Sunąc we mgle

Jedną z najtrudniejszych teraz dla mnie rzeczy jest to, że tak wiele rozumiem. Nie da się cofnąć do błogiej niewiedzy. Patrzę wtedy na świat i ogarnia mnie bezbrzeżny smutek. Przez ostatnie miesiące dużo żyłam, mało pisałam, wcale nie pisałam i chyba próbowałam nadrobić stagnację w jakiej, z konieczności, żyłam przez ostatnie lata w obowiązkach, trudnościach i wyzwaniach. Wychodziłam z trybu przetrwania. Ci co nigdy nie byli w tym stanie nie wiedzą, jak jest on trudny i mozolny, jak pochłania energię i uwagę. W pewnym sensie przeżywam żałobę po moim życiu, po starej tożsamości i nie mam na to żadnego lekarstwa niż czuć i być. Taka „karma”, albo konsekwencja serii zdarzeń. Jako człowiek w miarę świadomy nie obciążam innych moim marazmem, raczej wolniej wstaję z łóżka i wcześniej się kładę. Gdzieś w głębi duszy i na bazie doświadczeń wiem, że to też minie. Jak wszystko co zrozumiałe i to, co niezrozumiałe, ale mieszka w moim świecie, jak moja natura.
Kiedyś boksowałam się z nią próbując zrobić siebie od nowa, tu więcej odwagi, tam wysunięty mocniej podbródek, a tutaj łagodność i troska. Proces skazany na porażkę, walka z naturalnym stanem mojego wewnętrznego życia, mojego systemu naczyń połączonych, ciała, emocji, umysłu. W tangu walczyłam ze swoją naturalną nieśmiałością, potrzebą schowania się w cieniu. Forsowałam się do wyjścia do pierwszego rzędu, żeby zostać dostrzeżoną, wybraną, mimo, że najwygodniej było mi za filarem na końcu sali. Przestałam. Nie będę kimś kim nie jestem. Nie mam w sobie tego i nie chce mi się do tego zmuszać.
Z łagodnością i troską jest podobnie. Przestałam być troskliwa wobec naciągaczy emocjonalnych i stanowczo odmawiam swojego towarzystwa. Cała łagodność znalazła sobie inne cele, moi bliscy, przyjaciele, ja sama.
Jestem teraz na takim etapie, że życie raczej mnie nudzi niż ciekawi. To pewnie też minie, ale zanim to się stanie, widzę co już nie wróci i żegnam te sprawy, i ludzi. Żegnam swoje macierzyństwo, bo dzieci są już dorosłe bardzo niezależne mentalnie i życiowo. Żegnam marzenia jakie się ziściły i te, które nie. Żegnam relacje i złudzenia, że wystarczy być w nich fair. Moje fair nie musi być czyimś fair.
W jakimś sensie stoję ponownie przed zupełnie nieznanym lądem, ale nie wywołuje to mojej ekscytacji i potrzeby eksploracji nowego. Nie mam też potrzeby powrotu do jakichś spraw z przeszłości. Pozamykało się bezgłośnie tyle spraw za mną. Gdzieś pewnie jest jakaś przyszłość, ale nie mam inwencji jej sobie wyobrażać i po dziecięcemu wymarzać.
Być może jest to kolejny kryzys wieku średniego. Pewne historie powtarzają się w nowej odsłonie i nudzą mnie swoją przewidywalnością, więc wolę być sama ze swoim introwertycznym spojrzeniem na rzeczywistość. Sama też bywam nudna i przewidywalna. Momenty wzlotów zdarzają się niespodzianie i odchodzą. Więcej jest we mnie teraz ciszy niż słów. Chodzę sobie snując się w życiu i nie oczekuję na koniec tej mgły. Mogłaby się tak utrzymać do końca mojego istnienia. Eksplozje radości też mi się zdarzają, szczególnie z dziećmi, z jakich nieskończenie jestem dumna, że się takie z nich wylęgły niezależne dusze. Rozpiera mnie wtedy nostalgia za ich małymi główkami z przeszłości. Piękne wspomnienie. Dla takich wspomnień warto żyć.
I chyba tutaj zakończę, bo zrobiło mi się naprawdę smutno.