2 lipca 2019

Za każdym razem, gdy piszę i publikuję na facebook’u moje przemyślenia, wychodzę ze strefy komfortu, gdzie czuję się bezpiecznie. Niezależnie od tego co piszę, czego dotyczy temat, narażam się na kontrowersje, bo mogę trafić na krytyka, malkontenta. Nie wystarcza mi odwagi jeszcze na publikowanie treści, jakie rodzą się we mnie głębiej. Może kiedyś, może w mojej książce …
Niekiedy myślę, że jestem zbyt odleciana od tego miejsca we wspólnej przestrzeni, żeby mnie zrozumiał przeciętny człowiek, a potem widzę się na faktach, jak wygląda moje życie, dzieci, dom, praca. Chyba nie różnię się tak diametralnie od innych. Może wszyscy jesteśmy inni, tylko próbujemy się do siebie upodobnić na kształt pszczół, albo mrówek. Może nas coś do tego zmusza. Taka strefa komfortu właśnie, wszyscy tacy sami, więc nikt nie zacznie nas wytykać palcem. Te same aspiracje, małżeństwo, dzieci, samochód, praca na stanowisku, wakacje w ciekawym miejscu. Ostatnio się zastanawiam, jak bym się czuła nie mając tego wszystkiego i żyjąc w ciemnej głuszy w chacie z pająkami, z kurą przed domem, psem, kotem, ogrodem, trochę jak Gosia w Sopatowcu, ze swoją filozofią czynienia z życia misji. Misja mnie odstrasza, ale można tak żyć.
Obserwuję ludzi tanga na milongach, na kursach. Większość poszukuje tego dla czego warto żyć. To są różne rzeczy dla różnych ludzi, równowaga między męskim i żeńskim pierwiastkiem w sobie, nowy partner, odwaga do stawiania sobie wyzwań, otwartość na innych. W pewnym momencie to się pojawia, kiedy przepracowują swoje strachy, lęki. Tańczą z życiem i ono im odpowiada. Nawet jeśli jest w tym trochę pozerstwa, pychy, jakie widzę na spotkaniach tanecznych, kiedy kobiety nie tańczą z mniej wyrobionymi tancerzami, albo faceci proszą tylko najlepsze partnerki. Gdzieś w tej społeczności gubi się balans. Zadarte nosy, przeprostowane kolana, a tango to sensualny kontakt, wirtuozeria prawdziwych emocji z wnętrza.
Ja tańczę z premedytacją ze wszystkimi tancerzami, na jakich się odważę, bo mało tej odwagi nadal mam. I czasem zdarza się taki tancerz, który bez techniki kupionej na indywidualnych lekcjach zabłyśnie w tandzie, a wyjadacz milongowy skopie po palcach, bo usiłuje zalśnić na parkiecie bez kontaktu z partnerką, jakby mu ona przeszkadzała, kiedy on gwiazdorzy. Lubię tańczyć z kolegami, których znam, bo ich lubię i niezależnie od poziomu ich umiejętności, widzę jakie sama robię błędy, gdzie niedomagam. Z dobrym partnerem nie sztuka ładnie zatańczyć. Z dobrą tancerką w szczególności, bo ona zatuszuje każdy błąd i partnerzy robią wrażenie bardzo biegłych. Zupełnie jak w życiu. On ledwie przędzie, a ona wywija aż iskry lecą, albo przeciwnie, ona pachnie, a on się stara.

Jestem w Rzeszowie. Moja konferencja zaczyna się jutro od rana. Hotel piękny, goście gotowi, sale otwarte. Dziś wszystko sprawdziłam z moim teamem. Przeszliśmy po mieście, po kampusie, po budynku. Zainicjowałam wspólne zdjęcie przed konferencją. Potem będzie tyle działań, może nie zdążymy. Wieczorem poszliśmy na rynek, na piwo ważone w naszym hotelu, kadzie widziałam przez szybę. Miedź pięknie się złoci na czerwono w ciemnym oświetleniu. Rozmowa była męska, zaskakująca. Tak się śmiałam, że bałam się o zakwasy na policzkach, a jutro mam tyle mówić, tyle zadbać. Zebrałam wokół tej konferencji ludzi tak moich, jak to tylko możliwe. Kreatywnych, mądrych, otwartych, obowiązkowych. Patrzę i uśmiecham się sama do siebie, bo takich teraz jest wokół mnie coraz więcej. Kiedy się zmieniamy ludzie przychodzą i odchodzą, jakby spełniali przy nas jakąś misję, o jakiej pewnie nawet nie wiedzą. Pokazują nam gdzie jesteśmy, co robimy ze swoim życiem, co nam już idzie, a co nie. Mnie idzie robienie czegoś dla innych, tak, ale dla siebie jeszcze nie. Tu się zacinam, umiem załatwić miliony dla innych, ale nie umiem docenić swojej pracy. Powoli to akceptuję. Może nie będę w stanie się docenić? Czy to takie złe? Może nie. Robię błędów na pęczki, w tangu, w docenianiu siebie, w kontaktach z dziećmi, w relacjach z ważnymi dla mnie ludźmi. Gdybym tańczyła tylko z dobrymi partnerami, nigdy bym nie zauważyła swoich błędów. Musi się pojawić błąd, żeby powstał zwrot, skok na nowy poziom zrozumienia i umiejętności. Tak po prostu jest, błąd nas wytrąca ze strefy komfortu, z samozadowolenia. I wtedy robimy postęp.
Jutro będę patrzyła, jak moja konferencja toczy się, i gdzie, jakie błędy wypłyną na powierzchnię, żeby za trzy lata, o ile jeszcze będę chciała, zorganizować ją w nowym miejscu, z ludźmi, jacy będą chcieli ją zrobić ze mną dla innych. Może będzie trudno, może błędy będą częste, przywykłam ostatnio do akceptowania najtrudniejszych swoich błędów. Może się jutro okaże, że się do tego jednak nie nadaję. Cóż, nie można wszystkiego umieć. Zobaczy się. Nawalę, to polegnę i tyle. Raczej mnie tu nie powieszą, ale nie zamierzam uciekać przed odpowiedzialnością i konsekwencją.
Jutro, a dziś słucham Stinga, Chrisa Botti i nie śpię, bo czekam. Czekam na sen, nie dlatego, że się martwię, zrobiłam wszystko co było potrzebne, przewidziałam co było możliwe. Czekałam na tę jedną refleksję, że mogę się mylić, że mogę popełniać błędy i mimo wszystko iść ze strefy komfortu w nowe, zmienione okolicznościami życie i nie karać się za te błędy, tylko mieć je na uwadze. Tak już czas na spanie.

