O mojej książce

Ktoś mnie ostatnio pytał, jak mi idzie pisanie książki. Powiedziałam, że pisanie jej to jakby chodzenie po rozrzażonych węglach. To trudne i pełne odwagi przedsięwzięcie, na skalę mojej bezsilności. Mam przebłyski, potem flauta, życie wdziera się drzwiami i oknem. Potem stwierdzam, że lepiej będzie żyć niż pisać. I wreszcie znów wraca podmuch w którym niesie mnie gdzieś nieprzerwanie myślami i usiłuję to złapać, wyzyskać do ostatniej kropli. Jest w tym i oczekiwanie na zrozumienie i na ulgę, która przychodzi kiedy znów się zamyka kanał połączenia i czuję się zmęczona i jednocześnie poukładana od nowa. I tak właśnie jest. To nie ma znaczenia, że to może być gniot i nikt tego nie przeczyta. To długotrwały stan oczyszczania i wglądu w siebie na poziomie niemal komórkowym. Jakbym zmieniała swoje DNA. Jakbym na nowo się rodziła. Tylko temu jest poświęcona ta książka. Taką ma rolę nic jej nie więzi, żadna ludzka ambicja. Jak mnie teraz. Jakbym patrzyła jej głęboko w oczy i mówiła do siebie. Jakbym się na nowo zobaczyła, ta wewnętrzna ja przyglądająca się tej zewnętrznej w całkowitej szczerości na jaką stać tylko głęboko kochające serce.

O męskich uczuciach inaczej

Istnieje błędne przekonanie, że mężczyźni czują inaczej. Nieprawda, czują to samo co kobiety, ale nie uzewnętrzniają tego, czując bardziej do wewnątrz. Kobiety czują na zewnątrz. Stąd z kolei błędne przekonanie mężczyzn, że kobiety to histeryczki, bo uczucie się z nich wylewa. Dlatego też tak trudno nam się dogadać między płciami. Ponieważ jednak mamy, każdy z nas ma, w sobie oba pierwiastki i kobiecy, i męski, więc komunikacja jest możliwa. I dotarcie do męskich uczuć też. One są, ale jak spytasz faceta, co mu jest, bo widzisz, że coś mu leży na sercu, to nie powie zwykle nic. Tak już jest i nie jest to bezwzględność męskiej duszy, a nieoswojenie jej z tym, kto pyta. Mężczyznę można oswoić ze sobą poprzez umiejętne włączanie swojego męskiego pierwiastka. Dlatego jak kto chce z samcem się dogadać, powinien na początku być trochę jak facet i rozumieć proste komunikaty. Jak mówi, że nie dojedzie na spotkanie, to nie dojedzie i tyle. Nie ma co wymyślać dramatycznych scenariuszy, że pewnie się z kimś spotyka, co jest typowo żeńską cechą kreatywnego skądinąd myślenia. Jak mu się nie powie, jak ma się zachowywać, czego się chce, albo nie, to bierze co chce, boś nie mówiła. Dlatego tak ważne jest normalne, stanowcze „nie”, kiedy trzeba i stanowcze „tak”, kiedy się czegoś chce. Tylko nieliczni faceci mają dość empatii, żeby czytać pośrednie komunikaty, stąd ryzyko niezrozumienia i fochy, że nie odczytał, albo się zagapił. Nic podobnego, nie artykułowałysmy kodem jego języka. Fakt, niektórzy tak przywykli do wygodnego zdania, że kobieta sama nie wie czego chce, że naginają granice nawet przy stanowczym „nie”. Tu już trzeba użyć argumentu porządkowego, na przykład męskiego sierpowego. Z mojego doświadczenia wynika, że faceci szybko się uczą kobiecego języka, jak im się chce, ale żeby im się chciało muszą mieć motywację i zrozumienie podstawowych zasad składni i łebskiego odbiorcę po drugiej stronie. Kobieta może trochę się postarać ograniczać swoje kreatywne reakcje i biorąc, jako narzędzie swoją intuicję i empatię, nauczyć się najpierw faceta sama. Co nam szkodzi poznać „wroga” zanim on nas pozna?
Niedawno gawędziłam w knajpie z przyjacielem i ten mi powiedział, a facet jest bardzo świadomy siebie i dojrzały, że za dobrze znam mężczyzn, za łatwo ich rozumiem. To nie problem dla mnie, ani dla nich, bo tego przeciw nim nie wykorzystuję. Moja graniczna szczerość w kontaktach jest dla nich jak balsam, bo niestety każdy spotyka kobiety, co rozłożą faceta, jak puzzle i potem trzęsą konstrukcją według swoich interesów i zasad. Mnie to nie interesuje. Mam wielu przyjaciół mężczyzn, z jakimi blisko rozmawiam na wszystkie tematy, z zachowaniem pełnej dyskrecji i obustronnym zaufaniem, bo facet niczego tak nie potrzebuje w kontakcie z kobietą, jak odkryć się przed nią swoją miękką częścią w ufności, że ona go zrozumie i, uwaga, zaakceptuje w pełni jego część i kobiecą i męską.
Jest wiele różnic między nami. Szczerość w kontaktach, zrozumienie, empatia, ale też wyznaczanie granic to klucz do przyjaźni, relacji, do miłości. Dlatego prawdziwe partnerstwo damsko-męskie opiera się na szczerości, zaufaniu i wolności. Nikt złapany w klatkę śpiewał nam nie będzie.
Przed chwilą mój mały facet, syn, wsiadł do autobusu, jakim wracam do domu i przy swoich wyrośniętych kolegach powiedział przyjaźnie:”Część mum!” Tak się do mnie zwraca. Odpowiadam:”Cześć Bartek.” Z nim też rozmawiam, jak z facetem, bo na takiego rośnie. Szczerze, poważnie, serdecznie. Lubię moje kontakty z facetami, bo mężczyźni są dla kobiet, jak podesłani z innej planety, a jednak nasi. I dlatego są tacy ciekawi i tak nas do nich ciągnie.

