I tak źle, i tak niedobrze

Niedawno spotkał mnie wątpliwy zaszczyt bycia ocenioną w bardzo szczególnej sprawie. Otóż pewien człowiek uznał, że „coś ze mną nie tak” skoro mam czworo dzieci. Od dawna obserwuję jak ocenia się kobiety i utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma takiej kobiecej postawy, którą społeczeństwo zaakceptuje.

Rodzi dzieci – patologia, nie rodzi – egoistka, wykształcona – przemądrzała, nie wykształcona – głupia lala, zajmuje się domem – ograniczona kura domowa, pracuje – zbyt ambitna zdzira, zadbana – narcystyczna paniusia, nie zadbana – wstrętny paszczur, asertywna – podła baba, uległa – durna ofiara, wyszła za mąż – złapała faceta, nie wyszła – nikt jej nie chciał, nie lubi seksu – świętoszkowata, lubi seks – kurwiszon, i tak dalej, i tak w kółko. Zwariować można, jak bardzo społeczeństwo nie może się zdecydować, co z tą kobietą począć.

Dochodzę do wniosku, że społeczeństwo ma tak wiele kompleksów wobec kobiet, że koniecznie je musi sprowadzić do poziomu – „coś z nimi nie tak”. Nie wiadomo co, ale nie szkodzi. Z tego już się nikt nie musi tłumaczyć, wystarczy, że się utrze jakieś przekonania. Tym prostym sposobem, prostym ludziom jest łatwiej orientować się w społecznej przestrzeni, która ich samych też ogranicza.

I tak tkwimy w impasie, z którego trudno wyjść. Bo jakie te kobiety mają być? Otóż żadne. Nie sposób być kobietą i nie mieć łatki – „coś z nią nie tak”. Istnieje jakaś taka tendencja, że kobieta ma się starać tę łatkę odkleić i zasłużyć na miano tej, co jest bez skazy. Ale nawet jakby się uprzeć i spróbować, to zaraz się znajdzie sędzia, co cię wypatrzy i powie, że w tej i tamtej sprawie, a tak w ogóle, to jednak jest „coś z tobą nie tak”. Bo okazuje się, że kobietę każdy może ocenić, każdy, i ona ma się przejąć tą opinią i wdrożyć zmiany.

Jak bym powiedziała za moich młodzieńczych lat: „Takiego wała!”, a jako poważna matrona z czworgiem dzieci, powiem: „Idźcie wy wszyscy w cholerę!”. O tak, nie dość, że wielodzietna to jeszcze emocjonalna.

Ci co mnie znają, wiedzą kim jestem, znają moją historię i wiedzą, że samodzielnie podejmuję decyzje, a potem sama ponoszę konsekwencje, i tak się dzieje w każdym aspekcie mojego życia. Nie zwalam odpowiedzialności na system, na ludzi, na okoliczności, bo tego się nauczyłam doświadczając tego życia do bólu na własnej skórze. Dlatego nie oceniam ludzi pozornie a to, że ktoś mnie ocenia, jak wyżej, uważam za przejaw skrajnego uproszczenia, braku szacunku dla mojej wolności wyboru, prostacką tendencyjność, a nawet chamstwo.

Odbiję to też w stronę polaryzacji damsko – męskiej. Facet co ma tyle dzieci, z jedną lub z wieloma kobietami, jest postrzegany jako niezwykle zaradny. Kozak! Macho! Ten to wymiata! A ze mną … „coś musi być nie tak”. Ja muszę światu udowadniać, że nie, że wszystko jest ok. Ani mi się śni!

Jestem kim jestem, z całą moją historią, z całym moim zasobem, z całym bogatym doświadczeniem życiowym. Jak ci to nie odpowiada człowiecze, nie musisz bliżej do mnie podchodzić. Żadna to dla mnie strata.

I na koniec dodam, że ostatnio zmniejszyła mi się tolerancja na ludzi głupich i małostkowych. Takich nie da się niczego nowego nauczyć, i nie do nich jest ten tekst. Jest do tych, co nadal walidują się opiniami innych. Nie warto! Ludzi nie da się zadowolić! To, co sam/a o sobie sądzisz jest bardziej ważne i bardziej wiarygodne. Kto bowiem zna nas lepiej i nasze historie, jak nie MY SAMI. Czasem można się w kimś przejrzeć, tak jak ja teraz, w opinii tego człowieka i wychodzi na to, że nie tylko nie miał racji, ale wiele faktów wspiera przeciwną opinię. I tak przyglądając się sobie, swojej postawie, wyborom i drodze, zobaczyłam o wiele wyraźniej niż dotychczas, jaką ja w sobie miałam niezwykłą pasję i siłę, jaką miałam determinację i nieugiętość spełnić marzenie swojego życia, aby stworzyć wspaniałą wielodzietną rodzinę, jak temu podołałam i, jaką mądrą i zdrową relację mam z moimi dziećmi. Zobaczyłam, jaka we mnie tkwi moc tworzenia, realizacji, nawet na granicy wykonalności, kiedy nie przerywając pracy, budowałam jednocześnie dom i karierę zawodową, jak zrezygnowałam z wielu przyjemności i, że w ogóle tego nie żałuję. A teraz kiedy dzieci są dorosłe, wspaniałe, przepełnia mnie spokój i świadomość, do czego jestem zdolna. I tego żaden postronny obserwator mojego życia nie zobaczy, a że ma jakąś niepochlebną opinię na mój temat, jego strata. Ja jestem ludzi ciekawa zamiast dla ułatwienia pakować ich do jakiejś etykietowanej szuflady. Ale ja jestem inna, moja życiowa droga nauczyła mnie cierpliwości, wytrwałości i akceptacji straty, bo życie uczy czasem boleśnie, gdy dążysz do prawdy.

Ta konfrontacja mnie tylko wzmocniła w tym, że mogę być taka, jaka jestem, odpowiedzialna, wolna i silna, bo poznałam wiele odcieni ludzkiego życia, i sprawdziłam się w ogniu zmiany. Upadałam i się podnosiłam nie oczekując orderu, kwiatów i osądów ludzi, jak się okazuje, małych.

Tym, co mnie oceniają, na podstawie takiej trywialnej sprawy jak liczba dzieci, powiem krótko – nie traćcie czasu na swoje opinie i zajmijcie się swoim życiem. Bo ludzie tacy, jak ja, po takich przejściach życiowych, wiedzą, że osądy wydają tylko ludzie słabi, którzy pozornie rosną na umniejszaniu innych i przylepianiu im łaty. Większość z nich jednak zasługuje tylko na jeden komentarz, i żadnej więcej uwagi, parafrazując to, co powiedział kiedyś w świetnym filmie Bogusław Linda: „Co ty wiesz o życiu, kochany?”.