Wczoraj był Dzień Tanga. Nie świętowałam go, ale miałam parę przemyśleń związanych z tangiem i jego wpływem na życie. Często zastanawiałam się czemu ludzie tak mocno przeżywają tango i tak bardzo utożsamiają szczęście i przyjemność z tańczeniem go. W dalszym ciągu niewiele wiem, a to co wiem stało się przyczyną, dla której właściwie mało tańczę społecznie. Przez lata obserwowałam tango widząc realnie blaski i cienie. Blaski są oczywiste, świecą nam po oczach przyjemnością i spełnieniem. W odpowiednich ramionach odpływamy w dal, albo w głąb siebie i tam spotykamy się ze swoją nieskończonością. Możemy wyrazić się tą unikalną energią jaką jesteśmy, zatracić się i zejść niemalże z tego świata a potem na miękkich nogach zejść z parkietu w upojeniu. W zależności od wrażliwości intensywność tych doznań jest różna i zgodna z naszym temperamentem. Zdarza się także, że tańczy się ze skałą, albo z rycerzem w pełnej zbroi i żaden ogień tego nie stopi, pozostaje tylko przetrwać do końca tandy. Te historie o tandzie życia krążą jak miejskie mity i za każdym razem, gdy słyszałam od kogoś schodzącego z parkietu, że właśnie taka tanda mu się zdarzyła, patrzyłam na to z przymrużeniem oka w całkiem usprawiedliwionej niewierze. Być może moje mocne osadzenie w ziemi i trzeźwość w życiu nie pozwoliły mi doświadczyć czegoś więcej niż wielką przyjemność z synergii w tangu? A może nigdy nie poszukiwałam czegoś więcej niż właśnie tego przyjemnego doznania tańczenia tanga, które mnie nie powala?
Na świadomym poziomie wiele osób przychodzi do tanga, żeby tańczyć, ale każde narzędzie pracy z ciałem ujawnia nasze nieświadome potrzeby, intencje i programy zapisane przez doświadczenia, a jakże często wyparte. Dlatego kiedy tango działa na nas wydobywając nieświadome treści warto przyjrzeć się co też się pojawia i z tym popracować. Nieświadomość jest jak ocean i każda taka fala dotykająca naszej wyspy świadomości jest cenna. Dzięki temu, że ją rozpoznamy, wchłoniemy w świadomy sposób, powiększymy nie tylko nasz komfort istnienia, ale też będziemy bardziej stabilni na tym oceanie, nasza wyspa większa, a my gotowi na sztormy i życiową niepogodę.
Co ujawnia tango najczęściej? Trudne emocje z jakimi nie chcemy mieć kontaktu. Jedną z nich jest najpowszechniej występujące odrzucenie. Objawia się tym, że boimy się, że ktoś nas nie wybierze, nie zatańczy, odwróci wzrok, czyli odepchnie naszą prośbę o intymność w tańcu. I to się często dzieje. Jak sobie z tym radzimy na poziomie świadomym? Zwykle albo bagatelizujemy swoje doznania, albo tłumaczymy sobie ten stan pozornie logicznie np. za dużo kobiet/mężczyzn przyszło, nie tańczę dość dobrze, więc lecę się uczyć, on/ona jest ładniejszy/a, bardziej popularny/a, ma to coś czego ja nie itd. Kobiety, do których należę, więc wiem jak to działa, uczą się uparcie tanga, często nie wiedząc, że za tą obsesją nie stoi potrzeba nauczenia się samego tanga, a udowodnienia innym, tym co odrzucili, że są dość dobre i niesłusznie postąpili. Udowodnienia w końcu sobie, że się jest dość dobrym, bo odrzucenie dewaluuje nasze poczucie wartości i w tak intymnej chwili jak ta, gdy otwarci na tango spotykamy się z odmową, jest bardzo trudnym doświadczeniem.
Mężczyźni przeżywają to podobnie, ale mniej im się zdarza odrzucenie ze statystycznych powodów.
Z odrzuceniem pracowałam na wiele sposobów. Jednym z nich było sięgnięcie po to doświadczenie, które pierwotnie wywołało odrzucenie. Ta pierwotna rana rzutowała na mój sposób patrzenia na tango. Kiedy uporałam się z moim poczuciem dyskomfortu z powodu nie wybierania i odrzucania w tangu zauważyłam, i tu z góry uprzedzę, może być szoking dla wielu panów, że w zasadzie w tangu, rzadko się zdarza naprawdę dobra tanda i na pewnym poziomie więcej jest tolerowania kiepskiego prowadzenia niż fanu z tańczenia. Nawet ci partnerzy, jakich kiedyś uważałam za pożądanych, bo na parkiecie wyglądali ciekawie i kobiety prześcigały się we wchodzeniu w ich zasięg, prowadzą słabo, gwiazdorzą, albo olewają kontakt skupieni na swojej niezwykłości popartej obserwacją, że panie do nich lgną. I tak rozjechałam się w moich oczekiwaniach z tym, co się naprawdę zdarza.
Druga trudna emocja, która zazębia się z pierwszą, to poczucie niewystarczania, nie bycia dość dobrą. Tancerze liczą tandy z dobrymi partnerami, prześcigając się w zawodach, kto więcej i z kim tańczy, przypisując temu wartość samą w sobie. Pamiętam jak byłam zdziwiona, kiedy poprosił mnie bardzo dobry tancerz, narobiłam sobie smaka, a potem prawie wyrwał mi rączkę i machał mną jak szalony. Zrozumiałam, że prawdziwa tanda z kimś kto zna podstawowe kroki i jest w kontakcie może sprawić większą przyjemność niż piruety i gancha co bit z kimś, kto chce coś udowodnić i do tego celu używa twojego ciała.
