Kobieta niczyja

Jestem kobietą niczyją. Piszę tak, bo wiem jak silne są w nas kolektywne programy, że jako kobiety przynależymy do jakiegoś męskiego osobnika lub systemu, i mimo całej feministycznej narracji od wieków, kobiety nadal straszą się byciem samą w świecie i tylko nielicznym udaje się wyrwać z tej kulturowej papki, jaką zafundował nam patriarchat, ojcowie, babki, nauczyciele i ostatecznie media społecznościowe. W internecie roi się od poprawiaczy ludzkiego żywota na pięć sposobów po zakupie abonamentu do uniwersalnej mądrości, jakiej nie odkrył jeszcze żaden przeciętniak, a strony z profesjonalną grafiką zwiodą nawet przezornych, ale w potrzebie. To jednak nowy społeczny cień tego, jak trudno w naszych czasach się określić i połączyć ze względnym szczęściem, zadowoleniem i nie pogubić. Gdyby tylko na przekazach z tychże źródeł się opierać to, stereotypowo biorąc – kobiety szukają relacji, mężczyźni sukcesu, a wszyscy spełnienia. I wszyscy są uwikłani, czyli są idealnymi klientami.

Ja szukam siebie, tej nowej, tej co zaraz będzie, bo ta, którą jestem już teraz, jest znana i widzę ją jak na dłoni w moich słabościach, talentach i znojach. Pogodziłam się, że nie jest mi łatwo w życiu. Akceptacja tego faktu nie przyszła od tak, przyszła dopiero kiedy opłakałam siebie tę wytrwałą, tę niezłomną, tę co zawsze da radę. Było nad czym płakać po latach stania na warcie życia w całkowitym poświęceniu innym. Te łzy nadal wewnętrznie we mnie płyną, nie unikam ich, tej części siebie jaka najbardziej ze wszystkich karała się i gnębiła za nie dokonywanie największych czynów, rzeczy niemożliwych do osiągnięcia, cudów, absolutnego przewidywania przyszłości i zapewnienia innym najlepszego życia.

Kobieta niczyja w pewnym sensie do mnie przyszła, kiedy zostawiłam innym ich własne życia, oddałam władanie i stanęłam na drugim planie tych, których kocham. Towarzyszę moim najbliższym, ale nie żyję ich życiem, angażuję się, ale nie spalam. Wyszłam z systemu jaki narzucił mi patriarchat i zrobiło się we mnie wiele miejsca na mnie i dlatego, tak bardzo teraz czuję siebie. Dużo tych mnie do mnie przychodzi z przeszłości, kobiety, które zostały po drodze zapomniane. Te, na które nie miałam czasu, nie miałam uwagi, albo brakowało mi sił, by się nimi zająć. Przychodzą i witamy się jak stęsknione przyjaciółki po latach izolacji, żyjące w różnych światach, w innych czasach, z innymi doświadczeniami. Ja, kobieta niczyja, odzyskuję tożsamość coraz więcej przyjmując ich do siebie. Biologia działa na moją korzyść, mózg wyostrzył mi się i zwiększył horyzontalne rozumienie świata. To idealny moment na takie wchłanianie siebie z lat, kiedy prawie o sobie zapomniałam.

Nie zapomniałam jednak na tyle, żeby nie wyzwolić się prawie przed dekadą z najważniejszego dogmatu współczesnego świata, że sama nie dam sobie rady. Dałam, daję na co dzień od tak wielu lat. To oszustwo jakie się nam opowiada od dzieciństwa w bajkach, filmach, zapis niemal podprogowy, że szukanie księcia, królestwa, gdzie zabłyśniemy, że jakaś wróżka nas ozłoci, mężny rycerz wyzwoli, a my same, te biedne, pasywne, aktywne, czyste, brudne, znudzone, spracowane, piękne, mdlejące, same nic nie możemy. Kolektywność ciąży nam jak kamień u nogi, ale widzimy ją w samych pozytywnych konotacjach, że to, co kolektywne wiąże nas w rodziny, społeczności, narody i daje nam możliwość przetrwania w tym złożonym świecie.

Co się dzieje kiedy pojmujesz, że jesteś niczyja i jeden świat nagle się zamyka? Wszelkie rozmowy o relacjach długoterminowych przestają mieć dawny sens, stare programy przetrwania, pracy, tzw. miłości, zależności i tego, co się chciało kiedyś w ich ramach, odchodzi. Robi się miejsce na coś czego się nigdy nie trenowało. Na siebie, na swoje czucie, potrzeby, wartości i definicje. Wachlarz jest ogromny w ramach nie robienia nikomu krzywdy, ale oddania innym odpowiedzialności za swoje życie. Partnerzy w przyjaźni, miłości, biznesie, rodzinie, dyskusji, chwilowi i na dłużej, nie mogą już posłużyć się kartą ofiary i poczucia winy. Niektórzy sami odpływają, inni robią fochy, przeczekują. Niepotrzebnie. Nikt nie zawróci kobiety niczyjej z jej drogi do siebie.

