Zakochanie …

– Chyba się zakochałam!
– O, ho! – pysk Kozy wykrzywił się w nieokreślonym grymasie.
– Mam wszystkie symptomy. Mało śpię, mało jem, uśmiecham się do siebie bez powodu, albo leżę na łóżku i gapię się w sufit.
– Hm …
– Tak, ale wiesz … tu nie chodzi o mężczyznę.
Zamyśliłam się i zamilkłam. Zaobserwowałam niedawno te wszystkie objawy z prawdziwym zaskoczeniem, tak bardzo się pokrywały z tym co zapamiętałam z przeszłości kiedy się zakochiwałam w jakichś mężczyznach, a tu proszę, nie ma żadnego, a ja w tym stanie odlotu, że czasami ledwie dotykam ziemi.
– Może to już czas?
– Na co?
– Na zakochanie się w sobie.
– Pewnie! Baw się dobrze!
– Tak. Przeszłam sama ze sobą bardzo długą drogę. Najdłuższą. Nie zawsze się sobie podobałam, czasem siebie karałam, wykorzystywałam, wymagałam od siebie więcej niż mogłam znieść.
– Sadyściłaś się na sobie.
– No tak – potwierdziłam ze smutkiem – teraz to wiem i cieszę się, że już to widzę. Musiałam dużo zobaczyć, bo nikt mnie nie nauczył co ważne w dbaniu o siebie.
– I co teraz?
– Teraz dużo ze sobą jestem, właściwie cały czas, słucham siebie, widzę siebie i bardzo siebie lubię. To nie było automatyczne, wiesz?
– Nie było?
– Nie, najpierw musiałam siebie zauważyć, wiesz jak kogoś kto jest ważny. To trochę tak jak na początku znajomości z kimś, wpadasz na tego kogoś w barze, albo na korytarzu i trochę się tak oglądacie, ale nic. Potem się poznajecie, co lubicie, co sądzicie o różnych sprawach, tak ogólnie i powiem ci, że to był najtrudniejszy moment w tej relacji mnie ze sobą, bo ja się strasznie ze sobą wykłócałam o różne rzeczy. Czasem się na siebie obrażałam, że chcę czegoś a robiłam odwrotnie, albo zmuszałam się do jakiegoś kompromisu. W końcu powiedziałam sobie: „Wiesz co, jak mamy być ze sobą do końca życia to coś ustalmy, nie wszystko naraz, ale jakieś priorytety i potem będziemy dozgadniać.”
– I co zadziałało?
– Tak. Ta ja wewnętrzna coraz mniej się boczyła jak robiłam coś wbrew Niej, a coraz bardziej rozmawiała o swoich potrzebach i uzgadniała ze mną co i jak. Czasem się wyłamywałam, albo Ona zmieniała zdanie, ale jakoś tak krok po kroku doszłyśmy do bardzo udanej przyjaźni. Czasem słodkiej, czasem szorstkiej, ale w wielkim poszanowaniu siebie i w zaufaniu do tego, że to co ja robię świadomie nie jest przeciwko Niej.
– I co? Teraz jecie sobie z dziubków?
– Nie, czasem mi mówi, że się niepotrzebnie uginam do jakichś sytuacji, na przykład do czyichś potrzeb, i Ją zaniedbuję, a wtedy mówię:” Powoli, uczę się. To jest kolejna lekcja. Będzie lepiej następnym razem.” I Ona mi wierzy, ufa mi, bo widzi jak się zmieniam.
– Cierpliwa jest.
– O tak. I wiesz, ona tak się do mnie ostatnio zbliżyła, że poczułam się zakochana. I to wszystko co się dzieje, że płaczę czytając swoje stare wiersze o miłości, albo wzruszam się tak czule zwykłymi sytuacjami, to właśnie to. Mam wrażenie, że to Jej serce, którego nie chciała mi wcześniej pokazać, bo mi nie ufała, to ono mnie tak wzrusza.
– I co wy tam razem robicie?
– Rozmawiamy, czytamy, tańczymy tango, pracujemy, właściwie nic się specjalnie nie zmieniło, tylko mam taki wiesz, wewnętrzny support ogromnego czucia intuicyjnego. I znów zaczęłam śpiewać.
– Śpiewać?
– Tak, bo ja na wiele lat przestałam. Dużo śpiewałam jako dziecko i nastolatka, a potem przestałam, jakby mi się gardło zamknęło. I teraz je znów otworzyłam i śpiewam. I nawet nieźle mi to idzie. Czuję, że kiedy śpiewam to tak, jakby Ona się ujawniała. Myślę, że też wtedy kiedy tańczę, kiedy płynę. Po prostu zyskałam taki pion, że Ona może się wydostać i zaszaleć tak, jak chce. Chyba Ją w tym kiedyś ograniczałam.
– I co, tak będziecie sobie obie tańcowały, śpiewały i chodziły zakochane na spacerki za rękę?
– Nie. Coraz częściej kiedy patrzę w lustro widzę Ją i siebie jednocześnie. Stapiamy się.
– To stracisz ją?
– Nie, zyskam część siebie. Nigdy nie miałam przekonania do popularnych metod pokochania siebie. To wieszanie kartek, afirmowanie, jakieś to takie sztuczne, wymuszone, nie moje. Musiałam znaleźć swoją drogę. I już chyba ze mną tak jest, że to jest często droga przez ogień, co wypala stare a przynosi nowe. I właśnie się kończy. Kiedy patrzę w lustro nie waham się i, w każdej chwili, złej albo dobrej, wiem, że kocham siebie. To jaka jeszcze się okażę jest nieistotne. Bezwzględnie, bezwarunkowo szanuję się, akceptuję i wspieram.
– To teraz będziesz sobie kadzić aż miło.
– Nie, jestem ze sobą bezgranicznie szczera. Jak coś spieprzę to sobie powiem, że spieprzyłam. Ale jak coś zbuduję, wygram, osiągnę to też się do tego przyznam. A są takie sprawy, jakie spieprzyłam w ubiegłym roku i te, w jakich wymiatam. Na tym polega miłość. Na szczerości, zaufaniu, akceptacji i na wsparciu. Nawet jak się znowu na czymś wyłożę to się pozbieram z czułością, troską i bez pośpiechu.

Koza patrzyła na mnie wnikliwie przez dłuższy moment i widząc, że śmiało patrzę jej w oczy, mlasnęła.
– Czas się zabierać. Ty do domu, a ja … – zawiesiła się melancholijnie i chyba nawet uśmiechnęła.
– Tam też cię mogę odwiedzać – powiedziałam ze zrozumieniem czując dokąd zmierza.
– Dopóki żyjesz będziemy sobie czasem potrzebne – zawyrokowała i odmaszerowała, jak gdyby nigdy nic, zostawiając mnie za sobą.

Wracając patrzyłam w ciemność i myślałam, jak ostatni rok mnie zmienił i, że może jest w tym jakaś prawda, że lata chińskiego Węża mają taką cechę, że obdzierają nas z iluzji i złudzeń na temat siebie, nie po to, żeby nam dokuczyć, ale żeby pomóc nam zobaczyć bardziej prawdziwy obraz siebie. Ta skóra opadła ze mnie z końcem starego roku i już widzę jak inaczej działam. Być może rok Ognistego Konia jaki zaraz się zacznie poniesie mnie w dal, kto wie. Tyle jeszcze może się zdarzyć, tyle jeszcze można podoświadczać. Ale to wszystko teraz tak niewiele waży. Kiedy mam siebie, nikt nie jest w stanie mi tego odebrać, a to najważniejsza relacja, najważniejszy sens jaki jest. Esencja mojego istnienia.

Księżycowe rozmowy

Kiedy odwiedzam Kozę nic nie jest oczywiste. Siadamy sobie z widokiem na błękitno-zieloną Ziemię na horyzoncie i milczymy dopóki nie przyjdzie czas na myśl, która jak bąbelek wydostaje się ze mnie i pęka nam przed oczami czymś niezwykłym. I z takiej myśli rodzi się dialog, który, jeśli iść tokiem szczerości, jak usypaną na bagnach nieświadomości groblą, doprowadza mnie tam, gdzie mogę już dojść swoją świadomością, swoim zrozumieniem.
– A jeśli to wszystko jest snem? -zapytałam.
– Bo jest – odparła Koza bez wahania.
– To dlaczego się tak boję dokonywać ryzykownych wyborów? Dlaczego nie prę naprzód tylko ciągle się chronię i szukam bezpiecznego miejsca, sytuacji, człowieka?
– Bo wierzysz, że to wszystko jest prawdziwe.
– A nie jest?
– Jest jeśli wierzysz, że istnieje. Gdybyś WIEDZIAŁA, że to sen, nie przeżywałabyś naprawdę swojego życia, a tak, myślisz, wierzysz, że jest prawdziwe i męczysz się, cieszysz, doświadczasz, upadasz i się podnosisz.
Zamilkłam na chwilę, żeby zobaczyć to, co powiedziała w odpowiedniej perspektywie.
– Więc co mam zrobić, żeby zyskać więcej odwagi?
– Po pierwsze, odwaga to nie brawura i tego się naucz.
Kiwnęłam głową.
– A jeśli ja zbyt zachowawczo wszystko robię? Zbyt się wycofuję?
– Chyba nie możesz tego poprzeć żadnym rozsądnym przykładem.
– Chyba mogę. Ostatnio stchórzyłam.
– No tak, i to przykrywa całe twoje życie prowadzone czasem po bandzie?
– No nie, odważna też bywam.
– To czemu jeden akt tchórzostwa urósł do takiej rangi? Dlaczego się tym tak obarczyłaś?
– Bo stchórzyłam ukrywając się w moim obrazie kobiety rozważnej, zdystansowanej, spokojnej, analizującej rzeczywistość, obroniłam ten obraz odrzucając siebie tę, jaką nie jestem, a ten obraz przestał mi wystarczać, nie mogę wyjść z tego obrazu, i się szarpię sama ze sobą.
– A jaka jest ta kobieta, do której ci tak spieszno?
– Dzika i nieograniczona, wolna i piękna. Ona jest bardziej sobą.
– Czyli przeciwieństwem ciebie teraz?
– Tak, chyba tak, jakby była moim dopełnieniem. To, że ją w tym akcie tchórzostwa odrzuciłam bardzo mnie zabolało.
– A jak staniesz się taką kobietą to co z tą, którą jesteś?
Zamilkłam. Ta, którą jestem teraz jest jak cisza, głęboka, ciepła, kojąca, rozumiejąca i stabilna. Niczego nie potrzebuje żeby istnieć. Brakuje mi w niej dźwięku, brakuje mi energii zróżnicowania, pasji i nierównowagi.
– Zobaczyłam te dwie kobiety naprzeciw siebie – powiedziałam do Kozy patrząc na zimny kosmos i pełną życia planetę, jak dwa przeciwne obrazy kreacji.
– Tę pierwszą: mądrą, spokojną i ciepłą, i tę drugą: dziką, ognistą, wybuchową. Obie mają we mnie swoje miejsce. Nie wiem tylko, czy korzystam z ich istnienia prawidłowo.
– Co zrobiła ta spokojna kiedy się trudziłaś z przeciwnościami życia?
– Uspokajała mnie. Dawała rozsądek i wsparcie w faktach, w jakich żyłam.
– A ta druga?
– Dawała mi siłę do walki o siebie.
– I wygrałaś. Wygrałaś wszystko o co walczyłaś.
– Tak. One obie świetnie dogadują się w walce, ale kiedy jest spokój, kiedy mam zwyczajnie korzystać z życia, coś się dzieje, jakaś nierównowaga następuje i nie wiem, która przejmuje kontrolę. Wdziera się chaos i jestem nieobliczalna, nie robię co powinnam i tracę.
– Przez większość życia walczyłaś. Nie przywykłaś żyć w spokoju, a to też jest umiejętność, jakiej trzeba się nauczyć. Budowanie zamiast burzenia, radość zamiast napięcia, dopamina zamiast kortyzolu. Ciało w relaksie staje się miękkie a ty myślisz, że podatne na atak. Jeszcze interpretujesz nowe doznania starym programem przetrwania.
– Kiedy to się skończy? Kiedy przestanę walczyć? Kiedy złożę ten cholerny miecz i pójdę do lasu boso.
– Ciekawe, że tak to zobaczyłaś. Może zacznij małymi krokami. Powoli, żeby siebie zbytnio nie ranić odpuścisz walkę i zdejmiesz tę zbroję.

