O miłości do wybierania

Dokonujemy wyborów przez całe życie w trybie dyskretnym i ciągłym. Nikt i nic nie uchroni nas przed wyborami. Nawet brak wyboru jest wyborem, więc z dwojga złego lepiej samemu wybrać, kiedy ma się jakąkolwiek intencję w sytuacji i oczekiwania na jej rozwiązanie. Niekiedy nie możemy się zdecydować, wybór nas przytłacza. Paradoksalnie dla kogoś z boku ten wybór może być prosty, ale dla nas to impas na trzy spusty, czy wsiąść do tej łódki i odpłynąć, czy jeszcze zostać na lądzie.

Walczyłam ze sobą na wielu polach przy wyborach. Kiedy patrzę w przeszłość widzę, że często sytuacje na jakie byłam już przygotowana przychodziły jako gotowe rozwiązania, ale nie wybierałam ich, bo sądziłam, że życie nie może być proste, również w wyborach. Projekty, praca, sytuacje osobiste. Wolałam wycofać się na z góry ustalone pozycje i czekać. W ten sposób minęło mnie wiele przygód, na które się nie odważyłam. Nie miałam na nie siły, albo zaufania do świata, że mnie poprowadzi właściwie, że nie zginę. Oczywiście niewiele mi groziło, jak wiem z perspektywy czasu, ale strach miewa wielkie oczy i dopiero, jak pokochałam strach w sobie i pozwoliłam się sobie bać, zrobiło się miejsce na coś więcej i na nowe wybory również.

Wszyscy dookoła mówią mi, że nie należy żałować przeszłości co minęła. Ja się zgadzam z niezaprzeczalnym faktem, że minęła, ale żal trzeba wyrazić, jeśli przychodzi, bo jeśli go tłumimy akonto radości, ulgi, żal niewyrażony piętrzeje, spina nas i w końcu wraca z siłą, z jaką go wyparliśmy. Dlatego wolę żałować na bieżąco, po trochu. Czasem zajmuje to chwilę mojej jazdy samochodem i potem mogę już śpiewać z Celin Dion albo nucić do muzyki z „Piratów z Karaibów”. Nie chojraczę tym, że nie mam żalu do różnych sytuacji, czyli tak naprawdę do siebie, że stało się coś co mnie zraniło, coś co zniknęło, szansa, pragnienie czy miłość. Niektórzy uznają to za stratę czasu tak zanurzać się w emocje związane z przeszłością, ale nie da się zaprzeczyć, że one są. Są obecne w nas i jeśli mają ujście, zostaną wyrażone, odejdą i te miłe, i te niemiłe również. Wtedy zrobi się miejsce na nową rzeczywistość, na nowe wrażenia, uczucia. Do naszego wnętrza będzie się mogło dostać to, co może zginęłoby w środowisku emocji z przeszłości, zmarniałoby obok tęsknoty za plażą latem w 69-tym, starą miłością z liceum, wstydem z potknięcia przy szefie. Wszystko co przeżywamy zostawia emocjonalne ślady nie tylko w takich, jak ja wrażliwcach, w każdym.

Kiedy emocje płyną bez zakłóceń, kiedy robimy im przestrzeń, uwalniają nas od złudzeń, że ta plaża to jedyne co się liczyło i ta miłość, i to potknięcie. Uwalniają nas od siebie zaklętych w chwilach, myślach, o ile zdecydujemy się czuć, pozwalamy na te trudne stany, w których pozostajemy trochę bezbronni, bezradni, miotani czy to radością czy to smutkiem, tkliwością czy poczuciem zagrożenia. Moje Ja wewnętrzne nauczyło mnie, że najskuteczniej się zmieniam, kiedy pozwalam na emocję za emocją. Nie zatrzymuję ich analizując, nie tnę na plastry rozumem, ale czuję. To bolesne, żal za tym co się straciło, czego się nie podjęliśmy, ale to też twórcze. Zauważyłam, że ludzie mają szeroką tolerancję na wyrażanie emocji. Może ja przebywam ostatnio w takim gronie ludzi, dla których człowiek to stworzenie, które żyje i wyraża się niepowtarzalnym, specyficznym dla siebie kodem. Ten kod to słowa, mimika, gesty, postawa ciała, śmiech i inne dźwięki, czyli pełna ekspresja. Wyrażanie się też wybieramy na bieżąco. Powiedzieć czy nie powiedzieć, stać czy usiąść, patrzyć w oczy czy w podłogę, wziąć w ramiona, czy odejść. Nie wspomnę już o tym, co jeść, czy o tym, czy jechać autobusem czy samochodem, odwieczne problemy Warszawiaka z Białołęki.

