Podróż do Princeton

Siedzę na lotnisku oczekując na odlot do Nowego Jorku. Lecimy na naukową wizytę do uniwersytetu w Princeton, trzeciej najlepszej uczelni na świecie. Odlot się opóźnia. Samolot, który nas zabierze przyleciał późno ze Stanów i musimy poczekać aż go sprawdzą. Słucham George’a Michaela i nic mi więcej nie potrzeba. W końcu nie sprawdzę za obsługę samolotu, nie rozciągnę czasu, żeby pomieścił nasze opóźnienie, wypiłam kawę z automatu, zjadłam kanapkę z kurczakiem w stylu american lunch i czekam pisząc. Córka przedwczoraj zdała maturę, wiem to, i ona też wie. Do przedmiotu dodatkowego, jakiego wcale nie miała w szkole, nauczyła się na korkach sama i napisała go świetnie. Jestem z niej dumna, ale nie o tym chciałam napisać. Często nie widzimy faktów, a opinie. Kiedy mówię Mojej Córce, że sama zawdzięcza sobie osiągnięcia, wyniki, bo pracuje na nie wytrwale widzę, jak czasem trudno jej przyjąć, że jest wyjątkowo dobrze zorganizowana i konsekwentna. Nie widzi siebie na faktach. Wyssała to z mlekiem matki, można powiedzieć, bo mi również trudno jest przyznać, że coś mi się wyjątkowo dobrze udaje. Jak ten wyjazd, który jest wielką nobilitacją, a zawdzięczam go wytrwałej, konsekwentnej i twórczej pracy naukowej ostatnich kilku lat. Taki jest fakt, nie opinia. Fakt. Jadę do człowieka, który jak portal doskonałości naukowej przepuszcza przez swoje laboratorium wszystkich ważnych naukowców z mojej dziedziny. Publikuję z nim prace w świetnych czasopismach i się lubimy. Dzięki mnie ja i inni naukowcy polecieli lub polecą do niego i zetkną się z nauką na najwyższym światowym poziomie na uniwersytecie, gdzie tworzył legendarny Einstein i matematyk Nash, znany z filmu „Piękny umysł”. Dzięki projektowi, który wygrałam w konkursie, mam możliwość rozszerzać horyzonty swoje, a również bliskich i dalekich mi ludzi nauki, zaszczepiać zainteresowanie nowymi technologiami i ciekawością nowych aplikacji w medycynie, biologii, mikrotechnologii. Takie są fakty, nie opinie.

Mamy ten problem, szczególnie w Polsce, gdzie ludzie nie chcą się wyróżniać i chwalić, żeby ich zawiść ludzka nie kąsała, że się ukrywamy z sukcesami, z tym co nam wychodzi dobrze, albo świetnie. Ja też skromie się zawsze wycofuję, kiedy ktoś mówi, że sobie radzę w pracy, czy w życiu w ogóle. To mylące i nieprawdziwe, kiedy bardziej krytycznie na siebie patrzymy niż inni. Nie warto, bo potem dochodzi do absurdu, że ludzie chełpią się czymś nieistotnym co wynika wyłącznie z próżności i rosną w pióra, a my już siebie pomniejszyliśmy mówiąc, że to co robimy i jak robimy, jest takie zwyczajne. Warto mieć w pobliżu takich ludzi, którzy trzymając się faktów właśnie, potrafią pokazać nam, gdzie zaszliśmy, jeśli sami tego nie widzimy. Tacy ludzie wspierają nas, konfrontując z rzeczywistością. Najmocniej jednak wspiera nas nasze własne przekonanie, co potrafię, kiedy widzę siebie faktycznie, nie w oparach pochwał, albo krytyki. Staram się nie przykładać zbyt wielkiej wagi do opinii, jeśli nie ma ona poparcia w faktach. Jak zmierzyć bowiem, że ktoś jest dobrym naukowcem, kierowcą, księgową, nauczycielem czy pielęgniarką? Powiem wam, że wcale nie jest to proste. Układanie ankiet, punktacje, zarobki itd. oddają tylko część prawdy. A jak dodatkowo zmierzyć talenty? Czy Picasso był lepszy od Van Gogha? Nie da się porównać, nie ma też poziomów w innych sferach zawodowych. Wbrew pozorom, każdy z nas się realizuje na tak wielu polach, że ocena czy ktoś jest dobry, lepszy, czy gorszy po prostu moim zdaniem nie jest możliwa. I nie pomoże tu ilość wystrzałowych fotek z ciekawych miejsc na Facebookach, Instagramach w wystudiowanych pozach, nie pomoże ostry silnik w samochodzie, tytuł przed nazwiskiem, apartament w centrum, albo basen w ogrodzie i konto pękające od sześciocyfrowych liczb.

Nie ma moim zdaniem żadnej adekwatnej miary do pokazania czy człowiek realizuje w spełnieniu swoje plany, innej niż fakty kształtujące jego zdanie o sobie. Jak kobieta rodzi dziecko i odkłada plany zawodowe, a potem na siłę zakłada firmę, bo czuje się zepchnięta do szuflady nieróbstwa domowego i popada w obłęd robienia biznesu robiąc sobie krzywdę, to o jej postawie decydują nie fakty a opinie. Człowiek może realizować się wspaniale mieszkając w Bieszczadach daleko od szlaków i robiąc sobie na ogniu posiłek, jak i w wielkich korporacjach zapięty pod szyję sztywną konwencją. Liczą się fakty, a najbardziej to, co sam delikwent naprawdę myśli o swojej aktywności życiowej. Ja na moim podwórku wiem, że rodzina, praca, przyjaciele, tango, ale też drobne czynności jak robienie na drutach, czytanie w fotelu książek i kopanie w miniogrodzie, a czasem podróżowanie dalekozasięgowe i zgłębianie swojej świadomości są równie ważne i, w każdym z tych obszarów robię to, co lubię, co mi leży najwygodniej. Bo ważne jest dla mnie, czy w tym, co robię, na każdym polu, jestem ze sobą szczera, spełniona, czy się w tym, co robię kocham, czy dla odmiany tresuję do wizerunku bohatera. Dlatego jak mi ktoś wygłosi opinię, że lepsze są wakacje na Cyprze niż sadzenie kamelii japońskich przy domu, to powiem – zależy w jakiej chwili. Jak mam ochotę na kamelie, to Cypr mnie nie odciągnie od ogrodu. Wiem zwyczajnie co jest dla mnie w tym momencie właściwe, jest mi przyjemne, co mnie karmi wewnętrznie. A może Cypr nie będzie wcale, nigdy? Może, nie będę się czuła gorzej, jeśli tam nie dopłynę, bo leżenie w fotelu latem i patrzenie na kwitnące w ogrodzie kwiaty jest cudownie relaksujące dla mojej duszy i to wyczerpuje moją potrzebę piękna. Albo granie na bębnach jest dla moich znajomych ważniejsze niż latanie do Ameryki, wolą Afrykę, gdzie jest bębnów kolebka. A nawet jakby była w Pcimiu pod Starą Wsią na podkarpaciu, to wybieraliby to miejsce, a nie kurorty z błyszczącymi jachtami w porcie albo drapaczami chmur na horyzoncie. To jest wybór świadomy, realizujący to czego się pragnie najbardziej.

