Może tego nie wiecie, a może nigdy tego nie nazwaliście, ale jako ludzkość, homo sapiens, żyjemy w mitach. Mity są opowieściami, jakie sami sobie opowiadamy o naturze rzeczywistości i w nie wierzymy. Dzięki wspólnym mitom na temat naszego życia umiemy się dogadać, współpracując i tworząc zbiorowe projekty takie, jak państwa, korporacje, religie. W przeszłości mity były inne, bohaterscy rycerze broniący ziemi świętej jakimi zachwycano się w średniowieczu, dziś wywołaliby konsternację, a kobiety z kotami i nadmiarem nieuczesanych włosów nie są wyłapywane na ulicach i skazywane za czary. Nie mniej jednak to mity decydują o tym, w jakim systemie żyjemy na tę chwilę i dlatego warto wiedzieć jakie kluczowe mity nas wiążą. Mity nie są obiektywną prawdą o rzeczywistości i to należy podkreślić, są naszymi osądami porządkującymi rzeczywistość, żeby przeciętny człowiek mógł żyć w harmonii z innymi ludźmi, są umową, co jest ok a co nie w ramach społeczności, rodziny, państwa. O pewnych mitach nawet nie wiemy, bo tak wrosły w nasz rozwój społeczny, że wydają się oczywistością, prawem natury, i każdy w mniejszym lub większym stopniu jest tym mitem związany np. mit matki. Według naszej umowy matka powinna poświęcić się wychowaniu dzieci. Kiedyś w zbiorowościach pierwotnych potomstwo jednej pary wychowywała cała wioska, bo dzięki interwencji wielu dorosłych była większa szansa na przetrwanie malca. W obecnych czasach kobieta dźwiga ten wysiłek sama, często przy znikomej obecności rodziny i partnera, który zgodnie z mitem, musi utrzymać ją i potomstwo. Jeśli któraś ze stron próbuje złamać założenia mitu napotyka problem niedopasowania do oczekiwań społecznych, czyli wymyślonych zasad, które zostały w tej formie od czasów wstecznych, kiedy kobiety, również za pomocą mitu, sprowadzono do jednostek zależnych od mężczyzn i, siłą rzeczy nie mogły same na siebie zarabiać. Na mity można złorzeczyć, chcieć je łamać, ale przede wszystkim trzeba je najpierw zobaczyć, czyli w pewnym sensie uznać ich istnienie. Mity nie są z natury ani dobre ani złe, są konsekwencją sytuacji przystosowawczych. Mity sięgają do czasów bardzo prymitywnych, tak bardzo podstawowych dla naszej egzystencji, że siedzą w sferze nieświadomości zbiorowej, jak to, że facet jest silniejszy i przyniesie mamuta, i tudzież obroni.
Dziś jednak chciałabym napisać o czymś lżejszym niż społeczne przemiany na linii feminizm i patriarchat. Porozmawiajmy o micie szczęścia. Z mitami jest tak, że często nie wiemy jak to coś nazwać, tak jest oczywiste, jak świętość życia, czy potrzeba doskonalenia się, oczywista „prawda” nie potrzebuje definicji, jak np. patriotyzm. Nie mniej jednak zmierzmy się z tym, czym jest szczęście i jaki mit zawiera. Już na samym początku wdziera się niejednoznaczność, bo dla każdego z nas szczęście może być czym innym: nową pracą, świetnym związkiem, koncertem organowym, dzieckiem, spokojem. Dowolną sytuacją, jak pożarem u znienawidzonego sąsiada, szybką jazdą motocyklem, momentem zasypiania, diagnozą, że jednak pożyjemy więcej lat niż myśleliśmy. Ponieważ nie ma definicji, a każdy z nas „wie” czym szczęście jest, zahaczmy się na tym poczuciu, jakie mamy jako ludzie, niezależnie od sytuacji, na poczuciu szczęścia.