Właśnie wpadł do mnie mój kolega z projektu i bardzo w temacie będzie musiał dokonać wyboru, jak wydać pieniądze przeznaczone na jego współpracownika w słonecznej Italii. Takie wybory są w miarę proste, bo pieniądze są na koncie, a opcji wydawania, nawet w naukowej skali, jest wiele, konferencja, wypłata, refundacja podróży, materiały do laboratorium, kolorowe obrazki w swojej publikacji, takie tam ekscesy. To się robi głową, podliczasz i wiesz.
Trudniejsze są wybory, jakie robimy sercem. Tu się nie da zmierzyć, porównać, przewidzieć. Wiele osób z jakimi rozmawiałam, wybiera, jak się okazuje z czasem, trochę tchórzliwie. Znajomy powiedział mi, że wybrał żonę spokojną, bo poprzednie kobiety przyprawiały go o zawrót głowy. Zbyt dużo było w nim sprzecznych emocji, czuł zbyt wiele trudnych uczuć. Małżeństwo nie przetrwało, ale są bardzo dobrą parą na odległość, bo łączy ich rodzicielstwo. Czasem trzeba mieć odwagę przetrwać, pozwolić się wypalić temu co nas boli przy człowieku, do którego ciągnie nas sercem. Zwykle odpalają się nam wtedy głębokie rany i tylko od tego, czy odważnie pozwolimy na ich rozpuszczenie, zależy czy będzie lepiej. A czasem po takiej pożodze nie zostaje nic i wtedy wiemy, też boleśnie, ale inaczej, że warto było przetrwać, żeby dotrzeć do prawdy o sobie. Tylko trzeba wybrać nie to, co zabezpiecza przed nieprzyjemnościami, co będzie komfortową wersją naszego życia, łatwą z jakichś względów. Racjonalny umysł nas do tego popycha wykazując milion powodów nie pójścia trudną drogą, ale kiedy serce prowadzi ścieżka układa się pod nogami, może wyboista, stroma, ale ona nas zabiera tam, gdzie nauczymy się najwięcej. Z serca i do serca. I kiedy przychodzi pora, umysł nie zatrzyma nas nawet, jak widzimy przepaść na chwilę przed zrobieniem kroku. Wyborami takimi nie powinniśmy się obarczać zanadto nawet wtedy, gdy nas poprowadziły najczarniejszą doliną cierpienia. Każdy wybór nas umacnia, uczy. Po to przyszliśmy, po naukę, z możliwością wyboru, nawet to czy się uczyć, czy nie, wybieramy.

Każdy powinien wybierać sam. Wpływanie na cudze wybory, to także wybór, ale to sprytna manipulacja. We wszystkich swoich relacjach staram się zachowywać z szacunkiem do wolności osobistej innych ludzi. Nie mówię im co wybrać, nie naciskam, nie wywołuję poczucia winy i, jak im się noga poślizgnie i wylądują w kałuży, nie piętnuję. Odpowiedzialność za swoje życie, za wybory, to trudna materia do pokazania. Ludzie mają tendencję do obarczania swoimi wyborami innych, żeby w razie czego zwalić na kogoś winę. Nie chcą, nie dążą do uznania konsekwencji swoich wyborów. W większości szukają powodów na zewnątrz, że nie podołali czemuś, coś im umknęło. Nie na wszystko mamy wpływ, ale w tym cała sztuka, żeby tę granicę swojego wpływu na rzeczywistość znaleźć. I wziąć odpowiedzialność za tę część. Jeśli ktoś jest ze sobą na uczciwej stopie, to widzi gdzie go własne wybory doprowadziły. Łatwiej na to spojrzeć kiedy się nie myśli o winie a odpowiedzialności. Wina wiąże ręce, z winy chcemy uciec. Odpowiedzialność to konsekwencja, zobaczenie co, i jak zaszło, i akceptacja tego stanu. Wtedy przychodzi czas na nowy wybór, pogłębiony nauką z obserwacji. Człowiek winiący siebie nie podejmuje wyborów racjonalnie, pragnąc się od tej winy uwolnić. Dlatego często wikła się jeszcze bardziej. Człowiek odpowiedzialny, bierze swoją część odpowiedzialności i wybiera świadomie, jak z nią iść.

Uczę się oddawać odpowiedzialność ludziom. Przez lata próbowałam udźwignąć świat za innych. Teraz wkładam kawałek po kawałku każdemu z moich bliskich odpowiedzialność na barki. Robię to z miłości i cierpliwie, nie żeby dołożyć, ale żeby uwolnić od siebie, od zależności. Idzie różnie, bo czasem tak przywykamy do tego, że ktoś za nas niesie, że nie dostrzegamy możliwości poniesienia sami i tego, że niesienie swojego życia na swoich barkach jest fascynującym doświadczeniem. Wybór to szczęście jakie, gdy je mamy, trzeba wycisnąć i za bardzo się nie wahać, nie obarczać efektem motyla, że moja decyzja strąci samolot na Malcie, albo popchnie kogoś w niewłaściwym kierunku. Gdy zrozumiemy, że inni ludzie, w tym dzieci również, podejmują swoje wybory, nie będziemy się tak obarczać ich samopoczuciem, niewłaściwym wg nas postępowaniem. Mówić co sądzimy trzeba, ale nie wymuszać, nie szantażować, aby ktoś na nasze polecenie dokonał wyboru, który z jakichś powodów nas zadowala. Ja swoje dzieci kocham jak dokonują wszelkich wyborów, ułatwiających i utrudniających życie. Miłość to akceptacja i wychowywanie do podejmowania decyzji na swój koszt, na własny rachunek. Od czasu jak moi bliscy sami jeżdżą autobusem, mój wpływ ogranicza się do tego na ile oni sami wpuszczą moje zdanie do ich świata, na ile się zechcą z nim skonfrontować. Jakakolwiek presja, kończy się oporem i winą zrzucaną na radzącego i zwolnieniem się z odpowiedzialności. Dlatego mówię, albo milczę i to działa lepiej niż tresura do usilnego wsadzenia człowieka na właściwą drogę. Tak wybrałam na podstawie moich doświadczeń. I konsekwencje takiej zmiany w wychowaniu moich dzieci i kontaktach z ludźmi już dostaję. Bywają różne, ale wiem, że kiedy podejmowałam decyzję, kierowałam się najszczerszą intencją zrobienia wszystkiego dobrze. To mnie nie uwalnia od konsekwencji, bo one i tak przyjdą, ale od winy zaniedbania, tchórzostwa i mataczenia. Wybrałam szczerość ze sobą i w relacjach z ludźmi. Jak nie lubię kogoś, to go omijam, jak lubię to pogadam. Jak mnie drażni to potrafię się odgryźć, a jak chce ze mnie ssać to odłączam definitywnie. Przy takim sposobie działania ludzie się szybko organizują, na tych co chcą i nie chcą ze mną przestawać, a ja oddycham z ulgą. Wybory stają się proste kiedy jesteśmy zorientowani o co nam chodzi we wszystkich sytuacjach, ale to raczej rzadkie. Jak nie wiem, to idę tam, gdzie mnie przyciąga najmocniej z ryzykiem, że się sparzę. Nie pierwszy raz. Ryzyko podjęcia niewłaściwego wyboru, to kolejna iluzja z jaką się zmagamy w życiu. „Gdybym wybrała tego a tego pana, to byłabym taka szczęśliwa” albo, „Gdybym sprzedał ten samochód rok temu to bym kupił nowy”. Pewnych rzeczy po prostu nie da się przewidzieć. Każdy wybór uczy, tylko czego innego i wiedząc o tym staram się odrabiać te lekcje, których jeszcze nie miałam. A z tych co miałam zapisuję mandale w sercu. Mandala za mandalą, wybór za wyborem, kolejne unieważniają poprzednie, przenikają przez siebie i kształtują mnie na co dzień. Każdego dnia jestem inna i inaczej wybieram, dlatego nie wiążę się tak ściśle z wyborami, ani koncepcjami swoich wyborów. W końcu jakoś przetrwałam do dzisiejszego deszczowego dnia całkiem zdrowa, poobijana, ale wciąż ciekawa tego, co jest za zasłoną nocy, gdzie kolejny dzień szykuje już dla mnie nowe wyzwania, emocje, obrazy, interakcje i … wybory.