No to się wylało …

Zaczęłam pisać, tfu, tfu przez lewe ramię, książkę. Co z tym będzie? Nie wiem. Nie dałam rady nie pisać i takie mam alibi w razie czego, jak mnie kto spyta. Może piszę do kosza, do szuflady, nie do bloga na pewno. Za dużo tam szczegółów z mojego życia, jakie jeszcze nie zostały oswojone, ale będą. Czuję, że będą.
Jedno wrażenie, ta książka się ze mnie wylewa, jak nieustający potok. Wstrzymywałam ją zbyt długo, znaczy się, bo piszę jadąc autobusem, myślę o niej myjąc zęby i jedząc, robiąc podsumowanie symulacji, zasypiając, robiąc przelew. Jakby mnie przepełniła i teraz mam potop. Leje się, leje, słowa, słowa, wspomnienia, sytuacje. Powiedziałam koledze w pracy, a on na to:
– Teraz się trzeba będzie przy tobie zachowywać, bo jak nie to nas obsmarujesz w książce.
Żart, ale ja nie piszę brukowych historyjek. Piszę o sobie i o tym, co zdarza się jak się wywracasz i wstajesz z mojego czysto osobistego punktu widzenia. Konfrontuję się ze sobą na bieżąco w głowie, to czemu tego nie opisać? Nie podpowiedzieć komuś co się może wyłożył plackiem i nie umie się rozeznać, którą nogą planował wstać. Bo planował zapewne, a tu nie wyszło. Ja leżę ostatnio parę razy na dobę, ale jakoś się czołgam do pracy, do domu, na tangu tańczę z rwącym bólem klatki piersiowej, albo pieczeniem w gardle. Ale ja, typ siłaczki, jak mogę nie wstać? Wiem, jestem tego świadoma, że ta książka to także rodzaj ucieczki, ale też muszę, czuję, że muszę uporządkować to, co wiem o mojej przeszłości w świetle tego, co teraz widzę. I tyle. Tak chcę i tak robię. Nie brak mi czasu na to, jakoś tak jest, że jak czegoś naprawdę chcemy to się zdarza i mamy na to czas. Tu konferencja się zbliża, współpraca z Princeton aż kipi od obowiązków, projekt mi wisi, dzieci, dom, wybory, rozstania, spotkania, przyjaciele, sen. Mam na to wszystko czas, jak tego chcę. Więc jeśli twierdzisz, że chciałbyś coś zrobić, ale nie masz czegoś, żeby to zrealizować, środków czasu itp., to zastanów się co cię blokuje przed wzięciem tego. Może opinia, że za dużo chcesz i nie chcesz źle wypaść przed znajomymi? A może masz przekonanie, że ci się nie należy?
Ja miałam przekonanie, że jeszcze nie pora zaczynać, że za mało wiem i potrafię, że może jestem nieciekawa i nikt nie będzie chciał tego czytać. Te wszystkie rzeczy zweryfikują się same. W swoim czasie. Teraz zaczęłam, bez spinki. Może w ogóle to rzucę za dwa dni, albo za tydzień. Nie mam deadline’ów, nic mnie nie goni oprócz tych słów co się same pojawiają i nie dają spokojnie mi żyć. Dziś się waham czy pójść na tango, czy wrócić i pisać. Nic na siłę, spontanicznie zdecyduję. W swoim czasie, w chwili, w jakiej się zatrzymam na wyborze. Nic mnie przed tą sytuacją nie blokuje. A jak to będzie gniot, to wyrzucę. Czujecie jakie to lekkie i wolne? Można robić, albo nie robić i żyć z każdą możliwością. Nagle mogę jednocześnie pisać na blogu, kończyć tabelę wyników, kierować organizacją konferencji, przyjmować zagranicznego gościa, sprawdzać przelew córce, wypić kawę i pogadać, odpocząć od myśli i co jeszcze, co jeszcze? A jest dopiero 11.
Brak ograniczeń jaki czuję jest ulotny. Może mnie zaraz dopadną, a może im się wyślizgnę. Mogę sobie romantycznie pomyśleć o jakiejś ostatniej sytuacji z mężczyzną, mogę rozliczyć wyjazd zagraniczny i podpisać faktury. A tak byłam zblokowana wczoraj, że tylko miałam siłę dojść do pracy. I z tej gigantycznej niemocy i akceptacji, że nic nie mogę, z przeżycia całej wewnętrznej wściekłości, coś przeskoczyło we mnie naturalnie, bez pomocy, bez treningu pod dyktando metod rozwojowych, medytacja, joga, określenie celów, mapa marzeń, planów. W cholerę jasną, ile można się tresować tym wszystkim? Biedne zwierzątka mają lepiej.
Zdałam sobie sprawę, że mnie zawsze odrzucało od wszelkich dróg rozwoju osobistego. Aż się wzdragam, że miałabym wejść w jakąś koleinę czyichś metod. Chyba jestem zbyt indywidualna, odstrzelona na orbitę, żeby się naginać. Myślę, że każdy jest, ale nie każdy sobie pozwala. Przystosowujemy się do norm, do reguł, nawet je narzucamy innym. „No, jak on mógł coś takiego powiedzieć?” oburzamy się kiedy ktoś je przekracza. Napisałam ostatnio świński wierszyk. Ale tak świński, że odważyłam się go pokazać tylko dwóm moim koleżankom i jednemu facetowi. Koleżanka napisała, że mój geniusz literacki próbuje się przebić, a druga, że świetny i że wychodzę nim ze strefy komfortu. Jakiej strefy, spytałam siebie? Strefy komfortu grzecznych dziewczynek. Ułożonych, wykształconych, które wiedzą, umieją się zachować, nie plują, nie rzucają kamieniami, nie dają po pysku. Zdałam sobie sprawę, że ja, nawet jeśli nie mam ochoty nikomu teraz dołożyć, to czemu odbieram sobie prawo do tego, kiedy zajdzie taka potrzeba? Przecież może zajść. Nie chodzi o to, żeby się awanturować, podkreślam, ale żeby wyzbyć się ograniczenia, że nie wypada, że duma, godność nie pozwala, że trzeba być miłym, dostojnym, jak statua wolności. O nie, daleko mi do statuły. Czasem mam ochotę rzucić mięsem i mam świetnego kolegę do tego, rąbiemy mięso w rozważaniach fizycznych. Fizycy są pod tym względem świetni. Kląć i pisać równania, czemu nie. Język jakiego używamy nie piecze od słów na „k”, ale zdarza nam się pieprznąć jakiś parametr, albo wypierniczyć kappę, bo zawadza. Chrzań ten wynik, nie przystaje do innych, znaczy się nie zgadza. Nie czuję, że nasz język nas zubaża, wręcz przeciwnie, czuję, że się doskonale porozumiewamy. Nadajemy na tych samych falach. A te wszystkie „ą” i „ę” mi się nudzą.
Wracając do wierszyka, przeczytały go też moje córy. Jedna zrobiła oczy jak talerze, a druga podsumowała: „Ale przecież tak jest! Ja tam o siebie dbam, bo się depiluję.” I tyle jeśli chodzi o autorytet, o powagę i majestat. Syn zajrzał mi przez ramię i z wypiekami przeczytał. A niech ma. Gorsze rzeczy może spotkać w internecie niż słowo „ruchanie” napisane do rymu przez własną mamę. Żaden ze mnie Tuwim, co krytyków swoich zachęcał, żeby go „w dupę całowali”, ale miałam z tym wierszem więcej niż jedno zderzenie wewnętrznych przekonań i tabu językowego. Więc może właśnie tak jest, że jak się pozbywam granic zyskuję dystans do samej siebie i wtedy w ogóle mogę wybrać czy chcę kląć czy nie, bo jak ktoś nie daje sobie do czegoś prawa, to nie wybiera tylko jest skazany na dyplomatyczne wyrażanie się. To żaden wybór. Podobnie z gburami. Jak ktoś może być niemiły a wybiera bycie miłym to robi to świadomie i jego bycie miłym jest cenne, w przeciwieństwie do ludzi, co zawsze są mili, bo ich tak nauczono, wytresowano, ograniczono. Stąd wolę chyba gburów, co zabłysną delikatnością i sympatią do rozmówcy, niż wyuczonych dyplomatów ze sztuczną miną. Coś mi się porobiło w tej autentyczności, że chyba już nie będę taka miła dla innych i taka dobra dla ogółu. I chwała tym, co mnie na to naprowadzili.

O mojej sile

Ostatnio wiele się u mnie dzieje, więc trudno mi znaleźć czas na pisanie. Dom, rodzina, praca, znajomi. Wszystko się zmienia. Zauważyłam, że przetrwały tylko autentyczne relacje i autentyczna ja, w tym zawirowaniu, w jakim jestem. Chciałam napisać o sile, jaką nagle w sobie odkryłam, ale w międzyczasie wielokrotnie potknęłam się, albo raczej zawiesiłam, na bezsilności, bezradności i braku poczucia jakiejkolwiek wartości wewnętrznej. Pomyślałam, że może nie jestem dość silna, żeby jednak pisać o sile, że nic o niej nie wiem?

Dziś, po długim weekendzie, obfitującym w wiele wypadków, zmian i moich obserwacji, zrozumiałam, że moja siła tkwi w akceptacji tego, że czasem mam prawo być zwyczajnie bezsilna. To stan przejściowy, jak wszystko w życiu. Zmienia się z chwili na chwilę, nie warto dlatego uciekać od uczuć jakie przychodzą, nie warto dawać im się spiętrzać. Prawdziwą siłą dla mnie jest widzenie spraw takich, jakimi naprawdę są i przyjmowanie ich z dobrodziejstwem inwentarza. Ktoś odchodzi, ktoś wraca, nowa praca, nowy dom. Wszystko to jest przez chwilę zmianą, potem przywykamy i staje się fundamentem, czymś rozpoznawalnym dla nas.

Strach przed nowym jest naturalny. Czasem nasze życiowe doświadczenia ostrzegają przed zmianami. A zmiany to codzienność i nie tylko w tak trywialnym sensie jak pogoda, ale w takim jak reagujemy na ten zmienny świat, jak robimy sobie w nim przestrzeń, do czego dążymy, czego pragniemy. Każdego dnia wygląda to nieco odmiennie i to jest naturalne, bo każdego dnia jesteśmy odrobinę, albo całkiem poważnie, inni. Zatrzymanie się w czasie na przeszłości, która boli, która wiąże nas, jest również naturalne. Niektóre procesy wymagają czasu, wypalanie się złości, żalu, nostalgii. Na to wszystko potrzebna jest akceptacja przemijania. Akceptacja ulotności naszego życia i naszego kontaktu z tym, co się w nim zdarza.