Zdobywanie kolejnych sprawności w życiu nie kończy się nigdy, ale ważne, aby to były nasze sprawności, nie czyjeś, nie narzucone opinie, a nasze marzenia. Nie ważne jak dalekie od popularnych w społeczeństwie stereotypów. Ja te stereotypy uwielbiam łamać, ale z wyrozumiałością patrzę, jak się ludzie silą na ciekawe życie, widać tego im potrzeba. Tylko czy zastanawiają się, po co? Czy są ze sobą szczerzy?
Właśnie ruszyło wchodzenie na pokład. Córka zamówiła mi Ubera na lotnisko i wycałowała przed podróżą. Napisała mi potem w smsie: ”Już za Tobą tęsknię.” Ja też tęsknię za dziećmi i będę tęsknić, a wracać będę z radością bo, jak mówią starzy Żydzi, to czego należy sobie życzyć to „wielu szczęśliwych powrotów”. Powrotów do dzieci, przyjaciół, ogrodu, fotela i tanga.

Nowy początek

 

Pełna poezji, w pełnym słońcu,
rozmytą barwą malowana
siedzę w ogrodzie swego losu
w pułapce czasu zatrzymana.

Przeszłość wyrasta bujnym kwieciem,
zieleń przyszłości wróży pąki,
już nie przesadzam, lecz doglądam,
jak wszystko rośnie w swej harmonii.

Podnoszę oczy w jasne niebo
poprzetykane byłą rosą,
wspominam wszystko co odeszło,
albo zginęło pod mą kosą.

Nie komponuję już kwietników,
nie strzygę pędów niepokornych,
nie tępię obcych zarodników
i szarobiałych myszy polnych.

Wypijam kawę bez wyrzutów
nad czyjąś książką pochylona,
a w sercu spokój nad spokoje
i jasność w sercu nieskończona.

1 maja 2019

O miłości i religii

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo – lat prawie 6)

W tym roku nie obchodzę właściwie Świąt Wielkanocnych. Tak się złożyło w moim przypadku, ale też wybrałam nieudawanie, że się w tym odnajduję. Trzy lata temu wystąpiłam z kościoła katolickiego, złożyłam podanie, mam pieczątkę, że przyjęto, ale decyzji, że kościół odnotował moje odejście nie otrzymałam nigdy. Może powinnam pójść do kurii i tam poprosić, jak w każdym innym urzędzie, zapłacić za rozpatrzenie prośby, za znaczek skarbowy, albo zgodnie z modłą kościoła wyklęczeć, i wtedy dostałabym to, o co proszę, potwierdzenie łaskawej zgody na odejście. Można również powiedzieć, po co mi to w ogóle? Było mi to wewnętrznie bardzo potrzebne, aby nie istnieć na liście osób przynależących, jeśli nie przynależę ani duchowo, ani fizycznie, ani rozumem, ani sercem. Księdzu w parafii powiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie jestem antyklerykalna a aklerykalna i areligijna w ogóle. Nie interesuje mnie żaden związek wyznaniowy, nie czuję przynależności choć rozumiem, że ludzie chcą gdzieś należeć, bo takie mają potrzeby i to jest zupełnie zrozumiały mechanizm. Wolimy czuć się częścią czegoś niż odizolowani, sami.

Prawdziwych chrześcijan poznałam wielu i nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do ich wiary i postawy. Wiary nie da się zmierzyć, pojąć umysłem, nauczyć na wieloletnim kursie w szkole, czego dowodem są zlaicyzowane pokolenia pookrągłostołowe. Jakoś nikt tego nie chce zauważyć, ale też podważyć nie umie. Wiara albo jest albo nie, nie siedzi w rozumie a w sercu. Zerojedynkowo, nikt jej nie wpoi w połowie. W domu można tylko wytresować do obrzędu, ale jeśli jednostka nie ma wiary, zwyczajnie się dostosowuje. Ja się wystosowałam, bo nie mogłam udawać. Tak mam. To, że mnie traktowano jako katoliczkę było dla mnie jak kamień w bucie. Zostawiłam ten kamień na podjeździe w parafii i teraz, jak to mówi moja znajoma, cudowna chrześcijanka prosto z serca, grzech jest już po stronie tych, co zaniedbali rozpatrzenie do końca mojej sprawy.

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo)

Nie znoszę kłamstwa, obłudy, fałszywych ludzi, którzy wycierają sobie usta Bogiem i wiarą, a nienawidzą tak mocno, że zaślepieni w nietolerancji atakują innych. Taki niestety widzę i dzisiejszy kościół katolicki i inne kościoły, mojżeszowy, proroka Mahometa. To, że Boga chce się ująć w zasady odpowiedniego ubrania w świątyni, w jedzenie czy niejedzenie potraw, klękanie, modlitwy i rytuały, okraszone doskonałą sposobnością na biznes kwitnący z wyrzutów sumienia jednostek, to jeszcze nie jest tak przygnębiające, jak fanatyzm nawracania wszystkich na swoją modłę i wykluczania tych, co się nie podporządkowali. Jestem poza nawiasem takich postaw i działań, formalnie, bo się wypisałam i mentalnie, bo mi to nie odpowiada, żeby innym narzucać, jak mają żyć.