Ps. Dziękuję za zdjęcie Autorowi, którego zdjęcia są tak piękne, że wywołują ciarki na moim ciele 🙂

Twój obraz

Odkryłam ciebie przez przypadek
odkryłam ciebie w drodze

Twój obraz mignął niespodzianie
kiedy błądziłam w trwodze

Usiadł w kąciku mego oka
skupiony i poważny
cierpliwie na spojrzenie czekał
milczał wpatrzony w gwiazdy

Aż wreszcie go dostrzegłam w pełni
niepewnie stawiam stopy …

Boję się stracić ciebie z oka
że mi z niego wyskoczysz
że znudzi ci się to czekanie
że wyjdziesz gdzieś na spacer
że znikniesz cicho w środku nocy
i że cię nie zobaczę …

10 marca 2019

O mojej poezji

Moja poezja nie jest nowa
dawne idee mocno splata
Czasem się w tej poezji chowam
Czasem odkrywam w środku lata

Ona mi daje jasność myśli
przeczucie tego co jest piękne
pozwala dookreślić, wyśnić
a czasem wybrzmieć jak w piosence

Rym niesie lekko moje słowa
po brzegi wypełnione treścią
Dla jednych radość ze słów woła
dla innych smutek płacze cierpko

Poezja takie ma granice
taką ma barwę, takie brzmienie
jak serca ciche nocą bicie
jak ogień w sercu lśni płomieniem.

Niech nikt poezji nie ocenia
nie waży słów miarami świata

Niech nas poezja niesie w przyszłość
i drogę naszą z gwiazd wyplata.

9 marca 2019

Z miłością na Dzień Kobiet

Dziś Dzień Kobiet. Międzynarodowy. Kobiety całego świata zwracają oczy w kierunku innych kobiet. W kierunku świata kobiet i ich roli w tym świecie. Jest wiele dyskusji, wiele akcji, wiele inicjatyw. Kobiety w domu, w demokracji, w pracy, w biznesie, w szkole, w parlamencie i w połogu. Wszędzie kobiety, połowa populacji globalnej, ale nie w każdym społeczeństwie. W Chinach, Indiach, gdzie dziewczynki w ostatnich dekadach nie były mile widziane, jest ich dramatycznie mało. Mężczyźni dostają tam autentycznego bzika z powodu niedostępności żeńskiej przeciwwagi. Rząd Chin namawia na gry komputerowe młodych mężczyzn, którzy nie mogą znaleźć partnerki, mafie kradną dziewczynki na żony, a w Indiach nastąpiła eskalacja przemocy seksualnej.
W spokojnej względnie Europie kobiety chcą walczyć o wyrównanie szans na rynku pracy, równowagę w opiece nad dziećmi i respektowanie nietykalności osobistej, o tolerancję dla ich inności od mężczyzn. Patriarchat zrobił już swoje i odpływa w zapomnienie na dobre. Pogorzelisko, jakie zostawił, leczyć będziemy pokoleniami. Mężczyźni paradoksalnie nie zyskali na nim specjalnie wiele. Wymagania jakie stawia spuścizna patriarchatu są nieszczęściem dla wielu panów, którzy świadomie chcieliby robić coś innego, być kimś innym niż macho, dorobkiewicz, szczur korporacyjny, co z lekceważeniem mówi o swojej kobiecie, popijając drinki w towarzystwie innych facetów pretendujących do bycia alfa-samcami. Z prawdziwą męskością niewiele to ma wspólnego. Świadome kobiety prawdziwą męskość rozpoznają w masie fałszywych atrap. I tak, jak prawdziwa kobiecość, ma ona wiele barw, wiele temperamentów. Mężczyzna szachowy, spokojny, zrównoważony, cichy. Mężczyzna tramp, wędrujący, wesoły, poszukujący. Mężczyzna muszkieter (pewien mój kolega wybitnie) opanowany, bystry, błyskotliwy. Mężczyzna skała, zawsze gotowy do wsparcia, mężczyzna tancerz tanga, namiętny, stabilny, wrażliwy, potrafiący kobietą i jej energią wyczarować prawdziwe piękno. Mężczyzna artysta twórczy, kreatywny,  mężczyzna bohater, poświęcający się dla innych. Ale na bok stereotypy vel archetypy. Wielu ich widziałam i widzę na co dzień. Ważne jest to, że męska energia w świadomych siebie mężczyznach jest zrównoważona energią kobiecą. Kobiecą empatią, subtelnością, wdziękiem. To nie jest niemęskie, kiedy mężczyzna potrafi mówić o emocjach, nie pozuje na twardziela, kpiarza. Pewnemu koledze powiedziałam, kiedy się przy mnie rozpłakał, że łzy mężczyzny są dla kobiety piękne. Prawda dziewczyny? Prawda. Wiele sytuacji trudnych, stresowych, można by łatwo rozładować stwierdzeniem: „To mnie boli”, zamiast atakiem w stylu: „Spadaj!” Ale do tego, żeby przyznać się do emocji potrzebna jest odwaga, a odwaga to – męstwo, czyli to co męskie. Warto się nad tym zatrzymać chwilę i poczuć, że paradoksalnie to, co w naszym społeczeństwie jest uznawane za męskie, siła fizyczna, buta, pozorny blichtr, pogarda dla słabości, to niedojrzałe postawy rodem z neolitu, kiedy łowca o takich cechach mógł się przydać do zabicia mamuta i inaczej swego plemienia, wspólnoty nie wspierał. Za rozwój społeczeństw zaś odpowiadali osobnicy przekraczający bariery umysłu, świadomości społecznej, mający dalekosiężne idee, plany, strategie, którzy pojmowali więcej niż, jak dopaść zwierzę, albo przeciwnika co wlazł na zajęty teren.

