O miłości do kobiecości

Kobiecość jest piękna. Kobiecość jest subtelna, nieuchwytna, ale doskonale widoczna. Kobiecość dojrzała jest jak dobrze odegrana rola w rytmie własnego serca. Kobiecość jest wspaniała, kiedy jest pełna, odwieczna, gdy powoli podnosi wzrok patrząc na świat. Kobiecość dziewczęca, kobiecość matki i żony, kochanki, przyjaciółki, koleżanki. Kobiecość młoda, świeża, kobiecość mądra, kobiecość spełniona wiekiem i odczuwaniem.
Kobiety są jak źródła poznania tego, co jest miłością, radością, wartością i siłą przetrwania. Kobiety są jak drzewa, ukorzenione, stałe, ale elastyczne, podatne na zmiany, przyjazne do schronienia, wieczne.

Kobiety w swoim najpiękniejszym stanie łączą w sobie wszystkie cechy ziemi, wody, ognia i powietrza. Są cykliczne jak klimat, jak noc po dniu, jak księżyc w pełni i rok świetlny, w którym się odbywa ruch galaktyk i naszej Drogi Mlecznej. Są trwałe w myślach, jak wspomnienia w innych, bliskich, dalekich, dzieciach, mężczyznach. Potulne, drapieżne, słodkie i harpie. Kobiety, jak diament nie do zarysowania i glina do ulepienia, ukształtowania.

Idą przez życie z misją odkrywania, tworzenia, posiadania i wyzwalania potencjału. Pilnują dusz niewinnych, zagubionych, słabych. Są wierne sobie i marzeniom, głębokie w odczuwaniu, zrozumieniu, wybaczaniu. Kobiety żyjące w jasności i w cieniu. Pełne bólu i pełne szczęścia. Kobiety wiedzą, że żadna istota nie jest ani mniejsza ani większa. One biorą życie, jakie się pojawia, widzą więcej, ale z nikogo nie szydzą. Czarownice, córki kowala, malarki, stróże prawa i domowego ogniska, przywódczynie i stojące przy barykadach z kanapką, ostatnie oczy patrzące na odchodzących, pierwsze na przychodzących na świat. Kobiety spełnione, zalęknione, krzyczące z bólu i rozpaczy, i tańczące na plaży w tropikalnym raju. Czuwające i bezdomne, spragnione spokoju i dzikie. Wsparte na ramieniu mężczyzny i wspierające latarnie, kobiety jak wróżki z baśni, księżniczki, wiedźmy i sieroty. Kobiety jak zjawiska, jak tornada, tajfuny, powodzie i rzeki skute lodem. Kobiety zranione i raniące, kobiety upadłe i wstające o własnych siłach w ciężkich czasach, by innych podtrzymać.

Jestem kobietą. Jestem dumna. Jestem jak ziemia. Przyjmuję wszystkie zmiany, dojrzewam, obumieram, kwitnę. Po pożarze się odradzam.

I sięgam moją myślą gwiazd i rdzenia planety, żeby ją obracać dla siebie i dla innych.

O miłości i życiu

Życie nie jest po to, by się za wszelką cenę umozolić tym, że się żyje. Życie, kiedy jest się pełną siebie istotą, toczy się samo, bez wysiłku, bez zaciskania pętli na szyi, bez pośpiechu i ambicji do jeszcze większego tempa. Takie życie można osiągnąć tylko w jeden sposób, znajdując w sobie pełnię człowieczeństwa. Bez pełni, zawsze będzie jakiś niedostatek wywołujący niepokój i dążenie do jego zapełnienia z zewnątrz, a to pracą zawodową i stanowiskami, a to pieniędzmi, a to kochankami, a to głaskami od innych. Warto więc się obserwować, gdzie mamy braki w miłości własnej i łatać te braki. Dlaczego łatać? Bo dziury w nas samych prowadzą do cierpienia. Taka dziura mówi: „Nie mam” i cierpimy. A to dlatego, że ktoś odszedł i nas nie kocha, a to dlatego, że kolega ma więcej i awansował, a to dlatego, że dziecko w szkole się nie interesuje fizyką jądrową, albo archeologią itd. Te nasze braki w miłości własnej i pożądanie zapełnienia doprowadzają do poczucia nieszczęścia, a nieszczęście jest rodzajem zniewolenia. Zamknięcia na piękno, na miłość do świata, na łagodność, gdy nas szarpie głód czegoś trudno wylądować spokojnie w swoim życiu i ciele, i nie usiłować więcej, i więcej pozyskać z otoczenia. Ono daje. Ludzie dają miłość, ale my chcemy często na własność ją zagarnąć i schować. Tymczasem miłość jest jak ptak, piękny i prawdziwy kiedy lata swobodnie. Chcemy spełnienia ambicji zawodowych i siedzimy w pracy dzień i noc nie pamiętając ostatecznie po co to robimy. Albo łapiemy się za rozwój i na siłę wyrabiamy kolejne kursy, spotkania, terapie, objawienia i sesje motywacyjne. Wszystkie te narzędzia są potrzebne, kiedy wiemy, jaka w nas samych jest przestrzeń. I z sensem ją zapełniamy sobą w najlepszej postaci, nie kolejną maską „super alter ego”, jaką tworzymy, żeby ambitnie brylować.

