O tangu inaczej

Wszyscy teraz piszą o tangu. Internet zalewa tangowa poezja, rozprawy filozoficzne, narzekania albo peany na cześć. Patrzę na to z dystansem, bo minął mi tangowy bzik, a nawet kac po bziku i widzę, jak wiele jest z tangiem nieporozumień na bardzo podstawowym poziomie. Zacznijmy od tego, że tango jest czynnością wykonywaną z mniejszą lub większą przyjemnością w parach. Można i solo, ale nie na milongach. Budowanie filozofii na podstawie tanga jest nieporozumieniem. Tango jest narzędziem do wyrażania siebie w obecności drugiej osoby, nie jest żadną magią. To my przez to, że decydujemy się na uchylenie rąbka autentycznego ja, mamy okazję i tworzymy coś prawdziwego i prawdziwym dramatem jest to, że prawda zamiast czymś zwyczajnym nazywana jest magią. Tango jest produktem końcowym naszej ekspresji. Równie dobrze moglibyśmy uprawiać wspinaczkę ściankową, żeglarstwo albo śpiewać. Nad każdą z tych aktywności można by nabudować ideologię, ścisły kodeks zachowań i wysnuć wniosek, że to coś wyjątkowego, a tak nie jest. Tango łączy ekspresję i bliskość, której ogromne deficyty ma współczesne społeczeństwo i dlatego wydaje nam się, że coś niezwykłego się w tangu dzieje, szczególnie, że jesteśmy Polakami i nasze wychowanie z kijem w tyłku i patosem sprzyja izolacji od innych, ale też od własnych uczuć i kontaktu z ciałem. Toteż tango luzując nam ten kij i pozwalając na powrót do odczuwania obrosło takim WOW i taką legendą.

Patrząc na tango jako okazję do poluzowania kija jeszcze bardziej, można posłużyć się nim terapeutycznie, podobnie jak jogą czy lepieniem ceramiki. Ważne są specyficzne wewnętrzne narzędzia tanga czyli kontakt, technika i muzyka i to, jak je wykorzystamy. Ale tango, przy całej narosłej na nim warstwie niezwykłości, jest zwyczajnie powrotem do kontaktu ze sobą i zgodą na to kim się jest. Bez tej wiedzy kim się jest i wewnętrznej na to zgody, tango nie spełnia swojej roli. Stąd te nieporozumienia i roszczenia w stylu nikt ze mną nie tańczy, albo mnie poprawia, albo szarpie, gdzie ci partnerzy co potrafią zbudować w tangu taką albo inną energię. Osoba dobrze ze sobą skomunikowana nie ma z tym problemu. Zeszłam raz panu z parkietu kiedy mnie pouczał. Z tymi co szarpią i gwiazdorzą nie tańczę. Jak nikt mnie nie prosi – wychodzę z milongi. A za swoją przyjemność w dużej mierze odpowiadam sama poprzez dobór partnerów i to, jak ja sama się z nimi komunikuję.

Kiedyś miałam na te tematy inne zdanie. Też się egzaltowałam tangiem. W niezrozumieniu tego co się dzieje podnosiłam swoje umiejętności żeby partnerzy chcieli ze mną tańczyć, albo zastanawiałam się czy mam odpowiednią aurę, makijaż, sukienkę. Wszystkie te obserwację nadal są analizowane w różnych tangowych przemyśleniach. Buduje się kolejne strategie tego jaką masz włożyć atrakcyjną maskę, żeby zatańczyć niezapomnianą tandę. Wszystko to wydaje mi się powierzchowne i miałkie. Czy cekiny tak, czy nie, czy uśmiech, dekolt, rozporek, a może spodnie, a może postawa typu „mi to zwisa”, albo polowanie na nauczyciela/kę, bo cię potem na wyścigi będą prosić. Mnóstwo porad usłyszałam ze strony liderów i podążających. Część nawet wypróbowałam i nie zauważyłam żadnej systematycznej skuteczności. Nadal uczę się tanga, bo lubię się uczyć, a nie dlatego, żeby częściej być wybierana. Demograficzne konsekwencje upływu czasu są takie, że panów w tangu nie przybywa, niewielu z nich pracuje nad swoim warsztatem, a kobiety wlewają się do tanga falami i są coraz młodsze. Takie są fakty, a z nimi się nie dyskutuje. Starsze ode mnie koleżanki tańczą rzadziej niż młodsze, a te naprawdę młode mimo, że jest ich w tangu nadal mało, i nie mają nawet w połowie warsztatu starszych, stale tańczą. Na jakimś bardzo podstawowym poziomie pewnie ważne są umiejętności, ale już od aury i całej gamy innych czynników niewiele zależy. I bynajmniej nie czepiam się tu absolutnie wolnych wyborów tancerzy, szanuję to jakie każdy ma potrzeby, stwierdzam tylko jaki jest stan rzeczy.