O męskich uczuciach inaczej

Istnieje błędne przekonanie, że mężczyźni czują inaczej. Nieprawda, czują to samo co kobiety, ale nie uzewnętrzniają tego, czując bardziej do wewnątrz. Kobiety czują na zewnątrz. Stąd z kolei błędne przekonanie mężczyzn, że kobiety to histeryczki, bo uczucie się z nich wylewa. Dlatego też tak trudno nam się dogadać między płciami. Ponieważ jednak mamy, każdy z nas ma, w sobie oba pierwiastki i kobiecy, i męski, więc komunikacja jest możliwa. I dotarcie do męskich uczuć też. One są, ale jak spytasz faceta, co mu jest, bo widzisz, że coś mu leży na sercu, to nie powie zwykle nic. Tak już jest i nie jest to bezwzględność męskiej duszy, a nieoswojenie jej z tym, kto pyta. Mężczyznę można oswoić ze sobą poprzez umiejętne włączanie swojego męskiego pierwiastka. Dlatego jak kto chce z samcem się dogadać, powinien na początku być trochę jak facet i rozumieć proste komunikaty. Jak mówi, że nie dojedzie na spotkanie, to nie dojedzie i tyle. Nie ma co wymyślać dramatycznych scenariuszy, że pewnie się z kimś spotyka, co jest typowo żeńską cechą kreatywnego skądinąd myślenia. Jak mu się nie powie, jak ma się zachowywać, czego się chce, albo nie, to bierze co chce, boś nie mówiła. Dlatego tak ważne jest normalne, stanowcze „nie”, kiedy trzeba i stanowcze „tak”, kiedy się czegoś chce. Tylko nieliczni faceci mają dość empatii, żeby czytać pośrednie komunikaty, stąd ryzyko niezrozumienia i fochy, że nie odczytał, albo się zagapił. Nic podobnego, nie artykułowałysmy kodem jego języka. Fakt, niektórzy tak przywykli do wygodnego zdania, że kobieta sama nie wie czego chce, że naginają granice nawet przy stanowczym „nie”. Tu już trzeba użyć argumentu porządkowego, na przykład męskiego sierpowego. Z mojego doświadczenia wynika, że faceci szybko się uczą kobiecego języka, jak im się chce, ale żeby im się chciało muszą mieć motywację i zrozumienie podstawowych zasad składni i łebskiego odbiorcę po drugiej stronie. Kobieta może trochę się postarać ograniczać swoje kreatywne reakcje i biorąc, jako narzędzie swoją intuicję i empatię, nauczyć się najpierw faceta sama. Co nam szkodzi poznać „wroga” zanim on nas pozna?
Niedawno gawędziłam w knajpie z przyjacielem i ten mi powiedział, a facet jest bardzo świadomy siebie i dojrzały, że za dobrze znam mężczyzn, za łatwo ich rozumiem. To nie problem dla mnie, ani dla nich, bo tego przeciw nim nie wykorzystuję. Moja graniczna szczerość w kontaktach jest dla nich jak balsam, bo niestety każdy spotyka kobiety, co rozłożą faceta, jak puzzle i potem trzęsą konstrukcją według swoich interesów i zasad. Mnie to nie interesuje. Mam wielu przyjaciół mężczyzn, z jakimi blisko rozmawiam na wszystkie tematy, z zachowaniem pełnej dyskrecji i obustronnym zaufaniem, bo facet niczego tak nie potrzebuje w kontakcie z kobietą, jak odkryć się przed nią swoją miękką częścią w ufności, że ona go zrozumie i, uwaga, zaakceptuje w pełni jego część i kobiecą i męską.
Jest wiele różnic między nami. Szczerość w kontaktach, zrozumienie, empatia, ale też wyznaczanie granic to klucz do przyjaźni, relacji, do miłości. Dlatego prawdziwe partnerstwo damsko-męskie opiera się na szczerości, zaufaniu i wolności. Nikt złapany w klatkę śpiewał nam nie będzie.
Przed chwilą mój mały facet, syn, wsiadł do autobusu, jakim wracam do domu i przy swoich wyrośniętych kolegach powiedział przyjaźnie:”Część mum!” Tak się do mnie zwraca. Odpowiadam:”Cześć Bartek.” Z nim też rozmawiam, jak z facetem, bo na takiego rośnie. Szczerze, poważnie, serdecznie. Lubię moje kontakty z facetami, bo mężczyźni są dla kobiet, jak podesłani z innej planety, a jednak nasi. I dlatego są tacy ciekawi i tak nas do nich ciągnie.