Jest we mnie paradoksalnie wiele z wartości chrześcijaństwa: współczucie, miłość i prawda. Prawda mnie wyzwala, miłość mnie prowadzi, ze współczuciem widzę otaczający mnie świat i ludzi. Ludzi słabych, silnych, poukładanych i zagubionych, wolących proste zasady wpojone, zapożyczone, rzadko własne, rzadko przemyślane i uczciwie przyjęte w zgodzie ze sobą, raczej dla wygody. Takich ludzi łatwo prowadzić nawet nad przepaść absurdu, zagłady, nienawiści, nietolerancji.

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo)

Jako ludzie mamy wolną wolę, dar od Boga każdej religii i niezależnie gdzie, i z kim przebywamy możemy albo się wywyższyć przynależnością do swojego religijnego stada, albo otworzyć na różnorodność w szacunku do innych. Dopóki ci inni nie zmuszają nas do przestrzegania swoich zasad, możemy się nimi nie martwić, możemy im dać żyć jak chcą, jak wybrali.

Może to moja własna utopia, ale wiem, że kiedyś będziemy po prostu ludźmi, nie kato, ewango, islamo, greko, pastafarianami, ale ludźmi. Wierzę w mojej osobistej religii, że kiedyś wszystkie podziały weźmie jakiś uniwersalny Szatan i z miłością je spali w kominku przy fajce dla ogrzania kopyt. Tego Wam wszystkim życzę z głębi serca niepokornego apostaty, z okazji pięknego, sięgającego czasów pogańskich święta odrodzenia, przemiany i przezwyciężenia śmierci i niemocy – Świąt Wielkanocnych.

O miłości do bezsilności

Nepal 2018 [Fot. K.T.]
Ostatnio doświadczam blokady. Blokady na pisanie. Oczywiście ten wpis może się wydawać dowodem wręcz przeciwnej tezy, ale tak, jak z piosenką Ciechowskiego: „Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy”, albo „Teksańskim” Hey, jest to próba zracjonalizowania mojego oporu i niemocy. Mam tak wiele tematów w głowie, że nie wiem od czego zacząć, i to też jest problem, nie nad tym jednak chcę się zogniskować, a na poczuciu bezsilności wobec różnych życiowych chwil, sytuacji, ludzi i okoliczności, jakie napotykamy, gdy zwyczajnie idziemy w czasie przez świat. Bezsilność wywołuje w nas panikę, bo świat wydaje się, wymaga od nas, aby sobie radzić, zawsze znaleźć rozwiązanie i wiedzieć czego się chce. Inaczej patrzymy na siebie jak na fujary życiowe, nieudaczników. I tak naprawdę nie bezsilność nas przeraża, a opinia, że możemy zostać uznani za mazgaja, co się do niej przyznał. Ja właśnie nie wiem co zrobić i stoję w tym po kolana, jak w irlandzkim mule bagiennym. Już próbowałam się miotać wydostając nogi, już udawałam, że mułu nie ma, już sobie tłumaczyłam, że nie ja jedna, już płakałam z wściekłości, już obwiniłam kogo trzeba, już się rozliczyłam z przeszłości, co mnie tu, w ten muł zawiodła i …nic. Wszystkie techniki pozytywnego myślenia, joga, medytacja, kompilacja analityczna faktów, i moja mądrość życiowa nie działają. Stoję jak stałam. Nie mogę się ruszyć, a świat porusza się, nie zwalnia i mam wrażenie, że tracę czas, energię, okazję, że jestem fujara, bo choć się staram, nic … stoję jak stałam.

