Wiem

Wiem co by było
gdybyś kiedyś odszedł
zamknęłabym oczy
osuwając się w ciemność
zakopana w listach
starych fotografiach
w pustej codzienności
stałabym się wiedźmą.

Po roku obcięłaby,
włosy i paznokcie
nałożyła makijaż
i letnią sukienkę
wyszła na ulicę
by powitać słońce
i ludzkie spojrzenia
obojętne.

I może byłabym trochę
bledsza, milcząca
a może jak tęcza na fontannie życia
tryskała radością
w promieniach słońca.

I tylko czasem bałabym się nocy
ciepłych zapachów
podszytych cieniem
zapomnianych rozkoszy
I pewnie już nigdy
nie umiałabym
wznieść się ponad ziemię
na skrzydłach miłości
ani własnej duszy.

14.08.1997

Pożegnanie

Nie wiem co mam ci powiedzieć teraz
kiedy za oknem prawie świt.
Staruszek los pomieszał nam w papierach
Już nie możemy dalej razem iść.

Nie czuję bólu tylko ta pustka gorąca…
Nie czuję straty choć tracę cię.
Może już jutro oczy podniosę do słońca
I powiem głośno: Jaki piękny dzień!

Cisza, taka smutna cisza
otula nas przed snem.
Przytul mnie mocniej
niż zazwyczaj,
porozmawiajmy
o czym chcesz.

O kolorowych snach na zawsze
spełnionych.
O górach uczuć schodzonych
do krwi.
O świecie, co do stóp rzucony
nie przeszkadzał nam
najpiękniej żyć.

O najważniejszych słowach
i nieważnych gestach.
O tym, że warto i nie warto było iść.
O tym jak trudno jest rozerwać
dłonie,
gdy jeszcze się ciepło w nich tli.

23.06.1997

Po co

Po co nam było
budować chwilowe
zamki na lodzie
by je potem stopić
naszym własnym chłodem?

Po co nam było
tak przecierać szlaki,
które donikąd
nas nie doprowadzą
w ten czas nijaki?

Po co nam było
tak dobierać słowa
tak czule szeptać
tak czule całować
spalać wciąż od nowa?

Dla tych ot, Motyli
co za sto lat nocą
ożywię ciepłem
i z nimi odlecę
i ujrzę wszystko
w jedno oka mgnienie
zanim mnie otoczy
szare zapomnienie.

17.03.1998

O miłości i obawie

Poczułam obawę. Spotkałam parę osób, które czytają to co napisałam. Nie wiem do końca jak reagować. Kiedy jestem schowana za monitorem mojego komputera i statycznie patrzę ze zdjęć, wszystko wydaje się bezpieczne. Poczułam się dziwnie. Widziałam komentarze i inne znaki. Nie skupiałam się na nich, żeby nie zawisnąć na jakiejś blokadzie w pisaniu. Teraz patrzę, jak taka blokada zbliża się i staram się ją demontować w czasie tego zbliżania. Dlaczego? Bo chcę pisać wolna, od wszystkich ograniczeń, wpływów, a życie daje mi dość inspiracji, nawet taką jak dziś, przekraczanie siebie w kontekście swojej anonimowości w kreacji. Czy mam się schować za strachem, że ktoś mnie wywoła do tablicy, bo coś napisałam? Nie, zdecydowanie nie boję się krytyki. Piszę, bo nie wyobrażam sobie nie pisać. I choćby pioruny strzelały w ziemię tam gdzie chodzę, będę pisać i na swój sposób wyrażać to co dla mnie ważne w mojej wędrówce po moim osobistym niebie. Może wystarczyłoby to tylko pomyśleć, założyć sobie folder w głowie, albo na własnym komputerze. Czuję, że jeśli choć jednej osobie to co piszę pomoże, to zysk, o jaki nie zabiegam. Nie nazywam tego też sztuką, po prostu wkładam w to siebie. Więc będę pisać, czy moje teksty i wiersze znajdą jakieś oko. Takie są najszczersze moje myśli i trudno, jeśli to nie jest codzienną praktyką, że się dzielimy sobą, jak ja się teraz dzielę. Może czasem powinniśmy? Może mniej byłoby w nas nienawiści, niezrozumienia w stosunku do innych, gdybyśmy czasem mieli dostęp do ich myśli, prawdziwych uczuć, szczerych wyrażeń tego co dla nich ważne. Prościej byłoby do nich dotrzeć i nie obawiać się ich stosunku do nas, do świata. Nie różnimy się tak bardzo, jak nam się wydaje. Mój syn ostatnio powiedział w podobnym kontekście:”Mamo, to jest tolerancja.” Tolerancja w tym, by dać innym prawo do realizacji marzeń, które w żaden sposób nie zaburzają naszej przestrzeni, jeśli tego nie chcemy. Dlatego nie słucham kapel deathmetalowych, bo nie czuję tego i nie polecam robić żadnych rzeczy wbrew sobie. Nawet czytać, choć czytanie rozwija, blogów zwariowanych, roztańczonych kobiet. I to chyba tyle jeśli chodzi o demontowanie. Zdaje się, że zdemontowałam w całości. Pozdrawiam serdecznie tych co czytają i tych co nie czytają, niech się wszystkim ziści to czego im najbardziej w życiu potrzeba. Wolności w tym co jest dla nas szczęściem i dzielenie się tym z innymi, choćby to było granie na dudach w szkockiej kracie, albo robienie na drutach. Wolności tworzenia i odkrywania siebie.