Nauczyłam się nie zamykać na doświadczenia. Ostatnie lata mocno dały mi w kość, ale zrobiłam się od tego nie twardsza, ale mądrzejsza i bardziej doceniłam siebie, pokochałam się nawet w rejonie cech, jakie uznawane są za nie najlepsze, takie jak nierozsądne lokowanie uczuć (jakby rozsądek miał coś wspólnego z miłością), jak swoboda w wyrażaniu siebie (jakby sztywne przestrzeganie manier czemuś służyło), jak dziecięca ciekawość świata (jakby dorosłość była taka fajna), jak płynięcie z życiem, a nie pod prąd (jakby wysiłek w walce z tokiem zdarzeń był czymś innym niż startą czasu, mylnie zwaną bohaterskim męczeństwem za sprawę). Jest tego więcej, ale tyle na razie wystarczy. Do tego, żeby wyrażać się właśnie tak, jak się czuję, musiałam iść przez ciernie iluzji mojej przebogatej wyobraźni. Iluzje straszące mnie, że jak coś powiem, zrobię, nie tak, to pożałuję. I okazało się w małym podsumowaniu, że raczej żałuję, że nie zrobiłam czegoś niż, że zrobiłam to, czego naprawdę chciałam, nawet jeśli potem w konsekwencji tego, co wybrałam, wchodziłam w miejsca i sytuacje, jakich nie znałam, potykałam się i myliłam. W końcu prawda się odkrywała w pełnej krasie i widziałam ją, a ona jest najsilniejszym fundamentem rzeczywistości, warto do niej dążyć. Prawda o mnie, o świecie wokół, o ludziach, których czasem widziałam lepiej, niż oni sami siebie widzą, bo miałam perspektywę swoich wielu bardzo trudnych doświadczeń, które mi poszerzały spojrzenie o milę.

W ostatnim roku nawiązałam wiele prawdziwych, głębokich przyjaźni, one też dają siłę. Ludzie jacy mnie otaczają są wspaniali, wielowymiarowi i odważni. Jestem dumna, że mogę z nimi coś przeżywać, że mogę się do nich zwrócić ze swoimi sprawami. Czuję, jak ta przyjazna przestrzeń kojąco na mnie wpływa i czuję, że ją współtworzę ze świadomością, że nikt absolutnie nie jest idealny, ale każdy jest unikalny. To jedna z najsilniejszych prawd, jaka mi się odkryła. Nauczyłam się też, że na ludzi nie powinno się wpływać, manipulować nimi, nawet w sytuacji, kiedy wydaje nam się, że im pomagamy. Oni pomoc wybiorą sami, jeśli są na nią otwarci. To również siła powstrzymać się przed działaniem, przed ratowaniem kogoś na siłę. Ta siła to mądrość. Odkryłam, że nie muszę być nadmiernie silna ale, że mogę się z niemocy położyć i leżeć, czasem minutę, godzinę. A czasem trwa to tylko sekundę, ale warto ją zauważyć, by być bardziej świadomym siebie.

Kiedy jestem w sile, przychodzą do mnie doświadczenia małe i wielkie. Czasem bardzo dojmujące, zmieniające mnie na zawsze, a czasem trochę porządkujące moje widzenie siebie. Odkryłam, że moja siła to również szczerość z samą sobą. Kiedy jestem szczera, zawsze jestem silna, nawet swoją niemocą. Kiedy jestem szczera potrafię spojrzeć na problemy nieszablonowo i odkryć rozwiązanie, jakiego bym nie zauważyła zakłamując rzeczywistość.
Moja obecna siła to autentyczność, a kiedy się na nią nie zdobywam, akceptacja tego, że jeszcze nie jestem dość silna w zaaprobowaniu wszystkich swoich cech, szlifów osobowości. Pewnego dnia części mnie, na razie odsunięte, znów znajdą we mnie miejsce. I to wydaje mi się prawdziwie piękne, przyjmowanie siebie takiej, jaką się w danej chwili jest, z całym dobrodziejstwem, z powrotem, na miejsce. Jakbym układała puzzle idealnie pasujące, ale rozproszone z cierpliwością do wciąż zmieniającego się obrazu.

Wiem, że to co piszę może być nieczytelne dla tych, co szukają dróg na skróty, chcą szybkiego efektu, ale każda droga wymaga czasu. Moja idzie bardzo bujną w doświadczenia krainą. Aż czasem śmieję się w duchu, że nie wiem, bo autentycznie nie wiem, co czeka mnie za rogiem, za drzewem, za mostem. Ale mam dość ciekawości życia, żeby iść i najpierw spojrzeć, spróbować, potem tam dotrzeć, a czasem rzucić się nawet w niepewną otchłań w celu dotarcia do jakiegoś doświadczenia. Ale to oczywiście jest mój wybór. Nikomu nie zalecam się przełamywać do szaleńczego tempa, bo niekiedy wystarczy potruchtać, nie biec, a efekty i tak przychodzą. Po prostu taka jestem, że nie wystarcza mi wolne tempo, więc przyspieszam, bo czuję się wtedy zdrowo, dynamicznie i prawdziwie.

Moja siła, czyli mądrość, pozwala mi zaakceptować każdą pozorną porażkę, bo wszystkie one są tylko lekcjami życia. Zaakceptować odejścia i przyjścia, elastycznie przystosowuje mnie do bycia. I otwiera mnie na to, że sobie poradzę, będąc tylko i aż sobą w tym, co nieodgadnięte, nieznane, a co nazywamy przyszłością.

Dzień Matki

Lena.i ja – luty 2002 rok.

Siedzę w ogrodzie. Na Dzień Matki postanowiłam sobie niczego nie oczekiwać, nie planować, nie spieszyć się nigdzie. Mam jakieś obowiązki, coś tam niedokończone, coś nie poodkurzane, nie ugotowane, nie wysłane, nie poprane, ale podlałam malutkie pomidorki koktajlowe dostane od koleżanki, też matki, i wsadzone do ziemi. Wiatr rusza pnączem, kwiaty kwitną, ziemia się zieleni. Po prostu raj. Bratki wylewają się z doniczek, a wczoraj pierwsza żółta róża zakwitła w pełni, bez już odszedł. Porobię dziś na drutach, poczytam, coś zjem i pośpię, pospaceruję, posiedzę. Wczoraj potańczyłam i dziś dam odpocząć stopom, biegły do autobusu, by nie uciekł, bo następny byłby za pół godziny i reszta ciała zmarzłaby na przystanku nocą. Tak się złożyło, że mijałam szpital, w jakim urodziłam wszystkie swoje dzieci. Zatrzymałam się na chwilę patrząc: „Które to okno – pomyślałam – sala morelowa, orzechowa, wiśniowa …” Chyba wiem, choć budynek się zmienił.

Dostałam dziś z rana od Dzieci podstawki na świeczki z pięknego fioletowego szkła, figurkę Buddy złączoną ze świecznikiem – „Model przenośny, jak będziesz podróżować, to weźmiesz ze sobą” – biały, elegancki, jak z chińskiej porcelany, figurkę do ogrodu „grass mana” i przytulasy z całusami. Na Netflixie Iwo umieścił w moim profilu piękne zdjęcie kobiety z długimi włosami w wianku ze stokrotek i nazwał moje konto „Mamusia”. Wzruszyłam się, takie to było piękne. Kiedy wczoraj Córka malowała mi paznokcie, wysłuchałam całej masy informacji o szkole, koleżankach, nauczycielach. Tak ostatnio rozmawiam z dziećmi, pytam i słucham. Nie radzę, nie zarzucam, nie strofuję. Mam mądre dzieci, one same potrafią o siebie zadbać w wielu sferach. Moja metoda wychowania może się nie podobać, ale się sprawdza. Widzę to i się cieszę. To proste, szanować dziecko jak człowieka, dawać mu przestrzeń. Niech się wyraża. I stać z tyłu żeby je wesprzeć kiedy się waha, albo się wycofuje. Nie łapać za kark, nie umniejszać, nie robić z niego swojej lepszej wersji. Nie docinać pędów indywidualności do ideałów, jakimi nasiąknęliśmy. Ideały się zmieniają. To, co robili nasi rodzice, w najlepszych intencjach próbując zapewnić nam to, czego sami nie mieli, często okazywało się nam zupełnie niepotrzebne. Wolę, żeby moje dzieci uczyły się jak samemu zdobywać to, czego zechcą niż nakierowywać je na zdobywanie konkretnych rzeczy, jakie mnie się wydają ważne. Praca, zawód, pasję, przyjaciele, plany. Wszystko to zmienia się w naszych realiach, w naszym rzeczywistym czasie zbyt szybko, żeby ocenić z wyprzedzeniem, co okaże się dla nich najlepsze. Sama, patrząc wstecz, widzę, jak wiele moich planów ziściło się zupełnie na opak, a i tak nazywam to szczęściem. Zbytnie planowanie dziecięcego życia powoduje zatory wewnętrzne ich własnych dróg, ich pasji, możliwości i blokuje energię, jaka płynie bez wysiłku w kierunku odkrywania, jakie to dziecko naprawdę jest, jaki człowiek się z niego wyłania. Szkoły, dodatkowe lekcje, warsztaty, wszystko to przerabiałam, jeśli dziecko realizuje wyobrażenia rodziców, a nie swoje, niszczymy jego właściwy potencjał, nie dajemy mu szansy na, być może dalekie od naszych marzeń, realizacje dziecięcego jestestwa.

