O miłości do samotności

Kocham samotność. Przebywając w samotności czuję, jak wygładza się każda fałdka na skórze mojego świata, jak powoli dryfuje do portu każda myśl, każde słowo. Znikam w samotności,jak ryba w oceanie, jak materia w kosmosie, kiedy nie ma nikogo i jestem tak bardzo sobą. Lubię się delektować samotnością. Moja dusza mi wtedy śpiewa i bywa, że muszę ją nieco uciszać medytacją kiedy się przepełniam sobą. To ważne, aby dawać sobie samotność. Ona nas prostuje do naszego wnętrza, wyciera brud codzienności, zdejmuje maski poprawności i uwalnia od oceniania, prognozowania i uciekania przed sobą. Cisza w myślach jest błogosławieństwem. Kiedy na chwile przestajesz myśleć serce przejmuje rolę przewodnika i idziesz tam, gdzie ci naprawdę po drodze. Samotność w biegu, w tańcu, w leżeniu i patrzeniu w słońce. Samotność pozwala nam znikać z uwarunkowań, siatek mętnej rzeczywistości i przeniknąć prawdą to, po co i dla kogo jesteśmy, właśnie tutaj. Samotność pozwala nam siebie zaakceptować w całości i pokochać, daje nam odwagę w życiu do działania, kiedy w końcu powoli, sunąc z powrotem wracamy do rzeczywistości, do czasu, do układania chwil jedna po drugiej. To bywa mozolne, trudne. Dlatego dawajmy sobie z tego odrobinę wytchnienia. Samotność na chwilę, cyklicznie dozowana, odmienia … życie.

Samotność jest jak czuła kochanka
robi przestrzeń na rozwinięcie
tłumionych pragnień
pozwala oddać się i daje
siebie
zapominasz
widząc jej oczy
co myślałeś nim przyszła
tak dokładnie odbija ciebie
że nie masz wątpliwości
kim jesteś
i coraz bardziej
z chwili na chwilę
jej pragniesz

O miłości w pierwszej fazie

Z doświadczenia wiem, że każda miłość przybliża nas coraz bardziej do siebie. Jeśli tak nie jest, jeśli miłość nas oddala i koncentrujemy się tylko na tym kimś w naszych myślach, to przykro mi bardzo, ale to nie miłość, to uzależnienie. Z fizyko-chemicznej strony to zatrucie nadmiarem dopaminy, serotoniny, norepinefryny, a potem fenyloetyloaminy i innych tym podobnych, które fundując nam uniesienie, nie dają czasu i przestrzeni na myślenie, na dystans do siebie i emocji. A to emocje są wtedy ważne, bo z emocji, rodzi się uczucie, z uczucia relacja i związek, ze związku wyłania się miłość, a z miłości prawdziwe partnerstwo, i w moim odczuciu to chyba koniec. Na tyle nas stać. Niektórzy zatrzymują się po drodze i myślą na etapie zakochania, że to miłość, a inni na etapie miłości, że to partnerstwo i dalej nie idą. A szkoda, bo jak ktoś doszedł do miłości to ma już tylko krok do czegoś naprawdę wyjątkowego. Gorzej jak ktoś sobie wmówił, że jakiegoś etapu mu nie potrzeba, to tak, jakby chciał z dzieciństwa wskoczyć wprost do rodzicielstwa.

Dlatego warto obserwować emocje i nie chodzi o to, by cały czas je tłumić czy wypierać, ale kiedy emocje przychodzą zostawić sobie bufor na refleksje do czego nas prowadzą, co zmieniły na lepsze w nas samych. Czy na przykład emocja przyjemności, jaką odczuwamy przy tym kimś daje nam radość, czy przygnębienie kiedy jesteśmy sami? Czy kiedy ta osoba mówi coś dla nas trudnego, jest wyrozumiała i towarzyszy nam emocja ulgi, uporządkowania, czy lęku i oceniania? I w końcu najważniejsze, czy kiedy patrzymy na siebie, czy stajemy się pod wpływem tych wszystkich emocji lepsi dla siebie, czy robimy sobie krzywdę, bo np. staramy się być kimś innym dla tego kogoś, zamiast cieszyć się z bycia sobą?