Pytania

Kiedy patrzę w Twoje oczy,
moje serce w jasność kroczy
i nie boi się swej mocy,
przeciwstawi każdej nocy.

Kiedy bierzesz mnie w ramiona
moje ego w ciszy kona
I nie czuję nienawiści,
i wybaczam wokół wszystkim.

Gdy całujesz mnie, dotykasz
moje ja w oddechu znika
i stajemy się jednością,
i pokłonem, i radością.

Kiedy wreszcie mnie przenikniesz
moje ja zupełnie zniknie,
Jedność w pełnię się zamieni
I oderwie się od ziemi.

Komu będą słały pieśni
nasze dusze, gdy cieleśni
zatopimy się w miłości
uwalniając z realności?

Jakie będą czekać na nas
nowe hasła, nowe wzory?
Jaka myśl pogłębi jeszcze
uczuć naszych czyste wody?

Czy zaniesie nas splecionych
w tym oddaniu namiętności
na brzeg rzeki, którą płyną
święci,
w pełnej swej świętości?

Czy uniesie nas wysoko
za horyzont ziemskich zdarzeń,
kiedy ja dla Ciebie będę
nadprzestrzennym drogowskazem?

Co zobaczysz swoją duszą,
którą moja dusza dzieli?
Czy nas zwabią i nauczą
nauk swych lotni anieli?

Czy zaniosą nas do nieba
zaplecionych w jedno ciało,
i pokażą, że tak trzeba?
Bogu by się podobało?

6.10.2017

Dla Puszka i Agi

Kiedyś byliśmy tacy młodzi,
że pył kosmiczny
odrywał się od naszych kroków
w pędzie do wieczności.

I sunęliśmy lekko
i bynajmniej nie cicho
pełni najprawdziwszego szczęścia,
że świat się zmienia
razem z nami, dla nas
i nie było rzeczy niemożliwych
do spełnienia
kiedy każda nasza chwila
zapalała się marzeniami
o tym czego jeszcze nie ma
a będzie na pewno.

Kocham myśleć o tym, co było
kiedy jak komety
rozświetlaliśmy wieczorne niebo,
żeby spadać powoli
w kierunku swoich granic
dojrzałości
i pamiętać,
że choć tyle się zdarzyło
tyle się jeszcze ma zdarzyć.

Moja poezja

Moja poezja jest prosta
rozbija się w nocy autobusem
i próbuje zrozumieć pucybuta
tańczy tango w Lizbonie
albo szuka
fado

Czasem idzie jednak na kompromis
dostojnie siada w oknie i czuwa
obserwuje stado gołębi
i cicho mruczy
o kolorach jesieni
i zimie
że nie lubi marznąć

I ja jej słucham
biorę na kolana
czochram włosy
a ona śmieje się i gada
do północy

A potem razem
idziemy spać
albo wracamy do pracy
i śnią nam się te same sny
żeby rano
wziąć ze sobą mały kawałek
nieba do kieszeni
a wieczorem z uśmiechem
powiedzieć sobie
dobranoc

