W głąb swojej roli

Odgrywamy w ludzkim świecie różne role, te kulturowe, społeczne i te osobiste. Jesteśmy matkami, pracownikami, przyjaciółmi, zarządzamy, wykonujemy, słuchamy. Jesteśmy w tych rolach bardziej lub mniej skuteczni, bardziej nam one pasują, lub wcale, ale wypełniamy je w naturalnej konsekwencji zdarzeń, kiedy wychodzimy za mąż i partnerujemy, kiedy zaczynamy biznes, sprzedajemy, kiedy ktoś opiera na naszym ramieniu głowę w chwili zwątpienia. Te wszystkie role, tak czasami przenikają się, że przez lata wypełnionego zadaniami grafiku, nie mamy czasu zauważyć nawet, że coś nam umyka. Kiedy tak długo wypełniamy rolę utożsamiamy się z nią w sposób naturalny, stajemy się dentystami, kierowcami, ojcami, bohaterami domu. Wychodzenie z jednej i przechodzenie do drugiej roli dzieje się w sposób chaotyczny albo uporządkowany, bardziej lub mniej świadomy, dlatego niańczymy czasem pracowników, a od dzieci wymagamy wypełnienia jakichś nieadekwatnych obowiązków.

Całe moje życie zadaję sobie pytanie: „Kim jestem?” i na każdym etapie mojego życia słyszałam różne odpowiedzi. Przez większość czasu jednak sądziłam, że jestem tym, kogo rolę spełniam. Czułam się matką, żoną, pracownicą, wykładowczynią etc. W tej przestrzeni pomiędzy, która czasem mi mignęła, widziałam człowieka, kobietę, ale nie zastanawiałam się nad tym zbyt często. Ta podstawa mnie, była jak pusta przestrzeń dla formy, jaką była rola. Odkryłam jednak, i tym chcę się podzielić, że rola jest jak kostium, który wkładam do spełnienia jakiegoś zadania, a to czym, kim jestem, jest bardziej tą pustą przestrzenią, w jakiej to się dzieje. Bo ta przestrzeń bynajmniej nie jest pusta, ale nie wypełniają jej działania z odgrywania ról, ona może istnieć zupełnie niezależnie. Trochę jak na scenie, przy mojej całkowitej akceptacji, jestem naukowczynią i robię badania. Ale nie jestem tym działaniem, ani tymi badaniami, ani tą rolą jaką odgrywam. Tam jest nieskończenie więcej mnie.

Co się dzieje, kiedy wchodzisz albo wychodzisz z roli? Czy to zauważasz? Czy rola ci pasuje? Czy się z nią zmagasz? Jakie jest źródło przyjęcia tej roli? Czy możesz odwiesić ten kostium i pożegnać? I fundamentalne pytanie: Co zostaje z ciebie jako człowieka, gdy zdejmiesz wszystkie swoje role i utożsamienia? To gimnastyka umysłowa warta czasu i zastanowienia.

To nieoczywiste pytanie, bo role często w nas wrosły. Będziemy rodzicami już na stałe, ale rola matki to też kostium, który jest potrzebny nie cały czas, a w tych kluczowych momentach. Początkowo często, potem coraz rzadziej. Gdy dochodzi do zbyt mocnego utożsamienia ciężko nam żyć bez możliwości grania swojej roli. To samo ma miejsce w pracy, która staje się nami, albo w relacjach z ludźmi, gdy ich strata uniemożliwia odgrywanie „siebie” w interakcjach.

Jesteśmy stadni i przyjęcie ról do spełnienia odbywa się również w kontekście przetrwania stada. Zachowania i role społeczne są nam potrzebne. Nie mniej jednak nie musimy się z nimi utożsamiać. Utożsamienie się z rolą daje poczucie spełnienia dopóki dana rola spełnia swoją funkcję. Gdy wygasa, zostawia nas w pustce.

I ta pustka może być fenomenalnym stanem do odkrywania. Kiedy przeżyjemy strach braku utożsamienia, pokazuje nam, kim jesteśmy naprawdę, a co tylko we fragmentach widzieliśmy wyrażając swoje role przed światem.

O kobietach, które poznały swoją istotę poza rolami mówi się stereotypowo – wiedźma, o mężczyznach – jak o mędrcach. Tak jakby świat przywykły do ról nawet wtedy, gdy je porzucamy, potrzebował dookreślenia, przypisania roli. Z pewnością wyjście ze swoich utożsamień i wzięcie swojej natury z pełną konsekwencją i odpowiedzialnie, to czysty przejaw dojrzałości i wolności. Wolni od ról możemy je spełniać w swojej najwyższej prawdzie – z wyboru. A ci, dla których spełniamy te role, mogą się uczyć jak robić rzeczy dobrze.

Wypełniłam wiele ról w moim życiu, z wieloma się utożsamiłam. Ciężko było je ode mnie odkleić, tak wrosły. Łatwiej mi było je spełniać niż spojrzeć w odpowiedzialny sposób na całe moje dorosłe życie i wybory. Zawsze mogłam powiedzieć mojemu wewnętrznemu krytykowi, że jestem i tym, i tym i tamtym, a wszędzie coś robię. Pociągało to za sobą poczucie, że coś znaczę. Wyjście z utożsamień pozwoliło mi zrozumieć, że nie muszę spełniać żadnej roli i mieć żadnych osiągnieć, żeby w swoich własnych oczach zasługiwać na szacunek, uwagę, troskę. Wyjęcie siebie z powinności spełniania tej czy innej roli pozwoliło mi na przestrzeń dla mnie samej, na czas, na nieprzymuszony wybór. Jestem matką moich córek i synów, ale bywam nią w kontakcie. To czy jestem matką nie określa mojej osoby. Podobnie nie określa kogoś status pieniężny, zawodowy, liczba medali w szufladzie i innych atrybutów spełnionych ról. Nie chodzi też o to, żeby wskoczyć w „tumiwisizm” i „wszystko jest nic nie warte”. Warto robić wszystko co nam leży, co nas wyraża, ale nie jest tylko rolą do odegrania, odhaczeniem punktu na życiowej mapie. A jeśli tę rolę przyjmujemy, piszmy w nich nasze własne scenariusze, improwizujmy, posprawdzajmy jak ten kostium się rusza, czy skrzypi, czy można go przemalować, albo skrócić, tak, żeby nam nie zawadzał, albo dał do myślenia. Grajmy tę rolę odpowiedzialnie w trosce o wszystkie istnienia w nią zaangażowane, albo ją porzućmy.

Role jakie przyjmujemy świadomie i nieświadomie same odgrywają w naszym życiu pewną rolę. Ich rolą jest pomoc w dotarciu do naszej osobistej prawdy, do esencji jaka czeka pod tymi wszystkimi rolami. I tego dotarcia i zrozumienia życzę wszystkim z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, w których pradawni Słowianie czcili zwycięstwo światła nad ciemnością. Niech nam słońce świeci, śnieg pada i niech nas ogrzewa ciepło naszego stada i radość niosąca kolęda 🙂