– I co będzie potem?
– Będzie co będzie. Nie przewidzisz co będzie i nie wybiegaj za daleko. Małe kroki, subtelna zmiana, łagodna energia.
– Powinnam wrócić do spacerów po lesie.
Koza usiadła na leżaku i powiedziała.
– Dajesz radę kobieto. Tak trzymaj. Przyszłość i ty w tej przyszłości to nie jest taka ważna sprawa. To tu się stajesz sobą. Stajesz się sobą na nowo, na swoich zasadach, biorąc konsekwencje tego dążenia do siebie na klatę. I idzie ci coraz łatwiej.
– Obyś miała rację.
Dopijając drinka z palemką wysiorbała limonkę i uśmiechnęła się szelmowsko do mnie.
– Walczyć jest łatwo, kiedy całe życie się walczy i żyje z mieczem pod poduszką. Ale kiedy czas przestać, kiedy czas zakwitnąć w pokoju, zaorać, zamilknąć, wrócić do codzienności i cieszyć się nią, przestajemy widzieć, że to wartość, że o to walczyliśmy. O ten spokój, o tę monotonię i nudę, o tę powtarzalność w stabilnym świecie bez dramatów, gdzie udowadnialiśmy sobie kolejnymi aktami bohaterstwa, że jesteśmy coś warci. Miarą życia w pokoju jest praca, normalność i ciepło, zamiast gorąca i mrozu w szaleństwie nieprzewidywalnych zmian.
– I to wszystko? Nic więcej?
– Jest tego o wiele więcej kiedy przekroczysz granicę odtrucia walką i wejdziesz w miejsce, w którym nigdy jeszcze nie byłaś za tego życia.
– Co tam jest?
– Tego nie da się jeszcze opowiedzieć, ale dobrze wiesz, że to miejsce istnieje. Już w nim byłaś. Pojawia się czasem w snach, albo kiedy odłączasz się od tego co się dzieje. Jest w tobie, więc ja o nim wiem i tylko ci o nim przypominam, jak o tym, że to wszystko wokół, ten trud, wątpliwości, scenariusze życia, ludzie i rekwizyty, sama sobie stworzyłaś, aby to życie przeżyć w określony sposób. I być może, gdzieś na końcu dowiesz się po co.
Zamknęłam oczy i spojrzałam w siebie.
– Tak – odparłam – nadal to we mnie jest. Jak ziarenko czegoś nieskończonego, co w każdej chwili może się poszerzyć i wchłonąć mnie. Jak nieskończony spokój w oku cyklonu, jakim jest życie i jego okoliczności.
Otworzyłam oczy.
– Nie zawsze mam do niego dostęp.
– Jakbyś tylko w nim była, to życie takie jak tu, na tej wirującej planecie, nie płynęłoby przez ciebie kolorami doświadczeń. Ktoś to musi przeżywać. Nieskończony spokój jest niewzruszony, wszystko przyjmie, wszystko wchłonie.
– No tak, ale może mnie co jakiś czas koić. Jak spacer do lasu i deszcz za oknem.
– To sobie dawaj taki komfort, aż ciało przywyknie do spokoju, a wtedy ta dzika dziewczyna jaka w tobie mieszka zyska mocną kotwicę w rzeczywistości.
– I nie będę się bała, że mi się zerwie z łańcucha i poleci beze mnie, bez mojej świadomości i narobi sobie problemów.
– Zaufa ci, i ty jej, że to co chce nie jest niebezpieczne. Razem sobie wybierzecie coś ładnego, radosnego, coś na szczęście.
– Aż mi się ciepło zrobiło od tego. Jakbym spotkała szaloną przyjaciółkę z liceum, która była nieustraszona i niesterowalna. Ta dawna ja …
– Nadal nią jesteś, tylko wiele się nauczyłaś w międzyczasie.
– A ona puka i pyta czy może się wydostać z tych ograniczeń, jakie na nią nałożyłam, żeby ją chronić.
– Może już nie potrzebuje ochrony. Może potrzebuje więcej swobody.
– Tak, chyba możemy sobie zaufać …… Tak na pewno możemy sobie zaufać. Zrobiła dla mnie cholernie trudną robotę walki o moje życie i wygrała. Jest bohaterką i jest wspaniała.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, a wszystkie słowa osiadały miękko w moim sercu. I znowu odkryłam jak dobrze jest ze sobą porozmawiać o życiu, kiedy jest się tak do bólu, do dna duszy szczerym. Jak wyłaniają się te rzeczy, którymi trzeba się zająć, i że na te rzeczy przychodzi odpowiednia chwila. Nie da się ich przyspieszyć, nie da się ich zauważyć kiedy wzrok naszej świadomości jeszcze nie jest dość ostry by zobaczyć pewne tematy.
– Wracam do siebie – powiedziałam.
– No pewnie, wracaj.
– Będę zaglądała do ciebie.
– Wiem.
– Nie tylko dlatego, że mi pomagasz – dodałam.
– Wiem. Ja też robię skok, kiedy ty go robisz.
Weszła na wzgórze i spojrzała w stronę Marsa.
– To twój następny przystanek? Mars?
– Zobaczymy – powiedziała w zamyśleniu i  iskrą w oku. – To się jeszcze okaże.

Huston mamy problem …

– Jestem!! – krzyknęłam do Kozy lądując.
– No witam, witam – odparła bynajmniej nie zdziwiona.
– No jestem … – dodałam ostrożniej na tak nieentuzjastyczne powitanie.
– Tak, tak, siadaj – wskazała mi leżak i drink z palemką. Usiadłam zachwycona. Księżyc wyglądał zjawiskowo. Przede mną rozciągała się ciemna perspektywa kosmosu z majaczącą na niebiesko Ziemią. Zamyślona patrzyłam w przestrzeń. Koza mlęła coś miękko w niekończącej się ciszy. Spojrzałyśmy po sobie z lekkim uśmiechem zozumienia.

– Przeleciałaś przez Huston. Widziałam. Już był czas żebyś tu wreszcie dotarła.
– Tak – odparłam – najwyższy czas.

Długo zajęło mi dotarcie po pomoc. Teoretycznie wiedziałam, że mogę w każdej chwili zamknąć oczy i znaleźć się obok Kozy na jej spokojnym zimnym kamieniu, ale chyba chciałam, żeby przyszła sama. Żeby mnie uratowała. Takie się we mnie obudziło skrzywdzone i stęsknione ochrony dziecko. Poczułam się bardzo mała i żeby uciec od tego zagadnęłam Kozę:

– Z tej perspektywy moja planeta wygląda całkiem spokojnie.
– Zaskakujące prawda? – Koza uśmiechnęła się sarkastycznie. – Spokojna niebieska planeta.
– Kpisz z nas – burknęłam nieco oburzona jej tonem.
– E tam, zresztą kogo obchodzi co ja sądzę.
– Mnie obchodzi, bo jesteś mną – rzuciłam oburzona.
– To się tak sobą nie przejmuj i sobie odpuść.
– Łatwo powiedzieć – westchnęłam. – Ty tu zostaniesz z drinkiem na leżaku, a ja muszę prędzej czy później wrócić na Ziemię.
– Tak sobie wybrałaś. Po co się było rodzić ludzką poczwarą? – siorbnęła z samego dna szklanki, która natychmiast się napełniła.
– Może tu zostanę na dłużej? – spytałam łamiącym się lekko głosem bez wielkiej nadziei.
– Nie da się. Musisz wracać.

Cisza wypełniła się moją bezsilnością. Być może ta mała dziewczynka we mnie nie była gotowa na nią. Wzięłam głęboki oddech i zobaczyłam jak z zimnego powietrza wyłania się jej postać. Patrzyła na mnie przez chwilę zagubiona.
– Potrzebuję tylko wytchnienia i żebyś mnie nie pospieszała.
– Nie pospieszam. Na wszystko jest czas – rzuciła przez bark odchodząc. Mała dziewczynka spojrzała na nią zaskoczona i rozbawiona.
– Chcesz się pobawić?
– A co byś chciała porobić? – spytała Koza z szerokim uśmiechem.
– Potarzamy się w pyle? – spytała z ogniem w oczach.
– Pewnie! – rzuciła Koza i wyrwała na przód. – Idziemy się bawić a ty sobie posiedź – zarządziła Koza z oddali śmiejąc się pełnym gardłem goniąc moją Małą, która z piskiem uciekała w stronę łagodnego spadku w kierunku suchego jeziora.