Wiele razy w życiu stawałam tak zafiksowana, i jak tylko się orientowałam, że to bezsilność szłam w działanie wychodzenia niemal z ciała, żeby tylko się nie przyznać, że nic nie mogę zrobić. Bo to takie słabe, nie móc nic. Kto się przyzna do słabości? Nikt. A ja właśnie, w tej chwili, bo to ważne, że to punkt w czasie, może odcinek, w tej chwili jestem bezsilna i tyle. Nie mogę nic. Sklecić zdania do wyrażenia sensownie myśli, słów co czasem płyną wodospadem, a teraz ledwie ciekną mi przez palce i czuję brak sił do dodania im ostrogi, żeby stały się mocne, wartkie, błyszczały czystością rozważań. Nie umiem i stoję w moim mule. Daję sobie czas, gubię się i odnajduję, walczę ze sobą, z bezsilnością i rezygnuję. Aż w końcu przychodzi taki moment, że świadomość zagania mnie do narożnika i wiem, że teraz nawet, gdybym się szarpała, nie mogę nic. Stoję wypełniona strachem, jak sparaliżowana i przeżywam bezsilność. Nie mogę, ponieść czyjegoś życia, nie mogę skupić się na pracy, nie mogę wybrać za kogoś dobrze, nie mogę uśmiechnąć się do syna, nie mogę zasnąć, nie mogę oderwać się od zmartwień, nie mogę wrócić i naprawić sytuacji, nie mogę wybiec w przyszłość i przygotować, nie mogę znaleźć, nie mogę wydusić z siebie odpowiedniego słowa, nie mogę przewidzieć zdarzeń, nie mogę kogoś kochać a kogoś nie kochać, nie mogę umrzeć, nie mogę wybrać, nie mogę się pożegnać, przywitać, zrozumieć, zapiąć guzika, sprzątnąć podłogi, napisać wzoru w latexu, nie mogę odpocząć. Nie mogę w tej chwili przeczytać. Nie pomaga na to delicja i kawa, nie pomaga spacer, nie pomaga rozmowa z przyjacielem, córką, nie pomaga film wieczorem, koncert, niebo. Nie pomoże, bo inaczej zagłuszę bezsilność, a ona jest autentycznym uczuciem we mnie. Nie mogę nic zrobić, zatrzymuje mnie w czasie, w chwili, kiedy ją czuję i jedynym sposobem na nią, jest akceptacja, że ma prawo wypełnić mnie sobą na chwilę. Nie mogę spowodować, żeby wgnieciona blacha samochodowa wygięła się teraz z powrotem, żeby wysypana sól nie była wysypana, żeby słowo cofnęło się po wypowiedzeniu do ust. Nie da się! Czasem po prostu nie da się …
Z bezsilnością kontaktuję się regularnie i zauważyłam, że kiedy daję jej w sobie miejsce, na wyrażenie tego czego dotyczy, kiedy patrzę na myśli, jakie mnie do niej prowadzą, oswajam tę niemoc i staje się łagodniejsza za każdym razem. Na drugim biegunie bezsilności jest siła. Często boimy się być silni. Zauważyłam, że kiedy nie pozwalamy sobie na siłę, bezsilność zjawia się jako wskazówka. Mówi do nas: „Jeśli czasem nie użyjesz swojej siły, będzie tak jak teraz. Co wolisz?” Wolę być w sile, niż w niemocy. Dlatego usiadłam i napisałam cokolwiek, nie po to, żeby przełamać opór, żeby się zmierzyć, ale żeby napisać, że akceptuję to, że mogę być bezsilna wobec różnych rzeczy. Wobec ludzi, wobec uczuć. Mogę być bezsilna, bo zaakceptowana bezsilność odchodzi i wraca siła do niesienia świata, drobnych spraw i tych istotnych. Można jej, tej bardzo niekochanej bezsilności powiedzieć: „Też jesteś pożądana. Masz u mnie dom, kiedy mam stan z jakim się mierzę.” I wtedy ona mówi: „Ok. Jestem i w ciebie wierzę.” Każdy nasz aspekt, bezsilność również, nas wspiera. Trzeba odkryć jak, indywidualnie. Kiedy czuję się bezsilna teraz, w tym momencie, zatrzymuję się, bo ona wskazuje, że może poszłam gdzie nie trzeba, że dążę do czegoś, co nie jest dla mnie, a może zbyt mocne mam intencje wobec czegoś, na co nie jestem gotowa. Kiedy będę, przyjdzie samo w sile i nie będę się czuła, jak zaprzężona w wóz pełen kamieni. Może trzeba coś przygotować, a może jest zupełnie inna droga, jaką trzeba pójść, by to samo zrobić. Akceptacja zatrzymania w bezsilności daje nam impuls do rozejrzenia się w sobie. Jak tego nie zrobię, będę brnęła w coś przy oporze całego mojego wszechświata. Dlatego to zbawienne, że czasem nie mogę, że staję w mule bezsilności i rozglądam się nie w panice, a z uwagą, co robię źle, co mnie drąży, wysysa mi energię i dobre samopoczucie. Przytulam te miejsca mocniej, zauważając ich istnienie, nie pędzę zaraz naprawiać siebie, ale widzę, że zamiast pójść na masaż pojechałam na obiad rodzinny, albo umyłam samochód zamiast pospać dłużej w weekend. Bezsilność jest hamulcowym dla naszego rozpędzonego ego, co nas gna przez świat i jeśli się jej poddamy czasem na chwilę, na moment, najpierw tylko zauważymy, że przyszła, może nie zgubimy jej przesłania, że ona nas w gruncie rzeczy kocha, że odsłania nam prawdziwą strukturę świata, jakiej nie możemy dostrzec rozpędzeni w działaniu do prędkości światła, pochłonięci robieniem tego, co uważamy za słuszne.

„- Zatrzymaj się! – powiedziała Moja Bezsilność.
– Dokąd idziesz taka skoncentrowana na celu?
– Do siebie.
– Czyżby? – spytała.
– Nie widzisz, że już tam byłaś wcześniej, kiedyś, że nie wzięłaś szalika i zmarzłaś?
– Tam jest ciepło, lecę!
– Weź mnie ze sobą, sprawdzę ci pogodę, kiedy będziesz leciała przed siebie.
– Dobrze, wsiadaj. Tylko mnie nie zwalniaj.
– Oczywiście, czasem ci tylko powiem, że jestem, kiedy zobaczę zmarznięte dłonie.
– Dłonie są nieważne, ważna jest głowa i moje myśli.
– Więc ty dbaj o głowę, a ja zadbam o dłonie. W końcu pochodzę z twojego serca, ono wie, że każda część twojego ciała jest ważna. Ono mnie wysłało, kiedy wystrzeliłaś w te swoje marzenia.
– Marzenia są ważne. Po co żyć bez marzeń?
– Tak, zawiąż sznurówkę, bo się potkniesz, albo zgubisz but między mgławicami i go nie odnajdziesz.
– Bez buta też się da marzyć.
– O tak, ale na balu w marzeniach lepiej ci się będzie tańczyć w butach, niż bez nich.
– Kochana jesteś, że o tym pomyślałaś.
– Leć już, tylko mnie nie przeganiaj, kiedy się odzywam.
– Nie obrażaj się, wiesz, że jestem popędliwa.
– Dlatego tu jestem, kochanie. Żebyś żyła najlepiej jak potrafisz. Zadbamy o to razem.”

Kiedy z Tobą tańczę

Kiedy z Tobą tańczę
zapominam
jaki mamy dzień,
co za godzina,
skąd, dlaczego
gdzie i po co …

Stopy ziemię
moją złocą
i wibruje we mnie serce
w niepokoju
i w podzięce
za moje nogi
za Twoje ręce
za Twoje oczy
za moje biodra
za myśli,
od których staję się wolna.

Za niebo ciemne pod powiekami,
za gwiazdy nieliczne
i za mój bezgłos
za dźwięk w muzyce
za Twoją ciszę
głębię oddechu, który słyszę.

Za ziemskość
w każdym ruchu
w harmonii, w ciele
za oczekiwanie
za to, co z Tobą dzielę
a czego nie nazywam,
bo słów nie trzeba nadużywać.

4 kwietnia 2019

O miłości do wybierania

Dokonujemy wyborów przez całe życie w trybie dyskretnym i ciągłym. Nikt i nic nie uchroni nas przed wyborami. Nawet brak wyboru jest wyborem, więc z dwojga złego lepiej samemu wybrać, kiedy ma się jakąkolwiek intencję w sytuacji i oczekiwania na jej rozwiązanie. Niekiedy nie możemy się zdecydować, wybór nas przytłacza. Paradoksalnie dla kogoś z boku ten wybór może być prosty, ale dla nas to impas na trzy spusty, czy wsiąść do tej łódki i odpłynąć, czy jeszcze zostać na lądzie.