Ja się czasem chowam, kiedy widzę, jak świat zewnętrzny przyciska mnie do realizacji i patrzę na siebie od wewnątrz, czy to jest to czego chcę, czy to czego chce ode mnie moje ego. Staram się nie dać złapać na takie ego pułapki, które prowadzą do marnowania mojej energii na realizację programów spełnienia ambicji, często nie moich a wdrukowanych w dzieciństwie. Z takich programów najtrudniej wyjść, opierają się na podstawie miłości rodziców do nas, na jakości tej miłości. Musimy wyjść z tego paradygmatu, że miłość rodziców jest naszym korzeniem. To trudne, ale możliwe. Ja się uwolniłam i powiem wam, miłość jaką czuję do rodziców, do ludzi jest teraz taka prawdziwa, jak nigdy nie była. Ambicje i braki widzę wyraźniej i przyjmuję je jak przyjazne wskazówki, gdzie zalepić plastrem, gdzie zamurować, a gdzie maznąć piękne graffiti. Nie wchodzę więc do sfer,  gdzie chodzi tylko o ambicje i ich spełnienie. Trzymam się z dala też od sfer,  gdzie wypływa tzw. poświęcenie, to kolejny program, jaki warto opisać. Życie w prostocie wyborów daje nam sposobność do poznania rzeczy takimi, jakie są. Jeśli więc ktoś działa wyłącznie, by się sprawdzić w coraz większej presji zewnętrznej, sam siebie okrada z chwil szczęścia. Ten kto się wspina, bo ma taką wewnętrzną, nieprawdopodobną chęć do tego wspinania, buduje w sobie piękny finał. Dlatego nie wszystkim pisane jest zdobycie góry, botanik z miłością zabłądzi po drodze badając okoliczne paprocie, a wspinacz nie dostrzeże piękna jego pasji, pędząc czym prędzej ku szczytowi. Warto wiedzieć kim się jest i co warto robić. Albo czego nie warto. To podstawa. Realizacja dzieje się potem sama, kiedy dobrze określimy cele i wykluczymy ambicje z zewnątrz, jako motywację i zastąpimy ją autentyczną pasją na życie i swoją w nim realizację.

O miłości i cieszeniu się z życia


Jestem takim dziwnym, ale powszechnym przypadkiem człowieka, który uczy się, jak cieszyć się z życia. Nauczono mnie przez doświadczenie i obserwację, że życie jest ciężkie, a potem się umiera. Standard mojego pokolenia. I pokoleń wcześniej. Coraz częściej jednak wdziera się do mojej świadomości z poziomu uczuć, bo analitycznie już to rozłożyłam na części pierwsze, że życie jest cudem, który da się przeżywać w piękny i wrażliwy sposób, życie w każdej formie i ekspresji. Nawet tę codzienność, jak jazda samochodem. Stoję w korku co dzień i biadolę, ale nie ostatnio. Pomyślałam dziś, że zawsze się stresowałam jazdą do szkoły z dziećmi, tym tempem, mozołem, nie spóźnianiem się, latami. Teraz wiozę Syna i cieszę się z każdej chwili za kółkiem, bo kocham jeździć, nie ważne, że w tempie żółwia. Popijam kawę inkę i słucham muzyki, śpiewam, Syn ze mną rozmawia, albo gra na telefonie. Nie denerwuję się, nie popędzam wirtualnie korka, tylko chłonę to, co mogę z tego czuć dobrego. Parę dni temu spotkałam kierowcę autobusu miejskiego, który zatrzymał się na Bitwy Warszawskiej przed moim samochodem na sąsiednim pasie i otworzył okienko. W pierwszym odruchu pomyślałam: „Co się stało? Czyżby mi coś odpadło?”, ale byłam tak zrelaksowana, że w ogóle się nie przejęłam. I ten człowiek wyjrzał i pomachał do mnie przyjaźnie, a żeby tego było mało, wyjął lizak z napisem: „Uśmiechnij się!”, a z drugiej strony „Miłego dnia!” I tak staliśmy w korku przed moją pracą, około 9 rano i oboje śmialiśmy się do siebie machając. Kierowca autobusu, a taki nietypowy. Patrzył też na innych stojących kierowców, ale nie widziałam ani jednej zainteresowanej osoby. Szkoda. Taka gratka, jeśli człowiekowi stres od rana się spiętrza w drodze do pracy, czemu nie skorzystać z pomocy bezinteresownego człowieka, który nas rozśmiesza? Ja skorzystałam mimo, że nie byłam smutna, a pogodna i wypoczęta.