Zmiana

Wzruszam się swoim światem
Prostotą  myśli na drzewach
Pierzastym emblematem
Chmur lekkością w przededniach
Zmiany tak diametralnej
Jak zmiana ziemi i nieba
W ciągłości moich marzeń
W zgodności bicia serca.

Pójdę swobodnym krokiem
Ubrana w przeszłość kwiecistą
A słońce lśni wysoką
Falą miłości przejrzystą
I nic mnie nie wiąże w ciele
Na duszy usypia cisza
Głębokość uczuć dzielę
I czekam na wszystko co dzisiaj.

Omijam zręcznie przeszkody
Z busolą siebie w dłoni
Słowa mówią się same
Intencje prawda chroni
Harmonia wzbudza łagodność
I z pasji wyrasta przyszłość
Śmieję się wiatrem na szczycie
Chwilowym ogniem, jest przyszłość.

Nie muszę w nic już wierzyć
Ani dostosowywać
Sunę jak zwiewny pociąg
Po własnych, prostych szynach
I para mnie unosi
Nad smutku grzązką doliną
Bo wybrałam ją minąć
A nie w głębinach jej płynąć.

Wdycham powierze jak srebro
Idę jakbym tańczyła
Mówię jakbym śpiewała
Kocham,
Tak jak cierpiałam.

30 czerwca 2019

29 czerwca 2019

Dziś jadę do moich przyjaciół pod Warszawę. Chciałam kiedyś o nich napisać, ale to tak dostojna, pełna mądrości para, że się bałam, że nie umiem. Zbyszek był promotorem mojej pracy doktorskiej. Jego żona Hania często mawia, że jestem jego młodszą żoną. Taką żoną naukową. Niech nikt tego źle nie zrozumie. Pracuję ze Zbyszkiem od wielu lat nad różnymi problemami naukowymi. Zbyszek nauczył mnie wszystkiego niemal, co należy wiedzieć o nauce i o tym, jak ją uprawiać. W pewnym szczególnym okresie mojego życia, pokazał mi również, czym jest autorytet, nie z poziomu dumy, ale światłości umysłu i pokory. Bo Zbyszek, przy całej swojej wiedzy i doświadczeniu naukowym, życiowym jest człowiekiem niezwykle pokornym. Gdybym chciała o nim rzetelnie napisać, wyszłaby tysiąc-stronicowa pozycja.

Ograniczę się do wyrażenia, że takich ludzi w naszych czasach prawie już nie ma. Nikogo nie ocenia, umie ważyć słowa. Zwraca się do ludzi z niewymuszonym szacunkiem i jest ze wszech miar autentyczny. Cenię go bardziej od butnych i widocznych wszędzie autorytetów moralnych, państwowych, tytularnych. Słucham go z uwagą, bo nawet jeśli mam odmienną opinię, cenię jego spojrzenie na świat, ludzi, życie. Jest człowiekiem renesansu, taternikiem, ostoja swojej rodziny. Nie naruszę jego prywatności pisząc, że nikogo tak w nauce nie cenię, jak jego, bo uprawia on naukę całkowicie i w sposób nie przystający do obecnej, zbiurokratyzowanej rzeczywistości, wyłącznie z ciekawości. A ciekawość to warunek konieczny w nauce i nie tak częsty. Nie każdy pracownik naukowy ma ciekawość swojej pracy, dlatego często powstają gnioty wypocone dla punktów ministerialnych, albo dla prestiżu i forsy.

Od Zbyszka zaraziłam się ciekawością, a raczej ją w sobie odkryłam i zrozumiałam przy nim, jakie mam możliwości. Podczas pisania doktoratu mawiał, że jego rola się kończy na trzymaniu mnie za kołnierz, żebym się nie zapędziła w ślepą uliczkę, bo praca szła mi gładko. Samodzielna praca z pasji, z chęci dowiedzenia się „co będzie, jeśli”. Ta fantastyczna strategia, jaką na mnie zastosował spowodowała, że doktorat pisałam lekko, przy pełnym obciążeniu domem i dziećmi. To było jak koło zamachowe. Zmęczona kontaktami z maluchami, siadałam wieczorem do komputera i symulowałam oddziaływania atomowe. I paradoksalnie nabierałam przy tym energii. Trochę to były podobne światy, moje dzieci wokół mnie biegały jak elektrony, a atomy na monitorze drgały i się przemieszczały. Niby chaos, ale zbieżny, powtarzalny. Samowzbudny mechanizm.

Opowiem tylko jedną historię osobistą z życia mojego wspaniałego mentora. Kiedy miał 10 lat wybuchło w Warszawie powstanie. Chciał do niego pójść, ale matka złapała go w porę i powstrzymała. Zdążył tylko pomóc wybudować jedną barykadę. Bardzo się wzruszam, kiedy o tym myślę, patrząc na moich synów i zdając sobie sprawę, że gdyby go mama nie powstrzymała, może by go nie było. Może bym nie miała okazji spotkać go w moim życiu i docenić wielkości jego serca i umysłu. Bardzo jestem dumna, że go znam i dziś wypiję z nim kawę żartując w towarzystwie jego cudownej żony, z którą nie tak dawno, w kościele na Gubałówce obchodził złote gody.

Lista w mojej glowie

Mam taką listę w glowie,
w dowolnej kolejności,
Niic naglącego, nic co muszę
a mogę.

