O tangu inaczej

Wszyscy teraz piszą o tangu. Internet zalewa tangowa poezja, rozprawy filozoficzne, narzekania albo peany na cześć. Patrzę na to z dystansem, bo minął mi tangowy bzik, a nawet kac po bziku i widzę, jak wiele jest z tangiem nieporozumień na bardzo podstawowym poziomie. Zacznijmy od tego, że tango jest czynnością wykonywaną z mniejszą lub większą przyjemnością w parach. Można i solo, ale nie na milongach. Budowanie filozofii na podstawie tanga jest nieporozumieniem. Tango jest narzędziem do wyrażania siebie w obecności drugiej osoby, nie jest żadną magią. To my przez to, że decydujemy się na uchylenie rąbka autentycznego ja, mamy okazję i tworzymy coś prawdziwego i prawdziwym dramatem jest to, że prawda zamiast czymś zwyczajnym nazywana jest magią. Tango jest produktem końcowym naszej ekspresji. Równie dobrze moglibyśmy uprawiać wspinaczkę ściankową, żeglarstwo albo śpiewać. Nad każdą z tych aktywności można by nabudować ideologię, ścisły kodeks zachowań i wysnuć wniosek, że to coś wyjątkowego, a tak nie jest. Tango łączy ekspresję i bliskość, której ogromne deficyty ma współczesne społeczeństwo i dlatego wydaje nam się, że coś niezwykłego się w tangu dzieje, szczególnie, że jesteśmy Polakami i nasze wychowanie z kijem w tyłku i patosem sprzyja izolacji od innych, ale też od własnych uczuć i kontaktu z ciałem. Toteż tango luzując nam ten kij i pozwalając na powrót do odczuwania obrosło takim WOW i taką legendą.

Patrząc na tango jako okazję do poluzowania kija jeszcze bardziej, można posłużyć się nim terapeutycznie, podobnie jak jogą czy lepieniem ceramiki. Ważne są specyficzne wewnętrzne narzędzia tanga czyli kontakt, technika i muzyka i to, jak je wykorzystamy. Ale tango, przy całej narosłej na nim warstwie niezwykłości, jest zwyczajnie powrotem do kontaktu ze sobą i zgodą na to kim się jest. Bez tej wiedzy kim się jest i wewnętrznej na to zgody, tango nie spełnia swojej roli. Stąd te nieporozumienia i roszczenia w stylu nikt ze mną nie tańczy, albo mnie poprawia, albo szarpie, gdzie ci partnerzy co potrafią zbudować w tangu taką albo inną energię. Osoba dobrze ze sobą skomunikowana nie ma z tym problemu. Zeszłam raz panu z parkietu kiedy mnie pouczał. Z tymi co szarpią i gwiazdorzą nie tańczę. Jak nikt mnie nie prosi – wychodzę z milongi. A za swoją przyjemność w dużej mierze odpowiadam sama poprzez dobór partnerów i to, jak ja sama się z nimi komunikuję.

Kiedyś miałam na te tematy inne zdanie. Też się egzaltowałam tangiem. W niezrozumieniu tego co się dzieje podnosiłam swoje umiejętności żeby partnerzy chcieli ze mną tańczyć, albo zastanawiałam się czy mam odpowiednią aurę, makijaż, sukienkę. Wszystkie te obserwację nadal są analizowane w różnych tangowych przemyśleniach. Buduje się kolejne strategie tego jaką masz włożyć atrakcyjną maskę, żeby zatańczyć niezapomnianą tandę. Wszystko to wydaje mi się powierzchowne i miałkie. Czy cekiny tak, czy nie, czy uśmiech, dekolt, rozporek, a może spodnie, a może postawa typu „mi to zwisa”, albo polowanie na nauczyciela/kę, bo cię potem na wyścigi będą prosić. Mnóstwo porad usłyszałam ze strony liderów i podążających. Część nawet wypróbowałam i nie zauważyłam żadnej systematycznej skuteczności. Nadal uczę się tanga, bo lubię się uczyć, a nie dlatego, żeby częściej być wybierana. Demograficzne konsekwencje upływu czasu są takie, że panów w tangu nie przybywa, niewielu z nich pracuje nad swoim warsztatem, a kobiety wlewają się do tanga falami i są coraz młodsze. Takie są fakty, a z nimi się nie dyskutuje. Starsze ode mnie koleżanki tańczą rzadziej niż młodsze, a te naprawdę młode mimo, że jest ich w tangu nadal mało, i nie mają nawet w połowie warsztatu starszych, stale tańczą. Na jakimś bardzo podstawowym poziomie pewnie ważne są umiejętności, ale już od aury i całej gamy innych czynników niewiele zależy. I bynajmniej nie czepiam się tu absolutnie wolnych wyborów tancerzy, szanuję to jakie każdy ma potrzeby, stwierdzam tylko jaki jest stan rzeczy.

Tango mogłoby być świetną okazją do budowania więzi i społeczności, ale na przeszkodzie temu stoi ciągły konkurs piękności i polowanie. Kiedy podczas milongi rozmawiam z koleżanką czy kolegą widzę rozbiegany wzrok po sali i rozmowa się urywa. W końcu na milongę ludzie przyszli tańczyć a nie ze sobą przebywać. Ktoś to nawet kiedyś podsumował, że w tangu jest wolność, bo nikt o nikim nic nie wie, a wszyscy mogą ze wszystkimi potańczyć, w domyśle, możesz być kimkolwiek, to nieistotne, jesteśmy tu na chwilę wyłącznie dla tanga. Od tej perspektywy jest tylko krok do tego, że nie obchodzi mnie tak naprawdę kim jesteś, nawet jeśli z tobą tańczę. Myślę, że w tych miejscach w Warszawie, w jakich byłam nie ma czegoś takiego jak tangowa społeczność. Są grupki znających się ludzi i cała masa osób znających się z widzenia, których „wiąże” tango, czyli przychodzenie w te same miejsca i walka o jak największą liczbę tand z jak najlepszymi partnerami. Taka rywalizacja nie sprzyja budowaniu czegokolwiek i nawet jeśli masz inne nastawienie stajesz się autsajderem, i wypadasz poza główny nurt tanga, gdzie ktoś kiedyś nakreślił zasady i nadal ten schemat działa.

Pytałam mojego nauczyciela, który w tangu jest prawie 20 lat, jakie on poleciłby rozwiązanie na tę sytuację. Rozwiązanie nr 1: chodzić na wszystkie lokalne milongi, siedzieć jak mebel, aż ludzie tak przywykną do twojej obecności, że zaczną cię prosić. Rozwiązanie nr 2: jeździć po świecie, gdzie masz czystą kartę i ludzie zatańczą z tobą z ciekawości i bez typowych, szczególnie w Polsce, uprzedzeń. Rozwiązanie nr 3: poczytać książkę, pójść na spacer, do kina, czyli dać sobie spokój.

Oceniłam, że na rozwiązanie nr 1 szkoda mi czasu, na częste nr 2 mam za małą pensję, ale nr 3 jest zawsze w moim zasięgu. Dlatego bywam na milongach rzadziej niż kiedyś. Wybieram spacer po Kampinosie, pracę w ogrodzie, rozmowy z moimi dziećmi albo ciekawe książki. A kiedy przychodzę na milo tańczę z osobami, które lubię, których jestem ciekawa. Lubię też rozmawiać i czasem się zdarza, że ktoś spędzi ze mną parę tand na pogaduchach o tym, co nas zajmuje poza tangiem. Tak chyba jest w Buenos, że ludzie przychodzą pojeść, porozmawiać i trochę przy okazji, ale nie na pierwszym miejscu, potańczyć tango. Myślę, że tego życzyłabym wszystkim tancerzom, ale żeby to się stało, trzeba by umieć się odsłonić w rozmowie, uchylić rąbka siebie innym, a na to trzeba więcej odwagi niż chwilowe otwarcie w tangu, po jakim już za chwilę możesz udawać, że się nie znacie i, że to co przed chwilą jest tylko anonimowym przejawem, bez konsekwencji a za to przecież całkowicie usprawiedliwionym – tangiem.

 

