W poszukiwaniu sensu

Ewolucja człowieka zatoczyła koło. Z pojedynczych atomów, przez organizmy, stado, cywilizację, do zatominizowanego społeczeństwa naszych czasów, gdzie poczucie więzi jest problematyczne i kwestionowane, a samotność jest plagą większą niż covid. Wyrywamy się z tej samotności do chwilowych przynależności w pracy, w rodzinie, w tangu, w mediach społecznościowych, które kształtują nas na swój sposób. Współczesny człowiek w poszukiwaniu głębi sensu swojego istnienia i istnienia całego świata chwyta się czego popadnie, od teorii spiskowych po wątpliwe trendy duchowe, byle choć na chwilę poczuć spokój, że wszystko to ma sens i nie żyje się tak całkiem na marne. Sensem obdarzamy sztukę, natchnienie, przejawy ludzkiego geniuszu, muzykę, empatyczność homo sapiens i postęp, które być może powstały wyłącznie jako przystosowanie do zmieniających się warunków życia w środowisku i w stadzie. Rozluźniła nam się religijność i nagle nie widzimy, czy i dokąd prowadzi nas rozwój. Z pokolenia na pokolenie mamy coraz więcej udogodnień, paszy i bezpieczeństwa bytu, ale coraz więcej wątpliwości, jakich nie mieli nasi protoplaści zajęci przetrwaniem.
Może przyszedł czas na egzamin, taki globalny, żeby przejść z klasy do klasy, jak mówią pochłonięci duchowością entuzjaści, od niższych do wyższych wibracji? Tylko czy wiemy co to znaczy?
Nowo moda na rozwój osobisty jest tu skrajnie niezgodna. Jedni zalecają pracę tylko nad swoim rozwojem, co ma podnieść wibracje całej planety, głosząc teorie, że to ty jesteś sensem i światem. Inni w co drugie słowo wystrzeliwują miłość bezwarunkową, wybaczanie, koniecznie radykalne, co kojarzy mi się z ekstremalnym sportem w rodzaju morsowania, gdzie każdy może, choć nie każdemu to służy, ale nie to służy co służy, ale co jest na topie i zagania do stada.
A może jest tak, że każdy goni swoją własną drogą i wszelkie „pułapki” jakie ja widzę, są po prostu nie moje, stąd tam, gdzie włącza mi się zdrowy rozsądek i nie wchodzę, inni muszą wejść i czegoś osobiście podoświadczać?
Najważniejsze chyba żeby nie utykać na jakiś „absolutnych” metodach. Moja natura jest oporna, moja osobista Koza bierze jakiś temat i przeżuwa, i zwykle wypluwa po czasie idąc gdzieś dalej. Z koszyka duchowego rozwoju zjadła już całkiem dużo jabłek i powiem szczerze, niczego nie chciała powtarzać. Jedynie spokój i cisza została. I myślę sobie, że to dobry początek do innego doznawania świata, za każdym razem otwartość, ale już nie ekscytacja. Ktoś powie po co żyć w taki sposób, gdy nic nie zachwyca? Ale też nie zasmuca, nie irytuje, nie rozwściecza. Świat, w którym nawet zdumienia bywają powściągliwe.
Im dłużej jestem w tym stanie, tym bardziej widzę sens w moim życiu. Nie była nim walka, nie było szczęście, a było poszukiwanie o wiele większej pełni, która się wydarza kiedy nie zamykamy się sztywnymi przekonaniami na temat siebie i świata. Moja obserwacja ma tę cechę, nawet wobec samej siebie, że kwestionuję to co widzę i oglądam z wielu kamer. Ale żeby tak widzieć, w szczególności siebie, kiedy tu, w tej czasoprzestrzeni jestem i miewam się przeciętnie, zwyczajnie, trzeba pozbyć się dramatów i oczekiwań z dziecinnych bajek.
Co jakiś czas konfrontuję się z ostrymi poglądami ludzi o religii, o sztuce, o nauce i widzę, jak bardzo jesteśmy spragnieni odpowiedzi, jak bardzo czujemy się zagubieni społecznie i zastraszeni. Budujemy sobie wtedy teorie na temat rzeczywistości a to politycznej, a to obyczajowej, w formie mniej lub bardziej radykalnej, nawet spiskowej, byleby wypełnić pustkę niepewności w obrazie rzeczywistości. A to dobry Bóg, prezydent, guru, astrofizyk coś nam wyjaśni, da i ochroni, byleby poświęcić mu czas, energię, zasoby. Łatwo wtedy wpaść w bezkrytyczne popieranie tych, co walczą w imię zasad, żeby ci, co całują niewłaściwą płeć, co mają inną dietę i przekonania, i kota zamiast psa, się naprawili, przekonali, albo pożałowali. Przy dużej dawce zaangażowania w cokolwiek, sens życia objawia się sam, polega na nadziei zniszczenia oponenta, albo w łagodnej formie przefarbowania go na naszego lisa. I ileż jest bohaterstwa, poświęcenia temu, czy innemu zadaniu wywalczenia jedynie słusznego stanu.