Myślę sobie, że co dzień zdarza się coś co nas wzmacnia, ale nie umiemy tego dostrzec. Nie umiemy się przestroić na branie szczęścia. To może być coś małego, jak dobra kawa, ulotnego jak zarys chmur na niebie, i niezwykłego do czego przywykliśmy, kiedy zbyt długo to mamy i nie dostrzegamy, że jest takie piękne. Jak dzieci śpiące przy naszym boku, uśmiechnięta rankiem żona, kolega w pracy pomagający zrestartować sensownie system, albo pani portierka, która odpowie: „Dzień dobry” z uśmiechem. Nie wymagajmy od życia więcej, tylko nauczmy się czerpać z tego co nam daje. Odkrywając na nowo to co piękne, choć stare, ograne nieco. Czasem to jest samotność, oddalenie, bo wtedy pojawia się przestrzeń, która jest potrzebna, a czasem tłum przyjaciół na imprezie i spontaniczny śmiech i taniec. Tylko od nas zależy czy cieszymy się życiem jakie mamy, czy nie więc, gdyby mnie spytać czy tęsknię do Lizbony i braku planu na jutro, odpowiem, że trochę, ale jutro zamierzam sobie zrobić wolne i popracować w domu, posprzątać, pogotować, porozmawiać z dziećmi i pocieszyć się tym, że żyję. A w następne dni, będę robić od nowa to co te dni przyniosą. Jeść, spać, gotować, stać pod gorącym prysznicem i śpiewać. Tyle i aż tyle. A jak przyjdzie pora, ostro popracować nad tym co się lubi. Najważniejsze jednak, że kiedy już samemu się nauczymy tak funkcjonować w wysokich wibracjach pozytywnych uczuć, to zadziała jak samograj i, co więcej, nauczą się tego chłonięcia szczęścia nasze własne dzieci, rodzina, bliscy i dalecy znajomi. I będą nas w tym wspierać na zasadzie synergii, … synergii szczęścia.

O miłości i wyborach


Zawsze miałam problem z dokonaniem wyboru. Niezależnie czy chodziło o bluzkę w sklepie, termin spotkania, czy mężczyznę, reagowałam niepewnością i zagubieniem. Obawiałam się, że jutro, najdalej za tydzień, okaże się, że źle wybrała i martwiąc się na zapas, męczyłam się wybierając. Zakupy to był prawdziwy koszmar. Tyle możliwości i opcji do wyboru, że odwlekałam je najdalej jak się dało. Mówiąc szczerze wybierałam stanie, nie działanie, bo tak mi było prościej. Nawet jeśli czułam, że mi coś umyka, bałam się ryzyka, że polegnę na jakimś wyborze i trwałam tak do niedawna, upierając się, że niczego mi nie trzeba, mam wszystko i nie muszę już wybierać. Do Lizbony też poleciałam z myślą, że wybiorę, ale bez nacisku, nastawienia i odkryłam, że da się wybrać bez stresu, o to,  że dopadnie mnie jakaś pomyłka w wyborze. Zobaczyłam, że stres związany z wyborem jest pozorny. Wybór czasem dokonuje się sam, wcześniej, nim świadomie wybieramy. Poszłam na milongę w Lizbonie, bo wybrałam działanie jeszcze przed wyjazdem, kiedy coś się we mnie zmieniło i pokochałam wybierać. Teraz kiedy wchodzę do sklepu na pierwszym wieszaku zwykle wisi to czego mi potrzeba. I czasem tego nie biorę.