Jazda na koniu w galopie
Tango w Lizbonie
Zostanie astronautką
I zobaczenie z bliska księżyca
Złota suknia w teatrze
Wiosenne tulipany
I czeremcha w ogrodzie
Zaśpiewanie Withney Huston
Bez fałszu, publicznie
Pływanie nocą w jeziorze
Leżenie pod gwieździstym niebem
na Kubańskiej plaży
Albo na Dead Valley
w marcu, w grudniu,
kiedykolwiek.

Sen w ramionach
kochanego mężczyzny
nad ranem,

Wciąż nie przestałam
marzyć,
Co spełnię?
Nieistotne.
Wystarczy dać życiu
żyć.
A ono się wydarzy.

29 czerwca 2019

Poczekam

Trochę na ciebie poczekam
Tak postanowiłam
W sile
Ciesząc się, że wiem czego chcę
I nie uciekam
Jak długo?
Nie wiem
Może chwilę
Może godzinę, rok
Może do przyjazdu autobusu
Co mnie powiezie w przyszłość
Bez ciebie
A może nie wsiądę?
Nie wiem
Zaczekam
Może przyjdziesz
Nie do mnie
Do siebie
Takiego jakim jesteś
Przy mnie.

29 czerwca 2019

No to się wylało …

Zaczęłam pisać, tfu, tfu przez lewe ramię, książkę. Co z tym będzie? Nie wiem. Nie dałam rady nie pisać i takie mam alibi w razie czego, jak mnie kto spyta. Może piszę do kosza, do szuflady, nie do bloga na pewno. Za dużo tam szczegółów z mojego życia, jakie jeszcze nie zostały oswojone, ale będą. Czuję, że będą.
Jedno wrażenie, ta książka się ze mnie wylewa, jak nieustający potok. Wstrzymywałam ją zbyt długo, znaczy się, bo piszę jadąc autobusem, myślę o niej myjąc zęby i jedząc, robiąc podsumowanie symulacji, zasypiając, robiąc przelew. Jakby mnie przepełniła i teraz mam potop. Leje się, leje, słowa, słowa, wspomnienia, sytuacje. Powiedziałam koledze w pracy, a on na to:
– Teraz się trzeba będzie przy tobie zachowywać, bo jak nie to nas obsmarujesz w książce.
Żart, ale ja nie piszę brukowych historyjek. Piszę o sobie i o tym, co zdarza się jak się wywracasz i wstajesz z mojego czysto osobistego punktu widzenia. Konfrontuję się ze sobą na bieżąco w głowie, to czemu tego nie opisać? Nie podpowiedzieć komuś co się może wyłożył plackiem i nie umie się rozeznać, którą nogą planował wstać. Bo planował zapewne, a tu nie wyszło. Ja leżę ostatnio parę razy na dobę, ale jakoś się czołgam do pracy, do domu, na tangu tańczę z rwącym bólem klatki piersiowej, albo pieczeniem w gardle. Ale ja, typ siłaczki, jak mogę nie wstać? Wiem, jestem tego świadoma, że ta książka to także rodzaj ucieczki, ale też muszę, czuję, że muszę uporządkować to, co wiem o mojej przeszłości w świetle tego, co teraz widzę. I tyle. Tak chcę i tak robię. Nie brak mi czasu na to, jakoś tak jest, że jak czegoś naprawdę chcemy to się zdarza i mamy na to czas. Tu konferencja się zbliża, współpraca z Princeton aż kipi od obowiązków, projekt mi wisi, dzieci, dom, wybory, rozstania, spotkania, przyjaciele, sen. Mam na to wszystko czas, jak tego chcę. Więc jeśli twierdzisz, że chciałbyś coś zrobić, ale nie masz czegoś, żeby to zrealizować, środków czasu itp., to zastanów się co cię blokuje przed wzięciem tego. Może opinia, że za dużo chcesz i nie chcesz źle wypaść przed znajomymi? A może masz przekonanie, że ci się nie należy?
Ja miałam przekonanie, że jeszcze nie pora zaczynać, że za mało wiem i potrafię, że może jestem nieciekawa i nikt nie będzie chciał tego czytać. Te wszystkie rzeczy zweryfikują się same. W swoim czasie. Teraz zaczęłam, bez spinki. Może w ogóle to rzucę za dwa dni, albo za tydzień. Nie mam deadline’ów, nic mnie nie goni oprócz tych słów co się same pojawiają i nie dają spokojnie mi żyć. Dziś się waham czy pójść na tango, czy wrócić i pisać. Nic na siłę, spontanicznie zdecyduję. W swoim czasie, w chwili, w jakiej się zatrzymam na wyborze. Nic mnie przed tą sytuacją nie blokuje. A jak to będzie gniot, to wyrzucę. Czujecie jakie to lekkie i wolne? Można robić, albo nie robić i żyć z każdą możliwością. Nagle mogę jednocześnie pisać na blogu, kończyć tabelę wyników, kierować organizacją konferencji, przyjmować zagranicznego gościa, sprawdzać przelew córce, wypić kawę i pogadać, odpocząć od myśli i co jeszcze, co jeszcze? A jest dopiero 11.
Brak ograniczeń jaki czuję jest ulotny. Może mnie zaraz dopadną, a może im się wyślizgnę. Mogę sobie romantycznie pomyśleć o jakiejś ostatniej sytuacji z mężczyzną, mogę rozliczyć wyjazd zagraniczny i podpisać faktury. A tak byłam zblokowana wczoraj, że tylko miałam siłę dojść do pracy. I z tej gigantycznej niemocy i akceptacji, że nic nie mogę, z przeżycia całej wewnętrznej wściekłości, coś przeskoczyło we mnie naturalnie, bez pomocy, bez treningu pod dyktando metod rozwojowych, medytacja, joga, określenie celów, mapa marzeń, planów. W cholerę jasną, ile można się tresować tym wszystkim? Biedne zwierzątka mają lepiej.