To ważne na początku znajomości, kiedy poczujemy, że coś nam się dzieje w emocjach, poobserwować je trochę i pozwolić sobie na refleksję. Jeśli wyczujemy, szczerze, że coś nas w tej materii drażni, piecze i nie daje spokoju, poza tym całym entuzjazmem i ciekawością, jaka wypływa z poznania bliżej drugiej osoby, czas na stop i weryfikację całości. Na początku najłatwiej się zatrzymać, dlatego cała praca warta jest podjęcia w tym właśnie stadium, kiedy człowiek jeszcze nie zagości w bliższych okolicach naszego serca. Pozwólmy mu się zbliżyć, podejść, obejrzyjmy nasze emocje i, jeśli serce mówi: „Dobrze. Spróbujmy się jeszcze zbliżyć, bo człowiek jest prawdziwy, lubimy go, ale też lubimy siebie przy nim”, wtedy wchodzimy w sferę, jaką nazwałabym pierwszą fazą intymności. Bez szczegółów, jest to łatwo wyczuwalne, każdy ma swoje granice i umie je opisać, a jeśli nie umie, to dobra okazja się określić. Rozumne podchodzenie do człowieka nie musi być zaraz nie romantyczne czy nie ciekawe. Romantyzm z łamaniem serc niewieścich, to przeszłość i niedojrzała mityczna opowieść bazująca na krzywdzącym dogmacie, że miłość wyłania się z wielkiego cierpienia, walki, buntu, rozpaczy. Też tak kiedyś myślałam, ale teraz wiem, kiedy siebie bardziej znam, że nie tędy prowadzi prawdziwa, choć czasem dziwna z pozoru, droga do miłości. Za to ta przez fałszywy paradygmat potrafi wyłącznie zakopać cię w całości w ziemię i nie dać tego co miłość potrafi dać z łatwością, bez wysiłku. Spokój, ale również ekstazę, radość, ale też nostalgię, zrozumienie, ale też dzikie przeżywanie życia, jeśli tego potrzebujesz. Bo kiedy się odkrywasz szczerze, przyciągasz do siebie ludzi, którzy pragną tego samego co ty i łatwiej wtedy spotkać taką pokrewną duszę. Wyzbywanie się więc cząstek siebie, swoich marzeń, pomysłów na życie jest strzelaniem sobie w stopę. Zazwyczaj prowadzi do długotrwałej frustracji po początkowej fascynacji pt. „Warto się było przełamać do ciebie”.

Kiedy jesteś prawdziwy nawet w dziwnostkach, przemyśleniach, słowach, potrzebach wobec drugiego człowieka, on widzi i może znaleźć w tobie to, na co czekał. Pokazujmy więc siebie prawdziwych, szczerych, bo w tym jest mądrość natury, żeby wilki były z wilkami, niedźwiedzie z niedźwiedziami, a lew znalazł lwicę. Nie mieszajmy szyków naturze, choć czasem nas kusi i myślimy, że poradzimy sobie z jedzeniem przez hienę padliny, albo lwim wylegiwaniem się całymi dniami. Nie koniecznie nas uwiedzie samotny tryb wilka, albo chłód, czy zwinność jaszczurki. Znajdźmy takie zwierzę, które na drodze życia będzie z nami chciało iść … myśl w myśl i ciało w ciało.

Czuwanie

Czuwam nocą
zawsze to lubiłam
patrzyłam
jak noc przelewa się
ziarenkami ciemności
do świtu
jak głuche dzbany ciszy
zapełniają się iskrami
jasności
jak po śmierci snu
wraca magia świadomości
ku życiu

25 marca 2018

Kiedyś

Będę kiedyś starą kobietą
o pomarszczonym spojrzeniu
każda fałdka będzie spiętrzeniem
wspomnień

Połóż dłoń na mojej głowie
i pamiętaj
ze mną zawsze będzie ci dobrze

Kiedy śpię
mocno tul moje ciało
zapamięta cię na zawsze
jak najwspanialsze
miękkie westchnienie
gwiazd