Pewnie jeszcze wiele tego typu emocji można by wydobyć, uzmysłowić sobie i zaopiekować. Jestem w ogóle czujna w życiu, więc póki czegoś nie rozłożę na części pierwsze nie spocznę. Kiedyś myślałam, że to źle tak wszystko analizować, teraz myślę, że dobrze, to moja immanentna cecha, niech się ujawnia i niech pracuje dla szerszego rozpoznania.
Wracając do tanga na poziomie fizjologicznym, co też jest bardzo mało świadome, wejście w objęcie na dłużej z drugim człowiekiem wywołuje reakcję hormonalną, która nie jest obojętna dla mózgu. Stąd przyjemność tańczenia, ale też niebezpieczeństwo pomyłki, że osoba z jaką tańczymy daje nam sygnały do jakiejś kontynuacji emocji ujawnionych w tangu. Oksytocyna, jako hormon więzi i miłości, jaki wyzwala się min. kiedy matka karmi dziecko piersią, stabilizuje nasze poczucie bezpieczeństwa i oddania. Problem w tym, że oksytocyna długo działa, ewolucyjnie zabezpieczając relacje więzi międzyludzkich i tu mogą być dwie pułapki. Ludzie uzależniają się od przyjemności w tangu szukając nieświadomie tych hormonów, żeby znów poczuć przynależność, bezpieczeństwo i „miłość”. Druga strona problemu polega na tym, że mając w ogóle problemy z więziami, czyli zaburzenia więzi, z którymi nie popracowaliśmy w terapii, albo traumy oddziałujące na naszą intymność, możemy nieświadomie generować sobie problem, w którym skoki oksytocynowe powodują zagubienie, polegające na tym, że ciało czuje komfort, gdy jest w objęciu, a za chwilę człowiek, który wywołał to poczucie znika i mózg nie spina tych dwóch faktów. I ma prawo nie spinać, inaczej został skonstruowany w wyniku ewolucji. Następuje dysocjacja i w różnym stopniu może to na nas wpływać. Nawet jeśli człowiek wytłumaczy sobie, że tak się dzieje w tangu, jest intymność a potem pustka, to ma to silny oddźwięk na poczucie więzi w ogóle w naszym życiu. Można w skrajnej sytuacji poszukiwać tylko takich sytuacji, gdzie jest się z kimś przez chwilę blisko i dobrze, a potem czmychać ze wszelkich relacji. Tango wzmaga takie zachowania moim zdaniem i choć nie ma nad tym żadnych rzetelnych badań, i nie mogę tego udowodnić, warto na to uważać. Człowiek jest bardziej zautomatyzowany niż nam się wydaje i mechanicznie odtwarza schematy, warto mieć zdrowe mechanizmy niż niespójne i uciążliwe dla życia. Intymność i bliskość są objawami więzi i jeśli się nie ma bezpiecznego podejścia do nich w tangu, można się zagubić, sparzyć i cierpieć niepotrzebnie. W innej skrajności ktoś może lgnąć do tanga, do tancerzy, żeby sobie zabezpieczyć ten poziom hormonów do poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. Tak czy siak niebezpieczeństwo wynikające z nie rozpoznania tego co się z nami dzieje w tangu zwykle powoduje problemy i żadna filozofia tanga, reguły postępowania, żadna otoczka społeczna tanga nie zastąpi samopoznania i samokontroli, którą się uzyskuje poprzez autorefleksję i odpowiedzialność w postępowaniu.
Społeczność tangowa jest jak kocioł w stanie ciągłego wrzenia. Wyzwala nasze emocje, przekonania i rozszerza się na całe życie. Zapisujemy w ciele wiele przeżyć tańcząc, z czego bardzo rzadko zdajemy sobie sprawę. A ciało pamięta każdą tandę i wybiera potem to czego chce doznać. Warto się z nim komunikować i rozpoznać z jakiego poziomu wybieramy, i co za tym stoi. Czy sobie coś udowadniamy, czy próbujemy zasłużyć na coś, na podziw, szacunek, na sympatię? To nie jest łatwe rozpoznać głębokie własne motywacje. Trzeba być ze sobą skrajnie szczerym, a do tego trzeba siły i współczucia dla samego siebie. Trzeba sobie też czasem wybaczyć, że się coś zrobiło w pomieszaniu własną nieświadomą motywacją. A to bywa najtrudniejsze, ale zawsze warto.
Piszę o tangu, bo mimo, że rozumiem romantyzowanie tego tańca, nie do końca się zgadzam z tym, jak ludzie w nim się traktują, mam na myśli samych siebie i innych ludzi. Wychodzą w nim nasze najlepsze i najgorsze wersje. Kłótnie polityczne, które są tylko odtworzeniem społecznych napięć i nic nie wnoszą, odtwarzają schemat, a niczego nie rozwiązują. Ktoś się poczuł prawy, ktoś inny lepszy. Każdy przysiadł na swoim tronie prawdy i z wyższością obserwuje otoczenie nieświadomych ludków.
Żeby się w ten tron nie wpasować dodam tylko, że to co piszę to tylko moje, osobiste, wrażliwe spojrzenie na rzeczywistość i nikogo do niego nie przekonuję. Może tango jest tylko taką inną dyskoteką i nic za tym nie stoi, albo jest głęboką filozofią istnienia poszczególnych tancerzy. Wybierz dowolnie z tego spektrum co jest dla ciebie wygodne, dobre i powoduje, że żyjesz w zgodzie ze sobą. Bo moim zdaniem, podkreślam, tylko to jest w tym wszystkim ważne, kiedy się idzie tam, gdzie nas przyciąga, a już dlaczego, to nasza własna sprawa. Ja to analizuję i sprawdzam, ale nie spodziewam się, że ty także.