Lipiec 2004.

Nauczyłam się przy dzieciach puszczać kontrolę nad sprawami, na jakie nie mam wpływu. Mam dzięki nim umiejętność taką jak hipermultitasking, swobodnie zarządzam grupami ludzi, umiem czytać ich silne i słabe strony i wspierać ich rozwój, jestem empatyczna, otwarta na nieoczekiwane, elastyczna, zadaniowa i odpowiedzialna. Może bym taka nie była bez nich. Ostatnio Córka mnie zapytała, co pamiętam z jej wczesnego dzieciństwa. Pamiętam strzępki, obrazy, emocje, śmiech i wszystko na raz, jakieś sytuacje z palcem nad świeczką, torebki, które zrobiłam dziewczynkom na drutach i balowe sukienki, ospę, co przez miesiąc więziła nas w domu zimą, kolki i spacery po mrozie, zdobycie Śnieżki w Sylwestra z roczną Leną na plecach i niechęć Bartka do zanurzania się w Mazurskich jeziorach, słowa Julii „Już dziewiąta Misiaczku”, karmienie piersią, sen drogi jak złoto i ciągłe niepokoje. Moje opanowanie przy wypadkach, profesjonalne opatrunki wyuczone w szkole na przysposobieniu obronnym i tęsknotę na konferencjach, telefony „Co tam słychać? Bartek nadal kaszle?”, czekanie pod przedszkolem na transport do domu, ranne wstawanie nieprzytomnych ciałek i zakładanie spodni, skarpet. Zapomniane prace, pastele, „Nie chce mi się tego robić”, czasem „Nienawidzę cię!, a czasem „Kocham cię”. Wszystko w jednym. Nie pamiętam często w tym wszystkim siebie. Jakbym wirowała w byciu matką zbyt szybko, żeby się zatrzymać i rozejrzeć, żeby się sobie i swojemu życiu przyjrzeć uważniej. Tyle było zadań i nadal jest, a ja chciałam wszystkiemu sprostać, wszystko dopełnić z miłości, z poczucia głębokiego obowiązku, z zatraceniem części siebie. Części, która egoistycznie i rozsądnie mówiła „Odpocznij!”. Teraz wiem, że przez nieumiejętność zatrzymywania się w czasie, pewne rzeczy w przeszłości straciłam. Dlatego teraz się zatrzymuję, czasem na dłużej, żeby dobrze ocenić, gdzie jestem i co powinnam zrobić. Nie idę przez to wolniej, po prostu nie muszę dzięki temu zawracać z nieodpowiednich ścieżek, w jakie się zapędzałam bezrefleksyjnie pędząc przez życie.

Zawieszam się i dziś w chłodzie ogrodu. Słońce jeszcze do mnie nie doszło. Wieczorem pójdę na wybory. Zrobię rysunki do publikacji. Nie teraz, potem. Świat zatrzymuje się wraz ze mną i mogę się nim cieszyć, zupełnie jak moimi dziećmi. A kiedy wstanę, ruszy, ale będę z nim w lepszym kontakcie, łatwiej go zobaczę, nie jak plamę rozmytego krajobrazu za oknem pendolino życia, ale dotykalną rzeczywistość, w każdej chwili gotową do interakcji ze mną. Tak jak moje dzieci, które przychodzą do mnie w różnych chwilach rozwiązać swoje supły problemów, albo tylko się cieszyć. Nie zawsze im mogę pomóc, nie zawsze się z nimi śmieję. Nie zawsze potrafię poradzić, nie zawsze mam nastój na brykanie. Kiedyś się za to ganiłam. Teraz wiem, że każdy z nas ma ograniczenia, nie wie wszystkiego, a udawanie dobrej zabawy się nie udaje, czasem po prostu nie ma dobrego wyboru. Nie ma się o co obwiniać. Pokazanie dzieciom, że się nie wie, że się nie ma na coś ochoty, jest świetnym doświadczeniem. Bardzo je polecam, tym nieomylnym zwłaszcza i tym pretendującym do tytułu idealnego rodzica. Dzieci wyciskają z nas poty, obnażają lęki, o jakie się nie podejrzewaliśmy i dają nam możliwość ich uwolnienia. Na zawsze, byle się z tym ocknąć, byle to dostrzec. Ja dostrzegłam i za to jestem im bardzo wdzięczna. Dzięki nim swoją rolę matki odegrałam i odgrywam z pokorą i miłością ucząc się na błędach.

I mając to wszystko na uwadze, dziś wieczorem zadzwonię do swojej mamy z życzeniami, bo choć wciąż mam pretensje o przeszłość, doceniam to, co usiłowała zrobić dla mnie przez lata, i co teraz próbuje zrobić dla moich dzieci, a więc i dla mnie.

O zmroku

 

Gdy niebo cięższe jest od ziemi
Chociaż to ziemia smutki nosi
Gdy jest nieczułe na modlitwy
Łzy samotności deszczem rosi

Zamykam oczy, by nie widzieć
Jak światło ginie pod sklepieniem
I jak umiera we mnie przeszłość
I jak zabiera mi nadzieję.

We mgle schowana własnych złudzeń
Dotknęłam stopą prawdy wreszcie
I na nic serca kołatania
Słowa, gdy martwe śpi powietrze

Na nic kolory, kiedy ciemność
Rozcina prostym cięciem nicość
I na nic rozpacz, bo tej pustki
Nie da się zgłębić tajemnicą.

Zostanę tutaj nim noc minie
Ona nie będzie ze mną wiecznie
Zasadzę ogród swoich wspomnień
Niech one zwrócą mi powietrze

Jak kwiaty żywe przeszłym blaskiem
Proch ich rozpadu wzbudzi żyzność
W łagodnym świcie, w rytmie serca
Wstanie z popiołów moja przyszłość.

20 maja 2019

Podróż do Princeton

Siedzę na lotnisku oczekując na odlot do Nowego Jorku. Lecimy na naukową wizytę do uniwersytetu w Princeton, trzeciej najlepszej uczelni na świecie. Odlot się opóźnia. Samolot, który nas zabierze przyleciał późno ze Stanów i musimy poczekać aż go sprawdzą. Słucham George’a Michaela i nic mi więcej nie potrzeba. W końcu nie sprawdzę za obsługę samolotu, nie rozciągnę czasu, żeby pomieścił nasze opóźnienie, wypiłam kawę z automatu, zjadłam kanapkę z kurczakiem w stylu american lunch i czekam pisząc. Córka przedwczoraj zdała maturę, wiem to, i ona też wie. Do przedmiotu dodatkowego, jakiego wcale nie miała w szkole, nauczyła się na korkach sama i napisała go świetnie. Jestem z niej dumna, ale nie o tym chciałam napisać. Często nie widzimy faktów, a opinie. Kiedy mówię Mojej Córce, że sama zawdzięcza sobie osiągnięcia, wyniki, bo pracuje na nie wytrwale widzę, jak czasem trudno jej przyjąć, że jest wyjątkowo dobrze zorganizowana i konsekwentna. Nie widzi siebie na faktach. Wyssała to z mlekiem matki, można powiedzieć, bo mi również trudno jest przyznać, że coś mi się wyjątkowo dobrze udaje. Jak ten wyjazd, który jest wielką nobilitacją, a zawdzięczam go wytrwałej, konsekwentnej i twórczej pracy naukowej ostatnich kilku lat. Taki jest fakt, nie opinia. Fakt. Jadę do człowieka, który jak portal doskonałości naukowej przepuszcza przez swoje laboratorium wszystkich ważnych naukowców z mojej dziedziny. Publikuję z nim prace w świetnych czasopismach i się lubimy. Dzięki mnie ja i inni naukowcy polecieli lub polecą do niego i zetkną się z nauką na najwyższym światowym poziomie na uniwersytecie, gdzie tworzył legendarny Einstein i matematyk Nash, znany z filmu „Piękny umysł”. Dzięki projektowi, który wygrałam w konkursie, mam możliwość rozszerzać horyzonty swoje, a również bliskich i dalekich mi ludzi nauki, zaszczepiać zainteresowanie nowymi technologiami i ciekawością nowych aplikacji w medycynie, biologii, mikrotechnologii. Takie są fakty, nie opinie.