Zdałam sobie sprawę, że mnie zawsze odrzucało od wszelkich dróg rozwoju osobistego. Aż się wzdragam, że miałabym wejść w jakąś koleinę czyichś metod. Chyba jestem zbyt indywidualna, odstrzelona na orbitę, żeby się naginać. Myślę, że każdy jest, ale nie każdy sobie pozwala. Przystosowujemy się do norm, do reguł, nawet je narzucamy innym. „No, jak on mógł coś takiego powiedzieć?” oburzamy się kiedy ktoś je przekracza. Napisałam ostatnio świński wierszyk. Ale tak świński, że odważyłam się go pokazać tylko dwóm moim koleżankom i jednemu facetowi. Koleżanka napisała, że mój geniusz literacki próbuje się przebić, a druga, że świetny i że wychodzę nim ze strefy komfortu. Jakiej strefy, spytałam siebie? Strefy komfortu grzecznych dziewczynek. Ułożonych, wykształconych, które wiedzą, umieją się zachować, nie plują, nie rzucają kamieniami, nie dają po pysku. Zdałam sobie sprawę, że ja, nawet jeśli nie mam ochoty nikomu teraz dołożyć, to czemu odbieram sobie prawo do tego, kiedy zajdzie taka potrzeba? Przecież może zajść. Nie chodzi o to, żeby się awanturować, podkreślam, ale żeby wyzbyć się ograniczenia, że nie wypada, że duma, godność nie pozwala, że trzeba być miłym, dostojnym, jak statua wolności. O nie, daleko mi do statuły. Czasem mam ochotę rzucić mięsem i mam świetnego kolegę do tego, rąbiemy mięso w rozważaniach fizycznych. Fizycy są pod tym względem świetni. Kląć i pisać równania, czemu nie. Język jakiego używamy nie piecze od słów na „k”, ale zdarza nam się pieprznąć jakiś parametr, albo wypierniczyć kappę, bo zawadza. Chrzań ten wynik, nie przystaje do innych, znaczy się nie zgadza. Nie czuję, że nasz język nas zubaża, wręcz przeciwnie, czuję, że się doskonale porozumiewamy. Nadajemy na tych samych falach. A te wszystkie „ą” i „ę” mi się nudzą.
Wracając do wierszyka, przeczytały go też moje córy. Jedna zrobiła oczy jak talerze, a druga podsumowała: „Ale przecież tak jest! Ja tam o siebie dbam, bo się depiluję.” I tyle jeśli chodzi o autorytet, o powagę i majestat. Syn zajrzał mi przez ramię i z wypiekami przeczytał. A niech ma. Gorsze rzeczy może spotkać w internecie niż słowo „ruchanie” napisane do rymu przez własną mamę. Żaden ze mnie Tuwim, co krytyków swoich zachęcał, żeby go „w dupę całowali”, ale miałam z tym wierszem więcej niż jedno zderzenie wewnętrznych przekonań i tabu językowego. Więc może właśnie tak jest, że jak się pozbywam granic zyskuję dystans do samej siebie i wtedy w ogóle mogę wybrać czy chcę kląć czy nie, bo jak ktoś nie daje sobie do czegoś prawa, to nie wybiera tylko jest skazany na dyplomatyczne wyrażanie się. To żaden wybór. Podobnie z gburami. Jak ktoś może być niemiły a wybiera bycie miłym to robi to świadomie i jego bycie miłym jest cenne, w przeciwieństwie do ludzi, co zawsze są mili, bo ich tak nauczono, wytresowano, ograniczono. Stąd wolę chyba gburów, co zabłysną delikatnością i sympatią do rozmówcy, niż wyuczonych dyplomatów ze sztuczną miną. Coś mi się porobiło w tej autentyczności, że chyba już nie będę taka miła dla innych i taka dobra dla ogółu. I chwała tym, co mnie na to naprowadzili.

O mojej sile

Ostatnio wiele się u mnie dzieje, więc trudno mi znaleźć czas na pisanie. Dom, rodzina, praca, znajomi. Wszystko się zmienia. Zauważyłam, że przetrwały tylko autentyczne relacje i autentyczna ja, w tym zawirowaniu, w jakim jestem. Chciałam napisać o sile, jaką nagle w sobie odkryłam, ale w międzyczasie wielokrotnie potknęłam się, albo raczej zawiesiłam, na bezsilności, bezradności i braku poczucia jakiejkolwiek wartości wewnętrznej. Pomyślałam, że może nie jestem dość silna, żeby jednak pisać o sile, że nic o niej nie wiem?

Dziś, po długim weekendzie, obfitującym w wiele wypadków, zmian i moich obserwacji, zrozumiałam, że moja siła tkwi w akceptacji tego, że czasem mam prawo być zwyczajnie bezsilna. To stan przejściowy, jak wszystko w życiu. Zmienia się z chwili na chwilę, nie warto dlatego uciekać od uczuć jakie przychodzą, nie warto dawać im się spiętrzać. Prawdziwą siłą dla mnie jest widzenie spraw takich, jakimi naprawdę są i przyjmowanie ich z dobrodziejstwem inwentarza. Ktoś odchodzi, ktoś wraca, nowa praca, nowy dom. Wszystko to jest przez chwilę zmianą, potem przywykamy i staje się fundamentem, czymś rozpoznawalnym dla nas.