Nie politycznie o traumie

Zwykle nie komentuję politycznej rzeczywistości, to temat rzeka albo raczej głęboka studnia, a ja nie mam tak długiej liny wiedzy, żeby bezpiecznie się zapuścić w głąb np. ekonomii. Staram się rozumieć fakty i, na tyle na ile umiem, robić z tej analizy pożytek. Od dawna nie mam telewizji i nie czytam portali, gdzie w większości widzę opinie a nie fakty. Jest jednak jeden wymiar politycznej rzeczywistości do jakiej umiem się odnieść, a jaki pomijany jest przez większość komentatorów. To rzeczywistość psychologiczna Polaków i konsekwencje tej rzeczywistości na nasze polityczne wybory.
Rzeczywistością polityczną Polaków jest głęboka i nieuzdrowiona trauma. Można lekceważyć klapsy i przemoc, której większość z nas doznała, ale w ujęciu kolektywnym przemoc, jakiej doznał nasz naród, wpływa na konstrukcję pojmowania rzeczywistości, i ten efekt jest aż nadto widoczny. Historyczne upodlenie wywołało chroniczny brak poczucia bezpieczeństwa, brak zaufania do jakiejkolwiek władzy, ciągłą czujność i stan gotowości do walki. Punkty zapalne takiego stanu wykorzystują manipulatorzy wszelkiej maści ogrywając nas na potęgę z dobrostanu. Wystarczy, że wywołają lęk w jakiejś ze stref nieuleczonej z traumy i nie mamy szans kolektywnie wybrać mądrze, wybieramy instynktownie ze schematu zachowań, jakie chroniły nas w przeszłości. Działamy nieadekwatnie, bo nie ma już rzeczywistości, jaka nas straumatyzowała. Szukamy winnego Niemca, komucha, ruskiego, zaborcy, pana … nawet jeśli inaczej ich teraz nazywamy. Zostały w nas traumy wojenne, ale też bolesne przekształcanie ustroju społecznego, gdy niepewność o przyszłość wisiała i nadal wisi nad naszą narodową głową. Nie chodzi o to, czy jest realne zagrożenie, ale jak my interpretujemy często całkiem pozytywne czy neutralne fakty. A czasem uciekamy od zagrożeń realnych, bagatelizując je, bo nie widzimy co jest prawdziwe, a co jest naszą lękową projekcją. Tak waśnie działa trauma. Otumania.
Na poziomie społecznym dotyczy całych rodzin, społeczności, narodów, ras. W małej skali problem dotyczy jednej osoby, zmagającej się ze swoimi demonami wchodzącej w rolę kolejno ofiary, ratownika, kata. A wszystko nieświadome, słabo rozpoznane, skutkuje tym, że nie wybieramy swego losu sami, lęki za nas wybierają. Na co dzień widzę traumy indywidualne, jakich ludzie nie od razu chcą leczyć, bo często nie są na to gotowi. Zbiorowo, dzieje się to samo. Jednym z mechanizmów związanych z traumą jest reakcja, kiedy ten co doznał nieszczęścia w przeszłości, wywołuje strach u innych zyskując władzę, czyli pozorną kontrolę nad swoim strachem. A potem już tylko pragnie więcej władzy, żeby strach nie wrócił, żeby nie obnażył małości, bezsilności, iluzji. Władza pomaga stworzyć wizerunek, za którym łatwo się ukryć w pozornej świętości, pozornej odwadze, gdy się rozwiązuje wyimaginowane problemy, jakie nie istniałyby, gdyby człowiek nie był straumatyzowany.
Osobiście pracuję u podstaw, ze sobą i ludźmi, żeby poszerzyć strefę bezpieczeństwa, w jakiej dokonuje się wyborów nie ze strachu i nieświadomych pobudek uwikłanych w ból, i tyle mogę zrobić. Wyleczenie moich własnych traum dało mi ogląd jak jest po obu stronach, kiedy powoduje tobą trauma i kiedy jesteś już uzdrowiony/a. Po uzdrowieniu przychodzi niezwykła wolność, kiedy możesz wybrać naprawdę zgodnie z własną wolą.
Nie oceniam ludzi w tym, jak bardzo brną w swoje systemy obronne poszukiwania wroga na zewnątrz, jak bardzo wypierają fakty i poszukują walki, żeby udowodnić swoją wartość i waleczność. Konsekwencją tego, że to rozumiem nie jest złożenie broni, ani szczucie na głupotę tych co się ze mną nie zgadzają, ani ucieczka za granicę do innych rzeczywistości. Urodziłam się tu po coś, a moją bronią jest wiedza i akceptacja, jaka przychodzi, kiedy widzisz realnie, na faktach, co się dzieje i dlaczego. Robię co mogę robić, nie tracąc energii na złorzeczenia. Widać zaś, że w naszym społeczeństwie powoli tworzy się przekonanie na budowanie poczucia bezpieczeństwa w sobie, na obdarzenie ludzi zaufaniem i na roztropne wybory dotyczące przyszłości, zamiast ciągłego tkwienia mentalne w bolesnej przeszłości i drapanie w traumie. Dotyczy to mniej lub bardziej wszystkich liczących się politycznie środowisk.
Może kiedyś odrobimy lekcję i wystarczająco uzdrowimy się społecznie, aby przeważyć szalę w kierunku przyszłości. Nie będziemy wtedy, wbrew ideologicznej nagonce, owcą do pożarcia, będziemy kimś, kim jeszcze nie byliśmy i rozumiem, że ta, jak każda zmiana, może przerażać. A kiedy to się stanie? Nie wiem, trudno powiedzieć ile pokoleń, ile lat upłynie. Pokolenie moich dzieci nie ma perspektywy pustych półek, jak ja nie miałam perspektywy głodu, a moi rodzice nie żyli w strachu przed łąpanką. Więc chyba w dobrą stronę powoli kroczymy. Powoli.
Myślę, że życie społeczne jest na tyle skomplikowane, że nie ma jednego narzędzia do uzdrowienia narodu, jednej idei, jaką tyko warto wspierać. Dlatego uważam, że nie ma jednego człowieka, partii, która ma absolutną rację. Na razie jak dzieci dajemy się wodzić za nos ze strachu różnym demagogom i starcom, a tymczasem życie jest zbyt skomplikowane i nikt nie rozwiąże za nas naszych dorosłych problemów, szczególnie jeśli je wyparliśmy. Nie uzdrowi nas szczytna idea, ustawa, pogląd, nawet najświętszy, jak się nań z braku poczucia sensu we własnym życiu złapaliśmy.
Nie wieszczę rozwałki, ani klęski. Społeczeństwo nie jest głupie, jak sądzą niektórzy po wyborach, ci co przegrali i trąbią butnie na głupie masy, a zwłaszcza ci co ludzi przekonali i myślą w pysze, że im się z głupcami udało. Społeczeństwo nie czuje się bezpiecznie i, dopóki to w jakimś stopniu nie zostanie zmienione, każda idea dążąca do zmiany paradygmatów polegnie. Każda idea nie pasująca do schematu walki, zagrożenia i braku zaufania. Każda idea nie naznaczona traumą i ofiarą. Każda idea nie szukająca do ubicia kata. Każda idea polegnie jeśli odważy się złożyć los ludzi w ich własne ręce zamiast szukania ratunku na zewnątrz w boskiej lub autorytarnej mocy. Więc może o to właśnie chodzi, żebyśmy uzdrowili się niejako w procesie przejmowania za siebie odpowiedzialności, za swoje życie, za swoje wybory, również te pod wpływem chorej ideologii?
Ja właśnie tak żyję, ale to jest droga w jedną stronę. Nie da się być odpowiedzialnym w połowie. Bierzesz na siebie konsekwencje i nie szukasz kozła ofiarnego. Dla niezależnego człowieka żaden ideologiczny ruch, żadna pacynka polityczna nie jest kusząca. Człowiek odpowiedzialny i niezależny w poglądach nie idzie za modą ani nie ucieka przed strachem, przed zmianą. I jeśli coś wybierze, nie złorzeczy, że demokracja jest do bani. Wiemy jak jest, jeszcze nie znamy lepszego systemu społecznego. Być może taki odkryjemy, kiedy przepracujemy traumy i niepewność. A może AI nas wybawi i zbuduje system, w którym za nas, o nas, zdecyduje 🙂
Jaka nie byłaby jednak przyszłość, czekam na nią z ciekawością. Nie unikam rozmów o świecie i polityce, i na nikim nie wymuszam zgody na moje poglądy. Każdy z nas ma prawo do swojej wizji świata i popierania tego, czego pragnie. Nawet jeśli nieświadomie gdzieś zabrnęliśmy w zbiorowej traumie, dla mnie jest to lekcja, z której wyciągnę wnioski. Nie po to, żeby innych ograć w przyszłości, ale żeby jeszcze więcej wiedzieć o tym, jaka jest natura naszej rzeczywistości. I jakie jest w niej moje własne miejsce.