Przez godzinę, tydzień a może tylko chwilę siedziałam oddychając zapatrzona w przestrzeń czując jak mało znaczę, a jak to dla mnie samej jest wiele. Patrzyłam na swój ból, wirtualny i ten realny, próbując zrozumieć swoje ukryte intencje, wiedząc jak wiele jest niepewności w tym kim się czuję, i jak bardzo od tego co widzę wokół czasem chciałabym zwyczajnie uciec.

Powoli docierały do mnie coraz cichsze śmiechy. Koza szalała z Dziewczynką pełna werwy i całkowicie swobodna, bez oceniania. W końcu podbiegła do mnie i powiedziała:
– Ona zostaje jeszcze trochę, musi się jeszcze pobawić – i pyskiem wskazując na moje szkło dodała – a ty wracasz. Dopijaj, już czas.

Posłusznie dopiłam kolorową ciecz i wstałam z leżaka.
– Kiedyś tu zostanę, wiesz.
– Wiem – westchnęła i poszła przodem.
– Nie rozklejaj się. Możesz tu wpadać. Mnie czasem nie ma, ale to nic nie przeszkadza.
Odwróciła się do mnie i z szelmowską miną dodała:
– Jak wy to mawiacie tam na dole? A … Czuj się swobodnie! – i zarżała zupełnie nieadekwatnie.

Stawiając nogę na trapie spojrzałam w dół pomachałam z daleka Małej i powiedziałam do Kozy:
– Jesteś mną, więc wiesz do czego wracam. Do miejsca, które jest mroczne, brutalne, pełne bólu i cierpienia.
Patrzyła na mnie niewzruszona.
– Nie szukaj wymówek. To twój ból i twoje cierpienie, i tylko ty możesz je pokonać.
– Ostatnio mało mam w sobie siły na taką walkę – pożaliłam się nieśmiało.
– To leż i płacz – żachnęła się Koza. – Nie tacy jak ty leżeli i płakali.
– Boję się, że nie wstanę …
– Za bardzo się przejmujesz swoim życiem, a to wszystko na nic jeśli ono nie płynie.

Wsiadłam z wachaniem i zapięłam pasy. Mała biegała z radością bez celu zupełnie nie patrząc na mój odlot. Koza odeszła na leżaczek do drinka i pełnej spokoju obserwacji, i kiedy patrzyłam na nią znad rozpalonych silników, zrozumiałam, że też tak mogłabym żyć, bez wzruszenia emocjami, ale mój układ przywspółczulny nie współpracuje i, gdy tylko dotykam stopą Ziemi wszystko wraca. Konflikty wewnętrzne i zewnętrzne, trud i praca, niepewność, zmienność, czas, ciężar i masa. Nie uniknę lęku i złości, przywiązania i pragnień, nawet tych zrodzonych z miłości. I kiedy czas zwija mi się w drodze powrotnej zaciskając gardło, powoli godzę się na to, że nic nie mogę zrobić. Niech już tak będzie. Niech się toczy. W ostatniej fazie lądowania zrzucam skafander i wpadam do wody. Przez chwilę nie muszę wypływać i idąc na dno czuję lekkość, i ciszę, w przestrzeni prawie bez ograniczeń.

A potem niepostrzeżenie i nieubłaganie, wraca we mnie życie.

Taniec ze złudzeniami

Naoglądałam się w życiu złudzeń. Złudzeń pięknych i brzydkich, dużych i małych. Niektóre z nich wrosły w moje życie na długo zanim poznałam ich naturę i odkryłam, że nie mają w sobie nic z prawdy. Niezależnie bowiem od wszystkiego złudzenia się rozwiewały a prawda ukryta pod nimi, czasem piekielnie bolesna do zaakceptowania, wypatrywała nieśmiało w moją stronę z obawą, że znów zostanie przysypana jakimś wygodnym, wypudrowanym kłamstwem.

Ten mechanizm jest nam wszystkim znany, chcemy żyć ciekawie, pięknie i szczęśliwie i mamy zwykle wyrobioną opinię, co oznacza takie życie. A rzeczywistość skrzeczy jak źle położona podłoga, pod którą poupychaliśmy wszystko to, co nam nie pasuje do cudownego złudzenia szczęścia, na jakie się uparliśmy.

Nie zamierzam nikogo tu przekonywać, że warto tę podłogę zrywać i wydobywać niewygodne, kłujące, nieoswojone prawdy. Nie zawsze jest na to w nas siła i przestrzeń, czasem trzeba sobie wybaczyć, że z bezsilności wierzymy w złudzenia, jakie sobie projektujemy dla poprawy samopoczucia, a także w te, którymi się straszymy, żeby nie iść gdzieś, gdzie jeszcze nie przywykliśmy być, gdzie wszystko jest nowe.

Życie ma tę piekielną skuteczność, że i tak zaprowadzi nas do miejsca, gdzie podłoga stanie się cieńsza i załamie się pod naszymi stopami. Może to być dramat, albo małe potknięcie, dyskomfort w kostce, w stabilizacji i jeśli tylko poświęcimy na to dość uwagi i spojrzymy odważniej w gląb otwartej pod nami przestrzeni, coś się wyłoni. Początkowo będzie może brudne i włochane, dzikie i złe, bo tak długo ignorowane, ale z czasem, z czasem włoży spodnie, okulary, przeczyta parę książek i z nami zatańczy opowiadając o sobie. I okaże się, że jest takie jak my, że płynie przez nie życie w taki sposób, jakiego nawet nie podejrzewaliśmy. I pewnego dnia obudzimy się z myślą, że nie do pomyślenia jest życie bez tej prawdy, a ona z wdzięcznością wniknie w nasze istnienie, gdzie zawsze było jej miejsce.

Dlatego ostatnio chodzę uważniej po ziemi. Widzę jak miesza się fantazja i rzeczywistość, i jak z tego tańca tworzą się nowe okoliczności w jakich żyję. Przyglądam się wyobrażeniom i faktom, pod którymi ukryta jest prawda. Wyplątuję cierpliwie formę z treści i badam.

I nic nie jest oczywiste. Rzeczywistość zmienia się pod wpływem chwili jak psocące dziecko. Byłam smutna, staję się wesoła, byłam zdecydowana, potem się waham. Żadnej stałości, żadnej przerwy w cyklu życia. Rozwianą iluzję zastępuje nowy obraz, który nazywam prawdą, a chwilę później znów się potykam. Wściekam się, rezygnuję, zbieram w sobie, zawracam, gonię iluzję, karmię i porzucam, godzę się i opłakuję. I tak bez przerwy, bez wytchnienia.

Aż pojawia się muzyka i tańczę, a wtedy wszystko ustaje, znika. Nie mam już potrzeby niczego rozumieć, szukać. Wtedy wiem, że wystarczy być, a wszystko jest tam, gdzie być powinno, w moim wnętrzu i na zewnątrz. I to bycie staje się pełnią, której nie można już powiększyć o cokolwiek, bo jest wszystkim. I jestem jak święty derwisz, i jak ognisty demon, jak materia i jak przestrzeń bez granic, silna i bezbronna zarazem, we mgle złudzeń z przebłyskami nieuchwytnej roześmianej prawdy, esencji życia.

O tangu inaczej

Wszyscy teraz piszą o tangu. Internet zalewa tangowa poezja, rozprawy filozoficzne, narzekania albo peany na cześć. Patrzę na to z dystansem, bo minął mi tangowy bzik, a nawet kac po bziku i widzę, jak wiele jest z tangiem nieporozumień na bardzo podstawowym poziomie. Zacznijmy od tego, że tango jest czynnością wykonywaną z mniejszą lub większą przyjemnością w parach. Można i solo, ale nie na milongach. Budowanie filozofii na podstawie tanga jest nieporozumieniem. Tango jest narzędziem do wyrażania siebie w obecności drugiej osoby, nie jest żadną magią. To my przez to, że decydujemy się na uchylenie rąbka autentycznego ja, mamy okazję i tworzymy coś prawdziwego i prawdziwym dramatem jest to, że prawda zamiast czymś zwyczajnym nazywana jest magią. Tango jest produktem końcowym naszej ekspresji. Równie dobrze moglibyśmy uprawiać wspinaczkę ściankową, żeglarstwo albo śpiewać. Nad każdą z tych aktywności można by nabudować ideologię, ścisły kodeks zachowań i wysnuć wniosek, że to coś wyjątkowego, a tak nie jest. Tango łączy ekspresję i bliskość, której ogromne deficyty ma współczesne społeczeństwo i dlatego wydaje nam się, że coś niezwykłego się w tangu dzieje, szczególnie, że jesteśmy Polakami i nasze wychowanie z kijem w tyłku i patosem sprzyja izolacji od innych, ale też od własnych uczuć i kontaktu z ciałem. Toteż tango luzując nam ten kij i pozwalając na powrót do odczuwania obrosło takim WOW i taką legendą.

Patrząc na tango jako okazję do poluzowania kija jeszcze bardziej, można posłużyć się nim terapeutycznie, podobnie jak jogą czy lepieniem ceramiki. Ważne są specyficzne wewnętrzne narzędzia tanga czyli kontakt, technika i muzyka i to, jak je wykorzystamy. Ale tango, przy całej narosłej na nim warstwie niezwykłości, jest zwyczajnie powrotem do kontaktu ze sobą i zgodą na to kim się jest. Bez tej wiedzy kim się jest i wewnętrznej na to zgody, tango nie spełnia swojej roli. Stąd te nieporozumienia i roszczenia w stylu nikt ze mną nie tańczy, albo mnie poprawia, albo szarpie, gdzie ci partnerzy co potrafią zbudować w tangu taką albo inną energię. Osoba dobrze ze sobą skomunikowana nie ma z tym problemu. Zeszłam raz panu z parkietu kiedy mnie pouczał. Z tymi co szarpią i gwiazdorzą nie tańczę. Jak nikt mnie nie prosi – wychodzę z milongi. A za swoją przyjemność w dużej mierze odpowiadam sama poprzez dobór partnerów i to, jak ja sama się z nimi komunikuję.