Z biologicznego punktu widzenia za poczucie szczęścia odpowiadają trzy hormony: serotonina, dopamina i oksytocyna. Każdy z nas może je wytworzyć i odczuć szczęście. Cały problem w tym, że każdy z nas wytwarza je w innym stężeniu i co więcej, przyłączenie hormonów w mózgu też jest indywidualne, więc nie da się za pomocą pomiaru ilościowego stwierdzić jaki poziom oznacza szczęście. Osoba, która przyłączy 5 na 10 możliwości może osiągnąć maksymalny poziom hormonów szczęścia, podczas gdy inna, która ma zdolność do podłączania 9 na 10, przy poziomie 5 poczuje się zaledwie lekko muśnięta szczęściem.
Skoro nie da się określić odpowiednich poziomów biologicznie, to może oprzeć się na tym co obiekt czuje, czyli dopytać, jaki ma poziom szczęścia subiektywnie. I tak się to mierzy powszechnie. Niestety podstawowym błędem takiego badania jest to, że osoba sama się bada i co za tym idzie, badanie jest całkowicie nieobiektywne. To tak jakby pytać foton czy czuje się dziś bardziej cząstką czy falą. Oczywiście możemy za pomocą ankiety zobaczyć, jak ta konkretna jednostka się miewa, w tym konkretnym momencie, zaniedbując wszelkie czynniki, jakie ją do tego nastroju skłoniły, ale po co nam badanie „czy”, jeśli nie odpowiada ono na pytanie „dlaczego”. A na to drugie pytanie nie tak łatwo odpowiedzieć bo, są czynniki, o których człowiek wie, jak wygrana na loterii, jak i te jakich nie zauważa, bo nie mieszczą się w jej spektrum obserwacji, a mogą być kluczowe np. zdrowie, więzi z bliskimi czy bezpieczeństwo w miejscu zamieszkania, a nawet to, że nie lubiany kolega został zwolniony i nie będziemy się z nim użerać. Nie ma takich badań żeby badały wszystko na raz, a badając czynniki oddzielnie nie mamy wiedzy o poziomie korelacji , który co więcej jest bardzo indywidualny. Poza tym badanie miałoby sens, gdyby każda osoba włożona w sytuację opisywaną jako szczęście reagowała tak samo, a tak nie jest. Kobieta bezdzietna i nie planująca dzieci raczej nie poczuje szczęścia wsadzona w rodzinę z pięciorgiem podrostków. Co więcej, szczęście nawet subiektywne jest zjawiskiem lokalnym w czasie. Poznanie wspaniałej partnerki na żonę może wywołać przypływ szczęścia na kilka miesięcy albo lat, ale może również skoczyć się przykrym doświadczeniem rozwodu i zwyczajowej szarpaniny o dzieci i majątek, a wtedy patrząc wstecz to, co nazywaliśmy szczęściem zaczynamy nazywać nieszczęściem. Stąd wniosek, że szczęście nie jest stanem stałym. Pod względem biologicznym nawet, nie możemy przebywać w stanie euforii cały czas. Proces przyłączenia hormonów ma swój pik i zjazd, kiedy wracamy do normalności. Marzenia o wiecznym szczęściu nie mają osadzenia w rzeczywistości. Mogę sobie wyobrazić, że ewolucyjnie osobniki co się tak euforycznie zawieszały prawdopodobnie miały większą szansę przez nieuwagę wleźć na skorpiona, albo zbyt długo celebrowały zachody słońca z korzyścią dla miejscowego tygrysa. Uważność, czyli powrót do optymalnej dawki kolejno wszystkich hormonów pozwala nam przetrwać. Objawia się to tym, że z czasem bywsze szczęście staje się normą i nie wywołuje już takiej reakcji, przywykamy, że mamy to „szczęście”, jak dach nad głową i cenne obrazy na ścianach. Za to po stracie tegoż komfortu, nie pamiętamy o czasach sprzed i cierpimy.
Więc może to przyjemność sprawia, że czujemy się szczęśliwi? Lokalnie tak, jak zjem rogala z kawą, to mam poczucie szczęścia. Ale gdybym tylko tym się żywiła, to moje życie nie byłoby zbyt szczęśliwe. Zaskakujące jest to, że nazywamy szczęściem to, co powoduje sens w naszym życiu. Wystarczy spytać dowolnego rodzica, jak wiele przyjemności ma z wychowywania dzieci. Sumarycznie tego co nieprzyjemne jest więcej do tego co przyjemne, ale chciane dziecko raczej nazywamy szczęściem. Dlatego sens jest nieodłącznym składnikiem szczęścia. Kiedy pada firma, ale wychodzisz z niej z dużym doświadczeniem w biznesie, to miało sens i czujesz, że w sumie szczęśliwie, że masz w zasobie pracę w tej firmie.