W poszukiwaniu sensu

Ewolucja człowieka zatoczyła koło. Z pojedynczych atomów, przez organizmy, stado, cywilizację, do zatominizowanego społeczeństwa naszych czasów, gdzie poczucie więzi jest problematyczne i kwestionowane, a samotność jest plagą większą niż covid. Wyrywamy się z tej samotności do chwilowych przynależności w pracy, w rodzinie, w tangu, w mediach społecznościowych, które kształtują nas na swój sposób. Współczesny człowiek w poszukiwaniu głębi sensu swojego istnienia i istnienia całego świata chwyta się czego popadnie, od teorii spiskowych po wątpliwe trendy duchowe, byle choć na chwilę poczuć spokój, że wszystko to ma sens i nie żyje się tak całkiem na marne. Sensem obdarzamy sztukę, natchnienie, przejawy ludzkiego geniuszu, muzykę, empatyczność homo sapiens i postęp, które być może powstały wyłącznie jako przystosowanie do zmieniających się warunków życia w środowisku i w stadzie. Rozluźniła nam się religijność i nagle nie widzimy, czy i dokąd prowadzi nas rozwój. Z pokolenia na pokolenie mamy coraz więcej udogodnień, paszy i bezpieczeństwa bytu, ale coraz więcej wątpliwości, jakich nie mieli nasi protoplaści zajęci przetrwaniem.
Może przyszedł czas na egzamin, taki globalny, żeby przejść z klasy do klasy, jak mówią pochłonięci duchowością entuzjaści, od niższych do wyższych wibracji? Tylko czy wiemy co to znaczy?
Nowo moda na rozwój osobisty jest tu skrajnie niezgodna. Jedni zalecają pracę tylko nad swoim rozwojem, co ma podnieść wibracje całej planety, głosząc teorie, że to ty jesteś sensem i światem. Inni w co drugie słowo wystrzeliwują miłość bezwarunkową, wybaczanie, koniecznie radykalne, co kojarzy mi się z ekstremalnym sportem w rodzaju morsowania, gdzie każdy może, choć nie każdemu to służy, ale nie to służy co służy, ale co jest na topie i zagania do stada.
A może jest tak, że każdy goni swoją własną drogą i wszelkie „pułapki” jakie ja widzę, są po prostu nie moje, stąd tam, gdzie włącza mi się zdrowy rozsądek i nie wchodzę, inni muszą wejść i czegoś osobiście podoświadczać?
Najważniejsze chyba żeby nie utykać na jakiś „absolutnych” metodach. Moja natura jest oporna, moja osobista Koza bierze jakiś temat i przeżuwa, i zwykle wypluwa po czasie idąc gdzieś dalej. Z koszyka duchowego rozwoju zjadła już całkiem dużo jabłek i powiem szczerze, niczego nie chciała powtarzać. Jedynie spokój i cisza została. I myślę sobie, że to dobry początek do innego doznawania świata, za każdym razem otwartość, ale już nie ekscytacja. Ktoś powie po co żyć w taki sposób, gdy nic nie zachwyca? Ale też nie zasmuca, nie irytuje, nie rozwściecza. Świat, w którym nawet zdumienia bywają powściągliwe.
Im dłużej jestem w tym stanie, tym bardziej widzę sens w moim życiu. Nie była nim walka, nie było szczęście, a było poszukiwanie o wiele większej pełni, która się wydarza kiedy nie zamykamy się sztywnymi przekonaniami na temat siebie i świata. Moja obserwacja ma tę cechę, nawet wobec samej siebie, że kwestionuję to co widzę i oglądam z wielu kamer. Ale żeby tak widzieć, w szczególności siebie, kiedy tu, w tej czasoprzestrzeni jestem i miewam się przeciętnie, zwyczajnie, trzeba pozbyć się dramatów i oczekiwań z dziecinnych bajek.
Co jakiś czas konfrontuję się z ostrymi poglądami ludzi o religii, o sztuce, o nauce i widzę, jak bardzo jesteśmy spragnieni odpowiedzi, jak bardzo czujemy się zagubieni społecznie i zastraszeni. Budujemy sobie wtedy teorie na temat rzeczywistości a to politycznej, a to obyczajowej, w formie mniej lub bardziej radykalnej, nawet spiskowej, byleby wypełnić pustkę niepewności w obrazie rzeczywistości. A to dobry Bóg, prezydent, guru, astrofizyk coś nam wyjaśni, da i ochroni, byleby poświęcić mu czas, energię, zasoby. Łatwo wtedy wpaść w bezkrytyczne popieranie tych, co walczą w imię zasad, żeby ci, co całują niewłaściwą płeć, co mają inną dietę i przekonania, i kota zamiast psa, się naprawili, przekonali, albo pożałowali. Przy dużej dawce zaangażowania w cokolwiek, sens życia objawia się sam, polega na nadziei zniszczenia oponenta, albo w łagodnej formie przefarbowania go na naszego lisa. I ileż jest bohaterstwa, poświęcenia temu, czy innemu zadaniu wywalczenia jedynie słusznego stanu.
Z niesłuchania innych zrobiono wręcz cnotę. Grzeszny ten, co popiera jakąś hołotę i głosuje na niewłaściwych ludzi. Oblejmy go farbą, błotem w mediach i publikujmy zalewając dobrą nowiną naszych poglądów na rzeczywistość.
A sztuczna inteligencja patrzy i uczy się od nas, i nie zdziwię się jak nas przerobi na szaro, jak tylko nadarzy jej się okazja. Bo skąd miałaby się nauczyć, że ludzkie życie ma wartość i, że różne punkty widzenia to szansa, żeby poszerzyć perspektywę, a nie żeby rzucić jadem w przeciwnika, jak kisielem w przedszkolu.
Może warto zakwestionować swoje poglądy najpierw i pogłębić zrozumienie sensu swojego życia zamiast wydawać go na pastwę czyichś nośnych poglądów? Tylko kiedy i jak to robić?
Mam taką osobistą perspektywę, że jestem jednym z bilionów żyjących istot na ziemi i mam przywilej świadomej o sobie wiedzy. Nie jestem podatna na czyjeś filozofie i trendy, bo nie poszukuję powodu swojego istnienia, tylko dlatego, że uważam, że jeśli ten powód istnieje raczej przekracza poznanie jednego ogniwa – mnie – w tym wiece skomplikowanym łańcuchu istnień tylko na tej planecie, ale mogę sobie, korzystając z moich umysłowych możliwości pospekulować nad tym i owym, co mnie ciekawi. Nie robię z tego jednak żadnej absolutnej prawdy. I to mi wystarcza do świadomej z życia radości. Nie muszę się angażować w systemy wierzeń za, bądź przeciw jakimś teoriom, bo nie czuję potrzeby ochrony ze strony jakiegokolwiek systemu, politycznego ani religijnego. Żyję w nich na co dzień, bo są systemem wierzeń wielu otaczających mnie ludzi, którzy bez nich nie czują się bezpiecznie i to mi wystarcza, nie mam potrzeby tego zwalczać. Nasza międzyludzka świadomość wytwarza wiele przekonań z lęku, jak opór przed sztuczną inteligencją, albo teorią kreacjonizmu. Widząc stojący za każdą taką postawą lęk i potrzebę dobrej nowiny, nie sposób się złościć. I być może wiele postaw przyjętych w społeczeństwie, jak świętość instytucji małżeńskiej, zwyczajnie odejdzie, bo przestaniemy się społecznie bać innych systemów społecznych, jakie sami sobie zbudujemy. Nie ma potrzeby walczyć z nimi ani nikogo do naszych wyborów przekonywać. Wystarczy odważyć się na bycie sobą i życie na swój sposób, i mieć tę dojrzałość, aby takiego życia konsekwencje brać na klatę, a nie oczekiwać, że ktoś je z nas zdejmie, rozgrzeszy, czy zrozumie i obejmie prawem czy traktatem. Bo tak powstają nowe umowy społeczne wśród ludzi, najpierw ktoś żyje według swoich praw, potem to prawo się upowszechnia, jeśli jest zgodne z wyborem społeczeństwa, a na końcu nawet nie pamiętamy, że jest to prawo, tak wrasta ono w naszą ludzką świadomość.
I może to jest sens życia, żyć jako przykład autentyczności, wybór za wyborem, pomyłka za błędem, zwycięstwo za upadkiem, chaos albo porządek, zmagania, a czasem łatwość w codzienności. Po prostu człowieczeństwo bez nadęcia ideologicznego, bez przynależności ze strachu przed odrzuceniem i pożarciem przez tygrysa, kiedyś prawdziwego, dzisiaj medialnego, na tyle na ile się da, rozpychając tę naszą rzeczywistość tolerancją i nieagresją. Bo nic nikomu do tego, co jest sensem naszego życia. Dla jednych będzie to gejowskie małżeństwo, dla innych patriotyzm wyrażony czynną walką o bezpieczeństwo obywateli, dla mnie eksploracja ludzkiej świadomości i świata i pisanie o tym otwarcie co myślę, dla innych religijna pasja i umartwianie ciała. Nie w opozycji jedno do drugiego, a w kolażu wielu kawałków perspektywy na rzeczywistość, która sama w sobie jest i cierpliwie  czeka co też zdecydujemy, co też z nią zrobimy.

Mit zwany szczęściem

Może tego nie wiecie, a może nigdy tego nie nazwaliście, ale jako ludzkość, homo sapiens, żyjemy w mitach. Mity są opowieściami, jakie sami sobie opowiadamy o naturze rzeczywistości i w nie wierzymy. Dzięki wspólnym mitom na temat naszego życia umiemy się dogadać, współpracując i tworząc zbiorowe projekty takie, jak państwa, korporacje, religie. W przeszłości mity były inne, bohaterscy rycerze broniący ziemi świętej jakimi zachwycano się w średniowieczu, dziś wywołaliby konsternację, a kobiety z kotami i nadmiarem nieuczesanych włosów nie są wyłapywane na ulicach i skazywane za czary. Nie mniej jednak to mity decydują o tym, w jakim systemie żyjemy na tę chwilę i dlatego warto wiedzieć jakie kluczowe mity nas wiążą. Mity nie są obiektywną prawdą o rzeczywistości i to należy podkreślić, są naszymi osądami porządkującymi rzeczywistość, żeby przeciętny człowiek mógł żyć w harmonii z innymi ludźmi, są umową, co jest ok a co nie w ramach społeczności, rodziny, państwa. O pewnych mitach nawet nie wiemy, bo tak wrosły w nasz rozwój społeczny, że wydają się oczywistością, prawem natury, i każdy w mniejszym lub większym stopniu jest tym mitem związany np. mit matki. Według naszej umowy matka powinna poświęcić się wychowaniu dzieci. Kiedyś w zbiorowościach pierwotnych potomstwo jednej pary wychowywała cała wioska, bo dzięki interwencji wielu dorosłych była większa szansa na przetrwanie malca. W obecnych czasach kobieta dźwiga ten wysiłek sama, często przy znikomej obecności rodziny i partnera, który zgodnie z mitem, musi utrzymać ją i potomstwo. Jeśli któraś ze stron próbuje złamać założenia mitu napotyka problem niedopasowania do oczekiwań społecznych, czyli wymyślonych zasad, które zostały w tej formie od czasów wstecznych, kiedy kobiety, również za pomocą mitu, sprowadzono do jednostek zależnych od mężczyzn i, siłą rzeczy nie mogły same na siebie zarabiać. Na mity można złorzeczyć, chcieć je łamać, ale przede wszystkim trzeba je najpierw zobaczyć, czyli w pewnym sensie uznać ich istnienie. Mity nie są z natury ani dobre ani złe, są konsekwencją sytuacji przystosowawczych. Mity sięgają do czasów bardzo prymitywnych, tak bardzo podstawowych dla naszej egzystencji, że siedzą w sferze nieświadomości zbiorowej, jak to, że facet jest silniejszy i przyniesie mamuta, i tudzież obroni.