Dobranoc …

23 marca 2018

O miłości do jazdy samochodem

Uwielbiam jazdę samochodem. Wystarczy mi kierownica, cztery koła i cel, albo bez celu, a oddaje się temu z pasja. Nie o to chodzi, ze bryluje na szosach jak Niki Lauda, po prostu jeżdżę i to kocham. Szczególnie, kiedy trasy  są dłuugie, położone wzdłuż wybrzeża nad oceanem, albo na rozległych równinach, jak w Ameryce, kiedy przyjaciel obok tylko czasem upominał w pobliżu miast i miasteczek, że chyba jestem najszybsza, a takich lubią łapać okoliczni szeryfowie, zaczajeni w krzakach. Wtedy zwalniałam, ale muszę przyznać, że czułam się tam, jak w grze komputerowej, po prostu wolna od fizyki i lęku o to, co za chwilę. Nie byłam bezrefleksyjna, bynajmniej, zwyczajnie prowadziłam, nie tocząc ze sobą dialogu w głowie w stylu, „Wyjedzie mi czy nie wyjedzie”, „Wyprzedzać, czy poczekać”, bo z jakiegoś powodu zupełnie nie było to potrzebne. Tylko ja, silnik, pustka w głowie, przyjaciel obok i przestrzeń przede mną. Kiedy potem wróciłam do domu, na jakiś czas ten trans się utrzymał. Teraz wrócił. Nawet korek po horyzont się mnie nie ima. Siedzę, śpiewam, wybijam rytm na kierownicy, słucham muzyki, a silnik pogrywa. I kiedy tylko mam trochę prostej … wyrywam.
Najlepiej czuje się w trasie, niezależnie od pogody, deszcz, zamieć, lód i spadek wysokości czy ostry zakręt, już mnie nie przerażają. Trzymam się ziemi mocno, jakbym przez kierownicę i podwozie czuła całą konstrukcję samochodu, jakbym wrastała w nią jadąc, jakby była żywa, kiedy jej dotykam i zrywam do lotu. To karmi moją duszę, to daje mi niesamowite rozluźnienie, nie adrenalinę, ale spokój i poczucie jedności z powietrzem. Nie kręcę beczek, po prostu rozwijam żagiel i sunę.

Ostatnio pierwszy raz sama umyłam swój samochód i dopieściłam każdy szczegół, każdą krawędź, szybkę i pokrycie, wewnątrz i na zewnątrz. Nie pamiętam już, jak to było z pierwszym tankowaniem i wyjechaniem na ulicę, ale ostatnio koleżanka uraczyła mnie opowieścią, jak tankowała pierwszy raz sama, po rozwodzie. Na stacji zaparkowała, wysiadła, stanęła przed dystrybutorem i widząc wszystkie dozowniki z lekka się zasępiła. Podszedł do niej jakiś miły człowiek i spytał czy tankuje. Ona na to:” Wie pan, jest taki wybór, że nie wiem na co się zdecydować.” I tu się uroczo uśmiechnęła. Człowiek się nie stropił, co więcej nie wyśmiał, spojrzał na samochód, na nią i odrzekł konfidencjonalnym szeptem :”Niech pani zatankuje to zielone.” „Tak pan sadzi?” Pokiwał. „Jak pani będzie miała wybór, proszę zawsze wybrać zielone”. I odszedł. I tak z genialną prostota i klasą jej pomógł. Anioł, nie mężczyzna. Na marginesie powiem, ze ta sama koleżanka, nie obawia się pytać i prosić o pomoc. Raz wymieniła akumulator w samochodzie i ten, jak na złość, nie odpalił. Stanęła na parkingu, na Ursynowie i zobaczyła jakiegoś faceta jadącego nieopodal rowerem. ” Proszę pana!” zawołała. Mężczyzna się zatrzymał, podszedł. „Co się stało?”, zapytał. „Samochód mi nie odpala. Wstawiłam nowy akumulator, ale …”, mężczyzna już się uwija, bada maszynę, kable. W końcu dostrzega jakieś niedokręcenie. Dokręca i odpala. Koleżanka w skowronkach dziękuje mężczyźnie. Ten wsiada na rower i odjeżdża w wianuszku pochwal, z dobrze zaczętym dniem. Który facet by nie chciał tak się dowartościować przykręceniem jednej śrubki? No i ta moja znajoma, tak sobie poczyna z mężczyznami, kiedy tylko coś jej siądzie w samochodzie i powtarza mi, że jak jej coś nawali to wtedy zawsze obok przechodzi jakiś mężczyzna, którego w ten prosty sposób uszczęśliwia swoim „nie wiem, jak to się robi”. Bo naprawdę nie wie, nie jest kokietką, to fizyk jądrowy, ale jak każdy ma prawo nie znać się wyczerpująco na jakimś sprzęcie. Tylko raz  na kilkanaście jej ktoś nie pomógł. Przytłaczająca pozytywnością statystyka. Na korzyść mężczyzn i kobiet co się nie boją prosić.