O miłości do tańca

Zawsze kochałam tańczyć. Czułam jakbym odrywała się w tańcu od ziemi. W poprzednim życiu ponoć byłam tancerką, tak mi powiedziała Wróżka w lodziarni „Malinowej” blisko centrum stolicy. Czy tak, nie wiem, ale taniec mam we krwi. Nie chodzi o eleganckie, wystudiowane przemieszczenia ciała wytresowane na zajęciach dla baletmistrzyń wszelkiego sortu. Ja się poruszam nie patrząc co, i jak robię, i mam w nosie co inni myślą o moich poczynaniach. Z bardzo prostej przyczyny, kocham się zapomnieć, kiedy tańczę i, gdy w rytm kosmicznej muzyki zapala się we mnie ogień. Muzykę dowolną oswoję, od Beethovena po hip hop. Może za wyjątkiem dark metalu, bo mi ciarki przechodzą z niezrozumienia tej muzy. Ale pop, rock i reszta muzyki rusza mną, jak wiatr wierzbą, i się przemieniam. Zamykam czasem oczy, by łatwiej się temu oddać co płynie z centrum i, jak fala rozchodzi się po moim ciele. Nie chodzi tylko o rozluźnienie, o oddanie, swobodę i wyrażanie siebie. Czuję się jak nieskrępowane konwenansem dziecko siadające na podłodze w sali pełnej krzeseł między zachmurzonymi krytyką dorosłymi. Czuję się jakbym wszystkiemu uciekała z miłością do braku jakichkolwiek granic. Mój taniec za każdym razem jest inny, wyjątkowy, jak każda kolejna chwila. Kiedy tańczę nie martwię się o technikę, ozdobniki i to, na której nodze stoję, o to jak wyglądam i czy tańczę z kimś, czy sama. Tańczę kiedy tylko mogę, w domu, w pracy przy biurku z papierami, w samochodzie, w sposób ograniczony, ale jakżesz podkreślony prędkością, i w snach. I kiedy tańczę czuję, że nic mnie nie zatrzyma, wyzwala się we mnie taka siła, moc, potęga, nieważne jak to się nazywa. Wznoszę się i gubię wszystkie smutki, a ziemia ucieka mi spod nóg, albo to ja jej uciekam.
Bywają takie chwile, że wytańczam to co mnie boli, martwi, niepokoi i to działa jak kąpiel w Styksie, Rzece Zapomnienia. Świetnie mi to robi na duszę i kręgosłup. Nie boję się w tym tańcu przekraczać granic tzw. dobrego smaku. Moje biodra, uda, piersi wirują, a ja się śmieje w duchu, bo otwieram się na kobiecość mojego ciała, i gdyby ktoś zrobił zdjęcie w odpowiedniej chwili, moje oczy świeciłyby w mroku, jak starożytnej wiedźmie. Lubię tańczyć przy muzyce co mi się wdziera do duszy jak ocean i uderza falami rytmicznie w moje wnętrze. Podążam za przypływami i odpływami, wzniesieniami i powolnym opadaniem jak wprawny żeglarz, wzbijam się na falę i czuję, że wystarczy czuć w sobie radość z każdej takiej chwili, by tańczyć. Nawet jeśli wmawiasz sobie, że nie czujesz rytmu, pokochaj swój własny rytm w głowie i ruch ciała. Ciało potrzebuje tej chwili wytchnienia z rutyny codziennego poruszania, wstawania, chodzenia, siedzenia i pisania na klawiaturze. Taniec nas rozwija do nowej zdolności, przekraczania granic własnego ciała i patrzenia na świat nieco wyżej, z poziomu prawdziwej radości.

My Lisbon Story: Second Episode, Part 7

„W drodze do domu”