Kiedyś miałam na te tematy inne zdanie. Też się egzaltowałam tangiem. W niezrozumieniu tego co się dzieje podnosiłam swoje umiejętności żeby partnerzy chcieli ze mną tańczyć, albo zastanawiałam się czy mam odpowiednią aurę, makijaż, sukienkę. Wszystkie te obserwację nadal są analizowane w różnych tangowych przemyśleniach. Buduje się kolejne strategie tego jaką masz włożyć atrakcyjną maskę, żeby zatańczyć niezapomnianą tandę. Wszystko to wydaje mi się powierzchowne i miałkie. Czy cekiny tak, czy nie, czy uśmiech, dekolt, rozporek, a może spodnie, a może postawa typu „mi to zwisa”, albo polowanie na nauczyciela/kę, bo cię potem na wyścigi będą prosić. Mnóstwo porad usłyszałam ze strony liderów i podążających. Część nawet wypróbowałam i nie zauważyłam żadnej systematycznej skuteczności. Nadal uczę się tanga, bo lubię się uczyć, a nie dlatego, żeby częściej być wybierana. Demograficzne konsekwencje upływu czasu są takie, że panów w tangu nie przybywa, niewielu z nich pracuje nad swoim warsztatem, a kobiety wlewają się do tanga falami i są coraz młodsze. Takie są fakty, a z nimi się nie dyskutuje. Starsze ode mnie koleżanki tańczą rzadziej niż młodsze, a te naprawdę młode mimo, że jest ich w tangu nadal mało, i nie mają nawet w połowie warsztatu starszych, stale tańczą. Na jakimś bardzo podstawowym poziomie pewnie ważne są umiejętności, ale już od aury i całej gamy innych czynników niewiele zależy. I bynajmniej nie czepiam się tu absolutnie wolnych wyborów tancerzy, szanuję to jakie każdy ma potrzeby, stwierdzam tylko jaki jest stan rzeczy.

Tango mogłoby być świetną okazją do budowania więzi i społeczności, ale na przeszkodzie temu stoi ciągły konkurs piękności i polowanie. Kiedy podczas milongi rozmawiam z koleżanką czy kolegą widzę rozbiegany wzrok po sali i rozmowa się urywa. W końcu na milongę ludzie przyszli tańczyć a nie ze sobą przebywać. Ktoś to nawet kiedyś podsumował, że w tangu jest wolność, bo nikt o nikim nic nie wie, a wszyscy mogą ze wszystkimi potańczyć, w domyśle, możesz być kimkolwiek, to nieistotne, jesteśmy tu na chwilę wyłącznie dla tanga. Od tej perspektywy jest tylko krok do tego, że nie obchodzi mnie tak naprawdę kim jesteś, nawet jeśli z tobą tańczę. Myślę, że w tych miejscach w Warszawie, w jakich byłam nie ma czegoś takiego jak tangowa społeczność. Są grupki znających się ludzi i cała masa osób znających się z widzenia, których „wiąże” tango, czyli przychodzenie w te same miejsca i walka o jak największą liczbę tand z jak najlepszymi partnerami. Taka rywalizacja nie sprzyja budowaniu czegokolwiek i nawet jeśli masz inne nastawienie stajesz się autsajderem, i wypadasz poza główny nurt tanga, gdzie ktoś kiedyś nakreślił zasady i nadal ten schemat działa.

Pytałam mojego nauczyciela, który w tangu jest prawie 20 lat, jakie on poleciłby rozwiązanie na tę sytuację. Rozwiązanie nr 1: chodzić na wszystkie lokalne milongi, siedzieć jak mebel, aż ludzie tak przywykną do twojej obecności, że zaczną cię prosić. Rozwiązanie nr 2: jeździć po świecie, gdzie masz czystą kartę i ludzie zatańczą z tobą z ciekawości i bez typowych, szczególnie w Polsce, uprzedzeń. Rozwiązanie nr 3: poczytać książkę, pójść na spacer, do kina, czyli dać sobie spokój.

Oceniłam, że na rozwiązanie nr 1 szkoda mi czasu, na częste nr 2 mam za małą pensję, ale nr 3 jest zawsze w moim zasięgu. Dlatego bywam na milongach rzadziej niż kiedyś. Wybieram spacer po Kampinosie, pracę w ogrodzie, rozmowy z moimi dziećmi albo ciekawe książki. A kiedy przychodzę na milo tańczę z osobami, które lubię, których jestem ciekawa. Lubię też rozmawiać i czasem się zdarza, że ktoś spędzi ze mną parę tand na pogaduchach o tym, co nas zajmuje poza tangiem. Tak chyba jest w Buenos, że ludzie przychodzą pojeść, porozmawiać i trochę przy okazji, ale nie na pierwszym miejscu, potańczyć tango. Myślę, że tego życzyłabym wszystkim tancerzom, ale żeby to się stało, trzeba by umieć się odsłonić w rozmowie, uchylić rąbka siebie innym, a na to trzeba więcej odwagi niż chwilowe otwarcie w tangu, po jakim już za chwilę możesz udawać, że się nie znacie i, że to co przed chwilą jest tylko anonimowym przejawem, bez konsekwencji a za to przecież całkowicie usprawiedliwionym – tangiem.

 

Nie politycznie o traumie

Zwykle nie komentuję politycznej rzeczywistości, to temat rzeka albo raczej głęboka studnia, a ja nie mam tak długiej liny wiedzy, żeby bezpiecznie się zapuścić w głąb np. ekonomii. Staram się rozumieć fakty i, na tyle na ile umiem, robić z tej analizy pożytek. Od dawna nie mam telewizji i nie czytam portali, gdzie w większości widzę opinie a nie fakty. Jest jednak jeden wymiar politycznej rzeczywistości do jakiej umiem się odnieść, a jaki pomijany jest przez większość komentatorów. To rzeczywistość psychologiczna Polaków i konsekwencje tej rzeczywistości na nasze polityczne wybory.
Rzeczywistością polityczną Polaków jest głęboka i nieuzdrowiona trauma. Można lekceważyć klapsy i przemoc, której większość z nas doznała, ale w ujęciu kolektywnym przemoc, jakiej doznał nasz naród, wpływa na konstrukcję pojmowania rzeczywistości, i ten efekt jest aż nadto widoczny. Historyczne upodlenie wywołało chroniczny brak poczucia bezpieczeństwa, brak zaufania do jakiejkolwiek władzy, ciągłą czujność i stan gotowości do walki. Punkty zapalne takiego stanu wykorzystują manipulatorzy wszelkiej maści ogrywając nas na potęgę z dobrostanu. Wystarczy, że wywołają lęk w jakiejś ze stref nieuleczonej z traumy i nie mamy szans kolektywnie wybrać mądrze, wybieramy instynktownie ze schematu zachowań, jakie chroniły nas w przeszłości. Działamy nieadekwatnie, bo nie ma już rzeczywistości, jaka nas straumatyzowała. Szukamy winnego Niemca, komucha, ruskiego, zaborcy, pana … nawet jeśli inaczej ich teraz nazywamy. Zostały w nas traumy wojenne, ale też bolesne przekształcanie ustroju społecznego, gdy niepewność o przyszłość wisiała i nadal wisi nad naszą narodową głową. Nie chodzi o to, czy jest realne zagrożenie, ale jak my interpretujemy często całkiem pozytywne czy neutralne fakty. A czasem uciekamy od zagrożeń realnych, bagatelizując je, bo nie widzimy co jest prawdziwe, a co jest naszą lękową projekcją. Tak waśnie działa trauma. Otumania.
Na poziomie społecznym dotyczy całych rodzin, społeczności, narodów, ras. W małej skali problem dotyczy jednej osoby, zmagającej się ze swoimi demonami wchodzącej w rolę kolejno ofiary, ratownika, kata. A wszystko nieświadome, słabo rozpoznane, skutkuje tym, że nie wybieramy swego losu sami, lęki za nas wybierają. Na co dzień widzę traumy indywidualne, jakich ludzie nie od razu chcą leczyć, bo często nie są na to gotowi. Zbiorowo, dzieje się to samo. Jednym z mechanizmów związanych z traumą jest reakcja, kiedy ten co doznał nieszczęścia w przeszłości, wywołuje strach u innych zyskując władzę, czyli pozorną kontrolę nad swoim strachem. A potem już tylko pragnie więcej władzy, żeby strach nie wrócił, żeby nie obnażył małości, bezsilności, iluzji. Władza pomaga stworzyć wizerunek, za którym łatwo się ukryć w pozornej świętości, pozornej odwadze, gdy się rozwiązuje wyimaginowane problemy, jakie nie istniałyby, gdyby człowiek nie był straumatyzowany.
Osobiście pracuję u podstaw, ze sobą i ludźmi, żeby poszerzyć strefę bezpieczeństwa, w jakiej dokonuje się wyborów nie ze strachu i nieświadomych pobudek uwikłanych w ból, i tyle mogę zrobić. Wyleczenie moich własnych traum dało mi ogląd jak jest po obu stronach, kiedy powoduje tobą trauma i kiedy jesteś już uzdrowiony/a. Po uzdrowieniu przychodzi niezwykła wolność, kiedy możesz wybrać naprawdę zgodnie z własną wolą.
Nie oceniam ludzi w tym, jak bardzo brną w swoje systemy obronne poszukiwania wroga na zewnątrz, jak bardzo wypierają fakty i poszukują walki, żeby udowodnić swoją wartość i waleczność. Konsekwencją tego, że to rozumiem nie jest złożenie broni, ani szczucie na głupotę tych co się ze mną nie zgadzają, ani ucieczka za granicę do innych rzeczywistości. Urodziłam się tu po coś, a moją bronią jest wiedza i akceptacja, jaka przychodzi, kiedy widzisz realnie, na faktach, co się dzieje i dlaczego. Robię co mogę robić, nie tracąc energii na złorzeczenia. Widać zaś, że w naszym społeczeństwie powoli tworzy się przekonanie na budowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie, na obdarzenie ludzi zaufaniem i na roztropne wybory dotyczące przyszłości, zamiast ciągłego tkwienia mentalne w bolesnej przeszłości i drapanie w traumie. Dotyczy to mniej lub bardziej wszystkich liczących się politycznie środowisk.
Może kiedyś odrobimy lekcję i wystarczająco uzdrowimy się społecznie, aby przeważyć szalę w kierunku przyszłości. Nie będziemy wtedy, wbrew ideologicznej nagonce, owcą do pożarcia, będziemy kimś, kim jeszcze nie byliśmy i rozumiem, że ta, jak każda zmiana, może przerażać. A kiedy to się stanie? Nie wiem, trudno powiedzieć ile pokoleń, ile lat upłynie. Pokolenie moich dzieci nie ma perspektywy pustych półek, jak ja nie miałam perspektywy głodu, a moi rodzice nie żyli w strachu przed łąpanką. Więc chyba w dobrą stronę powoli kroczymy. Powoli.
Myślę, że życie społeczne jest na tyle skomplikowane, że nie ma jednego narzędzia do uzdrowienia narodu, jednej idei, jaką tyko warto wspierać. Dlatego uważam, że nie ma jednego człowieka, partii, która ma absolutną rację. Na razie jak dzieci dajemy się wodzić za nos ze strachu różnym demagogom i starcom, a tymczasem życie jest zbyt skomplikowane i nikt nie rozwiąże za nas naszych dorosłych problemów, szczególnie jeśli je wyparliśmy. Nie uzdrowi nas szczytna idea, ustawa, pogląd, nawet najświętszy, jak się nań z braku poczucia sensu we własnym życiu złapaliśmy.
Nie wieszczę rozwałki, ani klęski. Społeczeństwo nie jest głupie, jak sądzą niektórzy po wyborach, ci co przegrali i trąbią butnie na głupie masy, a zwłaszcza ci co ludzi przekonali i myślą w pysze, że im się z głupcami udało. Społeczeństwo nie czuje się bezpiecznie i, dopóki to w jakimś stopniu nie zostanie zmienione, każda idea dążąca do zmiany paradygmatów polegnie. Każda idea nie pasująca do schematu walki, zagrożenia i braku zaufania. Każda idea nie naznaczona traumą i ofiarą. Każda idea nie szukająca do ubicia kata. Każda idea polegnie jeśli odważy się złożyć los ludzi w ich własne ręce zamiast szukania ratunku na zewnątrz w boskiej lub autorytarnej mocy. Więc może o to właśnie chodzi, żebyśmy uzdrowili się niejako w procesie przejmowania za siebie odpowiedzialności, za swoje życie, za swoje wybory, również te pod wpływem chorej ideologii?
Ja właśnie tak żyję, ale to jest droga w jedną stronę. Nie da się być odpowiedzialnym w połowie. Bierzesz na siebie konsekwencje i nie szukasz kozła ofiarnego. Dla niezależnego człowieka żaden ideologiczny ruch, żadna pacynka polityczna nie jest kusząca. Człowiek odpowiedzialny i niezależny w poglądach nie idzie za modą ani nie ucieka przed strachem, przed zmianą. I jeśli coś wybierze, nie złorzeczy, że demokracja jest do bani. Wiemy jak jest, jeszcze nie znamy lepszego systemu społecznego. Być może taki odkryjemy, kiedy przepracujemy traumy i niepewność. A może AI nas wybawi i zbuduje system, w którym za nas, o nas, zdecyduje 🙂
Jaka nie byłaby jednak przyszłość, czekam na nią z ciekawością. Nie unikam rozmów o świecie i polityce, i na nikim nie wymuszam zgody na moje poglądy. Każdy z nas ma prawo do swojej wizji świata i popierania tego, czego pragnie. Nawet jeśli nieświadomie gdzieś zabrnęliśmy w zbiorowej traumie, dla mnie jest to lekcja, z której wyciągnę wnioski. Nie po to, żeby innych ograć w przyszłości, ale żeby jeszcze więcej wiedzieć o tym, jaka jest natura naszej rzeczywistości. I jakie jest w niej moje własne miejsce.