Mamy ten problem, szczególnie w Polsce, gdzie ludzie nie chcą się wyróżniać i chwalić, żeby ich zawiść ludzka nie kąsała, że się ukrywamy z sukcesami, z tym co nam wychodzi dobrze, albo świetnie. Ja też skromie się zawsze wycofuję, kiedy ktoś mówi, że sobie radzę w pracy, czy w życiu w ogóle. To mylące i nieprawdziwe, kiedy bardziej krytycznie na siebie patrzymy niż inni. Nie warto, bo potem dochodzi do absurdu, że ludzie chełpią się czymś nieistotnym co wynika wyłącznie z próżności i rosną w pióra, a my już siebie pomniejszyliśmy mówiąc, że to co robimy i jak robimy, jest takie zwyczajne. Warto mieć w pobliżu takich ludzi, którzy trzymając się faktów właśnie, potrafią pokazać nam, gdzie zaszliśmy, jeśli sami tego nie widzimy. Tacy ludzie wspierają nas, konfrontując z rzeczywistością. Najmocniej jednak wspiera nas nasze własne przekonanie, co potrafię, kiedy widzę siebie faktycznie, nie w oparach pochwał, albo krytyki. Staram się nie przykładać zbyt wielkiej wagi do opinii, jeśli nie ma ona poparcia w faktach. Jak zmierzyć bowiem, że ktoś jest dobrym naukowcem, kierowcą, księgową, nauczycielem czy pielęgniarką? Powiem wam, że wcale nie jest to proste. Układanie ankiet, punktacje, zarobki itd. oddają tylko część prawdy. A jak dodatkowo zmierzyć talenty? Czy Picasso był lepszy od Van Gogha? Nie da się porównać, nie ma też poziomów w innych sferach zawodowych. Wbrew pozorom, każdy z nas się realizuje na tak wielu polach, że ocena czy ktoś jest dobry, lepszy, czy gorszy po prostu moim zdaniem nie jest możliwa. I nie pomoże tu ilość wystrzałowych fotek z ciekawych miejsc na Facebookach, Instagramach w wystudiowanych pozach, nie pomoże ostry silnik w samochodzie, tytuł przed nazwiskiem, apartament w centrum, albo basen w ogrodzie i konto pękające od sześciocyfrowych liczb.

Nie ma moim zdaniem żadnej adekwatnej miary do pokazania czy człowiek realizuje w spełnieniu swoje plany, innej niż fakty kształtujące jego zdanie o sobie. Jak kobieta rodzi dziecko i odkłada plany zawodowe, a potem na siłę zakłada firmę, bo czuje się zepchnięta do szuflady nieróbstwa domowego i popada w obłęd robienia biznesu robiąc sobie krzywdę, to o jej postawie decydują nie fakty a opinie. Człowiek może realizować się wspaniale mieszkając w Bieszczadach daleko od szlaków i robiąc sobie na ogniu posiłek, jak i w wielkich korporacjach zapięty pod szyję sztywną konwencją. Liczą się fakty, a najbardziej to, co sam delikwent naprawdę myśli o swojej aktywności życiowej. Ja na moim podwórku wiem, że rodzina, praca, przyjaciele, tango, ale też drobne czynności jak robienie na drutach, czytanie w fotelu książek i kopanie w miniogrodzie, a czasem podróżowanie dalekozasięgowe i zgłębianie swojej świadomości są równie ważne i, w każdym z tych obszarów robię to, co lubię, co mi leży najwygodniej. Bo ważne jest dla mnie, czy w tym, co robię, na każdym polu, jestem ze sobą szczera, spełniona, czy się w tym, co robię kocham, czy dla odmiany tresuję do wizerunku bohatera. Dlatego jak mi ktoś wygłosi opinię, że lepsze są wakacje na Cyprze niż sadzenie kamelii japońskich przy domu, to powiem – zależy w jakiej chwili. Jak mam ochotę na kamelie, to Cypr mnie nie odciągnie od ogrodu. Wiem zwyczajnie co jest dla mnie w tym momencie właściwe, jest mi przyjemne, co mnie karmi wewnętrznie. A może Cypr nie będzie wcale, nigdy? Może, nie będę się czuła gorzej, jeśli tam nie dopłynę, bo leżenie w fotelu latem i patrzenie na kwitnące w ogrodzie kwiaty jest cudownie relaksujące dla mojej duszy i to wyczerpuje moją potrzebę piękna. Albo granie na bębnach jest dla moich znajomych ważniejsze niż latanie do Ameryki, wolą Afrykę, gdzie jest bębnów kolebka. A nawet jakby była w Pcimiu pod Starą Wsią na podkarpaciu, to wybieraliby to miejsce, a nie kurorty z błyszczącymi jachtami w porcie albo drapaczami chmur na horyzoncie. To jest wybór świadomy, realizujący to czego się pragnie najbardziej.

Zdobywanie kolejnych sprawności w życiu nie kończy się nigdy, ale ważne, aby to były nasze sprawności, nie czyjeś, nie narzucone opinie, a nasze marzenia. Nie ważne jak dalekie od popularnych w społeczeństwie stereotypów. Ja te stereotypy uwielbiam łamać, ale z wyrozumiałością patrzę, jak się ludzie silą na ciekawe życie, widać tego im potrzeba. Tylko czy zastanawiają się, po co? Czy są ze sobą szczerzy?
Właśnie ruszyło wchodzenie na pokład. Córka zamówiła mi Ubera na lotnisko i wycałowała przed podróżą. Napisała mi potem w smsie: ”Już za Tobą tęsknię.” Ja też tęsknię za dziećmi i będę tęsknić, a wracać będę z radością bo, jak mówią starzy Żydzi, to czego należy sobie życzyć to „wielu szczęśliwych powrotów”. Powrotów do dzieci, przyjaciół, ogrodu, fotela i tanga.

O miłości i religii

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo – lat prawie 6)

W tym roku nie obchodzę właściwie Świąt Wielkanocnych. Tak się złożyło w moim przypadku, ale też wybrałam nieudawanie, że się w tym odnajduję. Trzy lata temu wystąpiłam z kościoła katolickiego, złożyłam podanie, mam pieczątkę, że przyjęto, ale decyzji, że kościół odnotował moje odejście nie otrzymałam nigdy. Może powinnam pójść do kurii i tam poprosić, jak w każdym innym urzędzie, zapłacić za rozpatrzenie prośby, za znaczek skarbowy, albo zgodnie z modłą kościoła wyklęczeć, i wtedy dostałabym to, o co proszę, potwierdzenie łaskawej zgody na odejście. Można również powiedzieć, po co mi to w ogóle? Było mi to wewnętrznie bardzo potrzebne, aby nie istnieć na liście osób przynależących, jeśli nie przynależę ani duchowo, ani fizycznie, ani rozumem, ani sercem. Księdzu w parafii powiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie jestem antyklerykalna a aklerykalna i areligijna w ogóle. Nie interesuje mnie żaden związek wyznaniowy, nie czuję przynależności choć rozumiem, że ludzie chcą gdzieś należeć, bo takie mają potrzeby i to jest zupełnie zrozumiały mechanizm. Wolimy czuć się częścią czegoś niż odizolowani, sami.

Prawdziwych chrześcijan poznałam wielu i nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do ich wiary i postawy. Wiary nie da się zmierzyć, pojąć umysłem, nauczyć na wieloletnim kursie w szkole, czego dowodem są zlaicyzowane pokolenia pookrągłostołowe. Jakoś nikt tego nie chce zauważyć, ale też podważyć nie umie. Wiara albo jest albo nie, nie siedzi w rozumie a w sercu. Zerojedynkowo, nikt jej nie wpoi w połowie. W domu można tylko wytresować do obrzędu, ale jeśli jednostka nie ma wiary, zwyczajnie się dostosowuje. Ja się wystosowałam, bo nie mogłam udawać. Tak mam. To, że mnie traktowano jako katoliczkę było dla mnie jak kamień w bucie. Zostawiłam ten kamień na podjeździe w parafii i teraz, jak to mówi moja znajoma, cudowna chrześcijanka prosto z serca, grzech jest już po stronie tych, co zaniedbali rozpatrzenie do końca mojej sprawy.