Wybór oznacza dostatek opcji do wzięcia. Ważne co czujesz kiedy wybierasz, jeśli w chwili wyboru czujesz spokój serca, nie obojętność, ale pełną zgodę na to co wybrane, wszystko będzie dobrze. Wybierając z poziomu serca wybieramy to, co nas wspiera i jeśli nawet poczujemy się potem trochę gorzej, to znaczy, że przepracowujemy jakąś lekcję i prawdopodobnie nie mogliśmy wybrać inaczej, by to dostrzec. Co innego, kiedy po wyborze serce wciąż nas niepokoi i wskazuje na to, co wybraliśmy przy różnych okazjach. Warto wtedy przyjrzeć się temu co zrobiliśmy, żeby znaleźć przyczynę. Nie wypierać, nie zagłuszać emocji. One mówią coś ważnego. Kiedyś przepisałam córkę z klasy do klasy na początku gimnazjum. Wydawało mi się, że dobrze robię. Wciąż potem widziałam rodziców z przepisanej klasy i czułam jakiś niewytłumaczalny wtedy niepokój. Potem okazało się, że to nie był dobry wybór. Gdybym sercem patrzyła na całą sytuację i była czujna, zobaczyłabym wcześniej to, co serce od razu widziało.
Teraz kiedy wybieram, słucham wyłącznie serca, nie rozumu, racjonalności i tkwiących w niej ograniczeń. Widzę jaśniej, jak wybrać to, co służy mi i mojej rodzinie. I oczywiście nie sugeruję się tym co uważają ludzie, nawet ci zaprzyjaźnieni. Czuję jak i co zrobić, i nie mam parcia na nieomylność. Jak się pomylę, mówię: „Sorry, zdarza się. Zapamiętam.” I czuję, że potrzebna była ta lekcja. Jestem za nią wręcz wdzięczna.

W większości przypadków jednak mam taki spokój w sercu, że się do siebie uśmiecham, kiedy idę do sklepu i rozmawiam z ludźmi. Wybieram na tak wysokim poziomie komplikacji ze spokojem w duszy, za jej zgodą, że szczęście przenika mnie i czasem wręcz czuję rozkoszne mrowienie na myśl o tym, że mogę wybrać. Gdy staję przed wyborem, to tak, jakbym wyciągała ręce po przeznaczenie. Kocham wybierać i nie obawiać się tego, co do mnie przychodzi w konsekwencji. Bo pozwoliłam sobie źle wybrać. Najwyżej przejdę jakąś pętlę w życiu, ale nie będę stała w ukryciu, z zaciśniętą pięścią z niemożności dokonania wyboru. Więc ostatnio wybrałam coś bardzo ważnego, i kiedy się już zdecydowałam co wybieram, natychmiast pojawiły się możliwości dalszej realizacji celu. A w mojej duszy taki spokój zagościł, jakbym nauczyła się chodzić po wodzie. Kocham prowokować wszechświat do manifestacji tego co dla mnie dobre.

Ukryty porządek rzeczy

 

Na studiach nauczyłam się mnóstwa wzorów. Moje studia miały taką zaletę, że wzbogacały abstrakcyjne myślenie, czasem na siłę, bo egzamin, a czasem naturalnie, bo rzucasz okiem i widzisz porządek, albo wyprowadzenie. Zresztą, jak wybierałam się na studia to nie myślałam, że będzie tak trudno. To był jeden z kamieni, który rzuciłam sobie pod nogi, ale dałam radę. Zawsze sobie utrudniałam życie. Walenie głową w mur uważałam za normalne, za coś co występuje, jak powietrze i chyba tak musiałam myśleć, bo inaczej nie byłabym tu, gdzie jestem. Więc zderzyłam się z matematyką i zobaczyłam powiązania. Wszystko się ze wszystkim wiąże, a można to zobaczyć, jeśli ktoś umie i wie, gdzie patrzeć. I tu dam przykład z pozoru odległy od naszej wyobraźni – ciąg Fibonacciego. Pan Fibonacci, był Włochem i wymyślił ciąg liczb naturalnych, jak dla przedszkolaka. Leci on tak:

Podobny obraz

 

1,
1,
( to nie pomyłka, dwie jedynki na początku )
1+1=2,
1+2=3,
2+3=5,
3+5=8.
5+8=13,
8+13=21,
13+21=34,
21+34=55

…. itd.