Strach przed nowym jest naturalny. Czasem nasze życiowe doświadczenia ostrzegają przed zmianami. A zmiany to codzienność i nie tylko w tak trywialnym sensie jak pogoda, ale w takim jak reagujemy na ten zmienny świat, jak robimy sobie w nim przestrzeń, do czego dążymy, czego pragniemy. Każdego dnia wygląda to nieco odmiennie i to jest naturalne, bo każdego dnia jesteśmy odrobinę, albo całkiem poważnie, inni. Zatrzymanie się w czasie na przeszłości, która boli, która wiąże nas, jest również naturalne. Niektóre procesy wymagają czasu, wypalanie się złości, żalu, nostalgii. Na to wszystko potrzebna jest akceptacja przemijania. Akceptacja ulotności naszego życia i naszego kontaktu z tym, co się w nim zdarza.

Nauczyłam się nie zamykać na doświadczenia. Ostatnie lata mocno dały mi w kość, ale zrobiłam się od tego nie twardsza, ale mądrzejsza i bardziej doceniłam siebie, pokochałam się nawet w rejonie cech, jakie uznawane są za nie najlepsze, takie jak nierozsądne lokowanie uczuć (jakby rozsądek miał coś wspólnego z miłością), jak swoboda w wyrażaniu siebie (jakby sztywne przestrzeganie manier czemuś służyło), jak dziecięca ciekawość świata (jakby dorosłość była taka fajna), jak płynięcie z życiem, a nie pod prąd (jakby wysiłek w walce z tokiem zdarzeń był czymś innym niż startą czasu, mylnie zwaną bohaterskim męczeństwem za sprawę). Jest tego więcej, ale tyle na razie wystarczy. Do tego, żeby wyrażać się właśnie tak, jak się czuję, musiałam iść przez ciernie iluzji mojej przebogatej wyobraźni. Iluzje straszące mnie, że jak coś powiem, zrobię, nie tak, to pożałuję. I okazało się w małym podsumowaniu, że raczej żałuję, że nie zrobiłam czegoś niż, że zrobiłam to, czego naprawdę chciałam, nawet jeśli potem w konsekwencji tego, co wybrałam, wchodziłam w miejsca i sytuacje, jakich nie znałam, potykałam się i myliłam. W końcu prawda się odkrywała w pełnej krasie i widziałam ją, a ona jest najsilniejszym fundamentem rzeczywistości, warto do niej dążyć. Prawda o mnie, o świecie wokół, o ludziach, których czasem widziałam lepiej, niż oni sami siebie widzą, bo miałam perspektywę swoich wielu bardzo trudnych doświadczeń, które mi poszerzały spojrzenie o milę.

W ostatnim roku nawiązałam wiele prawdziwych, głębokich przyjaźni, one też dają siłę. Ludzie jacy mnie otaczają są wspaniali, wielowymiarowi i odważni. Jestem dumna, że mogę z nimi coś przeżywać, że mogę się do nich zwrócić ze swoimi sprawami. Czuję, jak ta przyjazna przestrzeń kojąco na mnie wpływa i czuję, że ją współtworzę ze świadomością, że nikt absolutnie nie jest idealny, ale każdy jest unikalny. To jedna z najsilniejszych prawd, jaka mi się odkryła. Nauczyłam się też, że na ludzi nie powinno się wpływać, manipulować nimi, nawet w sytuacji, kiedy wydaje nam się, że im pomagamy. Oni pomoc wybiorą sami, jeśli są na nią otwarci. To również siła powstrzymać się przed działaniem, przed ratowaniem kogoś na siłę. Ta siła to mądrość. Odkryłam, że nie muszę być nadmiernie silna ale, że mogę się z niemocy położyć i leżeć, czasem minutę, godzinę. A czasem trwa to tylko sekundę, ale warto ją zauważyć, by być bardziej świadomym siebie.

Kiedy jestem w sile, przychodzą do mnie doświadczenia małe i wielkie. Czasem bardzo dojmujące, zmieniające mnie na zawsze, a czasem trochę porządkujące moje widzenie siebie. Odkryłam, że moja siła to również szczerość z samą sobą. Kiedy jestem szczera, zawsze jestem silna, nawet swoją niemocą. Kiedy jestem szczera potrafię spojrzeć na problemy nieszablonowo i odkryć rozwiązanie, jakiego bym nie zauważyła zakłamując rzeczywistość.
Moja obecna siła to autentyczność, a kiedy się na nią nie zdobywam, akceptacja tego, że jeszcze nie jestem dość silna w zaaprobowaniu wszystkich swoich cech, szlifów osobowości. Pewnego dnia części mnie, na razie odsunięte, znów znajdą we mnie miejsce. I to wydaje mi się prawdziwie piękne, przyjmowanie siebie takiej, jaką się w danej chwili jest, z całym dobrodziejstwem, z powrotem, na miejsce. Jakbym układała puzzle idealnie pasujące, ale rozproszone z cierpliwością do wciąż zmieniającego się obrazu.