Nie jestem feministką, bo skutecznie obrzydzono to pojęcie, ale z wieloma ideami równości płci się zgadzam. Wiem jednak, że na zmianę optyki do zobaczenia tego, że kobiety mogą robić pewne rzeczy i nie powinno im się tego zabraniać, potrzeba lat. Trzeba wychowania nowych pokoleń mężczyzn i kobiet, którzy nie niosą np. społecznych uwarunkowań zależności żon od mężów, czy akceptowania przemocy w rodzinie. Dlatego moich chłopców i dziewczyny wychowuję w jednakowym poczuciu ich wartości jako ludzi, nie stosuję kodów ani religijnych, ani nawet kulturowych. A w każdym razie się staram. Wiem, że każdy z nas ma jakieś naleciałości w stylu – chłopak może wchodzić na drzewa, dziewczynkom nie wypada. Ja mam tego mało może dlatego, że jak byłam mała, łaziłam po drzewach jak małpa i niczego się nie bałam. Zauważam jednak inność moich dzieci pod względem płci i preferencji. Czasem, jak widzę pewne zachowania chłopców, mówię: „Wy to jednak jesteście z Marsa”. A oni się śmieją, tak po męsku z dumą, że tę męskość zauważam. Prawdziwym testem tolerancji dla indywidualizmu moich dzieci jest dla mnie ostatnio to, że Syn chce sobie przekuć uszy, a Córkę podleczam altacetem po rozbijaniu desek dłonią na taekwondo. I tu się biedzę i tam się biedzę, bo wiem, że nasze społeczeństwo nie na wszystko jest gotowe.

Świadome kobiety rozpoznają prawidłowo role, jakich się podejmują, role matek, żon, pracownic, liderek, źródeł wsparcia, zaplecza, stabilności, zaradności, kreatywności. Widzą konsekwencje podejmowanych decyzji zupełnie jak mężczyźni, nawet jeśli podejmują je inaczej. Nie są strukturalnymi ofiarami społecznych przekonań, nie czekają na względy, widzą co jest możliwe i czują swoją wartość. Kobiety posiadające rodziny i bezdzietne, bizneswoman i straganiarki, które mijam na bazarze pod Banacha. W przeciwieństwie do mężczyzn, przeważnie przyjmują strategie długofalowe, nie ryzykują. Ewolucja pokazała im, że warto pomyśleć w dłuższej perspektywie niż jedna zima, albo wiosna, kiedy dzieci rosną przy piersi. Wszystko wskazuje na to, że kobiety średnio są lepiej wyedukowane od mężczyzn. Tam gdzie edukacja kobiet jest wartością społeczną, abstrahując od możliwości rozwoju na rynku pracy, kobiety rodzą mniej dzieci, a społeczeństwa się bogacą. Dotyczy to i krajów skandynawskich, i Arabii Saudyjskiej.  Wszędzie tam, gdzie z kobiet robi się trochę inteligentniejsze zwierzęta lub trofea z wianem, cywilizacja cofa się do średniowiecza. Tam rodzi się przemoc na wielu poziomach społecznych od rodziny, po klany, kasty, narody, rasy. Tam z nienawiści robi się prawo państwowe, niepisane albo religijne, tam króluje tabu i zakłamanie egzystencjalne. Tam kobiecość zeszła do podziemia, wypierana jako zło, wywołująca strach, zasłonięta, obarczona grzechem istnienia. Szanuję każdą kobietę, taką jaka jest, w swych religijnych, społecznych przekonaniach, jeśli jest ona w nich prawdziwa. Często się jednak zdarza, że kobieta jest niewolnikiem systemu w jakim żyje. Jestem pewna, że podnoszenie poziomu świadomości we wszelkich sferach  takich, jak oczekiwania ekonomiczne, relacyjne, prawne, edukacyjne, seksualne, pasje, ambicje, poczucie wolności wewnętrznej i społecznej powinny być polem do dyskusji między nami. W tym wypadku kobietami i mężczyznami, albo zwyczajnie ludźmi. I również wiem, że nie wszędzie jest to możliwe.