Tango mogłoby być świetną okazją do budowania więzi i społeczności, ale na przeszkodzie temu stoi ciągły konkurs piękności i polowanie. Kiedy podczas milongi rozmawiam z koleżanką czy kolegą widzę rozbiegany wzrok po sali i rozmowa się urywa. W końcu na milongę ludzie przyszli tańczyć a nie ze sobą przebywać. Ktoś to nawet kiedyś podsumował, że w tangu jest wolność, bo nikt o nikim nic nie wie, a wszyscy mogą ze wszystkimi potańczyć, w domyśle, możesz być kimkolwiek, to nieistotne, jesteśmy tu na chwilę wyłącznie dla tanga. Od tej perspektywy jest tylko krok do tego, że nie obchodzi mnie tak naprawdę kim jesteś, nawet jeśli z tobą tańczę. Myślę, że w tych miejscach w Warszawie, w jakich byłam nie ma czegoś takiego jak tangowa społeczność. Są grupki znających się ludzi i cała masa osób znających się z widzenia, których „wiąże” tango, czyli przychodzenie w te same miejsca i walka o jak największą liczbę tand z jak najlepszymi partnerami. Taka rywalizacja nie sprzyja budowaniu czegokolwiek i nawet jeśli masz inne nastawienie stajesz się autsajderem, i wypadasz poza główny nurt tanga, gdzie ktoś kiedyś nakreślił zasady i nadal ten schemat działa.

Pytałam mojego nauczyciela, który w tangu jest prawie 20 lat, jakie on poleciłby rozwiązanie na tę sytuację. Rozwiązanie nr 1: chodzić na wszystkie lokalne milongi, siedzieć jak mebel, aż ludzie tak przywykną do twojej obecności, że zaczną cię prosić. Rozwiązanie nr 2: jeździć po świecie, gdzie masz czystą kartę i ludzie zatańczą z tobą z ciekawości i bez typowych, szczególnie w Polsce, uprzedzeń. Rozwiązanie nr 3: poczytać książkę, pójść na spacer, do kina, czyli dać sobie spokój.

Oceniłam, że na rozwiązanie nr 1 szkoda mi czasu, na częste nr 2 mam za małą pensję, ale nr 3 jest zawsze w moim zasięgu. Dlatego bywam na milongach rzadziej niż kiedyś. Wybieram spacer po Kampinosie, pracę w ogrodzie, rozmowy z moimi dziećmi albo ciekawe książki. A kiedy przychodzę na milo tańczę z osobami, które lubię, których jestem ciekawa. Lubię też rozmawiać i czasem się zdarza, że ktoś spędzi ze mną parę tand na pogaduchach o tym, co nas zajmuje poza tangiem. Tak chyba jest w Buenos, że ludzie przychodzą pojeść, porozmawiać i trochę przy okazji, ale nie na pierwszym miejscu, potańczyć tango. Myślę, że tego życzyłabym wszystkim tancerzom, ale żeby to się stało, trzeba by umieć się odsłonić w rozmowie, uchylić rąbka siebie innym, a na to trzeba więcej odwagi niż chwilowe otwarcie w tangu, po jakim już za chwilę możesz udawać, że się nie znacie i, że to co przed chwilą jest tylko anonimowym przejawem, bez konsekwencji a za to przecież całkowicie usprawiedliwionym – tangiem.