiedzieć, że coś się umie, że się je czuje. Niemniej jednak wciąż należy się doskonalić. Zupełnie jak w życiu, które uczy nas siebie bez przerwy do końca.
Tango to taniec z gracją, gdzie nie wpada się w przestrzeń partnera, a łączenie nóg, kolan, kostek i sprawne wykonywanie obrotów, to podstawa wyglądająca dobrze tylko wtedy, gdy partnerzy dzięki technikom nabierają postawy tzw. tangowego ciała. Oś ciała jak oś wszechświata, wokół którego się poruszamy. Ważna jak zdefiniowana postawa w życiu. Jak doskonała znajomość swojej natury, natury kobiety i mężczyzny, i wzajemne porozumienie między tymi pierwiastkami, nie tylko na parkiecie. To dzięki osi i kontaktowi, energia tanga przepływa sprawnie między ciałami i nie marnuje się na boki. Warto więc pracować nad postawą w tangu i życiu ćwicząc, i ucząc się od tych bardziej doświadczonych, Zyskujemy wtedy swobodę i pewność we wszystkim co się robi. Co ciekawe, odkryłam, że wiele wspólnego ma tangowa pozycja ciała z podstawową pozycją z jogi, tadasana. Wszystko to samo: podwinięta kość ogonowa, pępek przytwierdzony do kręgosłupa, obciągnięte w dół łopatki, złączone stopy i wyprostowany kręgosłup od podstawy do szczytu głowy. Pozycja otwarcia serca. Bo tak jak joga, tango to ruch w przestrzeni serca wykonywany za pomocą ciała. Pozycja prosta i zdrowa choć nie łatwa w prawidłowym wykonaniu.
Początkowo łupie w krzyżu, bo przywykliśmy do komputerowej lordozy, ale potem sylwetka się przeciąga w elegancji i zyskuje tygrysie ruchy. Bo tango, jest jak współpraca ciała i duszy. Im więcej duszy, tym piękniej. Czasem patrząc na tango wydaje mi się, że jest ono również walką, albo dopełnianiem się między żywiołami, wodą i ogniem. Kto jest czym? Dowolnie. Mężczyzna jak ogień wysyła pragnienie, kobieta gasi je ruchem, albo mężczyzna wpływa na kobietę, jak fala morska, a ona tańczy jak ogień. Przypływy i odpływy, ogień i powietrze. Może ziemia z wodą albo z ogniem. Myślę, że konfiguracja żywiołów zależy od pary i od techniki, emocji, jakie wiążą mężczyznę i kobietę w tańcu i czasem w życiu. Inaczej bowiem tańczą prawdziwi kochankowie, a inaczej przyjaciele, czy przygodni partnerzy na milondze. Energia tańca także może się zmieniać, zaczynając od łagodnych fal opływania partnera, a kończąc na gwałtownych zatrzymaniach. Jeśli jest ufność między tancerzami mogą się poważyć na naprawdę trudne i wymagające figury, nie tracąc w tym koncentracji i gracji w pokonywaniu przeszkód. Już samo zaproszenie do tanga wymaga spojrzenia w oczy i porozumienia bez słów. Jak porozumienie między ciałami, sercami, duszami dwóch różnych osób, które w tańcu stają się jednym systemem, jak słońce albo księżyc obiegające ziemię.
Partnerstwo w tangu jest jak partnerstwo w życiu. Im więcej tancerze są w stanie odkryć przed sobą i zaakceptować, tym lepiej im się tańczy. Nie muszą być na tym samym poziomie technicznym. Z założenia to mężczyzna prowadzi, ale w gruncie rzeczy prowadzi ten, kto wie więcej, więcej umie. Jeśli jest to mężczyzna, kobieta się przy nim realizuje w pięknie, w ekspresji. Jeśli kobieta ma większe doświadczenie, jej taniec zatuszuje każdą niezręczność mężczyzny, wybrnie z pomyłki i naprowadzi na właściwe prowadzenie ucząc go, jak ze sobą postępować. Jeśli jednak mężczyzna nie chce się uczyć, partnerka dziękuje, odchodzi i czeka na innego, za którym będzie mogła z gracją podążać. Mężczyzna także szuka partnerki, która taniec z nim sprowadzi nie do szermierki nóg, ale do wirtuozerii, do zachwytu, który między partnerami w życiu można przyrównać do miłości, pasji.