Lecę nad Europą. Mam jakieś 3 i pół godziny dla siebie. To szmat czasu. Uwielbiam być w powietrzu, lecieć. Choć jestem zodiakalną ziemią, Koziorożcem, wolę odrywać się od ziemi niż po niej stąpać. Kiedy zbyt długo chodzę z przyziemnymi sprawami w głowie, czuję się uziemiona, a czasem przytłoczona do ziemi. Więc kocham latać, w snach, w rzeczywistości, nieważkość byłaby ideałem, ale wiem, że muszę być ugruntowana, bo mam dzieci. Dzieci to korzenie, trzymające mnie blisko ziemi. Gdyby nie one, już bym odleciała. W duszy i w rzeczywistości. Dlatego mam aż czworo dzieci. Nie wystarczy jeden nit, dwa, ani trzy stemple. Mam cztery, żeby żyć na ziemi i nie stracić z nią kontaktu, przez swoje usposobienie, marzycielskie i gotowe do tworzenia wirtualnych światów. Mam dzieci, jak liny okrętowe trzymające mój wielki statek przy nabrzeżu. One czuwają nade mną jak słońce nad ziemią. Ja jestem ziemią tęskniącą do księżyca. One mi świecą, dzięki ich światłu z ziemi widzę księżyc i mogę się nim zachwycać. Każdą trudność, każdą szansę jaką z nimi spotykam, dzielę na cztery. Każde ma inny temperament, talent i urodę. Kocham moje dzieci, jak ziemia wodę, ogień i powietrze. Są wszystkim czego mogłam pragnąć, kiedy je rodziłam. W moich dzieciach, moja siła, a ich siła we mnie. Teraz do nich wracam.
Czasem nie mogę zatrzymać myśli. Myślą się same. Nie są to bynajmniej jakieś marudzenia, wspomnienia i puste błądzenie. Myślę połączeniem i uczę się odpuszczać te myśli, bo gdybym wszystkie chciała zapisać zamęczyłabym się i zamknęła na świat zewnętrzny. Gdyby ktoś wymyślił taką elektrodę do sczytywania myśli prosto z mózgu na dysk, i do sieci … Byłoby szybko i sprawnie, i wiele mogłabym się nauczyć również o sobie, jak mi tam wewnątrz leci, co i jak mi się układa w głowie, w sercu. Widzę, że bywa różnie. Czasem to co już ułożone, przebudowuję na nowo, nie dlatego, że się mylę, ale dopełniam obraz i coś, co było krzakiem przy domu, staje się drzewem nad strumieniem, albo drzwi do ogrodu, stają się schodami do nieba. Niebo zaś z błękitu zmienia się w róż i czerwień, a czasem jest tak ciemne, że zapadam się w nie i mnie nie ma.
Bywa, że staram się pochwycić te myśli w locie i możecie mi wierzyć, że najpiękniejsze nie dały się złapać. Próbowałam je przelać, ale były tak ulotne i piękne, że widać wciąż brakuje mi talentu i skupienia, by je włożyć w formę słów. A może tego właśnie zrobić się nie da. Dlatego, gdy przychodzą, cieszę się ich istnieniem i nawet, jeśli przybierają formę słów w mojej głowie, nie panikuję i nie biegnę potykając się do komputera, tylko myślę je i przeżywam ich piękno,  piękno ich istnienia.

Lizbona z rana cała była zanurzona w głębokiej mgle, ponownie, ale się nie obawiałam, że utknę na lotnisku. Ani przez chwile o tym nie pomyślałam. Dopiero, gdy lądowałam w Warszawie uświadomiłam sobie, że ta pogoda mogła stanowić problem i zatrzymać samoloty, bo do ostatniej chwili nie było wiadomo, z którego wyjścia wejdziemy do maszyny. Warto się nie martwić na zapas i nie tworzyć w głowie trudnych kontynuacji sytuacji w jakich jesteśmy. Jeśli i tak nie mamy na nie wpływu to po cóż się wysilać i psuć sobie klimat. A jeśli mamy wpływ, to tym bardziej warto zadbać i  myśleć o dobrym zakończeniu.

My Lisbon Story: Second Episode, Part 6

„Pożegnanie z Lizboną”

Dziś żegnam się z Lizboną. Miałam iść na milongę, ale chyba odpuszczę. Kupiłam sardynki w puszce, porto, serię koszulek dla rodziny i zjadłam dobry obiad we włoskiej restauracji nad brzegiem mglistej rzeki Tag niedaleko wieży Belem. Pojechałam tam tylko ze względu na nazwę, kojarzącą mi się z dzieciństwem. Nie unikałam w Lizbonie miejsc turystycznych byłam przed, bądź w, wielu, ale nie miałam grafika i nie odhaczałam kolejnych punktów na mapie. Dzięki temu zobaczyłam może więcej autentyczności. Trochę orientować się warto np. gdzie jest północ i gdzie położenie hotelu w stosunku do twojej obecnej pozycji, ale muzea, kościoły, place, po prostu przechodzę. Wszędzie jest wiele piękna i w kościołach. i w muzeach, najwięcej na ulicach.