Kobiety, nie oszołomki, nie walczą o masowy powrót kobiet na traktory i aborcję zamiast antykoncepcji. Kobiety walczą o świadomość ich wkładu w rozwój społeczny, czego nadal im się odmawia, zalepiając im usta słodkimi słówkami: „Proszę iść poniańczyć dzieci. Niech się pani nie obraża, ale pani nie da rady.” Nie wykluczajmy, bo może kobieta jednak sobie poradzi, może pani wymyśliła podnośnik do tej rzeczy/sprawy. Długa jest lista kobiet, które podniosły poziom naszego życia i świadomości. Pierwsze lądowanie na Księżycu lotu Apollo 11 oprogramowała piękna dwudziestoparoletnia blondynka. Nie sugerujmy się za mocno ani płcią, ani pozorną słabością naszej płci, bo  powiem przewrotnie, dlaczego by drzemiącego w kobietach potencjału, Drodzy Panowie, nie wykorzystać? Nawet do własnych celów, za zgodą, w harmonii, w pięknej symbiozie, jak w tańcu żywiołów: woda i ogień, ziemia i powietrze.
Kiedy widzę tańczące pary, w szczególności w tangu, a w nich autonomiczność osób i zależność jednocześnie, myślę sobie, że na tym polegać będzie nowa era współpracy między kobiecością i męskością w świecie. O ile znajdziemy na to w sobie dość odwagi do wyjścia z nierozwojowej, ale oswojonej sytuacji pozornej dominacji racjonalnych, silnych mężczyzn nad nieracjonalnymi, słabymi kobietami. Kobiety są już gotowe okazać się sobą w świecie uregulowanym przez męskość, gotowe do zmian takich, które nie tylko w Dniu Kobiet połowę populacji świata zauważą jako wyjątkowe,  twórcze, indywidualne osobowości wnoszące zrozumienie, tolerancję, miłość i pokój. I za to właśnie chylę czoło i powiem, bez przesady: Chwała kobietom, dziewczynom i dziewczynkom za to, że przetrwały, za to, że idą swoimi drogami, w zgodzie z kobiecością, która się staje dzięki temu wspaniałą wartością w naszym chaotycznym  ponaprężanym niebezpiecznie konfliktami świecie! Odwagi dziewczyny, odwagi!

Ps.
Dziś dostałam tulipana, piękny wiersz Gałczyńskiego, czekoladę z żurawiną, życzenia z całusem i przytulasy. Od kilku mężczyzn, w tym od Syna. I tę dobrą energię wysyłam do Was wszystkich, Kobiet i Mężczyzn, którzy to czytacie.

Wierszyk okolicznościowy na Dzień Kobiet

Na Dzień Kobiet, Drogie Panie,
rano zjem słodkie śniadanie:
kawa z pianką, bułka z dżemem,
na pytania powiem: „Nie wiem”.

Zatopiona w myślach wszelkich
kupię kwiaty i brukselki,
pójdę raźnie popracować,
by wieczorem potangować
przy pigwówce od Damiana
co jest lepsza niż śmietana.

Włożę kieckę i obcasy
z dziewczynami pierwszej klasy
na milongę z białą tandą
zajedziemy całą bandą.

Wytańczymy siódme poty
wykręcając swe pivoty,
robiąc ocho i boleos
z pełnym wdziękiem milongeros.

Po północy chwiejnym krokiem
i zeszklonym tańcem wzrokiem
odmelduję się z Pałacu,
by obudzić się … na kacu.