Walczyłam ze sobą na wielu polach przy wyborach. Kiedy patrzę w przeszłość widzę, że często sytuacje na jakie byłam już przygotowana przychodziły jako gotowe rozwiązania, ale nie wybierałam ich, bo sądziłam, że życie nie może być proste, również w wyborach. Projekty, praca, sytuacje osobiste. Wolałam wycofać się na z góry ustalone pozycje i czekać. W ten sposób minęło mnie wiele przygód, na które się nie odważyłam. Nie miałam na nie siły, albo zaufania do świata, że mnie poprowadzi właściwie, że nie zginę. Oczywiście niewiele mi groziło, jak wiem z perspektywy czasu, ale strach miewa wielkie oczy i dopiero, jak pokochałam strach w sobie i pozwoliłam się sobie bać, zrobiło się miejsce na coś więcej i na nowe wybory również.

Wszyscy dookoła mówią mi, że nie należy żałować przeszłości co minęła. Ja się zgadzam z niezaprzeczalnym faktem, że minęła, ale żal trzeba wyrazić, jeśli przychodzi, bo jeśli go tłumimy akonto radości, ulgi, żal niewyrażony piętrzeje, spina nas i w końcu wraca z siłą, z jaką go wyparliśmy. Dlatego wolę żałować na bieżąco, po trochu. Czasem zajmuje to chwilę mojej jazdy samochodem i potem mogę już śpiewać z Celin Dion albo nucić do muzyki z „Piratów z Karaibów”. Nie chojraczę tym, że nie mam żalu do różnych sytuacji, czyli tak naprawdę do siebie, że stało się coś co mnie zraniło, coś co zniknęło, szansa, pragnienie czy miłość. Niektórzy uznają to za stratę czasu tak zanurzać się w emocje związane z przeszłością, ale nie da się zaprzeczyć, że one są. Są obecne w nas i jeśli mają ujście, zostaną wyrażone, odejdą i te miłe, i te niemiłe również. Wtedy zrobi się miejsce na nową rzeczywistość, na nowe wrażenia, uczucia. Do naszego wnętrza będzie się mogło dostać to, co może zginęłoby w środowisku emocji z przeszłości, zmarniałoby obok tęsknoty za plażą latem w 69-tym, starą miłością z liceum, wstydem z potknięcia przy szefie. Wszystko co przeżywamy zostawia emocjonalne ślady nie tylko w takich, jak ja wrażliwcach, w każdym.

Kiedy emocje płyną bez zakłóceń, kiedy robimy im przestrzeń, uwalniają nas od złudzeń, że ta plaża to jedyne co się liczyło i ta miłość, i to potknięcie. Uwalniają nas od siebie zaklętych w chwilach, myślach, o ile zdecydujemy się czuć, pozwalamy na te trudne stany, w których pozostajemy trochę bezbronni, bezradni, miotani czy to radością czy to smutkiem, tkliwością czy poczuciem zagrożenia. Moje Ja wewnętrzne nauczyło mnie, że najskuteczniej się zmieniam, kiedy pozwalam na emocję za emocją. Nie zatrzymuję ich analizując, nie tnę na plastry rozumem, ale czuję. To bolesne, żal za tym co się straciło, czego się nie podjęliśmy, ale to też twórcze. Zauważyłam, że ludzie mają szeroką tolerancję na wyrażanie emocji. Może ja przebywam ostatnio w takim gronie ludzi, dla których człowiek to stworzenie, które żyje i wyraża się niepowtarzalnym, specyficznym dla siebie kodem. Ten kod to słowa, mimika, gesty, postawa ciała, śmiech i inne dźwięki, czyli pełna ekspresja. Wyrażanie się też wybieramy na bieżąco. Powiedzieć czy nie powiedzieć, stać czy usiąść, patrzyć w oczy czy w podłogę, wziąć w ramiona, czy odejść. Nie wspomnę już o tym, co jeść, czy o tym, czy jechać autobusem czy samochodem, odwieczne problemy Warszawiaka z Białołęki.

Właśnie wpadł do mnie mój kolega z projektu i bardzo w temacie będzie musiał dokonać wyboru, jak wydać pieniądze przeznaczone na jego współpracownika w słonecznej Italii. Takie wybory są w miarę proste, bo pieniądze są na koncie, a opcji wydawania, nawet w naukowej skali, jest wiele, konferencja, wypłata, refundacja podróży, materiały do laboratorium, kolorowe obrazki w swojej publikacji, takie tam ekscesy. To się robi głową, podliczasz i wiesz.
Trudniejsze są wybory, jakie robimy sercem. Tu się nie da zmierzyć, porównać, przewidzieć. Wiele osób z jakimi rozmawiałam, wybiera, jak się okazuje z czasem, trochę tchórzliwie. Znajomy powiedział mi, że wybrał żonę spokojną, bo poprzednie kobiety przyprawiały go o zawrót głowy. Zbyt dużo było w nim sprzecznych emocji, czuł zbyt wiele trudnych uczuć. Małżeństwo nie przetrwało, ale są bardzo dobrą parą na odległość, bo łączy ich rodzicielstwo. Czasem trzeba mieć odwagę przetrwać, pozwolić się wypalić temu co nas boli przy człowieku, do którego ciągnie nas sercem. Zwykle odpalają się nam wtedy głębokie rany i tylko od tego, czy odważnie pozwolimy na ich rozpuszczenie, zależy czy będzie lepiej. A czasem po takiej pożodze nie zostaje nic i wtedy wiemy, też boleśnie, ale inaczej, że warto było przetrwać, żeby dotrzeć do prawdy o sobie. Tylko trzeba wybrać nie to, co zabezpiecza przed nieprzyjemnościami, co będzie komfortową wersją naszego życia, łatwą z jakichś względów. Racjonalny umysł nas do tego popycha wykazując milion powodów nie pójścia trudną drogą, ale kiedy serce prowadzi ścieżka układa się pod nogami, może wyboista, stroma, ale ona nas zabiera tam, gdzie nauczymy się najwięcej. Z serca i do serca. I kiedy przychodzi pora, umysł nie zatrzyma nas nawet, jak widzimy przepaść na chwilę przed zrobieniem kroku. Wyborami takimi nie powinniśmy się obarczać zanadto nawet wtedy, gdy nas poprowadziły najczarniejszą doliną cierpienia. Każdy wybór nas umacnia, uczy. Po to przyszliśmy, po naukę, z możliwością wyboru, nawet to czy się uczyć, czy nie, wybieramy.