 

Zasada jest taka, że dodajesz dwie poprzednie liczby i dostajesz następną. Łatwe? Łatwe. Oczywiście ciąg nie ma końca, zawsze da się dodać coś, co już policzyliśmy i iść dalej. Ale nie to jest takie fascynujące. Ciąg Fibonacciego ma taką naturę, że Natura go odtwarza, znaczy Matka Natura. Oznacza to ni mniej ni więcej, a tyle, że jeśli Natura coś tworzy, to tylko tyle tego naraz, ile wynosi jakaś liczba Fibonacciego. Nie wierzycie? Dla przykładu: jeden nos, dwie ręce, trzy liście koniczyny, 4 nie występuje w przyrodzie, (krowa ma 4 kończyny, ale nie jednakowe, wystarczy obejrzeć krowę), 5 płatków-części liścia klonu itd. Jeśli macie pod ręką szyszkę policzcie ile ma tych wystających co kłują, ile liści ma kapusta, cała z pola nie obrana w sklepie, albo płatków ma róża, ile części ma szypułka pomidora, a ziaren fasolka szparagowa. Gdybyście policzyli wszystkie połączenia nerwowe w mózgu to pewnie też jest ich tyle ile wynosi jakaś liczba Fibonacciego. Każdy kwiat, zwierzę, roślina, człowiek podlega temu porządkowi.

Wzór więc na organizmy żywe już został odkryty, częściowo. Bo chodzi tylko o liczebność części, ale przynajmniej tyle wiemy na pewno. Reszta też ma swój wzór. Wzór na częstotliwość, która nas uspokaja, albo drażni. Kolory, które służą, bądź nie służą wyobraźni. Konformacje krzywych w malarstwie, płaszczyzn w rzeźbie. Widzicie sami. Na wszystko jest jakiś wzór. Mało ich znamy, więcej przeczuwamy, widząc sercem, że coś nam się podoba, współgra z naszym wnętrzem, a coś nie i nie możemy się dostroić. To jest ukryta matematyka istnienia. Artyści wiedzą o czym piszę. Mamy tę samą percepcję. Matematyk widzi podobieństwa, upraszcza koncepcję i wchodzi z nowym uniwersalnym opisem rzeczywistości, jako czegoś abstrakcyjnego. Artysta dopasowuje, upraszcza, czyści ze zbędnych elementów i odtwarza jakąś uniwersalną formę, która do nas przemawia. Wiele jest zbieżności. Dlatego tak wielu matematyków grało na instrumencie. Czuli tę uniwersalną harmonię wszechświata. Nawet bowiem chaos, pozorny nieporządek rzeczy, tworzy fraktale, samopowtarzalne struktury, które na pierwszy rzut oka widać, są uporządkowane. Przykładem są płatki śniegu, a każdy inny, bo chaos właśnie taką ma naturę, że lubi tworzyć inne z tego samego stanu wyjściowego. Chaos jako  szum tymczasem, jeśli nie tworzy wzorów, staje się zbędny, ignorujemy go, pomijamy. Nasz mózg tak właśnie został skonstruowany, by widzieć powiązania i wzory rzeczywistości i się nimi posłużyć do wyjaśnienia sensu i dynamiki wszelkiego istnienia.

Powiem jeszcze tylko, że choć widzenie uporządkowane jest zdolnością jaką mamy w sobie wszyscy, ma ona jak każda zdolność pewną konsekwencję. Ludzie widzący porządek na zewnątrz, w świecie, mają większe szanse znaleźć w sobie samym wzory, programy, będące narzuconym zachowaniem i uwolnić się od nich, kiedy nam nie służą. Dlatego właśnie warto obserwować wszechświat, który do nas mówi, każdym przedmiotem, wrażeniem, zapachem i dźwiękiem. On jest jak lustro, które odbija nasze najgłębsze wnętrze. Mówi to co mamy usłyszeć, żeby się nie łudzić, nie zaciemniać umysłem, który jest zbyt mały, by w nieskończonej ilości danych dostrzec strukturę, prawdziwą naturę rzeczy. I jeśli zadamy mu pytanie, daje nam odpowiedź dokąd iść, i co wybrać, jak interpretować to co nam się zdarza. Tam, gdzie umysł widzi nuty, serce widzi muzykę. Widzieć świat sercem znaczy widzieć świat prawdziwie. Bo wszechświat na prawdę jest uporządkowany. Wszyscy to czujemy, i wszyscy mamy szansę poznać ten porządek i się nim posłużyć.