6 marca 2019

O neurotyczności współczesnego świata

Współczesny świat dąży do zaplanowania. My dążymy. Tak boimy się zaskoczeń, chaosu, że planujemy, ograniczając potencjalne wystąpienie porażki, łykamy suplementy, a plany ograniczają dostęp wielu nieprzewidzianych zdarzeń i ich konsekwencji, niekoniecznie niewłaściwych. Neurotycznie staramy się zapanować nad pogodą, pracą, rodziną, życiem społecznym. Mamy ambicje i wyobrażenia, jak to wszystko co nas otacza powinno działać, na koniec mamy oczekiwania, żeby nasz obraz się wcielił i cała nasza energia idzie w realizację zaplanowanego oczekiwania.
Pokażę to na przykładzie dzieci. Z neurotycznością pragniemy, żeby im było lepiej niż nam, żeby uniknęły pułapek, w które, jak sądzimy wpadliśmy i chronimy, chorobliwie dbając i ograniczając dziecięcą fantazję do bycia sobą, a nie naszym wyobrażeniem w drodze do idealnej dla nich przyszłości. Moja córka ma talent plastyczny i jest bardzo bystra. Wymyśliłam sobie, że można to połączyć w dobrej pracy i skierowałam ją w kierunku architektury. Przez dwa lata chodziła na rysunek przygotowujący do egzaminu, ale kiedy przyszło do zdawania, powiedziała „Basta!”. I chwała jej za to, że się nie dała. Wybrała inny kierunek, swój własny. Powiedziała mi, że nie jest dla niej ważny status społeczny, kasa, ani moje poczucie spełnienia dobrze swojej roli, bo o wiele lepiej ją spełniam, kiedy córę wspomagam w realizacji jej własnych pasji. Odpuściłam, przebolałam i zobaczyłam w sobie, że tak bardzo się starałam w dobrych intencjach, ale własnych. Mam jednak dość pokory i zaufania do córy, żeby nie biadać, a dać jej przestrzeń na samodzielne działania. Są rodzice, którzy nie umieją przestać kontrolować dzieci. Od podstawówki i wkładania śniadania do plecaka, aż do dorosłości i wyboru życiowej drogi, partnera, kraju zamieszkania. W swojej neurotyczności trzymają sznurki życia dziecka żeby sobie udowodnić, że ich rola jest dobrze obsadzona i ważna, że tylko oni mogą dziecku dobrze tę drogę wyznaczyć. Każde dziecko zaś to indywidualność i kiedy rodzic je spłaszcza do własnych wyobrażeń, zubaża je i pozbawia własnego zdania, zaufania do siebie i do świata.
Neurotyczność otacza nas wszędzie. W pracy planowanie zadań, w domu zakupy, pranie, plany na miesiąc, rok, dekadę, plany emerytalne, wakacyjne, towarzyskie, kalendarze spuchnięte od wydarzeń i ciągłe napięcie związane z wypełnianiem tych punktów na mapie czasu. Bo jak coś się poślizgnie, obsunie w misternej pajęczynie zdarzeń, w dążeniu do celu, zapomni, nie daj boże, to poczucie winy sięga zenitu i znów gonimy, żeby dopaść do mety. Niektórzy w planowaniu biją innych na szyję i głowę, bo mają już zaplanowane całe życie swoje i swoich bliskich. I dążą, pocą się, złoszczą kiedy nie idzie jak miało być. Winią, karzą siebie i innych za niepowodzenia w spełnianiu się tego koncertu marzeń.
Patrzę na moje koty i myślę, że gdyby miały świadomość poznawczą i porównawczą, to by bez przerwy kręciły głowami z bezbrzeżnego zdumienia, po co i dlaczego my tak neurotycznie brniemy w schemat, żyjąc pod dyktando wypełniania kolejnych pól na schodkach życia. Czy brakuje nam wyobraźni, żeby pojąć, że dostaliśmy życie po to, by z niego czerpać, a nie biec z innymi szczurkami w wąskim kanale do ścieku, koniecznie na przedzie?
Zatrzymanie jest w naszym świecie niewyobrażalne, bo szkoła, szef, pensja, partner, uff … niewykonalne, a poza tym kiedy wszyscy biegną łapiąc po drodze co popadnie, stajemy się frajerami na końcu stawki i wmawiamy sobie, że dla nas już nic nie zostanie. Kiedy opadamy z sił, tracąc wiarę, rozglądamy się w poszukiwaniu pomocy i widzimy, że zatrzymali się tacy, co ich poraził piorun bezdomności, szaleństwa albo objawienia, że „Bóg jest miłością i nic więcej nie ma”. Oświeceni guru łapią nas wtedy za ręce i nogi proponując swoje usługi obdarzenia cudownymi mocami uzdrowienia, skaczą po scenie jak szamanka voodoo i przekonują, że wystarczy zapłacić za technikę oddychania, wypierania niepowodzeń, rozluźniania powięzi, śpiewu i wyrażania emocji, dzięki którym prędkość zbliżania się do celu się podwoi. Gotówką najlepiej, bo często nie chcą płacić podatków.
Kiedy się zatrzymałam mnie też dopadły różne wampiry. Potykałam się idąc kiedy wszyscy biegli, nogi tak były nieprzyzwyczajone do wolnego poruszania. Byłam natomiast na tyle czujna, że się nie wywaliłam, a w chwili największego załamania się położyłam i leżałam. W końcu wstałam i odkryłam, że życie idzie nie w jakimś uniwersalnym tempie, ale w moim, że jestem kreatorem, ale nie niewolnikiem swoich wyobrażeń, że nie pocę się do ról, ale się spełniam powoli, że nie mam oczekiwań, ani marzeń. Zamiast się neurotycznie zapracowywać podziękowałam tym, z którymi praca była nieefektywna. Otworzyłam się na innych, bez oczekiwań. I przyszli. Stojąc na poboczu autostrady samorozwoju zrozumiałam i odczułam, że ludziom da się sprzedać wszystko co przyniesie im chwilową ulgę w odpowiedzialności za ich własne wybory. Jak mąż cię zdradzał z kochanką w twoim łóżku, to jakaś zdolna terapeutka wytłumaczy ci za odpowiednią sumę w ustawieniach, że to konsekwencja miłości teścia do kobiety jaką kochał, ale inną poślubił, albo że to wibracyjna energia jakiej mąż nie był w stanie się oprzeć, albo karma, albo tarot pokaże, że mu chodziło o pieniądze itd, tylko uwierz, skoro zapłaciłaś. Najtrudniej ponieść prawdę, że mężczyzna, który tak zdradza zwyczajnie, przyziemnie i najprościej nie kocha cię naprawdę, a to, że od ciebie nie odszedł to znaczy, że cię potrzebuje, bo nie czuje się kompletny. Brzytwa Okhama bezlitośnie, ale precyzyjnie wyznacza granice prawdy i iluzji, jakie tworzymy wokół zdarzeń dla nas zbyt bolesnych, żeby je przyjąć na raz.