Tango jest świetną ilustracją tego jak się zmieniam. Przestałam prawie chodzić na lokalne milongi, bo już poznałam ich dynamikę i jakoś do niej nie pasuję. Wyjeżdżam za to tam, gdzie ludzie mnie nie znają i tam bawię się świetnie poznając ludzi w ich naturalnej ekspresji.  I to nie jest przytyk do tancerzy, organizatorów, maestros ani kogokolwiek, każde zjawisko rośnie, osiąga jakieś maksimum i opada. Może jeszcze tango mnie zaskoczy? Kto wie. Nie oczekuję tego, tak jak wielu rzeczy, na które kiedyś czekałam, jak miłość.

Dostałam w życiu wiele miłości. Część przegapiłam, bo tak się przekornie składa, że wypatrujemy jej tam skąd nie nadchodzi i mimo, że to boli, czekamy, aż się pojawi, nie zauważając naturalnych źródeł miłości pod ręką. Moje niedostatki w rozpoznawaniu miłości prowadziły do wielu błędnych życiowo decyzji, z których jednak jakoś zawsze się ratowałam, sama. Moja niespożyta energia życiowa wyciągała mnie z najtrudniejszych tarapatów i ostatecznie zaprowadziła mnie na ten nieznany ląd, gdzie odkryłam, jak to jest zobaczyć siebie, jako kobieta niczyja, zobaczyć siebie na nowo.

Kobiety robią w takim miejscu różne rzeczy, inicjacje do nowej jakości. Nie mam takich tendencji oprócz tego, że bardzo mocno czuję swoje stopy złączone z ziemią kiedy chodzę, kiedy tańczę, kiedy jadę samochodem, właściwie zawsze. Jakbym na nowo wrastała do miejsca swojego pochodzenia, oderwana wcześniej i porywana wiatrem zmienności. Nie ma tu żadnych reguł, jakich nie mogłabym przekroczyć z lekkością i nie ma też żadnej potrzeby, żeby cokolwiek nadmiernie zmieniać. Siedzę sobie na kamiennym wzgórzu nad lasem i daję życiu płynąć. I ono płynie bez przeszkód. I mimo tej sielankowej scenerii, jedno natychmiast rzuca się w oczy – totalny brak miejsca na bullshit. Wyczuwam go z daleka i wykopuję zawczasu, żeby mi w życiu nie narobił.

Nie mam żadnej recepty jak dojść do tego miejsca, żadnej uniwersalnej metody oprócz wytrwałości i miłości do swoich słabości. To wiele dla kogoś, kto tak łatwo siebie oskarża o wszystkie klęski, nawet te, na które nie ma wpływu. Tak, można z tego się wyzwolić i czuć spokój, ale też czuć ciężar, czuć się kochaną i znienawidzoną, być ważną i nieważną, sobą i kimś kogo się nie zna. A wszystko naraz i pomieścić te pozorne przeciwieństwa w jednej, obszernej nagle, osobie.

Witam się rano ze sobą, jak ze zjawiskiem pogodowym, trochę wiem jaka będę dziś tak w zasięgu minut, może godzin, ale równie dobrze mogę się rozpogodzić, albo wywołać powódź. Kobieta niczyja nie podlega przewidywalnej dedukcji nawet swojej własnej, i tak też jest ok, bo generalnie życie takie jest właśnie. Pomieszczę, bo to zawsze mieściłam, odpowiedzialność i wszelkie konsekwencje moich różnorodności. Już mieszczę pisząc tak otwarcie od tylu już lat o sobie, jak o lustrze, tafli zmieniającej się wody, w jakiej każdy może przejrzeć się z dowolnej strony. Moje człowieczeństwo na tym nie traci, ani nie zyskuje. Po prostu robię coś co uważam, że umiem. Umiem opowiedzieć o sobie wystarczająco jasno, żeby dać świadectwo stanu człowieczeństwa, ewolucji i zmiany. Nie kreuję się, ani nie potrzebuję uwagi. I jedyne czego bym chciała to, aby każdy miał głęboki kontakt ze sobą, aby siebie kochać, szanować i rozumieć. Wtedy świat naprawdę by zyskał więcej światła, sprawiedliwości i spokoju. I nawet jeśli tego świata nie da się zmienić, uspokoić, albo pokochać, warto zrobić to ze sobą, z tym jak my się czujemy, bo za to odpowiedzialność spoczywa tylko na nas. Nikt nam tego nie da, i nikt za to nie odpowiada. W przeciwieństwie do opinii mojej córy, że już tylko czeka, aż spadną te atomówki, bo człowiek jako gatunek jest najgorszą istotą jaką nosi ziemia, nie jestem tak surowym sędzią, ale myślę, że gdyby takich ludzi niczyich, nieuwikłanych i dorosłych było więcej na ziemi, może nie tylko atomówki zniknęłyby na zawsze, ale i ziemia polubiłaby nasze towarzystwo. Tego nam życzę i chyba tylko tego naprawdę warto w naszych czasach stopniowego, choć gwałtownego upadku myśli i postawy humanistycznej na międzynarodową skalę. Czasach, o których pewnie jeszcze napiszę. Amen.