Tango

Kiedy ostatnio wracałam z zajęć tanga nasunęła mi się pewną myśl, którą postanowiłam tu rozwinąć. Partnerzy w tangu są jak relacja mężczyzny i kobiety w związku. Taniec zaś uosabia życie, jakie kreują swoim doświadczeniem.

Tango polega na przekazie energii między mężczyzną (pierwiastek męski, w
Indiach Shiva) i kobietą (pierwiastek żeński, Shakti). Energia zmienia się w figury, ewolucje, kroki, pivoty, boleo, ocho i wszystko to, co widzimy, gdy partnerzy na parkiecie tańczą przed nami w całkowitym skupieniu. Mężczyzna daje impuls, kobieta go odbiera i przetwarza w najpiękniejszy ruch, jaki może wykonać w danej pozycji. Mężczyzna otwiera przed nią przestrzeń na ten ruch i czeka, aż ona skończy, by za nią podążyć i znów wysłać impuls. I tak naprzemiennie idąc za energią przemieszczają się w najsubtelniejszych pozach dwa ciała. Ciała, których trzymanie, bliskie lub dalekie, pozwala na różne dynamiki tańca. I tu też mężczyzna czeka na kobietę, bo to ona wyznacza granicę tej bliskości. Na początku ustala, jak blisko partner ją obejmie, ale w trakcie tańca ten dystans może się zmienić, kiedy okaże się potrzebny, wygodniejszy czy milszy dla partnerów. Zawsze to jednak jest kompromis granic i wyczucia, nie narzucania swoich potrzeb względem partnera. Podczas tańczenia ważna jest wzajemna pozycja tzw. osi ciała kobiety i mężczyzny, osobno, ale jednak w połączeniu, wędrujących względem wspólnego środka ciężkości, jak względem wspólnego celu. Ta oś ciała, w każdym z partnerów jest jak kręgosłup u naczelnych. Bez osi nie da się dobrze wykonać kroku tangowego. Bez wyczucia swojej osi i osi partnera wygląda się niezgrabnie, często się pada, albo traci kontakt. To najtrudniejszy aspekt tanga, otwarcie na kontakt między partnerami, przychodzi z czasem, z zaufaniem sobie i innym. Dlatego nie należy się zrażać. Człowiek współczesny powstawał wiele milionów lat. Tanga uczy się dlatego tak długo, dopiero po kilku latach można powiedzieć, że coś się umie, że się je czuje. Niemniej jednak wciąż należy się doskonalić. Zupełnie jak w życiu, które uczy nas siebie bez przerwy do końca.

Tango to taniec z gracją, gdzie nie wpada się w przestrzeń partnera, a  łączenie nóg, kolan, kostek i sprawne wykonywanie obrotów, to podstawa wyglądająca dobrze tylko wtedy, gdy partnerzy dzięki technikom nabierają postawy tzw. tangowego ciała. Oś ciała jak oś wszechświata, wokół którego się poruszamy. Ważna jak zdefiniowana postawa w życiu. Jak doskonała znajomość swojej natury, natury kobiety i mężczyzny, i wzajemne porozumienie między tymi pierwiastkami, nie tylko na parkiecie. To dzięki osi i kontaktowi, energia tanga przepływa sprawnie między ciałami i nie marnuje się na boki. Warto więc pracować nad postawą w tangu i życiu ćwicząc, i ucząc się od tych bardziej doświadczonych, Zyskujemy wtedy swobodę i pewność we wszystkim co się robi. Co ciekawe, odkryłam, że wiele wspólnego ma tangowa pozycja ciała z podstawową pozycją z jogi, tadasana. Wszystko to samo: podwinięta kość ogonowa, pępek przytwierdzony do kręgosłupa, obciągnięte w dół łopatki, złączone stopy i wyprostowany kręgosłup od podstawy do szczytu głowy. Pozycja otwarcia serca. Bo tak jak joga, tango to ruch w przestrzeni serca wykonywany za pomocą ciała. Pozycja prosta i zdrowa choć nie łatwa w prawidłowym wykonaniu.