Przejechałam się do wieży Belem tramwajem. Nie miałam biletu, ale przy wejściu okazało się, że wsiada ze mną kanar i kupiłam u niego od ręki. W drodze powrotnej postanowiłam wykorzystać ostatni bilet na pociąg zapisany na magnetycznej karcie, o jakiej sobie w trakcie przypomniałam i poszłam w kierunku stacji. W drodze zobaczyłam śmieszmy, cudny domek, pawilon podarowany przez Tajwan Portugalii. Gdybym pojechała tramwajem, jak planowałam, to by mnie ominęło.

Lizbona żegna mnie na swój sposób. Najpierw gęstą mgłą z rana nad Praca de Comercio. To opar nie mgła, porusza się jak zaczarowana i osiada wszędzie. Zasłania i odsłania, jakby robiła przedstawienie. Siedziałam na nabrzeżu przy pomniku i nagle wyłonił się most nad rzeką. Potem barka płynąca w kierunku oceanu, przeciwległe wzgórza. Siedziałam i chłonęłam słońce w krótkim rękawku, bo przypiekało cudnie. W pewnym momencie usiadłam do medytacji, bo nie mogłam już powstrzymać myśli, które ostatnio płyną przeze mnie szeroką falą i rozlewają się w ocean informacji, o mnie, o świecie. W końcu to to samo. Patrzyłam i zobaczyłam, że cudne odblaski na wodzie wyglądają jak stado motyli o skrzydłach uplecionych z świetlistej energii. Potem w polu widzenia zobaczyłam malutkie rozbłyskujące punkty. Można powiedzieć, że naświetliłam siatkówkę słońcem. Może. Obok nabrzeża śpiewał facet za pieniądze, szlagiery Boba Dylana, Simone & Garfunkel. Nie zauważałam kiedy zaczynał i kończył śpiewać, kto do mnie podchodzi, kto siada, wstaje, robi zdjęcia płynących łodzi, ptaków i nieba. Mgła odsłaniała i zasłaniała rzekę, a ja myślałam i zrozumiałam, że wszystkiego napisać się nie da. Że musi być inny sposób, że nie muszę już teraz wiedzieć, ale przypuszczam, że polega on na tym, żeby myśleć, jeśli już musimy myśleć, dobrze o świecie, bo jesteśmy jego konstruktorami i myśli, jak maile z powrotem kierować do Źródła. Po drodze myśl taka przemienia się w energię, która falą rozchodzi się po rzeczywistości i ją zmienia. Wczoraj w nocy przeżyłam coś w rodzaju oświecenia. Oświeciło mnie światło mojej własnej miłości i miłość tę posłałam do wszystkich, do których mam dostęp. Pomyślałam czule o rodzinie, bliższej, dalszej, przyjaciołach, znajomych i wszystkich ludziach, jakich dosięga taki impuls miłości i wysłałam go w przestrzeń. A potem medytowałam i zasnęłam; nie pamiętam co mi się śniło. Wczorajszej nocy śniło mi się za to, że stoję na balkonie wysokiej kamienicy nad dużym placem opadającym w dół i żegnam trzy dziewczyny ubrane w pomarańczowe peleryny i dwie w zielone. Jedną z nich była moja koleżanka szkolna, która ostatnio miała urodziny i złożyłam jej życzenia przez facebooka. Pomachałam do nich z balkonu i zawołałam: „Do następnego razu! Do następnej konferencji!” Odmachały mi z dołu ze śmiechem. Można powiedzieć pożegnałam Lizbonę w ten sposób.

Naprawdę pożegnałam się jednak dzisiaj, idąc na tramwaj Rua de Augusto. Poczułam nagle ogromną wdzięczność za wszystko co tu przeżyłam, za kamienice, ulice, ocean, rzekę, niebo, ludzi, kolory, smaki, za pociągi, tramwaje, kafejki, restauracje, sytuacje, muzykę i tango. I wiecie co się stało? Kiedy wracałam z wieży Belem, idąc tą samą ulicą, zobaczyłam pieśniarkę, którą opisałam w części o fado. Znów śpiewała na ulicy. Zapłaciłam, usiadłam i przez chwilę posłuchałam. Poczułam, jakby Lizbona mnie żegnała w ten sposób, ten sam, w jaki mnie witała. Zamknęłam więc ten cykl w pełni i teraz, nie potrzebuję już nic. Miałam tu wszystko czego można doświadczyć, odczuć. Szczęście chodzi bowiem cały czas ze mną za rękę, jeśli tylko pozwalam sobie na nie patrzeć.