Dziś jednak chciałabym napisać o czymś lżejszym niż społeczne przemiany na linii feminizm i patriarchat. Porozmawiajmy o micie szczęścia. Z mitami jest tak, że często nie wiemy jak to coś nazwać, tak jest oczywiste, jak świętość życia, czy potrzeba doskonalenia się, oczywista „prawda” nie potrzebuje definicji, jak np. patriotyzm. Nie mniej jednak zmierzmy się z tym, czym jest szczęście i jaki mit zawiera. Już na samym początku wdziera się niejednoznaczność, bo dla każdego z nas szczęście może być czym innym: nową pracą, świetnym związkiem, koncertem organowym, dzieckiem, spokojem. Dowolną sytuacją, jak pożarem u znienawidzonego sąsiada, szybką jazdą motocyklem, momentem zasypiania, diagnozą, że jednak pożyjemy więcej lat niż myśleliśmy. Ponieważ nie ma definicji, a każdy z nas „wie” czym szczęście jest, zahaczmy się na tym poczuciu, jakie mamy jako ludzie, niezależnie od sytuacji, na poczuciu szczęścia.

Z biologicznego punktu widzenia za poczucie szczęścia odpowiadają trzy hormony: serotonina, dopamina i oksytocyna. Każdy z nas może je wytworzyć i odczuć szczęście. Cały problem w tym, że każdy z nas wytwarza je w innym stężeniu i co więcej, przyłączenie hormonów w mózgu też jest indywidualne, więc nie da się za pomocą pomiaru ilościowego stwierdzić jaki poziom oznacza szczęście. Osoba, która przyłączy 5 na 10 możliwości może osiągnąć maksymalny poziom hormonów szczęścia, podczas gdy inna, która ma zdolność do podłączania 9 na 10, przy poziomie 5 poczuje się zaledwie lekko muśnięta szczęściem.

Skoro nie da się określić odpowiednich poziomów biologicznie, to może oprzeć się na tym co obiekt czuje, czyli dopytać, jaki ma poziom szczęścia subiektywnie. I tak się to mierzy powszechnie. Niestety podstawowym błędem takiego badania jest to, że osoba sama się bada i co za tym idzie, badanie jest całkowicie nieobiektywne. To tak jakby pytać foton czy czuje się dziś bardziej cząstką czy falą. Oczywiście możemy za pomocą ankiety zobaczyć, jak ta konkretna jednostka się miewa, w tym konkretnym momencie, zaniedbując wszelkie czynniki, jakie ją do tego nastroju skłoniły, ale po co nam badanie „czy”, jeśli nie odpowiada ono na pytanie „dlaczego”. A na to drugie pytanie nie tak łatwo odpowiedzieć bo, są czynniki, o których człowiek wie, jak wygrana na loterii, jak i te jakich nie zauważa, bo nie mieszczą się w jej spektrum obserwacji, a mogą być kluczowe np. zdrowie, więzi z bliskimi czy bezpieczeństwo w miejscu zamieszkania, a nawet to, że nie lubiany kolega został zwolniony i nie będziemy się z nim użerać. Nie ma takich badań żeby badały wszystko na raz, a badając czynniki oddzielnie nie mamy wiedzy o poziomie korelacji , który co więcej jest bardzo indywidualny. Poza tym badanie miałoby sens, gdyby każda osoba włożona w sytuację opisywaną jako szczęście reagowała tak samo, a tak nie jest. Kobieta bezdzietna i nie planująca dzieci raczej nie poczuje szczęścia wsadzona w rodzinę z pięciorgiem podrostków. Co więcej, szczęście nawet subiektywne jest zjawiskiem lokalnym w czasie. Poznanie wspaniałej partnerki na żonę może wywołać przypływ szczęścia na kilka miesięcy albo lat, ale może również skoczyć się przykrym doświadczeniem rozwodu i zwyczajowej szarpaniny o dzieci i majątek, a wtedy patrząc wstecz to, co nazywaliśmy szczęściem zaczynamy nazywać nieszczęściem. Stąd wniosek, że szczęście nie jest stanem stałym. Pod względem biologicznym nawet, nie możemy przebywać w stanie euforii cały czas. Proces przyłączenia hormonów ma swój pik i zjazd, kiedy wracamy do normalności. Marzenia o wiecznym szczęściu nie mają osadzenia w rzeczywistości. Mogę sobie wyobrazić, że ewolucyjnie osobniki co się tak euforycznie zawieszały prawdopodobnie miały większą szansę przez nieuwagę wleźć na skorpiona, albo zbyt długo celebrowały zachody słońca z korzyścią dla miejscowego tygrysa. Uważność, czyli powrót do optymalnej dawki kolejno wszystkich hormonów pozwala nam przetrwać. Objawia się to tym, że z czasem bywsze szczęście staje się normą i nie wywołuje już takiej reakcji, przywykamy, że mamy to „szczęście”, jak dach nad głową i cenne obrazy na ścianach. Za to po stracie tegoż komfortu, nie pamiętamy o czasach sprzed i cierpimy.

Więc może to przyjemność sprawia, że czujemy się szczęśliwi? Lokalnie tak, jak zjem rogala z kawą, to mam poczucie szczęścia. Ale gdybym tylko tym się żywiła, to moje życie nie byłoby zbyt szczęśliwe. Zaskakujące jest to, że nazywamy szczęściem to, co powoduje sens w naszym życiu. Wystarczy spytać dowolnego rodzica, jak wiele przyjemności ma z wychowywania dzieci. Sumarycznie tego co nieprzyjemne jest więcej do tego co przyjemne, ale chciane dziecko raczej nazywamy szczęściem. Dlatego sens jest nieodłącznym składnikiem szczęścia. Kiedy pada firma, ale wychodzisz z niej z dużym doświadczeniem w biznesie, to miało sens i czujesz, że w sumie szczęśliwie, że masz w zasobie pracę w tej firmie.

I tu zahaczamy o aspekt duchowy. To wydaje się szczęściem, co dało nam lepszy wgląd w nasze ziemskie doświadczenie i może to być piękna katastrofa wywołująca cierpienie, niepokój i zagubienie. Wartościowe jest to, co poszerzy nasze spojrzenie. A skoro tak, to po co w ogóle to nazywać szczęściem czy nieszczęściem? Może to po prostu „jest jakie jest”. Poszukiwanie szczęścia, czegoś co da przyjemność, spełnienie i odejdzie za moment, a co skupia całą naszą energię wydaje mi się wielkim marnotrawstwem. Czy poszukiwanie w objęciach partnera, szefa projektu, grupy klakierów szczęścia nie wydaje wam się takie? Ta obsesja w poszukiwaniu szczęścia jest świetnym haczykiem na wszelkie produkty od samochodów, szpilek, podróży do egzotycznych krajów, aż po metody oddychania, które jako jedyne zapewniają stuprocentowy efekt WOW. I kiedy to nie działa, czujemy się podle, albo znudzeni idziemy w to magiczne myślenie, że to pewnie inna mantra albo kolor na ścianie, albo biały śpiew, albo wpływ kwadratury Uranu na pas Oriona w opozycji do ascendentu Smoka przy pierwszej kwadrze Księżyca.

Żyjemy w czasach, w których dominuje mit, że każdy może być szczęśliwy. I co więcej ma do tego niezbywalne prawo zapisane w niektórych konstytucjach. Oplotła nas silna pożądliwość na euforię i bezproblemowość życia, a tu jak na ironię, współczesny człowiek stworzył sobie problemy, jakich nie mieli jego dziadowie. Bo gdyby dziadowie wiedzieli jakie mamy ułatwienia w życiu na poziomie formalnym, uznaliby, że jesteśmy w końcu spokojni, wolni i żyjemy długo i szczęśliwie. A to nieprawda, bo szczęście ma przyczynę, wynika ona z naszego oczekiwania. Mój dziadek byłby zachwycony poruszając się tak szybko na tak duże odległości i, że maszyny przejmują większość prac. A ja mam punkt startowy w innym miejscu, w moim świecie tak już jest. Nie ma się więc co dziwić naszym dzieciom, że jak mają szynkę i chleb to nie pieją z radości i nie całują nas po rękach.

Skoro więc poczucie szczęście zależy od poziomu oczekiwań, to wystarczy obniżyć oczekiwania, ale czy cię na to stać, gdy żyjesz w mitach ciągłego pośpiechu, sukcesu i nieustającego zadowolenia? Drugie pytanie, i gdzie te oczekiwania warto zmieniać? Czy jak pogodzisz się, że twój związek jest jałowy emocjonalnie, to poczujesz szczęście? Raczej wyłączysz frustrację. Kluczowe jest to, aby mieć adekwatne oczekiwania i nie wpadać w pułapkę cierpienia tam, gdzie nie mamy możliwości ruchu. Jeśli masz szefa tyrana i dusigrosza, to nie możesz oczekiwać, że da ci premię i podniesie ci poczucie szczęścia. Jeśli system edukacji uczy jak zdawać egzaminy, a nie przekazuje wiedzę, to nie oczekuj, że wykształci mądre pokolenie, co najwyżej sprytne, które powieli schemat na wielu polach swojej aktywności jako dorośli.