I tu zahaczamy o aspekt duchowy. To wydaje się szczęściem, co dało nam lepszy wgląd w nasze ziemskie doświadczenie i może to być piękna katastrofa wywołująca cierpienie, niepokój i zagubienie. Wartościowe jest to, co poszerzy nasze spojrzenie. A skoro tak, to po co w ogóle to nazywać szczęściem czy nieszczęściem? Może to po prostu „jest jakie jest”. Poszukiwanie szczęścia, czegoś co da przyjemność, spełnienie i odejdzie za moment, a co skupia całą naszą energię wydaje mi się wielkim marnotrawstwem. Czy poszukiwanie w objęciach partnera, szefa projektu, grupy klakierów szczęścia nie wydaje wam się takie? Ta obsesja w poszukiwaniu szczęścia jest świetnym haczykiem na wszelkie produkty od samochodów, szpilek, podróży do egzotycznych krajów, aż po metody oddychania, które jako jedyne zapewniają stuprocentowy efekt WOW. I kiedy to nie działa, czujemy się podle, albo znudzeni idziemy w to magiczne myślenie, że to pewnie inna mantra albo kolor na ścianie, albo biały śpiew, albo wpływ kwadratury Uranu na pas Oriona w opozycji do ascendentu Smoka przy pierwszej kwadrze Księżyca.
Żyjemy w czasach, w których dominuje mit, że każdy może być szczęśliwy. I co więcej ma do tego niezbywalne prawo zapisane w niektórych konstytucjach. Oplotła nas silna pożądliwość na euforię i bezproblemowość życia, a tu jak na ironię, współczesny człowiek stworzył sobie problemy, jakich nie mieli jego dziadowie. Bo gdyby dziadowie wiedzieli jakie mamy ułatwienia w życiu na poziomie formalnym, uznaliby, że jesteśmy w końcu spokojni, wolni i żyjemy długo i szczęśliwie. A to nieprawda, bo szczęście ma przyczynę, wynika ona z naszego oczekiwania. Mój dziadek byłby zachwycony poruszając się tak szybko na tak duże odległości i, że maszyny przejmują większość prac. A ja mam punkt startowy w innym miejscu, w moim świecie tak już jest. Nie ma się więc co dziwić naszym dzieciom, że jak mają szynkę i chleb to nie pieją z radości i nie całują nas po rękach.
Skoro więc poczucie szczęście zależy od poziomu oczekiwań, to wystarczy obniżyć oczekiwania, ale czy cię na to stać, gdy żyjesz w mitach ciągłego pośpiechu, sukcesu i nieustającego zadowolenia? Drugie pytanie, i gdzie te oczekiwania warto zmieniać? Czy jak pogodzisz się, że twój związek jest jałowy emocjonalnie, to poczujesz szczęście? Raczej wyłączysz frustrację. Kluczowe jest to, aby mieć adekwatne oczekiwania i nie wpadać w pułapkę cierpienia tam, gdzie nie mamy możliwości ruchu. Jeśli masz szefa tyrana i dusigrosza, to nie możesz oczekiwać, że da ci premię i podniesie ci poczucie szczęścia. Jeśli system edukacji uczy jak zdawać egzaminy, a nie przekazuje wiedzę, to nie oczekuj, że wykształci mądre pokolenie, co najwyżej sprytne, które powieli schemat na wielu polach swojej aktywności jako dorośli.