Moja własna przygoda samochodowa była zaś taka. Klucząc po Białołęce, po odwiezieniu Córki na imprezę, zabłądziłam. Zawracając na wąskiej drodze, wjechałam na podmokłe pobocze i ugrzęzłam w śliskim błocie. Wokół szczere pole, ni duszy, ni człowieka, ciemno, zima, sobota. Koniec. Po paru próbach wykaraskania się z błota, wysiadłam i zaczęłam łamać okoliczne krzaki na podkładkę pod koła. Okazały się kłujące. Trudno, trzeba się wydostać. Kolejne próby, nic z tego, za cienki podkład. Nagle przejeżdża samochód. Myśl początkowa: „Wyjdę na idiotkę co nie umie jeździć i zakopała się w durnej sytuacji”. Myśl końcowa: „Łapać!! bo lepiej nie będzie.” Złapałam. Po krótkiej wymianie informacji miły młody człowiek najpierw spróbował wyjechać sam, lecz nie zdołał. Potem oparł się o maskę, i ja próbowałam samochód wycofać z piekielnej ślizgawicy. Nie idzie. Patrzymy, jedzie drugi samochód. Sam się zatrzymał. Wychodzi drugi facet i obaj mi się zapierają na masce. Mocno gazuje. Błoto ich zalewa od stóp do pasa. „Cholera”- myślę -„ale kanał”. Ale nie odpuszczam i w końcu wyjeżdżam. Zanim wykręciłam na drodze z myślą, by ich przeprosić, szli obaj mocnym, męskim krokiem do swoich maszyn, żon, dzieci, w zabłoconych spodniach, ale z postawą, jakby dopiero co z pól bitewnych schodzili tuż po wytarciu trawą mieczy. Rzuciłam im przez okno podziękowania i uśmiech; odpowiedzieli uśmiechem, ze swadą, że mimo wszystko daliśmy radę i, że coś dobrego się stało. Na koniec odjechaliśmy każde w swoja stronę. Po drodze czułam, jak mi serce rośnie, że są na świecie tacy faceci, którym błoto nie straszne i z uśmiechem pomogą kobiecie wybrnąć na prostą, twardą drogę. I te ich twarze, spokojne dumą, że również się udało, niewielkim kosztem, zdobyć w oczach żon, i moich, a również dzieci, prawdziwy podziw i zachwyt.

Dlatego, kiedy mi potrzeba, proszę o pomoc mężczyznę, któremu z oczu dobrze patrzy, a jeśli nie mogę zajrzeć w oczy, to dowolnemu. Na świecie jest bowiem wielu dobrych ludzi i to dobro, które dają ulega rozmnożeniu, kiedy się je bierze w postaci pomocy. Warto o tym pamiętać, nie tylko w samochodzie, w rowie, w kolejce, dźwigając ciężary. Stosowne zachowanie wywołane dobrocią zostawia w nas ślad jak iskierkę, z której może się zdarzyć, prawdziwy płomień, zwany miłością do ludzi. Bo kiedy prosisz w prawdziwej potrzebie, to nie tylko bierzesz dobroć, ale ją również siejesz.

O miłości do przeszłości

Przeszłość bywa trudna. Moja przeszłość, i nie mówię o ostatnich kilku latach, była bardzo trudna. Oczywiście ważenie cierpienia nie ma sensu, to sprawa indywidualna, ale poczucie, jakie mamy związane z przeszłością jest realne i warto się temu przyjrzeć zanim się pomyśli o przejściu do przyszłości.

Po to właśnie jest teraźniejszość i uwaga jaką mamy, nasza świadomość, kim jesteśmy. Składamy się z przeszłych chwil, których fragmenty jak iskry zostawiają na nas swoje wzory, tatuaże przeszłości. Nawet jeśli nie widzimy ich, albo je wypieramy, one są, czasem tak głębokie, jak głębokie przeszłość zostawiła w nas rany. Ból związany z przeszłością mija dopiero kiedy zamykamy ze spokojem bramy za nią, bo tylko wtedy znika iluzja, że przeszłość jest wciąż z nami i nam zagraża. Ona odeszła, tylko my trzymając strach w najczarniejszych zakątkach siebie, jej nie wypuszczamy.

Puszczenie przeszłości nie jest proste. To zależy od stopnia wrośnięcia w nas, w nasze postępowanie, od naszej samoświadomości co, i kiedy nam sprawiła, i jak nas ukształtowały zdarzenia, ludzie z przeszłości.

Przeszłość, aby zamknąć szczelnie i przeciąć tę pępowinę, trzeba pokochać, a w każdym razie przyjąć, taką jaka jest. Walczenie z przeszłością, mija się z celem. Wymierzanie sprawiedliwości, karanie, mszczenie się i inne okropności pochłaniają tyle energii, że doprawdy, lepiej wypić kawę na kubańskiej plaży, zamiast poświęcać temu swoje życie, albo spełnić jakieś inne marzenie, które pod względem energii i zaangażowania tyle kosztuje, ile wyrzucanie przeszłości jej wad.