Połączenie w tangu, jeśli jest autentyczne, każdy ruch kreuje bez planu i przemyśleń, pod dyktando muzyki. Tak jak w życiu, kiedy chwila podąża za chwilą i powstaje ciągły, nieustanny proces, taniec. I tak jak w życiu, jeśli oboje są otwarci, zgodni, nie oceniają umiejętności partnera, co w tangu jest zabronione niepisanym kodeksem, mogą się zdobyć na najpiękniejsze współistnienie i kreację, która daje niepowtarzalną spójność przeżywania. Jedność w tańcu i w życiu. Idealne. Warte realizowania.
Na uboczu
Przez chwilę myślałam, że to coś niezwykłego. Teraz już nie myślę. Wczorajsza milonga, ale i poprzednie zdarzenia doprowadziły mnie do stwierdzenia, że wszystko co mi się zdarza, jest w moim umyśle. Czułam to zawsze, nie od teraz. Od dziecka, ale ponieważ ten stan nie miał punktu odniesienia i nie urodziłam się w Nepalskiej a polskiej wiosce, przez długi czas błądziłam w przekonaniu, że istnieje coś takiego jak świat zewnętrzny. Nie chodzi o magię, chociaż wszyscy znają cuda, gdy ktoś w chwili bólu niespodziewanie nas uleczy, ktoś inny zawróci ze złej ścieżki właściwym słowem. Ja nauczyłam się rozpoznawać to wszystko moim światłem wewnętrznym i wiem, czuję, przeczuwam, przenikam, że wszystko co chcę mieć pojawia się w pewnym momencie na mojej drodze. Wszystko czego pragnę w takiej postaci, w jakiej o tym myślę. Więc cała sztuka myśleć dobrze i zmieniać rzeczywistość dookoła. Gdy postanowiłam zacząć pisać i pomyślałam czy nie zostać profesjonalną pisarką, od razu wpadł mi na facebooku kurs dla amatorów pisania. Proszę, mówił, weź mnie i użyj jeśli chcesz pisać powieści dla ludzi. Nie wzięłam, bo nie byłam pewna czy muszę, czy chcę. Nie chodzi o stracone szanse, poczucie winy, że się nie doskonalimy. Ja dostaję te kierunki, dary, jak kiwi. Tylko obrać i schrupać. Cała tajemnica w tym, że możesz, ale nie musisz, nie obciążasz się wtedy cierpieniem, programem dla niekompletnej duszy. Mogę być kim zechcę mówi mi wszechświat, ale to nie znaczy, że mam być bo inaczej, będę cierpieć katusze straty okazji. Odpuszczam wszelkie oczekiwania. Wszechświat mi pokazuje te możliwości i zwyczajnie pyta, czy chcę je wziąć. Jeśli będę chciała wezmę i spróbuję. I tak piszę. I czuję całą sobą, że żadne profesjonalne przygotowanie nie jest mi potrzebne, bo nie mam oczekiwań w postaci wydania książki. Wiem, czuję, że powieść jaką chciałam kiedyś napisać przyjdzie do mnie jeśli będzie trzeba i będzie na to klimat. Teraz nie ma go w moim sercu. Nie czuję tego co powinnam, by pisać coś innego niż piszę. Czy sądzicie, że jakbym nie poszła na wczorajszą milongę to bym żałowała? Skąd. To kolejny program. Żal, że się nie doznało czegoś w życiu. Nie poszłam tam zresztą pod presją oczekiwań, a denerwowałam się moim stanem umysłu. Poszłam też po to żeby sprawdzić jak to działa, jak działa moja świadomość, czy dobrze oceniam wszystko co z podświadomości wnika do świadomości i się nie pomyliłam. Cały scenariusz milongi miałam zapisany w głowie. W piątek idę po raz kolejny, żeby dokonać cudu jasnowidzenia, czyli wywołania tego co ma się zdarzyć poprzez intencje. A teraz z innej beczki, jak mówi Cyrk Monty Pythona. Wracam z konferencji z propozycją współpracy z Instytutem Maxa Plancka, bardzo silną grupą. Co więcej, mają ścisłą współpracę z Lizboną, z Uniwersytetem, gdzie byłam i mogłabym tu przyjeżdżać na wizyty naukowe pewnie częściej. Człowiek, który wyszedł z propozycją ma do nauki stosunek taki, że jest leniwy i robi postęp tam gdzie idzie lekko. Takie ma podejście, zgodne z moją naturą. To