W poszukiwaniu sensu

Ewolucja człowieka zatoczyła koło. Z pojedynczych atomów, przez organizmy, stado, cywilizację, do zatominizowanego społeczeństwa naszych czasów, gdzie poczucie więzi jest problematyczne i kwestionowane, a samotność jest plagą większą niż covid. Wyrywamy się z tej samotności do chwilowych przynależności w pracy, w rodzinie, w tangu, w mediach społecznościowych, które kształtują nas na swój sposób. Współczesny człowiek w poszukiwaniu głębi sensu swojego istnienia i istnienia całego świata chwyta się czego popadnie, od teorii spiskowych po wątpliwe trendy duchowe, byle choć na chwilę poczuć spokój, że wszystko to ma sens i nie żyje się tak całkiem na marne. Sensem obdarzamy sztukę, natchnienie, przejawy ludzkiego geniuszu, muzykę, empatyczność homo sapiens i postęp, które być może powstały wyłącznie jako przystosowanie do zmieniających się warunków życia w środowisku i w stadzie. Rozluźniła nam się religijność i nagle nie widzimy, czy i dokąd prowadzi nas rozwój. Z pokolenia na pokolenie mamy coraz więcej udogodnień, paszy i bezpieczeństwa bytu, ale coraz więcej wątpliwości, jakich nie mieli nasi protoplaści zajęci przetrwaniem.
Może przyszedł czas na egzamin, taki globalny, żeby przejść z klasy do klasy, jak mówią pochłonięci duchowością entuzjaści, od niższych do wyższych wibracji? Tylko czy wiemy co to znaczy?
Nowo moda na rozwój osobisty jest tu skrajnie niezgodna. Jedni zalecają pracę tylko nad swoim rozwojem, co ma podnieść wibracje całej planety, głosząc teorie, że to ty jesteś sensem i światem. Inni w co drugie słowo wystrzeliwują miłość bezwarunkową, wybaczanie, koniecznie radykalne, co kojarzy mi się z ekstremalnym sportem w rodzaju morsowania, gdzie każdy może, choć nie każdemu to służy, ale nie to służy co służy, ale co jest na topie i zagania do stada.
A może jest tak, że każdy goni swoją własną drogą i wszelkie „pułapki” jakie ja widzę, są po prostu nie moje, stąd tam, gdzie włącza mi się zdrowy rozsądek i nie wchodzę, inni muszą wejść i czegoś osobiście podoświadczać?
Najważniejsze chyba żeby nie utykać na jakiś „absolutnych” metodach. Moja natura jest oporna, moja osobista Koza bierze jakiś temat i przeżuwa, i zwykle wypluwa po czasie idąc gdzieś dalej. Z koszyka duchowego rozwoju zjadła już całkiem dużo jabłek i powiem szczerze, niczego nie chciała powtarzać. Jedynie spokój i cisza została. I myślę sobie, że to dobry początek do innego doznawania świata, za każdym razem otwartość, ale już nie ekscytacja. Ktoś powie po co żyć w taki sposób, gdy nic nie zachwyca? Ale też nie zasmuca, nie irytuje, nie rozwściecza. Świat, w którym nawet zdumienia bywają powściągliwe.
Im dłużej jestem w tym stanie, tym bardziej widzę sens w moim życiu. Nie była nim walka, nie było szczęście, a było poszukiwanie o wiele większej pełni, która się wydarza kiedy nie zamykamy się sztywnymi przekonaniami na temat siebie i świata. Moja obserwacja ma tę cechę, nawet wobec samej siebie, że kwestionuję to co widzę i oglądam z wielu kamer. Ale żeby tak widzieć, w szczególności siebie, kiedy tu, w tej czasoprzestrzeni jestem i miewam się przeciętnie, zwyczajnie, trzeba pozbyć się dramatów i oczekiwań z dziecinnych bajek.
Co jakiś czas konfrontuję się z ostrymi poglądami ludzi o religii, o sztuce, o nauce i widzę, jak bardzo jesteśmy spragnieni odpowiedzi, jak bardzo czujemy się zagubieni społecznie i zastraszeni. Budujemy sobie wtedy teorie na temat rzeczywistości a to politycznej, a to obyczajowej, w formie mniej lub bardziej radykalnej, nawet spiskowej, byleby wypełnić pustkę niepewności w obrazie rzeczywistości. A to dobry Bóg, prezydent, guru, astrofizyk coś nam wyjaśni, da i ochroni, byleby poświęcić mu czas, energię, zasoby. Łatwo wtedy wpaść w bezkrytyczne popieranie tych, co walczą w imię zasad, żeby ci, co całują niewłaściwą płeć, co mają inną dietę i przekonania, i kota zamiast psa, się naprawili, przekonali, albo pożałowali. Przy dużej dawce zaangażowania w cokolwiek, sens życia objawia się sam, polega na nadziei zniszczenia oponenta, albo w łagodnej formie przefarbowania go na naszego lisa. I ileż jest bohaterstwa, poświęcenia temu, czy innemu zadaniu wywalczenia jedynie słusznego stanu.
Z niesłuchania innych zrobiono wręcz cnotę. Grzeszny ten, co popiera jakąś hołotę i głosuje na niewłaściwych ludzi. Oblejmy go farbą, błotem w mediach i publikujmy zalewając dobrą nowiną naszych poglądów na rzeczywistość.
A sztuczna inteligencja patrzy i uczy się od nas, i nie zdziwię się jak nas przerobi na szaro, jak tylko nadarzy jej się okazja. Bo skąd miałaby się nauczyć, że ludzkie życie ma wartość i, że różne punkty widzenia to szansa, żeby poszerzyć perspektywę, a nie żeby rzucić jadem w przeciwnika, jak kisielem w przedszkolu.
Może warto zakwestionować swoje poglądy najpierw i pogłębić zrozumienie sensu swojego życia zamiast wydawać go na pastwę czyichś nośnych poglądów? Tylko kiedy i jak to robić?
Mam taką osobistą perspektywę, że jestem jednym z bilionów żyjących istot na ziemi i mam przywilej świadomej o sobie wiedzy. Nie jestem podatna na czyjeś filozofie i trendy, bo nie poszukuję powodu swojego istnienia, tylko dlatego, że uważam, że jeśli ten powód istnieje raczej przekracza poznanie jednego ogniwa – mnie – w tym wiece skomplikowanym łańcuchu istnień tylko na tej planecie, ale mogę sobie, korzystając z moich umysłowych możliwości pospekulować nad tym i owym, co mnie ciekawi. Nie robię z tego jednak żadnej absolutnej prawdy. I to mi wystarcza do świadomej z życia radości. Nie muszę się angażować w systemy wierzeń za, bądź przeciw jakimś teoriom, bo nie czuję potrzeby ochrony ze strony jakiegokolwiek systemu, politycznego ani religijnego. Żyję w nich na co dzień, bo są systemem wierzeń wielu otaczających mnie ludzi, którzy bez nich nie czują się bezpiecznie i to mi wystarcza, nie mam potrzeby tego zwalczać. Nasza międzyludzka świadomość wytwarza wiele przekonań z lęku, jak opór przed sztuczną inteligencją, albo teorią kreacjonizmu. Widząc stojący za każdą taką postawą lęk i potrzebę dobrej nowiny, nie sposób się złościć. I być może wiele postaw przyjętych w społeczeństwie, jak świętość instytucji małżeńskiej, zwyczajnie odejdzie, bo przestaniemy się społecznie bać innych systemów społecznych, jakie sami sobie zbudujemy. Nie ma potrzeby walczyć z nimi ani nikogo do naszych wyborów przekonywać. Wystarczy odważyć się na bycie sobą i życie na swój sposób, i mieć tę dojrzałość, aby takiego życia konsekwencje brać na klatę, a nie oczekiwać, że ktoś je z nas zdejmie, rozgrzeszy, czy zrozumie i obejmie prawem czy traktatem. Bo tak powstają nowe umowy społeczne wśród ludzi, najpierw ktoś żyje według swoich praw, potem to prawo się upowszechnia, jeśli jest zgodne z wyborem społeczeństwa, a na końcu nawet nie pamiętamy, że jest to prawo, tak wrasta ono w naszą ludzką świadomość.
I może to jest sens życia, żyć jako przykład autentyczności, wybór za wyborem, pomyłka za błędem, zwycięstwo za upadkiem, chaos albo porządek, zmagania, a czasem łatwość w codzienności. Po prostu człowieczeństwo bez nadęcia ideologicznego, bez przynależności ze strachu przed odrzuceniem i pożarciem przez tygrysa, kiedyś prawdziwego, dzisiaj medialnego, na tyle na ile się da, rozpychając tę naszą rzeczywistość tolerancją i nieagresją. Bo nic nikomu do tego, co jest sensem naszego życia. Dla jednych będzie to gejowskie małżeństwo, dla innych patriotyzm wyrażony czynną walką o bezpieczeństwo obywateli, dla mnie eksploracja ludzkiej świadomości i świata i pisanie o tym otwarcie co myślę, dla innych religijna pasja i umartwianie ciała. Nie w opozycji jedno do drugiego, a w kolażu wielu kawałków perspektywy na rzeczywistość, która sama w sobie jest i cierpliwie  czeka co też zdecydujemy, co też z nią zrobimy.