Zamknąć nie jest łatwo. Nie dzieje się to automatycznie. Jeśli po prostu zatrzaśniemy drzwi i podeprzemy kołkiem, żeby nie wylazło nam jakieś potworzysko, bardzo często właśnie wtedy, kiedy się najmniej spodziewamy, wylezie. Dlatego moje strachy, najpierw poznałam osobiście. Pozwoliłam im wyjść z przeszłości na powierzchnię, zaprosiłam do siebie, posadziłam na kozetce i szczegółowo się im przyjrzałam. Pozwoliłam sobie odczuć to co czułam kiedy powstawały w przeszłości, kiedy byłam zbyt mała, by inaczej się przed nimi bronić jak wyparciem. Teraz jestem duża i nie wypieram. Teraz mówię otwarcie, czasem smucę się, czasem płaczę i żegnam. Żegnam. Żegnam…

Odchodzą, jeden po drugim wszystkie lęki. Niektóre były tak głęboko zakopane, połamane, przygniecione, że trudno je się składa i wyprawia w świat przeszłości. Przykurzone, smutne, zapomniane sytuacje, ludzie, emocje i rozpacz, smutek, bezsilność, tłumienie złości, odpuszczam w nieznane.
I powiem wam, że kiedy odchodzą kolejne, wolne, ja również się uwalniam i robię miejsce na coś przyszłego, co przyjdzie. Teraz kiedy jestem duża i się nie boję, mogę wybrać co przyjdzie, czemu pozwolę zamieszkać w sobie. Wyprawiając wszystko to, co mi zaszkodziło, z czym się zmagałam tak długo, czuję nie tylko ulgę, czuję sentyment i wdzięczność, za to co mi się zdarzyło. Bo dzięki temu, jestem tu gdzie jestem, jestem kim jestem i jestem z siebie tak cholernie dumna, że to przeżyłam i mimo to mam w sobie takie oceany miłości i wiarę w przyszłość.

Nie mówię więc sobie: „Bądź silna”. Już nie muszę, już się nie zmagam, teraz jestem uważna i pilna. I kocham to co czuję również w stosunku do mojej przeszłości i ludzi, którzy swoim postępowaniem łamali we mnie wiarę w siebie i moje możliwości, zaburzali prawdę o tym, jak piękne potrafi być życie. Są tylko cieniem, ale kiedy taki cień mi powraca w teraźniejszości, wiem czym jest i łatwo się go pozbywam. Po to mi było tych cieni rozpoznanie, po to je zrobiłam, choć to proces bolesny jak odrywanie starych blizn bez znieczulenia. Ale to zmienia, tak pięknie zmienia, że potem się dziwimy, czemu tak długo się wahaliśmy. Bez tych blizn, stajemy się nie słabsi, nie silniejsi, ale prawdziwi. A prawda zawsze zwycięża. I staje się rdzeniem i obrazem naszej osobowości. Od tej pory widzimy, co się stało i dlaczego w naszej przeszłości, i nie boimy się jej, ani jej nie oceniamy, nie zapominamy, ale nie rozpamiętujemy, patrzymy z jasnością wejrzenia i miłością do siebie samych. Każda chwila się zmienia w przeszłość, im więcej wyślemy w nią chwil pełnych miłości, radości, akceptacji, tym piękniejszy mamy fundament do przyszłości. Przekształćmy więc przeszłość, jaka jest, z cienia do światłości. Ona jest jak ciemna materia, nawet jeśli jest trudna do uchwycenia, ma niesamowitą energię. Weźmy ją i wywołajmy światło, niech nas opromienia.

dojrzewanie

Byłeś cierpki
jak niedojrzały banan
i gorzki
jak niedojrzały orzech

może byś się postarał
dojrzeć …

20 marca 2018

Medytacja

Medytuję nad kształtem
mojego serca.

Kiedy patrzę na nie
z poziomu miłości
świeci
nawet w ciemności
i promieniuje
na wszechświat
unikalną długością fali,
energią
mojej
świadomości.

20 marca 2018

Kiedyś

Kiedyś przyjdą
i zakopią mnie w grobie.

Rozpłynę się pod ziemią
i zapłodnię
okoliczne peonie
czerwienią
a brzozy bielą.

Będą na dwa głosy
szumiały o mnie.

20 marca 2018