skuteczna droga wbrew wszelkim opiniom. Tworzy kamienie milowe w teorii aktywnych cząstek w cieczach, do których nie ma jeszcze ani doświadczeń, ani nawet przewidywań numerycznych. Opowiedział mi historię, jak wziął się kiedyś za problem, który był nie do ruszenia, więc powiedział sobie i szefowi szysze, prof. Dietrich, że na obecną chwilę się tego ugryźć nie da. Postanowili zostawić temat i zająć się czym innym. Parę lat później, na konferencji w Lizbonie, na tej naszej, podchodzi do niego młody doktorant i prosi o pomoc. Nakreśla problem, mówi, że coś mu takiego przez przypadek wyszło, kiedy szukał czegoś innego i co ma z tym zrobić. Mihaił roześmiał się na to strapienie młodego człowieka pełnym głosem i powiedział mu, że rozwiązał właśnie, przez przypadek, ale często tak w nauce bywa, stary problem, który on kiedyś zarzucił. Wszystko samo przychodzi, jeśli, i tu zaryzykuję stwierdzenie, nie pragniemy tego za bardzo, nie cierpimy z braku tego, odpuszczamy nieistnienie tego czegoś w naszej głowie i sercu. Wtedy przychodzi, może inną drogą, niż sądziliśmy, ale zjawia się, by nas cieszyć. Mam prywatnie takie oto wytłumaczenie. Jeśli czegoś bardzo pragniemy, to znaczy, że nie czujemy się dość dobrzy by mieć to, posiadać, obcować z czymś takim. Cierpienie związane z brakiem tego czegoś nie przywoła tego do nas, nie przyciągnie, niezależnie od poziomu wysiłku jaki w to włożymy, wręcz utwierdzając to coś w przekonaniu, że skoro się tak staramy to mamy w sobie tylko przestrzeń na pragnienie, jakby dziurę wypełnioną antymaterią tego czego tam nie ma. Antymateria i materia anihilują w kontakcie ze sobą, więc kiedy nawet zdarza się, że jakaś okoliczność zbliża nas do realizacji tego czego pragniemy, to znika naturalnie i pozostaje pustka. Mam więc taką koncepcję, która u mnie działa i może zadziałać u innych.Trzeba odpuścić wszelką walkę o to i z miłością powiedzieć, nie mam tego, a i tak będę szczęśliwa, bo przecież jestem pełną siebie istotą i nic nie musi mnie dopełniać, ani przedmioty, ani ludzie, sytuacje. Wszystko mam w sobie, niezależnie od tego ile mam firm, kobiet, dzieci w danej chwili, czy coś pozornie tracę, jak małżeństwo. Nic nie tracisz i nie zyskujesz, bo w każdej chwili jesteś najoczywistszą pełnią. A pełni się nie da odchudzić, jak nieskończoności. Można ją przesłonić, udawać, że jej nie ma. Z tym przychodzimy na ziemię z zaciemnieniem swojej pełni, żeby ją odkryć i zamienić się w pełnię. I tylko do tego dążymy w życiu, do niczego więcej. Nie do miłości, rodziny, pracy, ról, realizacji talentów, ambicji, planów, spalania karmy, ustawiania związków rodzinnych do kilku pokoleń i znoszenia klątw. To wszystko są programy, jakich trzeba się pozbyć w porę, żeby odpuścić, że bez tego nie istnieję w pełni. Wszystko to w czym jesteśmy relacje, związki, sytuacje życiowe dają nam pole do poznawania siebie, ale nie są nami, niczego oprócz odkrywania nas samych nie dają w rzeczywistości. Jesteśmy kompletni, nie musimy się dopełniać, łatać, wspierać czymkolwiek. Wystarczy się odkryć i zaakceptować to, że niczego nam nie potrzeba więcej. Ja to nazywam najwyższym stanem świadomości
i życiem w świetle prawdy, którą od dawna czuło moje serce.
Ps. Tak w ogóle, chciałam ocean, mam ocean, chciałam Lizbonę, mam Lizbonę, chciałam dobre wystąpienie, i dużo pytań, miałam najwięcej w sesji, chciałam tańczyć na milondze … Co dziś mi się przyśni w tym śnie zwanym życiem? Fado na żywo. Tak to będzie dziś. Dlatego już w tej chwili odpuszczam tę myśl. Pa, pa. Do zobaczenia fado, może 🙂