Buddyści poszli ze szczęściem do akstremum i uznali, że szczęście jest iluzją, a cierpienie istnieje i wynika ono z niespełnionych oczekiwań więc, aby nie cierpieć należy niczego, ale to niczego nie oczekiwać. Prosta recepta, ale na poziomie biologicznym niewykonalna z takiej przyczyny, że czasem trzeba coś zjeść i ogrzać się a nawet nawiązać więź z ludźmi. Co więcej trzeba iść przez życie w konkretnym systemie wierzeń, mitów o dobrobycie, o przynależności, o tym co dobre a co złe. Nie da się, choć wiele osób taki ma mit w głowie, tylko siedzieć i medytować. Jest to spuścizna religijna, jaką sobie generalnie wymyśla i upowszechnia każda grupa kapłanów dowolnej religii. My tu za was się modlimy a wy nam obsiejcie pola pszenicą, ryżem i donieście na górę, gdy zgłodniejemy, bo jak nie to ten Bóg z jakim się komunikujemy rzuci na was klątwę. Ostatnimi czasy coraz mniej osób w te klątwy wierzy, jak w to, że szczęście jest dostępne dopiero w niebie. To przejście od centrum na zewnątrz, gdzie o losie człowieka decydują Bóg, kapłan i władca, do egocentryzmu, że ja, ja i ja.

Czym jest więc szczęście? Czy skutecznym stworzeniem rodzimy, oddaniem życia zakonowi jakiejś religii, zrobieniem multimilionowego majątku robiąc głupie żarty w internecie? Gdzie się łapiemy na ten mit, że należy nam się szczęście? Czy szczęściem jest zginąć na wojnie w obronie ojczyzny? Czy wynalezienie leku na rzadką chorobę? Za każdym z tych pytań stoi inny mit.

Jeszcze jeden mit istnieje wokół szczęścia, że życie jest szczęśliwe, kiedy kierujemy się swoim sercem, (cokolwiek to znaczy, bo każdy znów ma swoją definicję pójścia za sercem) bo ono wie, jakie jest nasze przeznaczenie. To przekonanie, jakie mamy współcześnie, egocentryczne spojrzenie na wyjątkowość jednostki, na którą jest jakiś boski plan. Nie można z tym dyskutować na żadnym poziomie, bo albo włącza się ezoteryka, albo religia stojąca za tym przekonaniem, czyli kolejny mit, w jaki ktoś postanowił uwierzyć.

Na koniec zejdźmy z tego wysokiego C. Moje domowe szczęście jest w drobnych przemijających momentach, których naturę akceptuję i nie przywiązuję się do nich zanadto. Moje szczęście jest w więziach, bo jako homo sapiens tak jestem skonstruowana, że ich potrzebuję do dobrego funkcjonowania, a ponieważ raczej mam naturę obserwującą niż towarzyską, doceniam mój własny czas i kontakt z niewieloma osobnikami swojego gatunku. W mojej autorefleksji jestem raczej wątpiąca i stale podważam, z ciekawością dziecka mieszającego kolorowe ciecze w łazience, w co też ja wierzę i, co mnie do tego skłania. I czuję szczęście, kiedy odkrywam, gdzie jest przyczyna, bo wtedy mogę zdecydować, czy żyć w micie czy się z niego wypisać. Z wielu mitów wyrosłam, z mitu o kwiecie paproci zapewniającemu uniwersalne szczęście, z mitu o dżinie, który przyleci i za mnie zrobi, z mitu o zakochanym królewiczu w ferrari i, że przyczyna wszystkich moich złych humorów leży we mnie. Życie bywa nudne, smutne i trudne, a i tak może mieć sens, który trochę dla niepoznaki czasem nazywamy szczęściem. I w imię humanistycznego liberalizmu, jaki teraz jest mi chyba najbliższą religią, jeśli moje szczęście, czymkolwiek ono jest, nie wzbudza niczyjego cierpienia, to mam prawo je chcieć i zaprosić do swojego życia, choćby obrażało światopogląd innych i konsternowało kogoś obcego. I tu pojawia się trudność zewnętrzna, że mit bywa na tyle silny, że zmusza ludzi do swoistego szczęścia i piętnuje niezależne wybory. Dlatego polecam się z nimi zapoznać, zobaczyć jaki jest koszt życia w zgodzie z mitem, a jaki poza nim i samodzielnie ocenić czy nas na to stać psychicznie. Nie chodzi w końcu o to, żeby walczyć o szczęście całe życie, ale aby żyć pogłębiając wiedzę i doświadczenie nie ulegając mitowi, że panaceum na każdy nasz problem załata to czy inne szczęście.

„Magia” wyjątkowości

– Kiedyś chciałam być wyjątkowa – powiedziałam do Kozy.
– A po co? – odpowiedziała żując łańcuch na choince.
– Nie wiem. Wydawało mi się, że to będzie atrakcyjne.
– Dla kogo?
– Dla mnie, dla innych … – zatrzymałam się nad nieoczekiwaną pustką. – No i, że będę robić wyjątkowe rzeczy. Chciałam być kosmonautką.
Koza przewróciła oczami błyszczącymi elektryzująco od choinkowych światełek i łypnęła łakomie na kabel.
– Tego nie jedz. To ci zaszkodzi.
– Ale jaka będę od tego wyjątkowa – powiedziała przemądrzale Koza i zabrała się za słomiane gwiazdki.

Jestem przeciętna. Nawet tam gdzie wystaję w statystykach, czyli np. przy liczbie dzieci, jestem tylko względnie wyjątkowa. W Indiach, Afryce mają ich więcej. Jestem przeciętnie wysoka, otyła, urodziwa, stara. Wiele tu się może pojawić cech i określeń. W systemie społecznym jestem kropką na wykresie badań demograficznych instytutu miar i jakości. Lubię cicho siedzieć w kącie i współuczestniczyć. Głośno się śmieję, szczerze, z czyichś żartów, bo mój dowcip kuleje, ale bardzo doceniam jak kto go ma, i to w najróżniejszych odcieniach od sarkazmu i black humor po naiwny suchar. Ubóstwiam sprzeczności i przyglądanie się tabu. Fascynują mnie tarcia w naszych systemach wartości, również te mówiące o wyjątkowości.

Często spotykam się z takim poglądem, że wyjątkowym jest być warto, a nawet należy. Ta promowana postawa  tak się upowszechniła, że jest niekwestionowaną zasadą społecznego życia. Dążenie do wyjątkowości w wyniku walki z innymi o laury stało się kanonem naszych społecznych wartości. I jak każdy kanon jest wartością wyobrażoną, która zaistniała w naszym systemie przekonań, że poprzez wyjątkowość rozwijamy się jako zbiorowość. Oczywiście istnieją takie jednostki, o wyjątkowych talentach i możliwościach, i mają potencjał do zrobienia skoku w przyszłość i poszerzenia naszej rzeczywistości o nowe zdobycze intelektualne, filozoficzne, technologiczne czy medyczne. Większość z nas jednak jest przeciętna, ale w tym ludzkim garncu pretenduje do bycia wyjątkowym, bezrefleksyjnie, lecz w zgodzie z przekonaniem, że czymś się musimy w końcu odróżniać od całej reszty, choćby to miało być najbardziej niepokojące i niezdrowe, tak jak kabel pod napięciem połknięty przez Kozę. Dążenie do wyjątkowości w skrajnym przypadku kończy się zejściem ze sceny, jak youtuberów z długiej listy bohaterów z nagrodą Darwina. Ale lżejsze wersje tej społecznie nieświadomej fascynacji wyjątkowością zdarzają się wszystkim na różnych etapach życia. Przyciąga nas i nęci, a to wyjątkowa profesja, a to kreacja, a to hobby, a to fotka na instagramie. Wyjątkowa kobieta, w wyjątkowym miejscu, z wyjątkowym uczesaniem objęta wyjątkowym bicepsem. Znajoma umieściła zdjęcie jak płacze po obronie syna. I ludzkie, i wyjątkowe jednocześnie. Inni się tylko śmieją do aparatu. Wyjątkowość może się też pojawiać w sposób zaprzeczony, kiedy udajemy, że nie bierzemy udziału w wyścigu do wyjątkowości, jak ci, co nie mają dostępu do mediów społecznościowych, bo uważają, że jedynie oni nie dali się nabrać i zagonić do wspólnego stada pod but globalnej kontroli umysłów.

Bycie zwykłym w naszych czasach to nie lada wyczyn. Nie być specjalistą od piłki, albo polityki, nie mieć najlepszego samochodu i najlepszych fotek z wakacji, nie robić asan, nie być na diecie i nie jeździć rowerem. A w ogrodzie maki zamiast japońskiej flory, bo same wyrosły. Gdyby mi ktoś w 1990 roku powiedział, że ludzie rozsyłać będą zdjęcia swojego jedzenia, cóż … nie uwierzyłabym. A jednak, sama je umieszczam 🙂 Wyjątkowe jedzenie w wyjątkowej sytuacji z wyjątkowymi ludźmi w wyjątkowej kreacji. Bo zwykłe nudzi i nie przysparza blichtru świecącego prosto w oczy od jakiego powoli ślepniemy na zwykłe kolory.

Lubię swoją zwyczajność, bardziej niż cokolwiek wyjątkowego. Mój dzień kiedy po prostu jestem zwyczajnym człowiekiem. Czasem moją niewidzialność, w którą nikt nie zagląda. Kiedy piszę i publikuję, zawsze mam opór wychodzenia z wygodnej przestrzeni mojej nieobecności wśród ludzi. W zwyczajnym świecie codzienności ciężko być wyjątkowym, publiczność do tego jest potrzebna. Dlatego taką furorę zrobiły media, na które raz po raz się łapiemy i podświadomie oceniamy co jest zwyczajne, a co wyjątkowe.