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo)

Nie znoszę kłamstwa, obłudy, fałszywych ludzi, którzy wycierają sobie usta Bogiem i wiarą, a nienawidzą tak mocno, że zaślepieni w nietolerancji atakują innych. Taki niestety widzę i dzisiejszy kościół katolicki i inne kościoły, mojżeszowy, proroka Mahometa. To, że Boga chce się ująć w zasady odpowiedniego ubrania w świątyni, w jedzenie czy niejedzenie potraw, klękanie, modlitwy i rytuały, okraszone doskonałą sposobnością na biznes kwitnący z wyrzutów sumienia jednostek, to jeszcze nie jest tak przygnębiające, jak fanatyzm nawracania wszystkich na swoją modłę i wykluczania tych, co się nie podporządkowali. Jestem poza nawiasem takich postaw i działań, formalnie, bo się wypisałam i mentalnie, bo mi to nie odpowiada, żeby innym narzucać, jak mają żyć.

Jest we mnie paradoksalnie wiele z wartości chrześcijaństwa: współczucie, miłość i prawda. Prawda mnie wyzwala, miłość mnie prowadzi, ze współczuciem widzę otaczający mnie świat i ludzi. Ludzi słabych, silnych, poukładanych i zagubionych, wolących proste zasady wpojone, zapożyczone, rzadko własne, rzadko przemyślane i uczciwie przyjęte w zgodzie ze sobą, raczej dla wygody. Takich ludzi łatwo prowadzić nawet nad przepaść absurdu, zagłady, nienawiści, nietolerancji.

Warszawa pod kościołem Św. Antoniego Padewskiego, maj 2013 (Fot. Iwo)

Jako ludzie mamy wolną wolę, dar od Boga każdej religii i niezależnie gdzie, i z kim przebywamy możemy albo się wywyższyć przynależnością do swojego religijnego stada, albo otworzyć na różnorodność w szacunku do innych. Dopóki ci inni nie zmuszają nas do przestrzegania swoich zasad, możemy się nimi nie martwić, możemy im dać żyć jak chcą, jak wybrali.

Może to moja własna utopia, ale wiem, że kiedyś będziemy po prostu ludźmi, nie kato, ewango, islamo, greko, pastafarianami, ale ludźmi. Wierzę w mojej osobistej religii, że kiedyś wszystkie podziały weźmie jakiś uniwersalny Szatan i z miłością je spali w kominku przy fajce dla ogrzania kopyt. Tego Wam wszystkim życzę z głębi serca niepokornego apostaty, z okazji pięknego, sięgającego czasów pogańskich święta odrodzenia, przemiany i przezwyciężenia śmierci i niemocy – Świąt Wielkanocnych.

O miłości do bezsilności

Nepal 2018 [Fot. K.T.]
Ostatnio doświadczam blokady. Blokady na pisanie. Oczywiście ten wpis może się wydawać dowodem wręcz przeciwnej tezy, ale tak, jak z piosenką Ciechowskiego: „Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy”, albo „Teksańskim” Hey, jest to próba zracjonalizowania mojego oporu i niemocy. Mam tak wiele tematów w głowie, że nie wiem od czego zacząć, i to też jest problem, nie nad tym jednak chcę się zogniskować, a na poczuciu bezsilności wobec różnych życiowych chwil, sytuacji, ludzi i okoliczności, jakie napotykamy, gdy zwyczajnie idziemy w czasie przez świat. Bezsilność wywołuje w nas panikę, bo świat wydaje się, wymaga od nas, aby sobie radzić, zawsze znaleźć rozwiązanie i wiedzieć czego się chce. Inaczej patrzymy na siebie jak na fujary życiowe, nieudaczników. I tak naprawdę nie bezsilność nas przeraża, a opinia, że możemy zostać uznani za mazgaja, co się do niej przyznał. Ja właśnie nie wiem co zrobić i stoję w tym po kolana, jak w irlandzkim mule bagiennym. Już próbowałam się miotać wydostając nogi, już udawałam, że mułu nie ma, już sobie tłumaczyłam, że nie ja jedna, już płakałam z wściekłości, już obwiniłam kogo trzeba, już się rozliczyłam z przeszłości, co mnie tu, w ten muł zawiodła i …nic. Wszystkie techniki pozytywnego myślenia, joga, medytacja, kompilacja analityczna faktów, i moja mądrość życiowa nie działają. Stoję jak stałam. Nie mogę się ruszyć, a świat porusza się, nie zwalnia i mam wrażenie, że tracę czas, energię, okazję, że jestem fujara, bo choć się staram, nic … stoję jak stałam.

Wiele razy w życiu stawałam tak zafiksowana, i jak tylko się orientowałam, że to bezsilność szłam w działanie wychodzenia niemal z ciała, żeby tylko się nie przyznać, że nic nie mogę zrobić. Bo to takie słabe, nie móc nic. Kto się przyzna do słabości? Nikt. A ja właśnie, w tej chwili, bo to ważne, że to punkt w czasie, może odcinek, w tej chwili jestem bezsilna i tyle. Nie mogę nic. Sklecić zdania do wyrażenia sensownie myśli, słów co czasem płyną wodospadem, a teraz ledwie ciekną mi przez palce i czuję brak sił do dodania im ostrogi, żeby stały się mocne, wartkie, błyszczały czystością rozważań. Nie umiem i stoję w moim mule. Daję sobie czas, gubię się i odnajduję, walczę ze sobą, z bezsilnością i rezygnuję. Aż w końcu przychodzi taki moment, że świadomość zagania mnie do narożnika i wiem, że teraz nawet, gdybym się szarpała, nie mogę nic. Stoję wypełniona strachem, jak sparaliżowana i przeżywam bezsilność. Nie mogę, ponieść czyjegoś życia, nie mogę skupić się na pracy, nie mogę wybrać za kogoś dobrze, nie mogę uśmiechnąć się do syna, nie mogę zasnąć, nie mogę oderwać się od zmartwień, nie mogę wrócić i naprawić sytuacji, nie mogę wybiec w przyszłość i przygotować, nie mogę znaleźć, nie mogę wydusić z siebie odpowiedniego słowa, nie mogę przewidzieć zdarzeń, nie mogę kogoś kochać a kogoś nie kochać, nie mogę umrzeć, nie mogę wybrać, nie mogę się pożegnać, przywitać, zrozumieć, zapiąć guzika, sprzątnąć podłogi, napisać wzoru w latexu, nie mogę odpocząć. Nie mogę w tej chwili przeczytać. Nie pomaga na to delicja i kawa, nie pomaga spacer, nie pomaga rozmowa z przyjacielem, córką, nie pomaga film wieczorem, koncert, niebo. Nie pomoże, bo inaczej zagłuszę bezsilność, a ona jest autentycznym uczuciem we mnie. Nie mogę nic zrobić, zatrzymuje mnie w czasie, w chwili, kiedy ją czuję i jedynym sposobem na nią, jest akceptacja, że ma prawo wypełnić mnie sobą na chwilę. Nie mogę spowodować, żeby wgnieciona blacha samochodowa wygięła się teraz z powrotem, żeby wysypana sól nie była wysypana, żeby słowo cofnęło się po wypowiedzeniu do ust. Nie da się! Czasem po prostu nie da się …
Z bezsilnością kontaktuję się regularnie i zauważyłam, że kiedy daję jej w sobie miejsce, na wyrażenie tego czego dotyczy, kiedy patrzę na myśli, jakie mnie do niej prowadzą, oswajam tę niemoc i staje się łagodniejsza za każdym razem. Na drugim biegunie bezsilności jest siła. Często boimy się być silni. Zauważyłam, że kiedy nie pozwalamy sobie na siłę, bezsilność zjawia się jako wskazówka. Mówi do nas: „Jeśli czasem nie użyjesz swojej siły, będzie tak jak teraz. Co wolisz?” Wolę być w sile, niż w niemocy. Dlatego usiadłam i napisałam cokolwiek, nie po to, żeby przełamać opór, żeby się zmierzyć, ale żeby napisać, że akceptuję to, że mogę być bezsilna wobec różnych rzeczy. Wobec ludzi, wobec uczuć. Mogę być bezsilna, bo zaakceptowana bezsilność odchodzi i wraca siła do niesienia świata, drobnych spraw i tych istotnych. Można jej, tej bardzo niekochanej bezsilności powiedzieć: „Też jesteś pożądana. Masz u mnie dom, kiedy mam stan z jakim się mierzę.” I wtedy ona mówi: „Ok. Jestem i w ciebie wierzę.” Każdy nasz aspekt, bezsilność również, nas wspiera. Trzeba odkryć jak, indywidualnie. Kiedy czuję się bezsilna teraz, w tym momencie, zatrzymuję się, bo ona wskazuje, że może poszłam gdzie nie trzeba, że dążę do czegoś, co nie jest dla mnie, a może zbyt mocne mam intencje wobec czegoś, na co nie jestem gotowa. Kiedy będę, przyjdzie samo w sile i nie będę się czuła, jak zaprzężona w wóz pełen kamieni. Może trzeba coś przygotować, a może jest zupełnie inna droga, jaką trzeba pójść, by to samo zrobić. Akceptacja zatrzymania w bezsilności daje nam impuls do rozejrzenia się w sobie. Jak tego nie zrobię, będę brnęła w coś przy oporze całego mojego wszechświata. Dlatego to zbawienne, że czasem nie mogę, że staję w mule bezsilności i rozglądam się nie w panice, a z uwagą, co robię źle, co mnie drąży, wysysa mi energię i dobre samopoczucie. Przytulam te miejsca mocniej, zauważając ich istnienie, nie pędzę zaraz naprawiać siebie, ale widzę, że zamiast pójść na masaż pojechałam na obiad rodzinny, albo umyłam samochód zamiast pospać dłużej w weekend. Bezsilność jest hamulcowym dla naszego rozpędzonego ego, co nas gna przez świat i jeśli się jej poddamy czasem na chwilę, na moment, najpierw tylko zauważymy, że przyszła, może nie zgubimy jej przesłania, że ona nas w gruncie rzeczy kocha, że odsłania nam prawdziwą strukturę świata, jakiej nie możemy dostrzec rozpędzeni w działaniu do prędkości światła, pochłonięci robieniem tego, co uważamy za słuszne.

