W głąb króliczej nory

Jakiś czas potem, kiedy raźno wkraczałam w nową przestrzeń niezbadanego dotąd życia, noga zapadła mi się jak w bagno. Uwięzłam i zaskoczona czekałam. Nie zdarzyło się nic takiego, co mogło spowodować tę nagłą wpadkę, ale skutecznie przytrzymana w miejscu zobaczyłam jak niedopasowane jest moje ciało przekonań na ten nowy obszar. Odezwał się stary ból, ten co zwykle, ale w nowej odsłonie i powalił mnie jednym ciosem. Nie opierałam się leżąc bez sił. Pierwszy dzień spędziłam próbując zapobiec jeszcze większej bezsilności. Pod koniec dnia wiedziałam, że to nic nie da. Nie wstałam i leżałam emocjonalnie pokonana, a ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Rozum szukał przyczyny, jak postawiony w stan alarmu pułk wojska biegający od jednej do drugiej myśli, złudzenia, że jakieś narzędzie, technika, afirmacja – zadziała.

Następnego dnia względnie rano zaczęłam płakać. Płakałam tak długo jak chciało moje zmęczone i rozbudzone jednocześnie ciało. Myśli, jeśli nadchodziły, to tylko po to, żeby wzbudzić kolejne fale nieprzerwanego strumienia łez. Wypłakałam i wycharczałam większość złości jaką miałam zachowaną z uraz mniejszych i większych do świata jako całości, do poszczególnych osób i do siebie. Zasnęłam około południa i przespałam cały dzień. Wieczorem głodna zjadłam i wróciłam do domu z umysłem pustym i zatrzymanym.

Śniłam intensywnie do rana. Ranek zastał mnie niezdolną do wykonania rutynowych prac. Odpuściłam, na absolutnych minimach dojechałam do wieczora, kiedy to wstałam i pojechałam na spotkanie. Podczas rozmowy zdałam sobie sprawę, że każda komórka mojego ciała jest pobudzona, jakby układ nerwowy reagował na najdrobniejszą informację. Zaobserwowałam to wszystko i zalałam koleżankę moim stanem pierwszy raz nie czując wyrzutów sumienia, że kogoś zajęłam, niemal zatopiłam tym, co się ze mną działo. Obejrzałyśmy film i śmiałam się, i dziwiłam jednocześnie tak świadoma mojego stanu. Wracając do domu, jak w transie, wiedziałam już, że kończy się pik i powoli adaptuję się do siebie.

Następnego dnia poszłam do pracy. Bez oczekiwań, bez presji, bez rozpaczy za czasem jakiego przecież wcale nie straciłam. Przeszłam przez króliczą norę przeciskając się i zostawiając za sobą starą skórę swoich wyobrażeń o sobie. I przeżyłam a nawet z ciekawością patrzyłam na siebie jakąś małą cząstką siebie przez zdystansowaną do tego lornetkę. Nie walczyłam, weszłam głęboko i wyszłam. Bez profesjonalnego wsparcia, bez leków, bez technik, w samym byciu. Oswoiłam największego może diabła i udomowiłam tornado. Z pokorą spojrzałam na tę pustynię przed sobą, jaka tyleż jest nieskończona co prowadząc mnie, wije się i zakręca w niespodziewane strony. I ukochałam to słońce nad nią, co pali, ale też rozgrzewa. Obraca w popiół niepotrzebne wspomnienia i stare schematy, jak rusztowania wokół dawno odnowionych zabytków. Poczułam się odkryta i naga w tej otwartości na niezbadany, nieprzewidywalny świat.

Dzień za dniem odkrywałam nowe objawy samej siebie. Różne proste czynności zmieniły się i zyskałam inne smaki, kolory. Może stare pozapominałam. Czułam jak wracam do ciała i zasmucił mnie fakt, że aby znów czuć musiałam tak cierpieć, tak oswajać to co innym pewnie przychodzi z łatwością. Każdy ma jakieś przeszkody. Znam swoje i mierzę się z nimi na nowo.

Porzuciłam już nawet koncepcję, że to ma sens, to cierpienie, to przechodzenie. Widać moje ciało inaczej nie potrafi dać mi sygnałów, albo ja nie czytam ich prawidłowo. Na pewno zyskałam na sile tej komunikacji, zbliżając się do zaufania do swojego ciała.

Na czwartkowej milondze zobaczyłam po raz kolejny jak zmienił się mój stosunek do tanga, jak przestałam je oceniać, drążyć, obserwować, analizować. Uznałam, że to dobry probież na ten moment zmian wewnętrznych we mnie. Patrzyłam na tańczących ludzi i czułam się tam tak naprawę sama. Miałam poczucie całkowitego spokoju i obecności. Odsunęłam się nawet od tych emocji towarzyszących tangu, jakie widzę w innych, i w sobie. Poczułam w sobie silną i ciekawą przestrzeń, centrum, gotowe do tego, żeby zaistnieć pełniej.

A wtedy na mojej drodze stanął mężczyzna. Znaliśmy się trochę. Zatańczyłam z nim dwa razy w życiu w innym miejscu i czasoprzestrzeni. Stałam i czekałam, aż mnie zobaczy. Czułam niepokój, ale też rozbawiło mnie to wewnętrznie, bo wiedziałam, że jeśli mnie nie zobaczy, albo zignoruje nie stanie się zupełnie nic. Zobaczyłam bardzo wyraźnie jak części mnie nie są zgodne w ocenie tego, co czuć i jak się zachować. Wycofałam się na tylne siedzenie i tam była taka wygodna nisza, w której zostawiłam te części na pierwszym planie i pozwoliłam im czuć, i działać, kiedy JA, JA sama patrzę. I miałam takie niezwykłe wrażenie, że nagle odwracają się do mnie i spoglądają, co należy zrobić, powiedzieć, co zrobić z tą sytuacją. I przeniknął mnie wewnętrznie uśmiech tak ciepły, tak dobry, tak współczujący dla tych wszystkich małych części mnie, które przyszły w niezgodzie i zagubieniu, w rozterce, oczekiwaniach i wszelkich emocjach, a każda ze swoją historią, każda ze swoim przeznaczeniem, celem, w ochronie, ku przestrodze, dla ulepszenia, w sprzeczności albo zgodzie z innymi. Zapanował chaos na chwilę i straciłam tego mężczyznę z oczu, przeciskało się między nami całe stado ludzi. Jakaś część krzyczała, żeby go łapać, inna, żeby odwrócić wzrok i usiąść, inna już się zabierała do wyjścia, pierwsza łapała ją za ręce i prosiła, któraś wygłaszała jakieś mądre, pewnie zasłyszane cytaty, ktoś mówił o bolących stopach. Wreszcie ucichły i spojrzały, kiedy nie odwracając wzroku, pozwoliłam mu się odnaleźć. Zacichły wtedy na stałe, jeszcze poszeptując jakieś rady, komentarze, wybiegając co będzie.

„Ciiii…”- szepnęłam do nich wewnętrznie. – ”Teraz tańczę, a wy wszystkie jesteście kochane, cudowne i bezpieczne”.

I poszłam tańczyć z mężczyzną. A kiedy nasze ciała połączyła muzyka, łagodnie rozpuścił się świat. Nikt już się nie odzywał i tylko widziałam je wszystkie swoim wewnętrznym spojrzeniem, jak usiadły w drugim rzędzie z popkornem, w skupieniu, z uwagą i patrzyły, jak JA w pierwszym planie … tańczę.