Nie lubię być oceniana, wolę być sobą bezwymiarową, bez odniesienia do innych ludzi podobnych, albo różnych. Przy naszej społecznej obsesji w dążeniu do wyjątkowości wolałabym żebyśmy po prostu byli tylko różni. Różne kobiety o różnej sylwetce, w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami. Różni mężczyźni o różnym wzroście w różnych pojazdach z różnymi życiowymi celami. Różni ludzie w różnych domach przy różnych stołach w różne dni tygodnia mówiący o różnych sprawach, albo milczący ze zrozumieniem i szacunkiem dla naszej różnorodności w metrze, kinie, na ulicy, w kościele. I takie jest moje osobiste przekonanie, które wypróbowałam i ono mi służy, że nikt nie jest wyjątkowy, niezwykły, wszyscy jesteśmy po prostu różni.

W głąb swojej roli

Odgrywamy w ludzkim świecie różne role, te kulturowe, społeczne i te osobiste. Jesteśmy matkami, pracownikami, przyjaciółmi, zarządzamy, wykonujemy, słuchamy. Jesteśmy w tych rolach bardziej lub mniej skuteczni, bardziej nam one pasują, lub wcale, ale wypełniamy je w naturalnej konsekwencji zdarzeń, kiedy wychodzimy za mąż i partnerujemy, kiedy zaczynamy biznes, sprzedajemy, kiedy ktoś opiera na naszym ramieniu głowę w chwili zwątpienia. Te wszystkie role, tak czasami przenikają się, że przez lata wypełnionego zadaniami grafiku, nie mamy czasu zauważyć nawet, że coś nam umyka. Kiedy tak długo wypełniamy rolę utożsamiamy się z nią w sposób naturalny, stajemy się dentystami, kierowcami, ojcami, bohaterami domu. Wychodzenie z jednej i przechodzenie do drugiej roli dzieje się w sposób chaotyczny albo uporządkowany, bardziej lub mniej świadomy, dlatego niańczymy czasem pracowników, a od dzieci wymagamy wypełnienia jakichś nieadekwatnych obowiązków.

Całe moje życie zadaję sobie pytanie: „Kim jestem?” i na każdym etapie mojego życia słyszałam różne odpowiedzi. Przez większość czasu jednak sądziłam, że jestem tym, kogo rolę spełniam. Czułam się matką, żoną, pracownicą, wykładowczynią etc. W tej przestrzeni pomiędzy, która czasem mi mignęła, widziałam człowieka, kobietę, ale nie zastanawiałam się nad tym zbyt często. Ta podstawa mnie, była jak pusta przestrzeń dla formy, jaką była rola. Odkryłam jednak, i tym chcę się podzielić, że rola jest jak kostium, który wkładam do spełnienia jakiegoś zadania, a to czym, kim jestem, jest bardziej tą pustą przestrzenią, w jakiej to się dzieje. Bo ta przestrzeń bynajmniej nie jest pusta, ale nie wypełniają jej działania z odgrywania ról, ona może istnieć zupełnie niezależnie. Trochę jak na scenie, przy mojej całkowitej akceptacji, jestem naukowczynią i robię badania. Ale nie jestem tym działaniem, ani tymi badaniami, ani tą rolą jaką odgrywam. Tam jest nieskończenie więcej mnie.

Co się dzieje, kiedy wchodzisz albo wychodzisz z roli? Czy to zauważasz? Czy rola ci pasuje? Czy się z nią zmagasz? Jakie jest źródło przyjęcia tej roli? Czy możesz odwiesić ten kostium i pożegnać? I fundamentalne pytanie: Co zostaje z ciebie jako człowieka, gdy zdejmiesz wszystkie swoje role i utożsamienia? To gimnastyka umysłowa warta czasu i zastanowienia.

To nieoczywiste pytanie, bo role często w nas wrosły. Będziemy rodzicami już na stałe, ale rola matki to też kostium, który jest potrzebny nie cały czas, a w tych kluczowych momentach. Początkowo często, potem coraz rzadziej. Gdy dochodzi do zbyt mocnego utożsamienia ciężko nam żyć bez możliwości grania swojej roli. To samo ma miejsce w pracy, która staje się nami, albo w relacjach z ludźmi, gdy ich strata uniemożliwia odgrywanie „siebie” w interakcjach.

Jesteśmy stadni i przyjęcie ról do spełnienia odbywa się również w kontekście przetrwania stada. Zachowania i role społeczne są nam potrzebne. Nie mniej jednak nie musimy się z nimi utożsamiać. Utożsamienie się z rolą daje poczucie spełnienia dopóki dana rola spełnia swoją funkcję. Gdy wygasa, zostawia nas w pustce.

I ta pustka może być fenomenalnym stanem do odkrywania. Kiedy przeżyjemy strach braku utożsamienia, pokazuje nam, kim jesteśmy naprawdę, a co tylko we fragmentach widzieliśmy wyrażając swoje role przed światem.

O kobietach, które poznały swoją istotę poza rolami mówi się stereotypowo – wiedźma, o mężczyznach – jak o mędrcach. Tak jakby świat przywykły do ról nawet wtedy, gdy je porzucamy, potrzebował dookreślenia, przypisania roli. Z pewnością wyjście ze swoich utożsamień i wzięcie swojej natury z pełną konsekwencją i odpowiedzialnie, to czysty przejaw dojrzałości i wolności. Wolni od ról możemy je spełniać w swojej najwyższej prawdzie – z wyboru. A ci, dla których spełniamy te role, mogą się uczyć jak robić rzeczy dobrze.

Wypełniłam wiele ról w moim życiu, z wieloma się utożsamiłam. Ciężko było je ode mnie odkleić, tak wrosły. Łatwiej mi było je spełniać niż spojrzeć w odpowiedzialny sposób na całe moje dorosłe życie i wybory. Zawsze mogłam powiedzieć mojemu wewnętrznemu krytykowi, że jestem i tym, i tym i tamtym, a wszędzie coś robię. Pociągało to za sobą poczucie, że coś znaczę. Wyjście z utożsamień pozwoliło mi zrozumieć, że nie muszę spełniać żadnej roli i mieć żadnych osiągnieć, żeby w swoich własnych oczach zasługiwać na szacunek, uwagę, troskę. Wyjęcie siebie z powinności spełniania tej czy innej roli pozwoliło mi na przestrzeń dla mnie samej, na czas, na nieprzymuszony wybór. Jestem matką moich córek i synów, ale bywam nią w kontakcie. To czy jestem matką nie określa mojej osoby. Podobnie nie określa kogoś status pieniężny, zawodowy, liczba medali w szufladzie i innych atrybutów spełnionych ról. Nie chodzi też o to, żeby wskoczyć w „tumiwisizm” i „wszystko jest nic nie warte”. Warto robić wszystko co nam leży, co nas wyraża, ale nie jest tylko rolą do odegrania, odhaczeniem punktu na życiowej mapie. A jeśli tę rolę przyjmujemy, piszmy w nich nasze własne scenariusze, improwizujmy, posprawdzajmy jak ten kostium się rusza, czy skrzypi, czy można go przemalować, albo skrócić, tak, żeby nam nie zawadzał, albo dał do myślenia. Grajmy tę rolę odpowiedzialnie w trosce o wszystkie istnienia w nią zaangażowane, albo ją porzućmy.

Role jakie przyjmujemy świadomie i nieświadomie same odgrywają w naszym życiu pewną rolę. Ich rolą jest pomoc w dotarciu do naszej osobistej prawdy, do esencji jaka czeka pod tymi wszystkimi rolami. I tego dotarcia i zrozumienia życzę wszystkim z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, w których pradawni Słowianie czcili zwycięstwo światła nad ciemnością. Niech nam słońce świeci, śnieg pada i niech nas ogrzewa ciepło naszego stada i radość niosąca kolęda 🙂

Ot tak …

Zawsze podejrzewałam, że jestem niezniszczalna. Na swoją obronę muszę przyznać, że moje życie tak się układało, że okazja za okazją pojawiały się sytuacje, w których sprawdzałam się, testując swoje granice i niemalże wszystko stawało się prędzej czy później osiągalne większym lub mniejszym wysiłkiem. Wystarczyło spiąć się do celu, skumulować siły i skoczyć w dobrze obranym kierunku. A jeśli coś w skoku przeszkadzało, zwalczyć to, rozebrać kawałek po kawałku czasem przenosząc góry z miejsca na miejsce. I tak szłam przez życie z przekonaniem, że zawsze znajdę sposób, siły, strategię do wszelkich potrzeb swoich i moich bliskich.

Aż pewnego dnia, ot tak, zachorowałam. Początkowo miałam nawet na tę chorobę plan. Pochoruję tydzień a potem zrobię całą masę zaplanowanych rzeczy, również tych spiętrzonych przez opóźnienie. Ale po tygodniu okazało się, że to nieosiągalne. Choroba okazała się silniejsza i mimo, że walczyłam z nią fizycznie i intelektualnie, wygrywała na wszystkich polach, aż poddałam ostatnią bitwę i zatrzymałam się. Zarzuciłam wszystkie plany, a nawet wyobrażenia o tym co jutro, za tydzień, za rok i weszłam w pozorny bezczas, gdzie istnieje tylko to co aktualnie się zdarza. Odkleiłam się od kalendarza i ambicji wypełnienia swoich obowiązków, jak je nazywałam, a które tak bardzo ze sobą utożsamiałam. Stałam się, siłą rzeczy, niezależna od tego jaki tworzę na siebie plan i czy go spełniam.
I stało się tak, że niezależnie od tego czy coś robię czy nie, czuję się pełna siebie. Moje działanie jest oczywiście gdzieś tam potrzebne, ale już się z nim nie utożsamiam. Przekonałam się, kim jestem kiedy nic nie robię, tak bardzo potrzebnie jednocześnie, skupiona świadomie na sobie. Żyjąc do niedawna na zewnątrz w rolach tego świata, jako mama, pracownica, partnerka, przyjaciółka, gdzieś ten rdzeń siebie odczuwałam, pionizował mnie po burzach i sztormach, ale nigdy na taką skalę nie byłam go świadoma.