„- Zatrzymaj się! – powiedziała Moja Bezsilność.
– Dokąd idziesz taka skoncentrowana na celu?
– Do siebie.
– Czyżby? – spytała.
– Nie widzisz, że już tam byłaś wcześniej, kiedyś, że nie wzięłaś szalika i zmarzłaś?
– Tam jest ciepło, lecę!
– Weź mnie ze sobą, sprawdzę ci pogodę, kiedy będziesz leciała przed siebie.
– Dobrze, wsiadaj. Tylko mnie nie zwalniaj.
– Oczywiście, czasem ci tylko powiem, że jestem, kiedy zobaczę zmarznięte dłonie.
– Dłonie są nieważne, ważna jest głowa i moje myśli.
– Więc ty dbaj o głowę, a ja zadbam o dłonie. W końcu pochodzę z twojego serca, ono wie, że każda część twojego ciała jest ważna. Ono mnie wysłało, kiedy wystrzeliłaś w te swoje marzenia.
– Marzenia są ważne. Po co żyć bez marzeń?
– Tak, zawiąż sznurówkę, bo się potkniesz, albo zgubisz but między mgławicami i go nie odnajdziesz.
– Bez buta też się da marzyć.
– O tak, ale na balu w marzeniach lepiej ci się będzie tańczyć w butach, niż bez nich.
– Kochana jesteś, że o tym pomyślałaś.
– Leć już, tylko mnie nie przeganiaj, kiedy się odzywam.
– Nie obrażaj się, wiesz, że jestem popędliwa.
– Dlatego tu jestem, kochanie. Żebyś żyła najlepiej jak potrafisz. Zadbamy o to razem.”

O miłości do wybierania

Dokonujemy wyborów przez całe życie w trybie dyskretnym i ciągłym. Nikt i nic nie uchroni nas przed wyborami. Nawet brak wyboru jest wyborem, więc z dwojga złego lepiej samemu wybrać, kiedy ma się jakąkolwiek intencję w sytuacji i oczekiwania na jej rozwiązanie. Niekiedy nie możemy się zdecydować, wybór nas przytłacza. Paradoksalnie dla kogoś z boku ten wybór może być prosty, ale dla nas to impas na trzy spusty, czy wsiąść do tej łódki i odpłynąć, czy jeszcze zostać na lądzie.

Walczyłam ze sobą na wielu polach przy wyborach. Kiedy patrzę w przeszłość widzę, że często sytuacje na jakie byłam już przygotowana przychodziły jako gotowe rozwiązania, ale nie wybierałam ich, bo sądziłam, że życie nie może być proste, również w wyborach. Projekty, praca, sytuacje osobiste. Wolałam wycofać się na z góry ustalone pozycje i czekać. W ten sposób minęło mnie wiele przygód, na które się nie odważyłam. Nie miałam na nie siły, albo zaufania do świata, że mnie poprowadzi właściwie, że nie zginę. Oczywiście niewiele mi groziło, jak wiem z perspektywy czasu, ale strach miewa wielkie oczy i dopiero, jak pokochałam strach w sobie i pozwoliłam się sobie bać, zrobiło się miejsce na coś więcej i na nowe wybory również.

Wszyscy dookoła mówią mi, że nie należy żałować przeszłości co minęła. Ja się zgadzam z niezaprzeczalnym faktem, że minęła, ale żal trzeba wyrazić, jeśli przychodzi, bo jeśli go tłumimy akonto radości, ulgi, żal niewyrażony piętrzeje, spina nas i w końcu wraca z siłą, z jaką go wyparliśmy. Dlatego wolę żałować na bieżąco, po trochu. Czasem zajmuje to chwilę mojej jazdy samochodem i potem mogę już śpiewać z Celin Dion albo nucić do muzyki z „Piratów z Karaibów”. Nie chojraczę tym, że nie mam żalu do różnych sytuacji, czyli tak naprawdę do siebie, że stało się coś co mnie zraniło, coś co zniknęło, szansa, pragnienie czy miłość. Niektórzy uznają to za stratę czasu tak zanurzać się w emocje związane z przeszłością, ale nie da się zaprzeczyć, że one są. Są obecne w nas i jeśli mają ujście, zostaną wyrażone, odejdą i te miłe, i te niemiłe również. Wtedy zrobi się miejsce na nową rzeczywistość, na nowe wrażenia, uczucia. Do naszego wnętrza będzie się mogło dostać to, co może zginęłoby w środowisku emocji z przeszłości, zmarniałoby obok tęsknoty za plażą latem w 69-tym, starą miłością z liceum, wstydem z potknięcia przy szefie. Wszystko co przeżywamy zostawia emocjonalne ślady nie tylko w takich, jak ja wrażliwcach, w każdym.

Kiedy emocje płyną bez zakłóceń, kiedy robimy im przestrzeń, uwalniają nas od złudzeń, że ta plaża to jedyne co się liczyło i ta miłość, i to potknięcie. Uwalniają nas od siebie zaklętych w chwilach, myślach, o ile zdecydujemy się czuć, pozwalamy na te trudne stany, w których pozostajemy trochę bezbronni, bezradni, miotani czy to radością czy to smutkiem, tkliwością czy poczuciem zagrożenia. Moje Ja wewnętrzne nauczyło mnie, że najskuteczniej się zmieniam, kiedy pozwalam na emocję za emocją. Nie zatrzymuję ich analizując, nie tnę na plastry rozumem, ale czuję. To bolesne, żal za tym co się straciło, czego się nie podjęliśmy, ale to też twórcze. Zauważyłam, że ludzie mają szeroką tolerancję na wyrażanie emocji. Może ja przebywam ostatnio w takim gronie ludzi, dla których człowiek to stworzenie, które żyje i wyraża się niepowtarzalnym, specyficznym dla siebie kodem. Ten kod to słowa, mimika, gesty, postawa ciała, śmiech i inne dźwięki, czyli pełna ekspresja. Wyrażanie się też wybieramy na bieżąco. Powiedzieć czy nie powiedzieć, stać czy usiąść, patrzyć w oczy czy w podłogę, wziąć w ramiona, czy odejść. Nie wspomnę już o tym, co jeść, czy o tym, czy jechać autobusem czy samochodem, odwieczne problemy Warszawiaka z Białołęki.