Mit zwany szczęściem

Może tego nie wiecie, a może nigdy tego nie nazwaliście, ale jako ludzkość, homo sapiens, żyjemy w mitach. Mity są opowieściami, jakie sami sobie opowiadamy o naturze rzeczywistości i w nie wierzymy. Dzięki wspólnym mitom na temat naszego życia umiemy się dogadać, współpracując i tworząc zbiorowe projekty takie, jak państwa, korporacje, religie. W przeszłości mity były inne, bohaterscy rycerze broniący ziemi świętej jakimi zachwycano się w średniowieczu, dziś wywołaliby konsternację, a kobiety z kotami i nadmiarem nieuczesanych włosów nie są wyłapywane na ulicach i skazywane za czary. Nie mniej jednak to mity decydują o tym, w jakim systemie żyjemy na tę chwilę i dlatego warto wiedzieć jakie kluczowe mity nas wiążą. Mity nie są obiektywną prawdą o rzeczywistości i to należy podkreślić, są naszymi osądami porządkującymi rzeczywistość, żeby przeciętny człowiek mógł żyć w harmonii z innymi ludźmi, są umową, co jest ok a co nie w ramach społeczności, rodziny, państwa. O pewnych mitach nawet nie wiemy, bo tak wrosły w nasz rozwój społeczny, że wydają się oczywistością, prawem natury, i każdy w mniejszym lub większym stopniu jest tym mitem związany np. mit matki. Według naszej umowy matka powinna poświęcić się wychowaniu dzieci. Kiedyś w zbiorowościach pierwotnych potomstwo jednej pary wychowywała cała wioska, bo dzięki interwencji wielu dorosłych była większa szansa na przetrwanie malca. W obecnych czasach kobieta dźwiga ten wysiłek sama, często przy znikomej obecności rodziny i partnera, który zgodnie z mitem, musi utrzymać ją i potomstwo. Jeśli któraś ze stron próbuje złamać założenia mitu napotyka problem niedopasowania do oczekiwań społecznych, czyli wymyślonych zasad, które zostały w tej formie od czasów wstecznych, kiedy kobiety, również za pomocą mitu, sprowadzono do jednostek zależnych od mężczyzn i, siłą rzeczy nie mogły same na siebie zarabiać. Na mity można złorzeczyć, chcieć je łamać, ale przede wszystkim trzeba je najpierw zobaczyć, czyli w pewnym sensie uznać ich istnienie. Mity nie są z natury ani dobre ani złe, są konsekwencją sytuacji przystosowawczych. Mity sięgają do czasów bardzo prymitywnych, tak bardzo podstawowych dla naszej egzystencji, że siedzą w sferze nieświadomości zbiorowej, jak to, że facet jest silniejszy i przyniesie mamuta, i tudzież obroni.

Dziś jednak chciałabym napisać o czymś lżejszym niż społeczne przemiany na linii feminizm i patriarchat. Porozmawiajmy o micie szczęścia. Z mitami jest tak, że często nie wiemy jak to coś nazwać, tak jest oczywiste, jak świętość życia, czy potrzeba doskonalenia się, oczywista „prawda” nie potrzebuje definicji, jak np. patriotyzm. Nie mniej jednak zmierzmy się z tym, czym jest szczęście i jaki mit zawiera. Już na samym początku wdziera się niejednoznaczność, bo dla każdego z nas szczęście może być czym innym: nową pracą, świetnym związkiem, koncertem organowym, dzieckiem, spokojem. Dowolną sytuacją, jak pożarem u znienawidzonego sąsiada, szybką jazdą motocyklem, momentem zasypiania, diagnozą, że jednak pożyjemy więcej lat niż myśleliśmy. Ponieważ nie ma definicji, a każdy z nas „wie” czym szczęście jest, zahaczmy się na tym poczuciu, jakie mamy jako ludzie, niezależnie od sytuacji, na poczuciu szczęścia.

Z biologicznego punktu widzenia za poczucie szczęścia odpowiadają trzy hormony: serotonina, dopamina i oksytocyna. Każdy z nas może je wytworzyć i odczuć szczęście. Cały problem w tym, że każdy z nas wytwarza je w innym stężeniu i co więcej, przyłączenie hormonów w mózgu też jest indywidualne, więc nie da się za pomocą pomiaru ilościowego stwierdzić jaki poziom oznacza szczęście. Osoba, która przyłączy 5 na 10 możliwości może osiągnąć maksymalny poziom hormonów szczęścia, podczas gdy inna, która ma zdolność do podłączania 9 na 10, przy poziomie 5 poczuje się zaledwie lekko muśnięta szczęściem.

Skoro nie da się określić odpowiednich poziomów biologicznie, to może oprzeć się na tym co obiekt czuje, czyli dopytać, jaki ma poziom szczęścia subiektywnie. I tak się to mierzy powszechnie. Niestety podstawowym błędem takiego badania jest to, że osoba sama się bada i co za tym idzie, badanie jest całkowicie nieobiektywne. To tak jakby pytać foton czy czuje się dziś bardziej cząstką czy falą. Oczywiście możemy za pomocą ankiety zobaczyć, jak ta konkretna jednostka się miewa, w tym konkretnym momencie, zaniedbując wszelkie czynniki, jakie ją do tego nastroju skłoniły, ale po co nam badanie „czy”, jeśli nie odpowiada ono na pytanie „dlaczego”. A na to drugie pytanie nie tak łatwo odpowiedzieć bo, są czynniki, o których człowiek wie, jak wygrana na loterii, jak i te jakich nie zauważa, bo nie mieszczą się w jej spektrum obserwacji, a mogą być kluczowe np. zdrowie, więzi z bliskimi czy bezpieczeństwo w miejscu zamieszkania, a nawet to, że nie lubiany kolega został zwolniony i nie będziemy się z nim użerać. Nie ma takich badań żeby badały wszystko na raz, a badając czynniki oddzielnie nie mamy wiedzy o poziomie korelacji , który co więcej jest bardzo indywidualny. Poza tym badanie miałoby sens, gdyby każda osoba włożona w sytuację opisywaną jako szczęście reagowała tak samo, a tak nie jest. Kobieta bezdzietna i nie planująca dzieci raczej nie poczuje szczęścia wsadzona w rodzinę z pięciorgiem podrostków. Co więcej, szczęście nawet subiektywne jest zjawiskiem lokalnym w czasie. Poznanie wspaniałej partnerki na żonę może wywołać przypływ szczęścia na kilka miesięcy albo lat, ale może również skoczyć się przykrym doświadczeniem rozwodu i zwyczajowej szarpaniny o dzieci i majątek, a wtedy patrząc wstecz to, co nazywaliśmy szczęściem zaczynamy nazywać nieszczęściem. Stąd wniosek, że szczęście nie jest stanem stałym. Pod względem biologicznym nawet, nie możemy przebywać w stanie euforii cały czas. Proces przyłączenia hormonów ma swój pik i zjazd, kiedy wracamy do normalności. Marzenia o wiecznym szczęściu nie mają osadzenia w rzeczywistości. Mogę sobie wyobrazić, że ewolucyjnie osobniki co się tak euforycznie zawieszały prawdopodobnie miały większą szansę przez nieuwagę wleźć na skorpiona, albo zbyt długo celebrowały zachody słońca z korzyścią dla miejscowego tygrysa. Uważność, czyli powrót do optymalnej dawki kolejno wszystkich hormonów pozwala nam przetrwać. Objawia się to tym, że z czasem bywsze szczęście staje się normą i nie wywołuje już takiej reakcji, przywykamy, że mamy to „szczęście”, jak dach nad głową i cenne obrazy na ścianach. Za to po stracie tegoż komfortu, nie pamiętamy o czasach sprzed i cierpimy.

Więc może to przyjemność sprawia, że czujemy się szczęśliwi? Lokalnie tak, jak zjem rogala z kawą, to mam poczucie szczęścia. Ale gdybym tylko tym się żywiła, to moje życie nie byłoby zbyt szczęśliwe. Zaskakujące jest to, że nazywamy szczęściem to, co powoduje sens w naszym życiu. Wystarczy spytać dowolnego rodzica, jak wiele przyjemności ma z wychowywania dzieci. Sumarycznie tego co nieprzyjemne jest więcej do tego co przyjemne, ale chciane dziecko raczej nazywamy szczęściem. Dlatego sens jest nieodłącznym składnikiem szczęścia. Kiedy pada firma, ale wychodzisz z niej z dużym doświadczeniem w biznesie, to miało sens i czujesz, że w sumie szczęśliwie, że masz w zasobie pracę w tej firmie.