Rzeczywistość po puszczaniu kierownicy elastycznie dopasowała się do mojego stanu. Praca weszła mi w wolne chwile w domu, żebym mogła spać w dowolnie wybranym czasie, domowe sprawy przekierowały się. Otoczyłam się bezpiecznym kokonem bliskich i spokoju. Przeszłam boleśnie przez poczucie winy, że wszystkich zajmuję swoją osobą, że zaraziłam kochanego człowieka, który w wyższej konieczności naraził się na to. Odpuściłam czując jak życie i tak się toczy, artykuł kiedyś się napisze, obiad ugotuje, albo nie, i to też jest ok. Porównałabym to co się dzieje do unoszenia z prądem, opływam kamienie w rzece, przyspieszam i zwalniam bezwysiłkowo, skupiona na tym, żeby utrzymać się nad powierzchnią i to wystarcza. Nurt mnie niesie a ja nawet nie jestem specjalnie zainteresowana, żeby się przekonać dokąd.
Bywają chwile, że cieszę się, ale bez ekstazy, że oddycham bez przeszkód, że wracam do zdrowia łagodnie i powoli, już bez walki, i czuję do siebie wdzięczność, że umiałam w porę odpuścić i pozwolić życiu siebie poprowadzić.

Zaszyłam się w lesie, chociaż wszystkie moje urlopowe plany wzięły w łeb, jak to często bywa, okazja sama się pojawiła i bez wahania z niej skorzystałam. Myślałam nad sensem tej choroby, ale nie jestem nawet tego pewna, że miała jakiś cel, na pewno jednak pokazała mi granice mojej wytrzymałości. Pokazała też do jakiego fantastycznego stopnia mogę liczyć na pomoc bliskich. Nauczyła mnie cierpliwości i akceptowania bardzo niewygodnych dysfunkcji mojego organizmu. Zdałam sobie sprawę, że kolejny raz zyskałam wiedzę o sobie, o tym z czego bez żalu zrezygnowałam chorując, a co dla odmiany stało się tak jaskrawo ważne, a co parafrazując mogę nazwać „bliskością w czasach zarazy”, bliskością z moimi bliskimi i ze samą sobą na nowo. Uporządkowała mi emocjonalne sprawy, odsiała wątpliwości, napędziła do zmian tam, gdzie chciałam już iść, ale myślałam, że może jeszcze pozwlekam.

Na koniec z ciekawości zapytałam o tę chorobę Kozę, ale nie miała nic szczególnego do powiedzenia. Patrzyła na mnie beznamiętnie przeżuwając liście i rzuciła widząc, że uparcie czekam na jakiś komentarz:
– No co, no życie! Raz się tańcuje, raz zdycha. To chyba oczywiste. Tylko człowiek musi mieć sens we wszystkim co się dzieje. Dzieje się i tyle. Bądź w tym, albo to zmień, o ile jest to możliwe.
Na ten moment nie jest, więc w tym jestem, a jak się zmieni, zobaczymy. Nie roję sobie żadnych nadziei, terminów, działań. Być może o to chodziło, a może zupełnie się mylę i za jakiś czas zobaczę inną perspektywę. Z pewnością nie będę jej szukała, jak ma przyjść, przyjdzie sama.

Postanowienia

Wraz z przełomem noworocznym pojawia się pokusa poczynienia planów i założeń na nowy rok. Robimy te zobowiązania wobec siebie i stawiamy sobie cele do zrealizowania. Cały nasz zapał zwykle szybko się spala i po miesiącu jedziemy na oparach, buty do joggingu kłują nas w oczy, wpadamy w depresję, irytację albo znudzenie i szukamy pretekstu, żeby się wycofać z zaplanowanych czynności. Zaczynamy podjadać pokątnie to czegośmy się wyrzekli do końca życia, żeby jakoś zrekompensować sobie psychiczne męki i koło zmiany się zamyka zawracając nas do początku procesu. Im więcej takich nieudanych prób, tym bardziej zaczynamy wierzyć, że coś jest dla nas nieosiągalne, zdrowa sylwetka, poznanie nowego języka, nowa umiejętność. Odkładamy z czasem próby i utwierdzamy się w przekonaniu, że dla nas pewne rzeczy się nie zdarzą. Impas. Dodatkowo, żyjemy w poczuciu niesprawiedliwości i zawiści, że komuś się powiodło jakieś wyzwanie i zmienił sposób życia na bardziej dogodny. Napisano niezliczoną liczbę książek jak osiągnąć to, czego chcemy, więc wiedza „jak” jest dostępna od ręki. Co się więc dzieje takiego, co nie pozwala nam dojść do określonego celu?

Odpowiedź jest prosta. My sami. To my sami na nieświadomym poziomie blokujemy zmiany. Ktoś może zaprzeczyć, że przecież sam, osobiście zdecydował się schudnąć kilogram w dwa tygodnie, więc skąd ten sabotaż? Mechanizmy naszej podświadomości działają nielogicznie z punktu widzenia świadomego umysłu. Strata kilograma, może oznaczać dla nas głęboko zapisane doświadczenie głodu, które dla naszej podświadomości oznacza śmierć i choćbyśmy świadomie wiedzieli, że zmniejszenie posiłków nie grozi mam śmiercią, podświadomość chcąc nas bronić, zasabotuje każdy proces powodujący uczucie głodu. Podświadomość ma za zadanie chronić nas przed tym, co w niej jest zapisane jako zagrożenie dla naszego istnienia. Chodzenie z nadmiarem kilogramów nas nie unicestwia, co więcej jesteśmy bardziej widoczni dla społeczeństwa, zajmujemy więcej miejsca, trzeba się z nami liczyć i, również w taki sposób może nas podświadomość warunkować, abyśmy rośli w ważności. Jeśli podświadomość poczuje, że brak nam pewności siebie, rozdyma nas wagą, abyśmy zajęli dostatecznie widoczne, obszerne miejsce w społeczeństwie. Każdy z nas ma swoje indywidualne zapisy, na podstawie których, pozornie świadomie dokonujemy wyboru. Co można zrobić, żeby zmienić zapis na bardziej adekwatny do naszych potrzeb? Dogadać się z podświadomością. Nie wystarczy afirmować celu przymuszając się do zmiany. Trzeba wejść w sieć podświadomych powiązań przyczynowo-skutkowych i rozplątać ten supeł, który decyduje o naszej blokadzie. Wejście w hipnozie w obszar podświadomości jest łagodnym procesem kaskadowej zmiany. Umiejętne zmienienie zapisu podświadomości na taki, który podświadomość jest w stanie zaakceptować, jest skuteczną metodą pracy z niekorzystnym nawykiem, wzorcem.

O spójności czyli prostocie istnienia

Lato rozciąga się na wrzesień i początek października. Cieszę się każdym ciepłym dniem, bo jestem z natury czuła na światło i, kiedy go brakuje jesienią i zimą, tracę energię. Niedawno w taki właśnie dzień jak dziś, słoneczny i piękny, pożegnaliśmy wspaniałą kobietę, mamę, babcię i prababcię, żonę, pedagoga i przewodnika życiowego wielu ludzi. Nadal się wzruszam kiedy myślę, że nie ma Jej już z nami, ale to co pozostawiła w naszych duszach na zawsze zostanie. Długo by pisać o zaletach i odważnym życiu Hani, człowieku opozycji, nauczycielce z powołania, kobiety prawej, uczciwej i pełnej energii do zmian na lepsze, aktywnej przez całe swoje życie i osobiste, i zawodowe. To co najbardziej jednak utknęło mi w pamięci to coś, co obecnie jest ogromnie rzadkie. Jedna z przyjaciółek, współtwórczyni autorskiej szkoły, powiedziała o Hani, że była człowiekiem spójnym. Zapadło mi to w umysł i serce, i cały ten czas, od powrotu z Powązek, gdzie Hania spoczęła w rodzinnym grobie wśród pięknych kwiatów i łez żegnających Ją ludzi, myślę co też się stało z naszą spójnością, ze spójnością współczesnych nam ludzi?

Spójność dla mnie, to myślenie, mówienie i robienie tego samego. Można to nazwać prostotą istnienia. Człowiek wyznający swoje ideały, wierzący w nie, mówi w ich duchu i postępuje zgodnie z nimi. Zdałam sobie sprawę, jakie to unikalne w naszych czasach, gdzie ludzie zmieniają poglądy jak rękawiczki, mówią co innego niż robią, a na dodatek zaprzeczają oficjalnie, wbrew faktom, że coś zrobili. Taka powszechność postępowania rodzi ogromne problemy w zaufaniu do świata i ludzi. Nie sposób dziś założyć, bez odpowiednich testów, a i to się może zmienić z czasem, że człowiek zrobi co powie, albo nie zrobi czegoś, z czym się nie zgadza.