Z niesłuchania innych zrobiono wręcz cnotę. Grzeszny ten, co popiera jakąś hołotę i głosuje na niewłaściwych ludzi. Oblejmy go farbą, błotem w mediach i publikujmy zalewając dobrą nowiną naszych poglądów na rzeczywistość.
A sztuczna inteligencja patrzy i uczy się od nas, i nie zdziwię się jak nas przerobi na szaro, jak tylko nadarzy jej się okazja. Bo skąd miałaby się nauczyć, że ludzkie życie ma wartość i, że różne punkty widzenia to szansa, żeby poszerzyć perspektywę, a nie żeby rzucić jadem w przeciwnika, jak kisielem w przedszkolu.
Może warto zakwestionować swoje poglądy najpierw i pogłębić zrozumienie sensu swojego życia zamiast wydawać go na pastwę czyichś nośnych poglądów? Tylko kiedy i jak to robić?
Mam taką osobistą perspektywę, że jestem jednym z bilionów żyjących istot na ziemi i mam przywilej świadomej o sobie wiedzy. Nie jestem podatna na czyjeś filozofie i trendy, bo nie poszukuję powodu swojego istnienia, tylko dlatego, że uważam, że jeśli ten powód istnieje raczej przekracza poznanie jednego ogniwa – mnie – w tym wiece skomplikowanym łańcuchu istnień tylko na tej planecie, ale mogę sobie, korzystając z moich umysłowych możliwości pospekulować nad tym i owym, co mnie ciekawi. Nie robię z tego jednak żadnej absolutnej prawdy. I to mi wystarcza do świadomej z życia radości. Nie muszę się angażować w systemy wierzeń za, bądź przeciw jakimś teoriom, bo nie czuję potrzeby ochrony ze strony jakiegokolwiek systemu, politycznego ani religijnego. Żyję w nich na co dzień, bo są systemem wierzeń wielu otaczających mnie ludzi, którzy bez nich nie czują się bezpiecznie i to mi wystarcza, nie mam potrzeby tego zwalczać. Nasza międzyludzka świadomość wytwarza wiele przekonań z lęku, jak opór przed sztuczną inteligencją, albo teorią kreacjonizmu. Widząc stojący za każdą taką postawą lęk i potrzebę dobrej nowiny, nie sposób się złościć. I być może wiele postaw przyjętych w społeczeństwie, jak świętość instytucji małżeńskiej, zwyczajnie odejdzie, bo przestaniemy się społecznie bać innych systemów społecznych, jakie sami sobie zbudujemy. Nie ma potrzeby walczyć z nimi ani nikogo do naszych wyborów przekonywać. Wystarczy odważyć się na bycie sobą i życie na swój sposób, i mieć tę dojrzałość, aby takiego życia konsekwencje brać na klatę, a nie oczekiwać, że ktoś je z nas zdejmie, rozgrzeszy, czy zrozumie i obejmie prawem czy traktatem. Bo tak powstają nowe umowy społeczne wśród ludzi, najpierw ktoś żyje według swoich praw, potem to prawo się upowszechnia, jeśli jest zgodne z wyborem społeczeństwa, a na końcu nawet nie pamiętamy, że jest to prawo, tak wrasta ono w naszą ludzką świadomość.
I może to jest sens życia, żyć jako przykład autentyczności, wybór za wyborem, pomyłka za błędem, zwycięstwo za upadkiem, chaos albo porządek, zmagania, a czasem łatwość w codzienności. Po prostu człowieczeństwo bez nadęcia ideologicznego, bez przynależności ze strachu przed odrzuceniem i pożarciem przez tygrysa, kiedyś prawdziwego, dzisiaj medialnego, na tyle na ile się da, rozpychając tę naszą rzeczywistość tolerancją i nieagresją. Bo nic nikomu do tego, co jest sensem naszego życia. Dla jednych będzie to gejowskie małżeństwo, dla innych patriotyzm wyrażony czynną walką o bezpieczeństwo obywateli, dla mnie eksploracja ludzkiej świadomości i świata i pisanie o tym otwarcie co myślę, dla innych religijna pasja i umartwianie ciała. Nie w opozycji jedno do drugiego, a w kolażu wielu kawałków perspektywy na rzeczywistość, która sama w sobie jest i cierpliwie  czeka co też zdecydujemy, co też z nią zrobimy.