I tu zahaczamy o aspekt duchowy. To wydaje się szczęściem, co dało nam lepszy wgląd w nasze ziemskie doświadczenie i może to być piękna katastrofa wywołująca cierpienie, niepokój i zagubienie. Wartościowe jest to, co poszerzy nasze spojrzenie. A skoro tak, to po co w ogóle to nazywać szczęściem czy nieszczęściem? Może to po prostu „jest jakie jest”. Poszukiwanie szczęścia, czegoś co da przyjemność, spełnienie i odejdzie za moment, a co skupia całą naszą energię wydaje mi się wielkim marnotrawstwem. Czy poszukiwanie w objęciach partnera, szefa projektu, grupy klakierów szczęścia nie wydaje wam się takie? Ta obsesja w poszukiwaniu szczęścia jest świetnym haczykiem na wszelkie produkty od samochodów, szpilek, podróży do egzotycznych krajów, aż po metody oddychania, które jako jedyne zapewniają stuprocentowy efekt WOW. I kiedy to nie działa, czujemy się podle, albo znudzeni idziemy w to magiczne myślenie, że to pewnie inna mantra albo kolor na ścianie, albo biały śpiew, albo wpływ kwadratury Uranu na pas Oriona w opozycji do ascendentu Smoka przy pierwszej kwadrze Księżyca.

Żyjemy w czasach, w których dominuje mit, że każdy może być szczęśliwy. I co więcej ma do tego niezbywalne prawo zapisane w niektórych konstytucjach. Oplotła nas silna pożądliwość na euforię i bezproblemowość życia, a tu jak na ironię, współczesny człowiek stworzył sobie problemy, jakich nie mieli jego dziadowie. Bo gdyby dziadowie wiedzieli jakie mamy ułatwienia w życiu na poziomie formalnym, uznaliby, że jesteśmy w końcu spokojni, wolni i żyjemy długo i szczęśliwie. A to nieprawda, bo szczęście ma przyczynę, wynika ona z naszego oczekiwania. Mój dziadek byłby zachwycony poruszając się tak szybko na tak duże odległości i, że maszyny przejmują większość prac. A ja mam punkt startowy w innym miejscu, w moim świecie tak już jest. Nie ma się więc co dziwić naszym dzieciom, że jak mają szynkę i chleb to nie pieją z radości i nie całują nas po rękach.

Skoro więc poczucie szczęście zależy od poziomu oczekiwań, to wystarczy obniżyć oczekiwania, ale czy cię na to stać, gdy żyjesz w mitach ciągłego pośpiechu, sukcesu i nieustającego zadowolenia? Drugie pytanie, i gdzie te oczekiwania warto zmieniać? Czy jak pogodzisz się, że twój związek jest jałowy emocjonalnie, to poczujesz szczęście? Raczej wyłączysz frustrację. Kluczowe jest to, aby mieć adekwatne oczekiwania i nie wpadać w pułapkę cierpienia tam, gdzie nie mamy możliwości ruchu. Jeśli masz szefa tyrana i dusigrosza, to nie możesz oczekiwać, że da ci premię i podniesie ci poczucie szczęścia. Jeśli system edukacji uczy jak zdawać egzaminy, a nie przekazuje wiedzę, to nie oczekuj, że wykształci mądre pokolenie, co najwyżej sprytne, które powieli schemat na wielu polach swojej aktywności jako dorośli.

Buddyści poszli ze szczęściem do akstremum i uznali, że szczęście jest iluzją, a cierpienie istnieje i wynika ono z niespełnionych oczekiwań więc, aby nie cierpieć należy niczego, ale to niczego nie oczekiwać. Prosta recepta, ale na poziomie biologicznym niewykonalna z takiej przyczyny, że czasem trzeba coś zjeść i ogrzać się a nawet nawiązać więź z ludźmi. Co więcej trzeba iść przez życie w konkretnym systemie wierzeń, mitów o dobrobycie, o przynależności, o tym co dobre a co złe. Nie da się, choć wiele osób taki ma mit w głowie, tylko siedzieć i medytować. Jest to spuścizna religijna, jaką sobie generalnie wymyśla i upowszechnia każda grupa kapłanów dowolnej religii. My tu za was się modlimy a wy nam obsiejcie pola pszenicą, ryżem i donieście na górę, gdy zgłodniejemy, bo jak nie to ten Bóg z jakim się komunikujemy rzuci na was klątwę. Ostatnimi czasy coraz mniej osób w te klątwy wierzy, jak w to, że szczęście jest dostępne dopiero w niebie. To przejście od centrum na zewnątrz, gdzie o losie człowieka decydują Bóg, kapłan i władca, do egocentryzmu, że ja, ja i ja.

Czym jest więc szczęście? Czy skutecznym stworzeniem rodzimy, oddaniem życia zakonowi jakiejś religii, zrobieniem multimilionowego majątku robiąc głupie żarty w internecie? Gdzie się łapiemy na ten mit, że należy nam się szczęście? Czy szczęściem jest zginąć na wojnie w obronie ojczyzny? Czy wynalezienie leku na rzadką chorobę? Za każdym z tych pytań stoi inny mit.

Jeszcze jeden mit istnieje wokół szczęścia, że życie jest szczęśliwe, kiedy kierujemy się swoim sercem, (cokolwiek to znaczy, bo każdy znów ma swoją definicję pójścia za sercem) bo ono wie, jakie jest nasze przeznaczenie. To przekonanie, jakie mamy współcześnie, egocentryczne spojrzenie na wyjątkowość jednostki, na którą jest jakiś boski plan. Nie można z tym dyskutować na żadnym poziomie, bo albo włącza się ezoteryka, albo religia stojąca za tym przekonaniem, czyli kolejny mit, w jaki ktoś postanowił uwierzyć.

Na koniec zejdźmy z tego wysokiego C. Moje domowe szczęście jest w drobnych przemijających momentach, których naturę akceptuję i nie przywiązuję się do nich zanadto. Moje szczęście jest w więziach, bo jako homo sapiens tak jestem skonstruowana, że ich potrzebuję do dobrego funkcjonowania, a ponieważ raczej mam naturę obserwującą niż towarzyską, doceniam mój własny czas i kontakt z niewieloma osobnikami swojego gatunku. W mojej autorefleksji jestem raczej wątpiąca i stale podważam, z ciekawością dziecka mieszającego kolorowe ciecze w łazience, w co też ja wierzę i, co mnie do tego skłania. I czuję szczęście, kiedy odkrywam, gdzie jest przyczyna, bo wtedy mogę zdecydować, czy żyć w micie czy się z niego wypisać. Z wielu mitów wyrosłam, z mitu o kwiecie paproci zapewniającemu uniwersalne szczęście, z mitu o dżinie, który przyleci i za mnie zrobi, z mitu o zakochanym królewiczu w ferrari i, że przyczyna wszystkich moich złych humorów leży we mnie. Życie bywa nudne, smutne i trudne, a i tak może mieć sens, który trochę dla niepoznaki czasem nazywamy szczęściem. I w imię humanistycznego liberalizmu, jaki teraz jest mi chyba najbliższą religią, jeśli moje szczęście, czymkolwiek ono jest, nie wzbudza niczyjego cierpienia, to mam prawo je chcieć i zaprosić do swojego życia, choćby obrażało światopogląd innych i konsternowało kogoś obcego. I tu pojawia się trudność zewnętrzna, że mit bywa na tyle silny, że zmusza ludzi do swoistego szczęścia i piętnuje niezależne wybory. Dlatego polecam się z nimi zapoznać, zobaczyć jaki jest koszt życia w zgodzie z mitem, a jaki poza nim i samodzielnie ocenić czy nas na to stać psychicznie. Nie chodzi w końcu o to, żeby walczyć o szczęście całe życie, ale aby żyć pogłębiając wiedzę i doświadczenie nie ulegając mitowi, że panaceum na każdy nasz problem załata to czy inne szczęście.

„Magia” wyjątkowości

– Kiedyś chciałam być wyjątkowa – powiedziałam do Kozy.
– A po co? – odpowiedziała żując łańcuch na choince.
– Nie wiem. Wydawało mi się, że to będzie atrakcyjne.
– Dla kogo?
– Dla mnie, dla innych … – zatrzymałam się nad nieoczekiwaną pustką. – No i, że będę robić wyjątkowe rzeczy. Chciałam być kosmonautką.
Koza przewróciła oczami błyszczącymi elektryzująco od choinkowych światełek i łypnęła łakomie na kabel.
– Tego nie jedz. To ci zaszkodzi.
– Ale jaka będę od tego wyjątkowa – powiedziała przemądrzale Koza i zabrała się za słomiane gwiazdki.

Jestem przeciętna. Nawet tam gdzie wystaję w statystykach, czyli np. przy liczbie dzieci, jestem tylko względnie wyjątkowa. W Indiach, Afryce mają ich więcej. Jestem przeciętnie wysoka, otyła, urodziwa, stara. Wiele tu się może pojawić cech i określeń. W systemie społecznym jestem kropką na wykresie badań demograficznych instytutu miar i jakości. Lubię cicho siedzieć w kącie i współuczestniczyć. Głośno się śmieję, szczerze, z czyichś żartów, bo mój dowcip kuleje, ale bardzo doceniam jak kto go ma, i to w najróżniejszych odcieniach od sarkazmu i black humor po naiwny suchar. Ubóstwiam sprzeczności i przyglądanie się tabu. Fascynują mnie tarcia w naszych systemach wartości, również te mówiące o wyjątkowości.