Każdy powinien wybierać sam. Wpływanie na cudze wybory, to także wybór, ale to sprytna manipulacja. We wszystkich swoich relacjach staram się zachowywać z szacunkiem do wolności osobistej innych ludzi. Nie mówię im co wybrać, nie naciskam, nie wywołuję poczucia winy i, jak im się noga poślizgnie i wylądują w kałuży, nie piętnuję. Odpowiedzialność za swoje życie, za wybory, to trudna materia do pokazania. Ludzie mają tendencję do obarczania swoimi wyborami innych, żeby w razie czego zwalić na kogoś winę. Nie chcą, nie dążą do uznania konsekwencji swoich wyborów. W większości szukają powodów na zewnątrz, że nie podołali czemuś, coś im umknęło. Nie na wszystko mamy wpływ, ale w tym cała sztuka, żeby tę granicę swojego wpływu na rzeczywistość znaleźć. I wziąć odpowiedzialność za tę część. Jeśli ktoś jest ze sobą na uczciwej stopie, to widzi gdzie go własne wybory doprowadziły. Łatwiej na to spojrzeć kiedy się nie myśli o winie a odpowiedzialności. Wina wiąże ręce, z winy chcemy uciec. Odpowiedzialność to konsekwencja, zobaczenie co, i jak zaszło, i akceptacja tego stanu. Wtedy przychodzi czas na nowy wybór, pogłębiony nauką z obserwacji. Człowiek winiący siebie nie podejmuje wyborów racjonalnie, pragnąc się od tej winy uwolnić. Dlatego często wikła się jeszcze bardziej. Człowiek odpowiedzialny, bierze swoją część odpowiedzialności i wybiera świadomie, jak z nią iść.

Uczę się oddawać odpowiedzialność ludziom. Przez lata próbowałam udźwignąć świat za innych. Teraz wkładam kawałek po kawałku każdemu z moich bliskich odpowiedzialność na barki. Robię to z miłości i cierpliwie, nie żeby dołożyć, ale żeby uwolnić od siebie, od zależności. Idzie różnie, bo czasem tak przywykamy do tego, że ktoś za nas niesie, że nie dostrzegamy możliwości poniesienia sami i tego, że niesienie swojego życia na swoich barkach jest fascynującym doświadczeniem. Wybór to szczęście jakie, gdy je mamy, trzeba wycisnąć i za bardzo się nie wahać, nie obarczać efektem motyla, że moja decyzja strąci samolot na Malcie, albo popchnie kogoś w niewłaściwym kierunku. Gdy zrozumiemy, że inni ludzie, w tym dzieci również, podejmują swoje wybory, nie będziemy się tak obarczać ich samopoczuciem, niewłaściwym wg nas postępowaniem. Mówić co sądzimy trzeba, ale nie wymuszać, nie szantażować, aby ktoś na nasze polecenie dokonał wyboru, który z jakichś powodów nas zadowala. Ja swoje dzieci kocham jak dokonują wszelkich wyborów, ułatwiających i utrudniających życie. Miłość to akceptacja i wychowywanie do podejmowania decyzji na swój koszt, na własny rachunek. Od czasu jak moi bliscy sami jeżdżą autobusem, mój wpływ ogranicza się do tego na ile oni sami wpuszczą moje zdanie do ich świata, na ile się zechcą z nim skonfrontować. Jakakolwiek presja, kończy się oporem i winą zrzucaną na radzącego i zwolnieniem się z odpowiedzialności. Dlatego mówię, albo milczę i to działa lepiej niż tresura do usilnego wsadzenia człowieka na właściwą drogę. Tak wybrałam na podstawie moich doświadczeń. I konsekwencje takiej zmiany w wychowaniu moich dzieci i kontaktach z ludźmi już dostaję. Bywają różne, ale wiem, że kiedy podejmowałam decyzję, kierowałam się najszczerszą intencją zrobienia wszystkiego dobrze. To mnie nie uwalnia od konsekwencji, bo one i tak przyjdą, ale od winy zaniedbania, tchórzostwa i mataczenia. Wybrałam szczerość ze sobą i w relacjach z ludźmi. Jak nie lubię kogoś, to go omijam, jak lubię to pogadam. Jak mnie drażni to potrafię się odgryźć, a jak chce ze mnie ssać to odłączam definitywnie. Przy takim sposobie działania ludzie się szybko organizują, na tych co chcą i nie chcą ze mną przestawać, a ja oddycham z ulgą. Wybory stają się proste kiedy jesteśmy zorientowani o co nam chodzi we wszystkich sytuacjach, ale to raczej rzadkie. Jak nie wiem, to idę tam, gdzie mnie przyciąga najmocniej z ryzykiem, że się sparzę. Nie pierwszy raz. Ryzyko podjęcia niewłaściwego wyboru, to kolejna iluzja z jaką się zmagamy w życiu. „Gdybym wybrała tego a tego pana, to byłabym taka szczęśliwa” albo, „Gdybym sprzedał ten samochód rok temu to bym kupił nowy”. Pewnych rzeczy po prostu nie da się przewidzieć. Każdy wybór uczy, tylko czego innego i wiedząc o tym staram się odrabiać te lekcje, których jeszcze nie miałam. A z tych co miałam zapisuję mandale w sercu. Mandala za mandalą, wybór za wyborem, kolejne unieważniają poprzednie, przenikają przez siebie i kształtują mnie na co dzień. Każdego dnia jestem inna i inaczej wybieram, dlatego nie wiążę się tak ściśle z wyborami, ani koncepcjami swoich wyborów. W końcu jakoś przetrwałam do dzisiejszego deszczowego dnia całkiem zdrowa, poobijana, ale wciąż ciekawa tego, co jest za zasłoną nocy, gdzie kolejny dzień szykuje już dla mnie nowe wyzwania, emocje, obrazy, interakcje i … wybory.