Początkowo łupie w krzyżu, bo przywykliśmy do komputerowej lordozy, ale potem sylwetka się przeciąga w elegancji i zyskuje tygrysie ruchy. Bo tango, jest jak współpraca ciała i duszy. Im więcej duszy, tym piękniej. Czasem patrząc na tango wydaje mi się, że jest ono również walką, albo dopełnianiem się  między żywiołami, wodą i ogniem. Kto jest czym? Dowolnie. Mężczyzna jak ogień wysyła pragnienie, kobieta gasi je ruchem, albo mężczyzna wpływa na kobietę, jak fala morska, a ona tańczy jak ogień. Przypływy i odpływy, ogień i powietrze. Może ziemia z wodą albo z ogniem. Myślę, że konfiguracja żywiołów zależy od pary i od techniki, emocji, jakie wiążą mężczyznę i kobietę w tańcu i czasem w życiu. Inaczej bowiem tańczą prawdziwi kochankowie, a inaczej przyjaciele, czy przygodni partnerzy na milondze. Energia tańca także może się zmieniać, zaczynając od łagodnych fal opływania partnera, a kończąc na gwałtownych zatrzymaniach. Jeśli jest ufność między tancerzami mogą się poważyć na naprawdę trudne i wymagające figury, nie tracąc w tym koncentracji i gracji w pokonywaniu przeszkód. Już samo zaproszenie do tanga wymaga spojrzenia w oczy i porozumienia bez słów. Jak porozumienie między ciałami, sercami, duszami dwóch różnych osób, które w tańcu stają się jednym systemem, jak słońce albo księżyc obiegające ziemię.

Partnerstwo w tangu jest jak partnerstwo w życiu. Im więcej tancerze są w stanie odkryć przed sobą i zaakceptować, tym lepiej im się tańczy. Nie muszą być na tym samym poziomie technicznym. Z założenia to mężczyzna prowadzi, ale w gruncie rzeczy prowadzi ten, kto wie więcej, więcej umie. Jeśli jest to mężczyzna, kobieta się przy nim realizuje w pięknie, w ekspresji. Jeśli kobieta ma większe doświadczenie, jej taniec zatuszuje każdą niezręczność mężczyzny, wybrnie z pomyłki i naprowadzi na właściwe prowadzenie ucząc go, jak ze sobą postępować. Jeśli jednak mężczyzna nie chce się uczyć, partnerka dziękuje, odchodzi i czeka na innego, za którym będzie mogła z gracją podążać. Mężczyzna także szuka partnerki, która taniec z nim sprowadzi nie do szermierki nóg, ale do wirtuozerii, do zachwytu, który między partnerami w życiu można przyrównać do miłości, pasji.

Połączenie w tangu, jeśli jest autentyczne, każdy ruch kreuje bez planu i przemyśleń, pod dyktando muzyki. Tak jak w życiu, kiedy chwila podąża za chwilą i powstaje ciągły, nieustanny proces, taniec. I tak jak w życiu, jeśli oboje są otwarci, zgodni, nie oceniają umiejętności partnera, co w tangu jest zabronione niepisanym kodeksem, mogą się zdobyć na najpiękniejsze współistnienie i kreację, która daje niepowtarzalną spójność przeżywania. Jedność w tańcu i w życiu. Idealne. Warte realizowania.

Żyję

Jestem samotna
choć nie sama
Opowiem o mnie
swojej wiośnie
Niech mi zaśpiewa
jutro z rana
I kwiaty wpina mi radośnie

Budzę się z nocy
bez emocji
Trudno mnie
wzburzyć i wystraszyć
Patrzę na świat
bez cienia złości
i wszystko
może się wydarzyć

Kochałam przecież
tyle razy
i odchodziłam
i wracałam
Dziś już
nie czuję tych wiraży
Dziś się pogoda
zmienia sama

Pozwalam na to
co przychodzi
Widzę prawdziwe
światła, cienie
Sunę nad ziemią
w gwiezdnej łodzi
i nie oglądam się
za siebie

Czas sprzyja lekko
mnie unosząc
Stąpam po trawie
tuż nad rosą
Ciepłem otulam
każdą chwilę
a moje serce bije …

Żyję.