Często spotykam się z takim poglądem, że wyjątkowym jest być warto, a nawet należy. Ta promowana postawa  tak się upowszechniła, że jest niekwestionowaną zasadą społecznego życia. Dążenie do wyjątkowości w wyniku walki z innymi o laury stało się kanonem naszych społecznych wartości. I jak każdy kanon jest wartością wyobrażoną, która zaistniała w naszym systemie przekonań, że poprzez wyjątkowość rozwijamy się jako zbiorowość. Oczywiście istnieją takie jednostki, o wyjątkowych talentach i możliwościach, i mają potencjał do zrobienia skoku w przyszłość i poszerzenia naszej rzeczywistości o nowe zdobycze intelektualne, filozoficzne, technologiczne czy medyczne. Większość z nas jednak jest przeciętna, ale w tym ludzkim garncu pretenduje do bycia wyjątkowym, bezrefleksyjnie, lecz w zgodzie z przekonaniem, że czymś się musimy w końcu odróżniać od całej reszty, choćby to miało być najbardziej niepokojące i niezdrowe, tak jak kabel pod napięciem połknięty przez Kozę. Dążenie do wyjątkowości w skrajnym przypadku kończy się zejściem ze sceny, jak youtuberów z długiej listy bohaterów z nagrodą Darwina. Ale lżejsze wersje tej społecznie nieświadomej fascynacji wyjątkowością zdarzają się wszystkim na różnych etapach życia. Przyciąga nas i nęci, a to wyjątkowa profesja, a to kreacja, a to hobby, a to fotka na instagramie. Wyjątkowa kobieta, w wyjątkowym miejscu, z wyjątkowym uczesaniem objęta wyjątkowym bicepsem. Znajoma umieściła zdjęcie jak płacze po obronie syna. I ludzkie, i wyjątkowe jednocześnie. Inni się tylko śmieją do aparatu. Wyjątkowość może się też pojawiać w sposób zaprzeczony, kiedy udajemy, że nie bierzemy udziału w wyścigu do wyjątkowości, jak ci, co nie mają dostępu do mediów społecznościowych, bo uważają, że jedynie oni nie dali się nabrać i zagonić do wspólnego stada pod but globalnej kontroli umysłów.

Bycie zwykłym w naszych czasach to nie lada wyczyn. Nie być specjalistą od piłki, albo polityki, nie mieć najlepszego samochodu i najlepszych fotek z wakacji, nie robić asan, nie być na diecie i nie jeździć rowerem. A w ogrodzie maki zamiast japońskiej flory, bo same wyrosły. Gdyby mi ktoś w 1990 roku powiedział, że ludzie rozsyłać będą zdjęcia swojego jedzenia, cóż … nie uwierzyłabym. A jednak, sama je umieszczam 🙂 Wyjątkowe jedzenie w wyjątkowej sytuacji z wyjątkowymi ludźmi w wyjątkowej kreacji. Bo zwykłe nudzi i nie przysparza blichtru świecącego prosto w oczy od jakiego powoli ślepniemy na zwykłe kolory.

Lubię swoją zwyczajność, bardziej niż cokolwiek wyjątkowego. Mój dzień kiedy po prostu jestem zwyczajnym człowiekiem. Czasem moją niewidzialność, w którą nikt nie zagląda. Kiedy piszę i publikuję, zawsze mam opór wychodzenia z wygodnej przestrzeni mojej nieobecności wśród ludzi. W zwyczajnym świecie codzienności ciężko być wyjątkowym, publiczność do tego jest potrzebna. Dlatego taką furorę zrobiły media, na które raz po raz się łapiemy i podświadomie oceniamy co jest zwyczajne, a co wyjątkowe.

Nie lubię być oceniana, wolę być sobą bezwymiarową, bez odniesienia do innych ludzi podobnych, albo różnych. Przy naszej społecznej obsesji w dążeniu do wyjątkowości wolałabym żebyśmy po prostu byli tylko różni. Różne kobiety o różnej sylwetce, w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami. Różni mężczyźni o różnym wzroście w różnych pojazdach z różnymi życiowymi celami. Różni ludzie w różnych domach przy różnych stołach w różne dni tygodnia mówiący o różnych sprawach, albo milczący ze zrozumieniem i szacunkiem dla naszej różnorodności w metrze, kinie, na ulicy, w kościele. I takie jest moje osobiste przekonanie, które wypróbowałam i ono mi służy, że nikt nie jest wyjątkowy, niezwykły, wszyscy jesteśmy po prostu różni.

W głąb swojej roli

Odgrywamy w ludzkim świecie różne role, te kulturowe, społeczne i te osobiste. Jesteśmy matkami, pracownikami, przyjaciółmi, zarządzamy, wykonujemy, słuchamy. Jesteśmy w tych rolach bardziej lub mniej skuteczni, bardziej nam one pasują, lub wcale, ale wypełniamy je w naturalnej konsekwencji zdarzeń, kiedy wychodzimy za mąż i partnerujemy, kiedy zaczynamy biznes, sprzedajemy, kiedy ktoś opiera na naszym ramieniu głowę w chwili zwątpienia. Te wszystkie role, tak czasami przenikają się, że przez lata wypełnionego zadaniami grafiku, nie mamy czasu zauważyć nawet, że coś nam umyka. Kiedy tak długo wypełniamy rolę utożsamiamy się z nią w sposób naturalny, stajemy się dentystami, kierowcami, ojcami, bohaterami domu. Wychodzenie z jednej i przechodzenie do drugiej roli dzieje się w sposób chaotyczny albo uporządkowany, bardziej lub mniej świadomy, dlatego niańczymy czasem pracowników, a od dzieci wymagamy wypełnienia jakichś nieadekwatnych obowiązków.

Całe moje życie zadaję sobie pytanie: „Kim jestem?” i na każdym etapie mojego życia słyszałam różne odpowiedzi. Przez większość czasu jednak sądziłam, że jestem tym, kogo rolę spełniam. Czułam się matką, żoną, pracownicą, wykładowczynią etc. W tej przestrzeni pomiędzy, która czasem mi mignęła, widziałam człowieka, kobietę, ale nie zastanawiałam się nad tym zbyt często. Ta podstawa mnie, była jak pusta przestrzeń dla formy, jaką była rola. Odkryłam jednak, i tym chcę się podzielić, że rola jest jak kostium, który wkładam do spełnienia jakiegoś zadania, a to czym, kim jestem, jest bardziej tą pustą przestrzenią, w jakiej to się dzieje. Bo ta przestrzeń bynajmniej nie jest pusta, ale nie wypełniają jej działania z odgrywania ról, ona może istnieć zupełnie niezależnie. Trochę jak na scenie, przy mojej całkowitej akceptacji, jestem naukowczynią i robię badania. Ale nie jestem tym działaniem, ani tymi badaniami, ani tą rolą jaką odgrywam. Tam jest nieskończenie więcej mnie.

Co się dzieje, kiedy wchodzisz albo wychodzisz z roli? Czy to zauważasz? Czy rola ci pasuje? Czy się z nią zmagasz? Jakie jest źródło przyjęcia tej roli? Czy możesz odwiesić ten kostium i pożegnać? I fundamentalne pytanie: Co zostaje z ciebie jako człowieka, gdy zdejmiesz wszystkie swoje role i utożsamienia? To gimnastyka umysłowa warta czasu i zastanowienia.

To nieoczywiste pytanie, bo role często w nas wrosły. Będziemy rodzicami już na stałe, ale rola matki to też kostium, który jest potrzebny nie cały czas, a w tych kluczowych momentach. Początkowo często, potem coraz rzadziej. Gdy dochodzi do zbyt mocnego utożsamienia ciężko nam żyć bez możliwości grania swojej roli. To samo ma miejsce w pracy, która staje się nami, albo w relacjach z ludźmi, gdy ich strata uniemożliwia odgrywanie „siebie” w interakcjach.

Jesteśmy stadni i przyjęcie ról do spełnienia odbywa się również w kontekście przetrwania stada. Zachowania i role społeczne są nam potrzebne. Nie mniej jednak nie musimy się z nimi utożsamiać. Utożsamienie się z rolą daje poczucie spełnienia dopóki dana rola spełnia swoją funkcję. Gdy wygasa, zostawia nas w pustce.

I ta pustka może być fenomenalnym stanem do odkrywania. Kiedy przeżyjemy strach braku utożsamienia, pokazuje nam, kim jesteśmy naprawdę, a co tylko we fragmentach widzieliśmy wyrażając swoje role przed światem.

O kobietach, które poznały swoją istotę poza rolami mówi się stereotypowo – wiedźma, o mężczyznach – jak o mędrcach. Tak jakby świat przywykły do ról nawet wtedy, gdy je porzucamy, potrzebował dookreślenia, przypisania roli. Z pewnością wyjście ze swoich utożsamień i wzięcie swojej natury z pełną konsekwencją i odpowiedzialnie, to czysty przejaw dojrzałości i wolności. Wolni od ról możemy je spełniać w swojej najwyższej prawdzie – z wyboru. A ci, dla których spełniamy te role, mogą się uczyć jak robić rzeczy dobrze.

Wypełniłam wiele ról w moim życiu, z wieloma się utożsamiłam. Ciężko było je ode mnie odkleić, tak wrosły. Łatwiej mi było je spełniać niż spojrzeć w odpowiedzialny sposób na całe moje dorosłe życie i wybory. Zawsze mogłam powiedzieć mojemu wewnętrznemu krytykowi, że jestem i tym, i tym i tamtym, a wszędzie coś robię. Pociągało to za sobą poczucie, że coś znaczę. Wyjście z utożsamień pozwoliło mi zrozumieć, że nie muszę spełniać żadnej roli i mieć żadnych osiągnieć, żeby w swoich własnych oczach zasługiwać na szacunek, uwagę, troskę. Wyjęcie siebie z powinności spełniania tej czy innej roli pozwoliło mi na przestrzeń dla mnie samej, na czas, na nieprzymuszony wybór. Jestem matką moich córek i synów, ale bywam nią w kontakcie. To czy jestem matką nie określa mojej osoby. Podobnie nie określa kogoś status pieniężny, zawodowy, liczba medali w szufladzie i innych atrybutów spełnionych ról. Nie chodzi też o to, żeby wskoczyć w „tumiwisizm” i „wszystko jest nic nie warte”. Warto robić wszystko co nam leży, co nas wyraża, ale nie jest tylko rolą do odegrania, odhaczeniem punktu na życiowej mapie. A jeśli tę rolę przyjmujemy, piszmy w nich nasze własne scenariusze, improwizujmy, posprawdzajmy jak ten kostium się rusza, czy skrzypi, czy można go przemalować, albo skrócić, tak, żeby nam nie zawadzał, albo dał do myślenia. Grajmy tę rolę odpowiedzialnie w trosce o wszystkie istnienia w nią zaangażowane, albo ją porzućmy.

Role jakie przyjmujemy świadomie i nieświadomie same odgrywają w naszym życiu pewną rolę. Ich rolą jest pomoc w dotarciu do naszej osobistej prawdy, do esencji jaka czeka pod tymi wszystkimi rolami. I tego dotarcia i zrozumienia życzę wszystkim z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, w których pradawni Słowianie czcili zwycięstwo światła nad ciemnością. Niech nam słońce świeci, śnieg pada i niech nas ogrzewa ciepło naszego stada i radość niosąca kolęda 🙂