Buddyści poszli ze szczęściem do akstremum i uznali, że szczęście jest iluzją, a cierpienie istnieje i wynika ono z niespełnionych oczekiwań więc, aby nie cierpieć należy niczego, ale to niczego nie oczekiwać. Prosta recepta, ale na poziomie biologicznym niewykonalna z takiej przyczyny, że czasem trzeba coś zjeść i ogrzać się a nawet nawiązać więź z ludźmi. Co więcej trzeba iść przez życie w konkretnym systemie wierzeń, mitów o dobrobycie, o przynależności, o tym co dobre a co złe. Nie da się, choć wiele osób taki ma mit w głowie, tylko siedzieć i medytować. Jest to spuścizna religijna, jaką sobie generalnie wymyśla i upowszechnia każda grupa kapłanów dowolnej religii. My tu za was się modlimy a wy nam obsiejcie pola pszenicą, ryżem i donieście na górę, gdy zgłodniejemy, bo jak nie to ten Bóg z jakim się komunikujemy rzuci na was klątwę. Ostatnimi czasy coraz mniej osób w te klątwy wierzy, jak w to, że szczęście jest dostępne dopiero w niebie. To przejście od centrum na zewnątrz, gdzie o losie człowieka decydują Bóg, kapłan i władca, do egocentryzmu, że ja, ja i ja.
Czym jest więc szczęście? Czy skutecznym stworzeniem rodzimy, oddaniem życia zakonowi jakiejś religii, zrobieniem multimilionowego majątku robiąc głupie żarty w internecie? Gdzie się łapiemy na ten mit, że należy nam się szczęście? Czy szczęściem jest zginąć na wojnie w obronie ojczyzny? Czy wynalezienie leku na rzadką chorobę? Za każdym z tych pytań stoi inny mit.
Jeszcze jeden mit istnieje wokół szczęścia, że życie jest szczęśliwe, kiedy kierujemy się swoim sercem, (cokolwiek to znaczy, bo każdy znów ma swoją definicję pójścia za sercem) bo ono wie, jakie jest nasze przeznaczenie. To przekonanie, jakie mamy współcześnie, egocentryczne spojrzenie na wyjątkowość jednostki, na którą jest jakiś boski plan. Nie można z tym dyskutować na żadnym poziomie, bo albo włącza się ezoteryka, albo religia stojąca za tym przekonaniem, czyli kolejny mit, w jaki ktoś postanowił uwierzyć.
Na koniec zejdźmy z tego wysokiego C. Moje domowe szczęście jest w drobnych przemijających momentach, których naturę akceptuję i nie przywiązuję się do nich zanadto. Moje szczęście jest w więziach, bo jako homo sapiens tak jestem skonstruowana, że ich potrzebuję do dobrego funkcjonowania, a ponieważ raczej mam naturę obserwującą niż towarzyską, doceniam mój własny czas i kontakt z niewieloma osobnikami swojego gatunku. W mojej autorefleksji jestem raczej wątpiąca i stale podważam, z ciekawością dziecka mieszającego kolorowe ciecze w łazience, w co też ja wierzę i, co mnie do tego skłania. I czuję szczęście, kiedy odkrywam, gdzie jest przyczyna, bo wtedy mogę zdecydować, czy żyć w micie czy się z niego wypisać. Z wielu mitów wyrosłam, z mitu o kwiecie paproci zapewniającemu uniwersalne szczęście, z mitu o dżinie, który przyleci i za mnie zrobi, z mitu o zakochanym królewiczu w ferrari i, że przyczyna wszystkich moich złych humorów leży we mnie. Życie bywa nudne, smutne i trudne, a i tak może mieć sens, który trochę dla niepoznaki czasem nazywamy szczęściem. I w imię humanistycznego liberalizmu, jaki teraz jest mi chyba najbliższą religią, jeśli moje szczęście, czymkolwiek ono jest, nie wzbudza niczyjego cierpienia, to mam prawo je chcieć i zaprosić do swojego życia, choćby obrażało światopogląd innych i konsternowało kogoś obcego. I tu pojawia się trudność zewnętrzna, że mit bywa na tyle silny, że zmusza ludzi do swoistego szczęścia i piętnuje niezależne wybory. Dlatego polecam się z nimi zapoznać, zobaczyć jaki jest koszt życia w zgodzie z mitem, a jaki poza nim i samodzielnie ocenić czy nas na to stać psychicznie. Nie chodzi w końcu o to, żeby walczyć o szczęście całe życie, ale aby żyć pogłębiając wiedzę i doświadczenie nie ulegając mitowi, że panaceum na każdy nasz problem załata to czy inne szczęście.