26.02.2018

O miłości i radzeniu innym

Ludzie generalnie kochają radzić innym ludziom. Nie będę się rozwodzić nad tym, że niektórzy wręcz rozkoszują się radzeniem tym, których uważają za słabych i pogubionych. Widząc z boku czyjeś istnienie w świecie łatwo, zdawałoby się, radzić jak żyć tym, na których się patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń. Pozornie podkreślam, to proste. Kiedy widzę, jak ktoś się miota w sytuacji, którą sama przerobiłam, mogę pomóc, ale … i tu pojawia się prawdziwa tajemnica radzenia, nie mogę wchodzić do czyjegoś życia z impetem nieomylności i pychy: „Ja wiem.” Bo nie wiem. Nie jestem tym kimś.
Przyszła do mnie kiedyś osoba, która się o mnie martwiła. To co mi potem zrobiła z głową to zakrawa na wymuszenie. Wbiła w moją ziemię młot pneumatyczny i dalej trząść moim fundamentem. Taka osoba, nawet jeśli ma dobre intencje, robi więcej szkody niż pożytku. Co zrobić, żeby pomóc? Można, ale nie trzeba, bo nie każdemu i nie każdy może pomóc, przyjść z miłością i otoczyć opieką, i zrozumieniem. Nawet jeśli widzimy błędy w czyimś działaniu i wiemy, jak sami wydostalibyśmy się z tej matni, nie sądźmy próżnie, że ktoś inny weźmie nasze doświadczenie. Ono może nie grać z jego przeznaczeniem, temperamentem, wibracją emocji i sytuacją w jakiej jest. Ten ktoś w moim życiu wszedł z dąsem, że ja nie wiem, jak się wydostać, jak działać i pretensją, że nie robię co każe. To najgorsze co można zrobić, jeśli się chce komuś pomóc, pokazać mu, że jest słaby i wmówić mu swoją siłę.
Teraz wiem, że tamten człowiek łatał na moim gruncie swoje małe poczucie własnej wartości i potrzebę wzbicia się do czegoś, co uważał za wielkość. Ja go nie oskarżam, bo go rozumiem. Rozumiem też tych co przyszli mi jawnie zaszkodzić. Uczyli mnie asertywności. Ten człowiek nie chciał mi zaszkodzić, wiem, że nie rozumiał swoich słabości. Mówiąc jego słowami: ”Nie widział mnie, nie odkrywał.” Tylko chciał przyłożyć do miary, jaką stworzył w swojej własnej głowie, do formy, jaką mi przeznaczył. Ale ja jestem inna niż czyjekolwiek wyobrażenie o mnie. Jestem oryginałem w swojej mierze i nikt, kto przychodzi, nawet w dobrej wierze, nie powinien w swej pysze usiłować mnie kształtować. Ja wiem jak wyglądam, i nawet jeśli nie do końca widzę wszystkie swoje zakamarki, chcę je odkryć sama i sama odszyfrować ucząc się z miłością od innych, którzy przychodzą z troską, lecz w pokorze. Dlatego sama, nie wymagam od ludzi, by się zmienili na obraz z mojej głowy. Oni też są wyjątkowi i wbrew pozorom, więcej o sobie wiedzą, niż my widzimy. Dawajmy im więcej siły do odkrywania siebie, przez miłość, wsparcie, zrozumienie, by trafili, pełni ufności w świat i w nas do sedna swojej mądrości. Tylko w ten sposób odkryją w pełni to, co my możemy widzieć nie do końca w całości, z filtrem naszego braku, albo pragnienia w niewłaściwy sposób. Świat się odmienia nie przez dokręcanie śrubek ludziom do oporu i przystrzyganie osobowości do naszych potrzeb i marzeń, ale poprzez pozwalanie na wzrastanie i zachwyt nad każdym liściem i pąkiem, który taka osoba wznosi do światła w sobie. I robi to w pełnym poczuciu wolności, bo wolność w zmianie, kształtowaniu osobowości jest gwarantem jej stabilności.

Wypaliłeś we mnie
maleńki otworek.
Zwykle go nie widać
lecz gdy się rozbieram
zamykam go palcem
trochę zagubiona.

Ty go nie dostrzegasz
bierzesz mnie w ramiona.

A ja się lękam
słuchając jak nocą
przez maleńką dziurkę
z przeciągłym westchnieniem
ulatuje wszystko
co we mnie jest twoje.

Nie usnę nim staniesz się
wspomnieniem.

03.1998

Chciałabym

Chciałabym z ciepła twoich dłoni
wyczarować świat
pełen czułości
pełen harmonii
słoneczny ogród naszych barw.

Chciałabym z iskier w twoich oczach
wykrzesać piękny sen
wszystkie zachody
i wschody słońca
aksamit nocy aż po dzień.

Tylko mi czasem brakuje tchu
Tylko mi czasem brakuje słów
Zaciskam palce i …
nie dzieje się nic.

Chciałabym w morzu twoich ramion
zaczynać, kończyć się
każde dzień dobry
każde dobranoc
w ciszy unosić
dzień za dniem.

1997.08.14