Neurotyczność w wielu aspektach życia pokazuje, że tak boimy się zatrzymać, że nie żyjemy w ogóle. Albo myślami jesteśmy w przeszłości, wciąż rozrywani podjętymi wyborami, albo usiłujemy sobie wykreować przyszłość. Chwila obecna, ta chwila, w jakiej piszę na klawiaturze, nam umyka, a tylko ona jest prawdziwa, tylko ona składa się punkcik do punkcika na naszą wieczność. Wszystko co minęło znika, co będzie – nie wiemy. Jedna z moich mądrych przyjaciółek powiedziała mi kiedyś:”Ludzie chodzą do jasnowidzów po to, żeby się nie bać wytworzonych we własnych głowach smoków”. Chcemy zapewnienia, że przyszłość będzie zgodna z naszymi oczekiwaniami. Wielokrotnie przekonałam się, że to co przyszło w zastępstwie moich marzeń, było o wiele cenniejsze, głębsze i choć dalekie od moich wyobrażeń, wnosiło w moje życie nową energię i mądrość. Kiedy fiksujemy się na planach, tracimy lekkość, elastyczność, zamykamy się na szansę otrzymania czegoś niewyobrażalnie innego.
Neurotyczność współczesności wyraża się również w dążeniu do doskonałości. Nie cenimy średnich rozwiązań, zachmurzonych dni, oczekujemy, że życie będzie przyjemne, łatwe albo, jak mówią warsztatowcy od rozwoju, że będzie wreszcie energia, sukces i spokój. (O sukcesie jeszcze kiedyś wspomnę. Słówko majstersztyk.) Życie nie po to jest, żeby w nim panował tylko oświecony spokój. Nie jesteście mniej oświeceni od mnicha buddyjskiego tylko dlatego, że on siedzi w medytacji całe dnie. Życie po to jest, by go doświadczać na wszystkich poziomach, rodzinnym, w relacjach, w pracy, w pasjach, w samotności i wśród ludzi. Nie żeby planować własny rozwój – w tym miesiącu rozwinę kobietę wewnętrzną i rozliczę się z rodzicami, popracuję nad pozycją drzewo w jodze, odbędę warsztaty z wystąpień publicznych i wejdę na K2 – nic w tym stylu. Podstawową prawdą, jaką współczesny świat nam zakłamuje neurotycznością strachliwego planowania, jest to, że życie nas prowadzi. To my się opieramy, uciekając przed życiem, przed uczuciami. Idziemy w komfort. Jak wszyscy lecą na skraj tej grani, to my też, w razie co – byliśmy w stadzie, więc nas nie ocenią z zewnątrz, a ci wszyscy co się zatrzymali i nie spadli, pewnie nie mieli dość bohaterskiej odwagi w samounicestwieniu.
Sądzę, że nasza neurotyczność w życiu, ciągłe planowanie, podsumowywanie przeszłości, analizowanie na rozum jak tu następnym razem uniknąć przeciwności, ma głębokie podłoże lękowe. Najwięcej planów i analiz przeprowadzają ludzie siebie niepewni, nie mający do siebie zaufania. Jakie mają lęki? Każdy może sobie sam odpowiedzieć. Mój lęk wynikał z negatywnego oceniania siebie. Braku własnej wartości. Moja neurotyczność doprowadziła do tego, że niosłam na plecach cały zaplanowany świat, wybory swoje, dzieci, bliskich dorosłych, bo sądziłam błędnie, że mam wpływ na zachowania otoczenia, że mogę tak zorganizować przestrzeń, że będę kontenta. Energia jaką wkładałam w każdy dzień, puściłaby z dymem w wybuchu kolejną Hiroszimę. Kiedy zwolniłam, wyszłam z koleiny, potykając się o różnych fałszywych ludzi, zobaczyłam jaką mam siłę. Teraz idę w poprzek, w zupełnie innym kierunku niż przez ostatnie lata. Praca ta sama, ale inna, dzieci te same, ale inna relacja, ja ta sama, i nie ta sama. Kiedy świadomie, bez zakłamania podchodzę do swoich uczuć, intencji, prawda pojawia się samoczynnie i ona prowadzi mnie do zrozumienia mojej rzeczywistości, nie do wygodnych projekcji. Nie ciągnie mnie więc do iluzji, np. takiej, że jak się napocę w życiu, to dostanę w prezencie spokój spełnienia. Spokoju doświadczam tyle ile trzeba, niepokoju również. A każdy niepokój, to wskazówka, gdzie jeszcze przeciekam, gdzie ucieka mi moja miłość własna.
Nie uciekam przed neurotycznością współczesnego świata, co zalecają wszelkiej maści oświecone trendy rozwojowe, w stylu:”Załóż sandałki i leć do Indii, tam się odprężysz i znajdziesz spokój wewnętrzny. Spróbuj techniki xyz – to jest czadowa zmiana, świat stawia na głowie”. Widzę neurotyczność, również w rozwoju osobistym, latanie na warsztaty, jogę, gongi, byleby się nie zatrzymać i nie spotkać ze sobą. Łatwiej się wyłączyć jakąś modną metodą. Neurotyczność widzę i jej doświadczam w kontaktach z ludźmi, w relacjach. Umiem też zobaczyć jak mnie czasem kopnie. Nie obrażam się na nią, jak na niesforne dziecko. Neurotyczność jest szansą. Kiedy się pojmie swoje intencje życia w neurotycznym świecie, neurotycznego podchodzenia do jego aspektów, przychodzi czas na wybór, zmianę, na refleksję i na odkrywanie samego siebie, a nie magiczne oczekiwanie oświecenia. Przychodzi głęboka konieczność nie brania udziału w owczym pędzie neurotyczności wynikającej z zakłamania wartości współczesnego świata. Przychodzi odpowiedzialność za przeszłość i zgoda na przeżywanie życia w każdej odsłonie, uniesień i bólu, niepokoju i wzruszeń. Odkrywa się, że nie ma dobrych i złych chwil, są chwile o mniejszym i większym wpływie na nas. W tej akceptacji jest i miłość uniwersalna, i moja własna, i stabilność, i niestabilność. Jest przepływ energii życiowej między biegunami przeciwnych emocji, racji. Jak ktoś dąży do bezpiecznego siedzenia w centrum komfortu bez uczuć, bez zmiany, w masce zdystansowanego do życia guru, kupionej na targu rozmaitości rynku rozwoju osobistego, i trzyma się tego rękami i nogami, nawet kiedy widzi, że to go zubaża, że życie omija go w swym bogactwie doświadczeń, może tak zostać w zgodzie ze sobą, ale niech rozważy czy nie lepiej kupić trumnę i się położyć. Zużyje mniej energii i grabarzowi da zarobić. Podobnie jak ten, co pędzi na oślep w wyścigu cywilizacyjnego stada.