Wiem, że to co piszę może być nieczytelne dla tych, co szukają dróg na skróty, chcą szybkiego efektu, ale każda droga wymaga czasu. Moja idzie bardzo bujną w doświadczenia krainą. Aż czasem śmieję się w duchu, że nie wiem, bo autentycznie nie wiem, co czeka mnie za rogiem, za drzewem, za mostem. Ale mam dość ciekawości życia, żeby iść i najpierw spojrzeć, spróbować, potem tam dotrzeć, a czasem rzucić się nawet w niepewną otchłań w celu dotarcia do jakiegoś doświadczenia. Ale to oczywiście jest mój wybór. Nikomu nie zalecam się przełamywać do szaleńczego tempa, bo niekiedy wystarczy potruchtać, nie biec, a efekty i tak przychodzą. Po prostu taka jestem, że nie wystarcza mi wolne tempo, więc przyspieszam, bo czuję się wtedy zdrowo, dynamicznie i prawdziwie.

Moja siła, czyli mądrość, pozwala mi zaakceptować każdą pozorną porażkę, bo wszystkie one są tylko lekcjami życia. Zaakceptować odejścia i przyjścia, elastycznie przystosowuje mnie do bycia. I otwiera mnie na to, że sobie poradzę, będąc tylko i aż sobą w tym, co nieodgadnięte, nieznane, a co nazywamy przyszłością.

Dzień Matki

Lena.i ja – luty 2002 rok.

Siedzę w ogrodzie. Na Dzień Matki postanowiłam sobie niczego nie oczekiwać, nie planować, nie spieszyć się nigdzie. Mam jakieś obowiązki, coś tam niedokończone, coś nie poodkurzane, nie ugotowane, nie wysłane, nie poprane, ale podlałam malutkie pomidorki koktajlowe dostane od koleżanki, też matki, i wsadzone do ziemi. Wiatr rusza pnączem, kwiaty kwitną, ziemia się zieleni. Po prostu raj. Bratki wylewają się z doniczek, a wczoraj pierwsza żółta róża zakwitła w pełni, bez już odszedł. Porobię dziś na drutach, poczytam, coś zjem i pośpię, pospaceruję, posiedzę. Wczoraj potańczyłam i dziś dam odpocząć stopom, biegły do autobusu, by nie uciekł, bo następny byłby za pół godziny i reszta ciała zmarzłaby na przystanku nocą. Tak się złożyło, że mijałam szpital, w jakim urodziłam wszystkie swoje dzieci. Zatrzymałam się na chwilę patrząc: „Które to okno – pomyślałam – sala morelowa, orzechowa, wiśniowa …” Chyba wiem, choć budynek się zmienił.

Dostałam dziś z rana od Dzieci podstawki na świeczki z pięknego fioletowego szkła, figurkę Buddy złączoną ze świecznikiem – „Model przenośny, jak będziesz podróżować, to weźmiesz ze sobą” – biały, elegancki, jak z chińskiej porcelany, figurkę do ogrodu „grass mana” i przytulasy z całusami. Na Netflixie Iwo umieścił w moim profilu piękne zdjęcie kobiety z długimi włosami w wianku ze stokrotek i nazwał moje konto „Mamusia”. Wzruszyłam się, takie to było piękne. Kiedy wczoraj Córka malowała mi paznokcie, wysłuchałam całej masy informacji o szkole, koleżankach, nauczycielach. Tak ostatnio rozmawiam z dziećmi, pytam i słucham. Nie radzę, nie zarzucam, nie strofuję. Mam mądre dzieci, one same potrafią o siebie zadbać w wielu sferach. Moja metoda wychowania może się nie podobać, ale się sprawdza. Widzę to i się cieszę. To proste, szanować dziecko jak człowieka, dawać mu przestrzeń. Niech się wyraża. I stać z tyłu żeby je wesprzeć kiedy się waha, albo się wycofuje. Nie łapać za kark, nie umniejszać, nie robić z niego swojej lepszej wersji. Nie docinać pędów indywidualności do ideałów, jakimi nasiąknęliśmy. Ideały się zmieniają. To, co robili nasi rodzice, w najlepszych intencjach próbując zapewnić nam to, czego sami nie mieli, często okazywało się nam zupełnie niepotrzebne. Wolę, żeby moje dzieci uczyły się jak samemu zdobywać to, czego zechcą niż nakierowywać je na zdobywanie konkretnych rzeczy, jakie mnie się wydają ważne. Praca, zawód, pasję, przyjaciele, plany. Wszystko to zmienia się w naszych realiach, w naszym rzeczywistym czasie zbyt szybko, żeby ocenić z wyprzedzeniem, co okaże się dla nich najlepsze. Sama, patrząc wstecz, widzę, jak wiele moich planów ziściło się zupełnie na opak, a i tak nazywam to szczęściem. Zbytnie planowanie dziecięcego życia powoduje zatory wewnętrzne ich własnych dróg, ich pasji, możliwości i blokuje energię, jaka płynie bez wysiłku w kierunku odkrywania, jakie to dziecko naprawdę jest, jaki człowiek się z niego wyłania. Szkoły, dodatkowe lekcje, warsztaty, wszystko to przerabiałam, jeśli dziecko realizuje wyobrażenia rodziców, a nie swoje, niszczymy jego właściwy potencjał, nie dajemy mu szansy na, być może dalekie od naszych marzeń, realizacje dziecięcego jestestwa.

Lipiec 2004.