Właśnie wpadł do mnie mój kolega z projektu i bardzo w temacie będzie musiał dokonać wyboru, jak wydać pieniądze przeznaczone na jego współpracownika w słonecznej Italii. Takie wybory są w miarę proste, bo pieniądze są na koncie, a opcji wydawania, nawet w naukowej skali, jest wiele, konferencja, wypłata, refundacja podróży, materiały do laboratorium, kolorowe obrazki w swojej publikacji, takie tam ekscesy. To się robi głową, podliczasz i wiesz.
Trudniejsze są wybory, jakie robimy sercem. Tu się nie da zmierzyć, porównać, przewidzieć. Wiele osób z jakimi rozmawiałam, wybiera, jak się okazuje z czasem, trochę tchórzliwie. Znajomy powiedział mi, że wybrał żonę spokojną, bo poprzednie kobiety przyprawiały go o zawrót głowy. Zbyt dużo było w nim sprzecznych emocji, czuł zbyt wiele trudnych uczuć. Małżeństwo nie przetrwało, ale są bardzo dobrą parą na odległość, bo łączy ich rodzicielstwo. Czasem trzeba mieć odwagę przetrwać, pozwolić się wypalić temu co nas boli przy człowieku, do którego ciągnie nas sercem. Zwykle odpalają się nam wtedy głębokie rany i tylko od tego, czy odważnie pozwolimy na ich rozpuszczenie, zależy czy będzie lepiej. A czasem po takiej pożodze nie zostaje nic i wtedy wiemy, też boleśnie, ale inaczej, że warto było przetrwać, żeby dotrzeć do prawdy o sobie. Tylko trzeba wybrać nie to, co zabezpiecza przed nieprzyjemnościami, co będzie komfortową wersją naszego życia, łatwą z jakichś względów. Racjonalny umysł nas do tego popycha wykazując milion powodów nie pójścia trudną drogą, ale kiedy serce prowadzi ścieżka układa się pod nogami, może wyboista, stroma, ale ona nas zabiera tam, gdzie nauczymy się najwięcej. Z serca i do serca. I kiedy przychodzi pora, umysł nie zatrzyma nas nawet, jak widzimy przepaść na chwilę przed zrobieniem kroku. Wyborami takimi nie powinniśmy się obarczać zanadto nawet wtedy, gdy nas poprowadziły najczarniejszą doliną cierpienia. Każdy wybór nas umacnia, uczy. Po to przyszliśmy, po naukę, z możliwością wyboru, nawet to czy się uczyć, czy nie, wybieramy.

Każdy powinien wybierać sam. Wpływanie na cudze wybory, to także wybór, ale to sprytna manipulacja. We wszystkich swoich relacjach staram się zachowywać z szacunkiem do wolności osobistej innych ludzi. Nie mówię im co wybrać, nie naciskam, nie wywołuję poczucia winy i, jak im się noga poślizgnie i wylądują w kałuży, nie piętnuję. Odpowiedzialność za swoje życie, za wybory, to trudna materia do pokazania. Ludzie mają tendencję do obarczania swoimi wyborami innych, żeby w razie czego zwalić na kogoś winę. Nie chcą, nie dążą do uznania konsekwencji swoich wyborów. W większości szukają powodów na zewnątrz, że nie podołali czemuś, coś im umknęło. Nie na wszystko mamy wpływ, ale w tym cała sztuka, żeby tę granicę swojego wpływu na rzeczywistość znaleźć. I wziąć odpowiedzialność za tę część. Jeśli ktoś jest ze sobą na uczciwej stopie, to widzi gdzie go własne wybory doprowadziły. Łatwiej na to spojrzeć kiedy się nie myśli o winie a odpowiedzialności. Wina wiąże ręce, z winy chcemy uciec. Odpowiedzialność to konsekwencja, zobaczenie co, i jak zaszło, i akceptacja tego stanu. Wtedy przychodzi czas na nowy wybór, pogłębiony nauką z obserwacji. Człowiek winiący siebie nie podejmuje wyborów racjonalnie, pragnąc się od tej winy uwolnić. Dlatego często wikła się jeszcze bardziej. Człowiek odpowiedzialny, bierze swoją część odpowiedzialności i wybiera świadomie, jak z nią iść.

Uczę się oddawać odpowiedzialność ludziom. Przez lata próbowałam udźwignąć świat za innych. Teraz wkładam kawałek po kawałku każdemu z moich bliskich odpowiedzialność na barki. Robię to z miłości i cierpliwie, nie żeby dołożyć, ale żeby uwolnić od siebie, od zależności. Idzie różnie, bo czasem tak przywykamy do tego, że ktoś za nas niesie, że nie dostrzegamy możliwości poniesienia sami i tego, że niesienie swojego życia na swoich barkach jest fascynującym doświadczeniem. Wybór to szczęście jakie, gdy je mamy, trzeba wycisnąć i za bardzo się nie wahać, nie obarczać efektem motyla, że moja decyzja strąci samolot na Malcie, albo popchnie kogoś w niewłaściwym kierunku. Gdy zrozumiemy, że inni ludzie, w tym dzieci również, podejmują swoje wybory, nie będziemy się tak obarczać ich samopoczuciem, niewłaściwym wg nas postępowaniem. Mówić co sądzimy trzeba, ale nie wymuszać, nie szantażować, aby ktoś na nasze polecenie dokonał wyboru, który z jakichś powodów nas zadowala. Ja swoje dzieci kocham jak dokonują wszelkich wyborów, ułatwiających i utrudniających życie. Miłość to akceptacja i wychowywanie do podejmowania decyzji na swój koszt, na własny rachunek. Od czasu jak moi bliscy sami jeżdżą autobusem, mój wpływ ogranicza się do tego na ile oni sami wpuszczą moje zdanie do ich świata, na ile się zechcą z nim skonfrontować. Jakakolwiek presja, kończy się oporem i winą zrzucaną na radzącego i zwolnieniem się z odpowiedzialności. Dlatego mówię, albo milczę i to działa lepiej niż tresura do usilnego wsadzenia człowieka na właściwą drogę. Tak wybrałam na podstawie moich doświadczeń. I konsekwencje takiej zmiany w wychowaniu moich dzieci i kontaktach z ludźmi już dostaję. Bywają różne, ale wiem, że kiedy podejmowałam decyzję, kierowałam się najszczerszą intencją zrobienia wszystkiego dobrze. To mnie nie uwalnia od konsekwencji, bo one i tak przyjdą, ale od winy zaniedbania, tchórzostwa i mataczenia. Wybrałam szczerość ze sobą i w relacjach z ludźmi. Jak nie lubię kogoś, to go omijam, jak lubię to pogadam. Jak mnie drażni to potrafię się odgryźć, a jak chce ze mnie ssać to odłączam definitywnie. Przy takim sposobie działania ludzie się szybko organizują, na tych co chcą i nie chcą ze mną przestawać, a ja oddycham z ulgą. Wybory stają się proste kiedy jesteśmy zorientowani o co nam chodzi we wszystkich sytuacjach, ale to raczej rzadkie. Jak nie wiem, to idę tam, gdzie mnie przyciąga najmocniej z ryzykiem, że się sparzę. Nie pierwszy raz. Ryzyko podjęcia niewłaściwego wyboru, to kolejna iluzja z jaką się zmagamy w życiu. „Gdybym wybrała tego a tego pana, to byłabym taka szczęśliwa” albo, „Gdybym sprzedał ten samochód rok temu to bym kupił nowy”. Pewnych rzeczy po prostu nie da się przewidzieć. Każdy wybór uczy, tylko czego innego i wiedząc o tym staram się odrabiać te lekcje, których jeszcze nie miałam. A z tych co miałam zapisuję mandale w sercu. Mandala za mandalą, wybór za wyborem, kolejne unieważniają poprzednie, przenikają przez siebie i kształtują mnie na co dzień. Każdego dnia jestem inna i inaczej wybieram, dlatego nie wiążę się tak ściśle z wyborami, ani koncepcjami swoich wyborów. W końcu jakoś przetrwałam do dzisiejszego deszczowego dnia całkiem zdrowa, poobijana, ale wciąż ciekawa tego, co jest za zasłoną nocy, gdzie kolejny dzień szykuje już dla mnie nowe wyzwania, emocje, obrazy, interakcje i … wybory.

Ps. Dziękuję za zdjęcie Autorowi, którego zdjęcia są tak piękne, że wywołują ciarki na moim ciele 🙂