Ps. Dziękuję za zdjęcie Autorowi, którego zdjęcia są tak piękne, że wywołują ciarki na moim ciele 🙂

Twój obraz

Odkryłam ciebie przez przypadek
odkryłam ciebie w drodze

Twój obraz mignął niespodzianie
kiedy błądziłam w trwodze

Usiadł w kąciku mego oka
skupiony i poważny
cierpliwie na spojrzenie czekał
milczał wpatrzony w gwiazdy

Aż wreszcie go dostrzegłam w pełni
niepewnie stawiam stopy …

Boję się stracić ciebie z oka
że mi z niego wyskoczysz
że znudzi ci się to czekanie
że wyjdziesz gdzieś na spacer
że znikniesz cicho w środku nocy
i że cię nie zobaczę …

10 marca 2019

O mojej poezji

Moja poezja nie jest nowa
dawne idee mocno splata
Czasem się w tej poezji chowam
Czasem odkrywam w środku lata

Ona mi daje jasność myśli
przeczucie tego co jest piękne
pozwala dookreślić, wyśnić
a czasem wybrzmieć jak w piosence

Rym niesie lekko moje słowa
po brzegi wypełnione treścią
Dla jednych radość ze słów woła
dla innych smutek płacze cierpko

Poezja takie ma granice
taką ma barwę, takie brzmienie
jak serca ciche nocą bicie
jak ogień w sercu lśni płomieniem.

Niech nikt poezji nie ocenia
nie waży słów miarami świata

Niech nas poezja niesie w przyszłość
i drogę naszą z gwiazd wyplata.

9 marca 2019

Z miłością na Dzień Kobiet

Dziś Dzień Kobiet. Międzynarodowy. Kobiety całego świata zwracają oczy w kierunku innych kobiet. W kierunku świata kobiet i ich roli w tym świecie. Jest wiele dyskusji, wiele akcji, wiele inicjatyw. Kobiety w domu, w demokracji, w pracy, w biznesie, w szkole, w parlamencie i w połogu. Wszędzie kobiety, połowa populacji globalnej, ale nie w każdym społeczeństwie. W Chinach, Indiach, gdzie dziewczynki w ostatnich dekadach nie były mile widziane, jest ich dramatycznie mało. Mężczyźni dostają tam autentycznego bzika z powodu niedostępności żeńskiej przeciwwagi. Rząd Chin namawia na gry komputerowe młodych mężczyzn, którzy nie mogą znaleźć partnerki, mafie kradną dziewczynki na żony, a w Indiach nastąpiła eskalacja przemocy seksualnej.
W spokojnej względnie Europie kobiety chcą walczyć o wyrównanie szans na rynku pracy, równowagę w opiece nad dziećmi i respektowanie nietykalności osobistej, o tolerancję dla ich inności od mężczyzn. Patriarchat zrobił już swoje i odpływa w zapomnienie na dobre. Pogorzelisko, jakie zostawił, leczyć będziemy pokoleniami. Mężczyźni paradoksalnie nie zyskali na nim specjalnie wiele. Wymagania jakie stawia spuścizna patriarchatu są nieszczęściem dla wielu panów, którzy świadomie chcieliby robić coś innego, być kimś innym niż macho, dorobkiewicz, szczur korporacyjny, co z lekceważeniem mówi o swojej kobiecie, popijając drinki w towarzystwie innych facetów pretendujących do bycia alfa-samcami. Z prawdziwą męskością niewiele to ma wspólnego. Świadome kobiety prawdziwą męskość rozpoznają w masie fałszywych atrap. I tak, jak prawdziwa kobiecość, ma ona wiele barw, wiele temperamentów. Mężczyzna szachowy, spokojny, zrównoważony, cichy. Mężczyzna tramp, wędrujący, wesoły, poszukujący. Mężczyzna muszkieter (pewien mój kolega wybitnie) opanowany, bystry, błyskotliwy. Mężczyzna skała, zawsze gotowy do wsparcia, mężczyzna tancerz tanga, namiętny, stabilny, wrażliwy, potrafiący kobietą i jej energią wyczarować prawdziwe piękno. Mężczyzna artysta twórczy, kreatywny,  mężczyzna bohater, poświęcający się dla innych. Ale na bok stereotypy vel archetypy. Wielu ich widziałam i widzę na co dzień. Ważne jest to, że męska energia w świadomych siebie mężczyznach jest zrównoważona energią kobiecą. Kobiecą empatią, subtelnością, wdziękiem. To nie jest niemęskie, kiedy mężczyzna potrafi mówić o emocjach, nie pozuje na twardziela, kpiarza. Pewnemu koledze powiedziałam, kiedy się przy mnie rozpłakał, że łzy mężczyzny są dla kobiety piękne. Prawda dziewczyny? Prawda. Wiele sytuacji trudnych, stresowych, można by łatwo rozładować stwierdzeniem: „To mnie boli”, zamiast atakiem w stylu: „Spadaj!” Ale do tego, żeby przyznać się do emocji potrzebna jest odwaga, a odwaga to – męstwo, czyli to co męskie. Warto się nad tym zatrzymać chwilę i poczuć, że paradoksalnie to, co w naszym społeczeństwie jest uznawane za męskie, siła fizyczna, buta, pozorny blichtr, pogarda dla słabości, to niedojrzałe postawy rodem z neolitu, kiedy łowca o takich cechach mógł się przydać do zabicia mamuta i inaczej swego plemienia, wspólnoty nie wspierał. Za rozwój społeczeństw zaś odpowiadali osobnicy przekraczający bariery umysłu, świadomości społecznej, mający dalekosiężne idee, plany, strategie, którzy pojmowali więcej niż, jak dopaść zwierzę, albo przeciwnika co wlazł na zajęty teren.