Nauczyłam się przy dzieciach puszczać kontrolę nad sprawami, na jakie nie mam wpływu. Mam dzięki nim umiejętność taką jak hipermultitasking, swobodnie zarządzam grupami ludzi, umiem czytać ich silne i słabe strony i wspierać ich rozwój, jestem empatyczna, otwarta na nieoczekiwane, elastyczna, zadaniowa i odpowiedzialna. Może bym taka nie była bez nich. Ostatnio Córka mnie zapytała, co pamiętam z jej wczesnego dzieciństwa. Pamiętam strzępki, obrazy, emocje, śmiech i wszystko na raz, jakieś sytuacje z palcem nad świeczką, torebki, które zrobiłam dziewczynkom na drutach i balowe sukienki, ospę, co przez miesiąc więziła nas w domu zimą, kolki i spacery po mrozie, zdobycie Śnieżki w Sylwestra z roczną Leną na plecach i niechęć Bartka do zanurzania się w Mazurskich jeziorach, słowa Julii „Już dziewiąta Misiaczku”, karmienie piersią, sen drogi jak złoto i ciągłe niepokoje. Moje opanowanie przy wypadkach, profesjonalne opatrunki wyuczone w szkole na przysposobieniu obronnym i tęsknotę na konferencjach, telefony „Co tam słychać? Bartek nadal kaszle?”, czekanie pod przedszkolem na transport do domu, ranne wstawanie nieprzytomnych ciałek i zakładanie spodni, skarpet. Zapomniane prace, pastele, „Nie chce mi się tego robić”, czasem „Nienawidzę cię!, a czasem „Kocham cię”. Wszystko w jednym. Nie pamiętam często w tym wszystkim siebie. Jakbym wirowała w byciu matką zbyt szybko, żeby się zatrzymać i rozejrzeć, żeby się sobie i swojemu życiu przyjrzeć uważniej. Tyle było zadań i nadal jest, a ja chciałam wszystkiemu sprostać, wszystko dopełnić z miłości, z poczucia głębokiego obowiązku, z zatraceniem części siebie. Części, która egoistycznie i rozsądnie mówiła „Odpocznij!”. Teraz wiem, że przez nieumiejętność zatrzymywania się w czasie, pewne rzeczy w przeszłości straciłam. Dlatego teraz się zatrzymuję, czasem na dłużej, żeby dobrze ocenić, gdzie jestem i co powinnam zrobić. Nie idę przez to wolniej, po prostu nie muszę dzięki temu zawracać z nieodpowiednich ścieżek, w jakie się zapędzałam bezrefleksyjnie pędząc przez życie.

Zawieszam się i dziś w chłodzie ogrodu. Słońce jeszcze do mnie nie doszło. Wieczorem pójdę na wybory. Zrobię rysunki do publikacji. Nie teraz, potem. Świat zatrzymuje się wraz ze mną i mogę się nim cieszyć, zupełnie jak moimi dziećmi. A kiedy wstanę, ruszy, ale będę z nim w lepszym kontakcie, łatwiej go zobaczę, nie jak plamę rozmytego krajobrazu za oknem pendolino życia, ale dotykalną rzeczywistość, w każdej chwili gotową do interakcji ze mną. Tak jak moje dzieci, które przychodzą do mnie w różnych chwilach rozwiązać swoje supły problemów, albo tylko się cieszyć. Nie zawsze im mogę pomóc, nie zawsze się z nimi śmieję. Nie zawsze potrafię poradzić, nie zawsze mam nastój na brykanie. Kiedyś się za to ganiłam. Teraz wiem, że każdy z nas ma ograniczenia, nie wie wszystkiego, a udawanie dobrej zabawy się nie udaje, czasem po prostu nie ma dobrego wyboru. Nie ma się o co obwiniać. Pokazanie dzieciom, że się nie wie, że się nie ma na coś ochoty, jest świetnym doświadczeniem. Bardzo je polecam, tym nieomylnym zwłaszcza i tym pretendującym do tytułu idealnego rodzica. Dzieci wyciskają z nas poty, obnażają lęki, o jakie się nie podejrzewaliśmy i dają nam możliwość ich uwolnienia. Na zawsze, byle się z tym ocknąć, byle to dostrzec. Ja dostrzegłam i za to jestem im bardzo wdzięczna. Dzięki nim swoją rolę matki odegrałam i odgrywam z pokorą i miłością ucząc się na błędach.

I mając to wszystko na uwadze, dziś wieczorem zadzwonię do swojej mamy z życzeniami, bo choć wciąż mam pretensje o przeszłość, doceniam to, co usiłowała zrobić dla mnie przez lata, i co teraz próbuje zrobić dla moich dzieci, a więc i dla mnie.

O zmroku

 

Gdy niebo cięższe jest od ziemi
Chociaż to ziemia smutki nosi
Gdy jest nieczułe na modlitwy
Łzy samotności deszczem rosi

Zamykam oczy, by nie widzieć
Jak światło ginie pod sklepieniem
I jak umiera we mnie przeszłość
I jak zabiera mi nadzieję.

We mgle schowana własnych złudzeń
Dotknęłam stopą prawdy wreszcie
I na nic serca kołatania
Słowa, gdy martwe śpi powietrze

Na nic kolory, kiedy ciemność
Rozcina prostym cięciem nicość
I na nic rozpacz, bo tej pustki
Nie da się zgłębić tajemnicą.

Zostanę tutaj nim noc minie
Ona nie będzie ze mną wiecznie
Zasadzę ogród swoich wspomnień
Niech one zwrócą mi powietrze

Jak kwiaty żywe przeszłym blaskiem
Proch ich rozpadu wzbudzi żyzność
W łagodnym świcie, w rytmie serca
Wstanie z popiołów moja przyszłość.

20 maja 2019