Jedna chwila

Jedna chwila
jedno uderzenie serca
struchlałam jak silne
nie spodziewałam się
że jeszcze żyję
że moje serce bije

Jakby w próżni
zadrgała iskra energii
wyginając łukiem
każdy mój mięsień
w parabolę
smutku

Spazmatycznie
chciałam
uniknąć rozpaczy
a ona trwała
z czułością prostując
zmęczone napięcia
aż odetchnęłam
głęboko pewna
że ja
co się dziś zbudzi
będzie mocniejsza.

18 luty 2019

pękło mi niebo na pół

pękło mi niebo na pół
to się zdarza
powiedział strażak
wchodząc po
drabinie
przez okno

niech pani nie rozpacza
tylko pójdzie tam
gdzie niebo jest całe

co pan opowiada
jeśli pękło
to globalnie
nie ma gdzie się podziać

to niech pani zostanie
patrząc tylko w dół

o nie, jestem jeszcze młoda
bez nieba nie potrafię

żyć …

18  luty 2019

Szukam lata

Szukam lata
z zimowym skupieniem
w ciemności chmur nad ziemią
w czasie przed i za mną
niech się odnajdzie
wreszcie
w teście przyjaźni
w mocniej zachodzącym słońcu
w wyobraźni
niech się przebierze
za zimę
i wyśle ją na wakacje
w ciepłe kraje
żebym mogła znów
zasnąć w twoich ramionach
na plaży
bez słów
bez skojarzeń
w bezczasie …

12 luty 2019

11 luty 2019 cd.

A jednak płyta główna padła w wyniku przegrzania. Prawdziwy pomór. No to pozamiatałam dziś parę spraw administracyjnych i powiem tylko, że jak na jazzowy dzień to jest nieźle. Popchnięte prawie wszystko.
Dziecko mnie wczoraj pogoniło w pisaniu.
– Ostatnio nie piszesz.
– Nie piszę, bo działam – odparłam, ale poczułam się powoli, po prawniczym bloku innych latorośli na pisanie, zobligowana.
– A co?
– Bo nie mam co czytać.
Tonie w książkach z filozofii i historii łagrów syberyjskich Gruzińskiego, brr… w śniegu po kolana, ale widać jakiś dodatkowy kanał kontaktu ze mną jest jej potrzebny. Nie wystarczają rozmowy o stoikach, epikurejczykach i hedonistach w łazience podczas mycia zębów. Chyba jest trochę tak, że jak piszemy, dookreślamy się, a ponieważ ja jestem bezbożnie szczera w tym, co zamieszczam, więc dziecko mnie poznaje bardziej moimi własnymi słowami. Ja też byłam ciekawa ludzi z mojej rodziny, kiedy jako dziecko wypytywałam o różne rzeczy. Nie każdy odpowiadał. Takie czasy. Zwierzała mi się tylko jedna i druga babcia. Pytałam o wojnę, o to przekleństwo przez jakie przeszły. Każda inaczej, ale każda w stratach bezpieczeństwa, więzi, rodzicielstwa, bliskości i młodości.
Dzieciom to przekazuję w jakichś rozsądnych dawkach, nie dlatego, że to za ciężkie doświadczenia dla nich ale, że nie zawsze chcą wiedzieć. Widać do grzebania w przeszłości trzeba mieć jakiś gen ciekawości, wścibskość rodową i być gotowym na zupełnie zwykłe wiadomości, nie przygodowe bajki o szalonych ciotkach wynalazcach, albo kuzynach – książętach z nieprawego łoża szlacheckiego.
Właściwie, to chciałam napisać o tym, że ostatnio było mi niezwykle przyjemnie, kiedy moja najstarsza córa powiedziała, że cieszy się, że jestem już w domu. Pomyślałam, że może coś chce załatwić, a ona na to:
– Fajnie, że jesteś, bo tęskniłam.
Takie to było czułe i piękne, aż się zawiesiłam w uczuciach na chwilę. Daję dzieciom to, co czuję w ramach rodzicielstwa, ale autentycznie. Dlatego bywam cicha i spokojna, ale też rozsierdzona i miotająca słowa. Cóż, nie jeden współczesny, wyedukowany na nowych teoriach rodzic, by się obłożył włosienicą i powędrował do Częstochowy na klęczkach, gdyby się złapał na moich metodach u własnych dzieci. Popełniłam mnóstwo błędów wychowawczych i pogrążałam się w poczuciu winy, dopóki nie zrozumiałam, że naprawiać nie należy dzieci czy naszych stosunków z nimi, a stosunek nas samych do swojego wnętrza. W bliskości ze sobą, w otwartości na błędy, na odrabianie lekcji jest prawdziwa magia przemiany. Wiem, że nie za każdym razem zrobię to, co będzie najlepsze dla moich dzieci, ale się przyglądam i wyciągam wnioski. Mam też takie doświadczenia, że ludzie zafiksowani na właściwe, ich zdaniem, wychowanie dzieci, przygotowujący się do rodzicielstwa, jak do podróży kosmicznej, nie są wcale bardziej efektywnymi rodzicami. Rzeczywistość jest silniejsza niż wszystkie wyłożone w książkach schematy.
A Chet Baker, czyli Piekarz, snuje się w tle z nostalgią i z lekka mi czas umyka, umyka…