Nie jestem feministką, bo skutecznie obrzydzono to pojęcie, ale z wieloma ideami równości płci się zgadzam. Wiem jednak, że na zmianę optyki do zobaczenia tego, że kobiety mogą robić pewne rzeczy i nie powinno im się tego zabraniać, potrzeba lat. Trzeba wychowania nowych pokoleń mężczyzn i kobiet, którzy nie niosą np. społecznych uwarunkowań zależności żon od mężów, czy akceptowania przemocy w rodzinie. Dlatego moich chłopców i dziewczyny wychowuję w jednakowym poczuciu ich wartości jako ludzi, nie stosuję kodów ani religijnych, ani nawet kulturowych. A w każdym razie się staram. Wiem, że każdy z nas ma jakieś naleciałości w stylu – chłopak może wchodzić na drzewa, dziewczynkom nie wypada. Ja mam tego mało może dlatego, że jak byłam mała, łaziłam po drzewach jak małpa i niczego się nie bałam. Zauważam jednak inność moich dzieci pod względem płci i preferencji. Czasem, jak widzę pewne zachowania chłopców, mówię: „Wy to jednak jesteście z Marsa”. A oni się śmieją, tak po męsku z dumą, że tę męskość zauważam. Prawdziwym testem tolerancji dla indywidualizmu moich dzieci jest dla mnie ostatnio to, że Syn chce sobie przekuć uszy, a Córkę podleczam altacetem po rozbijaniu desek dłonią na taekwondo. I tu się biedzę i tam się biedzę, bo wiem, że nasze społeczeństwo nie na wszystko jest gotowe.

Świadome kobiety rozpoznają prawidłowo role, jakich się podejmują, role matek, żon, pracownic, liderek, źródeł wsparcia, zaplecza, stabilności, zaradności, kreatywności. Widzą konsekwencje podejmowanych decyzji zupełnie jak mężczyźni, nawet jeśli podejmują je inaczej. Nie są strukturalnymi ofiarami społecznych przekonań, nie czekają na względy, widzą co jest możliwe i czują swoją wartość. Kobiety posiadające rodziny i bezdzietne, bizneswoman i straganiarki, które mijam na bazarze pod Banacha. W przeciwieństwie do mężczyzn, przeważnie przyjmują strategie długofalowe, nie ryzykują. Ewolucja pokazała im, że warto pomyśleć w dłuższej perspektywie niż jedna zima, albo wiosna, kiedy dzieci rosną przy piersi. Wszystko wskazuje na to, że kobiety średnio są lepiej wyedukowane od mężczyzn. Tam gdzie edukacja kobiet jest wartością społeczną, abstrahując od możliwości rozwoju na rynku pracy, kobiety rodzą mniej dzieci, a społeczeństwa się bogacą. Dotyczy to i krajów skandynawskich, i Arabii Saudyjskiej.  Wszędzie tam, gdzie z kobiet robi się trochę inteligentniejsze zwierzęta lub trofea z wianem, cywilizacja cofa się do średniowiecza. Tam rodzi się przemoc na wielu poziomach społecznych od rodziny, po klany, kasty, narody, rasy. Tam z nienawiści robi się prawo państwowe, niepisane albo religijne, tam króluje tabu i zakłamanie egzystencjalne. Tam kobiecość zeszła do podziemia, wypierana jako zło, wywołująca strach, zasłonięta, obarczona grzechem istnienia. Szanuję każdą kobietę, taką jaka jest, w swych religijnych, społecznych przekonaniach, jeśli jest ona w nich prawdziwa. Często się jednak zdarza, że kobieta jest niewolnikiem systemu w jakim żyje. Jestem pewna, że podnoszenie poziomu świadomości we wszelkich sferach  takich, jak oczekiwania ekonomiczne, relacyjne, prawne, edukacyjne, seksualne, pasje, ambicje, poczucie wolności wewnętrznej i społecznej powinny być polem do dyskusji między nami. W tym wypadku kobietami i mężczyznami, albo zwyczajnie ludźmi. I również wiem, że nie wszędzie jest to możliwe.

Kobiety, nie oszołomki, nie walczą o masowy powrót kobiet na traktory i aborcję zamiast antykoncepcji. Kobiety walczą o świadomość ich wkładu w rozwój społeczny, czego nadal im się odmawia, zalepiając im usta słodkimi słówkami: „Proszę iść poniańczyć dzieci. Niech się pani nie obraża, ale pani nie da rady.” Nie wykluczajmy, bo może kobieta jednak sobie poradzi, może pani wymyśliła podnośnik do tej rzeczy/sprawy. Długa jest lista kobiet, które podniosły poziom naszego życia i świadomości. Pierwsze lądowanie na Księżycu lotu Apollo 11 oprogramowała piękna dwudziestoparoletnia blondynka. Nie sugerujmy się za mocno ani płcią, ani pozorną słabością naszej płci, bo  powiem przewrotnie, dlaczego by drzemiącego w kobietach potencjału, Drodzy Panowie, nie wykorzystać? Nawet do własnych celów, za zgodą, w harmonii, w pięknej symbiozie, jak w tańcu żywiołów: woda i ogień, ziemia i powietrze.
Kiedy widzę tańczące pary, w szczególności w tangu, a w nich autonomiczność osób i zależność jednocześnie, myślę sobie, że na tym polegać będzie nowa era współpracy między kobiecością i męskością w świecie. O ile znajdziemy na to w sobie dość odwagi do wyjścia z nierozwojowej, ale oswojonej sytuacji pozornej dominacji racjonalnych, silnych mężczyzn nad nieracjonalnymi, słabymi kobietami. Kobiety są już gotowe okazać się sobą w świecie uregulowanym przez męskość, gotowe do zmian takich, które nie tylko w Dniu Kobiet połowę populacji świata zauważą jako wyjątkowe,  twórcze, indywidualne osobowości wnoszące zrozumienie, tolerancję, miłość i pokój. I za to właśnie chylę czoło i powiem, bez przesady: Chwała kobietom, dziewczynom i dziewczynkom za to, że przetrwały, za to, że idą swoimi drogami, w zgodzie z kobiecością, która się staje dzięki temu wspaniałą wartością w naszym chaotycznym  ponaprężanym niebezpiecznie konfliktami świecie! Odwagi dziewczyny, odwagi!

Ps.
Dziś dostałam tulipana, piękny wiersz Gałczyńskiego, czekoladę z żurawiną, życzenia z całusem i przytulasy. Od kilku mężczyzn, w tym od Syna. I tę dobrą energię wysyłam do Was wszystkich, Kobiet i Mężczyzn, którzy to czytacie.