I nie chodzi wyłącznie o kanciarzy, czy polityków. O nas samych. W sprawach małej i dużej wagi, potrafimy się zarzekać, potrafimy drwić z postaw innych ludzi, ale kiedy dochodzi do podobnych, trudnych życiowych sytuacji, stajemy w obliczu wewnętrznej walki i wybieramy to, co nie jest nasze. Jakbyśmy żyli w dobie nieważności, nieważności w co wierzymy, co myślimy, a w konsekwencji – co robimy. Zawsze skutecznie umiemy się obronić, że inni przed nami też to zrobili i czemu mamy być frajerami tracąc, albo zgrywając świętego w domu publicznym.

Podam przykład. Nie jestem religijna. Nie tłumaczę się z tego, bo to moja osobista sprawa. Nie mówię jednak, że jestem wierząca, ale nie praktykująca, bo Kościół mi się nie podoba. Już od dawna czułam, że to nie moja droga, od podstawówki, ale ciężko byłoby mi przetrwać w społeczności dzieci chodzących na religię, więc rodzice mnie na nią wysłali. Mimo to, kiedy mogłam już podjąć decyzję, zrezygnowałam z religii i nie poszłam do bierzmowania, bo nie czułam się częścią chrześcijańskiej społeczności. Pamiętam strach w oczach mojej przyjaciółki, która w siódmej klasie w poniedziałek po niedzielnym bierzmowaniu, spytała mnie na szkolnym korytarzu: „Aga i jak ty teraz będziesz żyła?” Nie rozumiałam jej pytania, tak jak ona mojej decyzji.

Brak bierzmowania podczas mojego ślubu kościelnego skutkował tym, że przystąpiłam do niego jako osoba niewierząca i obiecałam wspierać wychowanie dzieci w wierze katolickiej z czego się wywiązałam. Nie kryłam się jednak nigdy z moją niekoherencją z wiarą katolicką i żadną inną, i w tym też byłam spójna. W końcu postanowiłam wypisać się oficjalnie z Kościoła, do którego nie przynależę i też to zrobiłam przez apostazję. Ksiądz czytając moje podanie spytał, czy jestem antyreligijna. Odparłam, że nie, jestem areligijna i jako taka nie chcę być na żadnych listach. Z mojej strony to już finał, bo reszta, wypisanie, bądź nie, leżą po stronie administracji kościelnej, na jaką nie mam wpływu. Nie walczę też z systemem, wystąpiłam z powodu swoich przekonań i potrzeby spójności właśnie, jakiej potrzebowałam, choć wcale nie wiedziałam, że o tę spójność mi chodzi. W tamtym momencie była to decyzja intuicyjna, bo należenie do Kościoła uwierało mnie jak kamień w bucie. Czułam, że muszę coś z tym kamieniem zrobić dla własnej wygody podróżowania przez świat i poszło gładko, bez dramatów, straszenia piekłem i grożenia ze strony księdza, bo moja spójność była tak widoczna jak tarcza na wszelkie ataki, fochy, niesmaki i kompleksy osobiste proboszcza. W swojej spójności szanuję ludzi ze wszystkim w co wierzą i nie mam problemu z tym, gdzie przynależą, jeśli są spójni, albo dążą do spójności.

Nie chcę abyście odnieśli wrażenie, że to jest jedynie słuszna droga. Można mieć absolutnie gdzieś, czy się jest na listach przynależności. Dla mnie to był rozdźwięk wewnętrzny i dlatego to zrobiłam. Nie namawiam też do apostazji, ani żadnej innej postawy, to prywatna sprawa, intymna, osobista.

Po pożegnaniu Hani, dużo myślałam, gdzie jeszcze czuję się niespójna i przyznam, że nie łatwo wytropić takie miejsca, ale warto na bieżąco sprawdzać. Ja swoją niespójność czuję w ciele. Robi mi się ciężko, gdy występuję przeciw własnym zasadom. Oczywiście można sobie wmawiać, że to tylko jeden raz, że tym razem to nieważne, ale to pozostaje w ciele, pozostają jak cierń takie niespójne sytuacje.

Ostatnio na festiwalu tangowym zatańczyłam z kimś, kto stanął przede mną i zabrakło mi odwagi mu odmówić. Tak się generalnie w tangu nie robi, ale ugięłam się i poszłam wiedząc, że tancerz jest kiepski, gwiazdorzący, roszczeniowy i pełen pychy. Wzięłam na klatę swoje tchórzostwo, ale obiecałam sobie po tej tandzie, więcej nie tańczyć nie tylko z nim, ale z żadnym panem, który nie stosuje się do zasad i tańczy „po bandzie” czyli „partnerką” a nie „z partnerką”. Raz już zeszłam panu z parkietu w podobnych okolicznościach, zostawiając go w wielkim zaskoczeniu i „hańbie”.

Z człowiekiem spójnym łatwo się żyje. Mnie samej z sobą też, kiedy jestem spójna. A innym, coż, chyba też dobrze. Moje relacje rodzinne są dobre i bardzo dobre. Partnerska relacja … kwitnie. Zawodowe relacje w normie. Spójność jest lepsza od kluczenia, manipulacji, kłamstw i piętnastu wersji na swój temat. Dobrze mi też robi izolacja od niespójnych ludzi. Po co mam za nimi nadążyć, jak mogę iść prostą drogą z kimś, kto ma podobne wartości i działa spójnie w ich duchu. A że świat przepełniony jest fejkiem. Mnie to niespecjalnie obchodzi, bo słucham ludzi i widzę, gdy ktoś jest rozbieżny w tym co mówi, a tym co robi. Tego co myśli często nie sposób po takich ludziach zobaczyć i, cóż, chyba też nie warto.

Nie musimy mieść spójnych wartości, wszyscy razem. Możemy mieć podobne w tej części naszej wspólnej przestrzeni, gdzie najbardziej się poruszamy w relacji. W miejscu pracy – wartości w odniesieniu do pracy, w związkach – do miłości, sposobu budowania relacji, w rodzinie – do miłości, przyszłości, wzajemnego wsparcia, uczciwości itd. Dlatego rozmawiam z kimś z kim chcę być bliżej i badam stopień podobieństwa, a potem opieram się tylko o te wspólne rzeczy. Jak mój partner woli czerwone wino a ja białe, to da się spokojnie pogodzić. Jeśli ma inny model relacji niż mój i cele, nie zawsze. Każda relacja inaczej trochę wygląda. Wiem kiedy mogę liczyć na szczerość, a kiedy nie i nie mam focha, że ktoś mi kłamie, jak polityk, którego wybrałam, albo prezes banku w którym trzymam pieniądze, bo wiem, że tacy są politycy, tacy są tzw. ludzie interesu, z takiej ulepieni są gliny. Ich system wartości rozmija się z moim wielopłaszczyznowo, jak z wieloma innymi osobami, które albo toleruję, jeśli muszę wejść z nimi w interakcje, albo unikam kontaktu, jeśli nie muszę.

Nie twierdzę, że mój system zasad wewnętrznych jest lepszy od innych. Jest inny i czasem wyklucza akceptację pewnych zachowań. Ostatnio od znajomej terapeutki usłyszałam, że jej pacjent był zdumiony, kiedy po ustawicznym zdradzaniu żony, usłyszał, że może powinien się rozwieść. „Dlaczego? – odparł. – Ale ja chcę być żonaty.” Ten człowiek ma inne zasady. Nie moje, ale inne i ja tego nie oceniam, ale nie wybrałabym go na partnera.

Ludzie nie zdają sobie sprawy ze swojej niespójności. Znałam kobietę, uważającą się za bardzo oświeconą, nazywaną guru, która nauczała o miłości i jednocześnie mówiła, że nie lubi ludzi. I dawała im to poczuć na każdym kroku wytykając publicznie ich osobiste potknięcia,  oczywiście w celu oświecenia. Jeśli całą sobą stoisz w sprzeczności do tego czego nauczasz, to po prostu błądzisz. To jak ci co namawiają do odwetu po atakach agresji w imię „słusznej” sprawiedliwości, albo obrażają tych co mają inne poglądy, z poziomu pychy. Pycha zawsze jest przykrywką do niespójności. Spójność nie musi się bronić, jest widoczna na kilometr. I niespójność też niezależnie jak umiejętnie umalowana duchowymi i ideowymi, w tym religijnymi, frazesami.

Bywam niespójna, na niewielką skalę, bo swoją osobistą, ale też staram się uspójniać dla własnej wygody życia i sprawdzać, czy przekonania i zasady według jakich żyję są słuszne, dobre dla mnie i innych, czy należy je zmienić jeśli źle pracują w jakimś aspekcie. Traktowanie dzieci jest takim przykładem. Dzieci dorośleją i zaczynamy przenosić na nie z czasem konsekwencje ich własnych wyborów. Elastyczne dopasowanie. Zauważyłam, że we wszystkich relacjach chodzi o wzajemne poszanowanie człowieka jako całości. Szacunek, jaki z założenia, i to jest moja zasada nadrzędna, należy się każdemu. I z tą zasadą żyję w zgodzie, a za każdym razem jak słyszę plotki, czuję niesmak. Czym innym jest wymiana faktów, informacji, opinii, a czym innym drwina, złośliwość dla uciechy. Z reszta od tak dawna mało mnie obchodzą smaczki towarzyskie, społeczne, narodowe, medialne, fejsbukowe, międzynarodowe, że słaby ze mnie słuchacz takich spraw. Nie kojarzę nazwisk i wydarzeń, bo żyję swoim życiem i ma ono tak wiele kolorów, że szkoda mi czasu na rozpraszanie uwagi. Nie mam czasu i chęci łapać puste kalorie tak odległych światów. Dlatego jak mówię, że nie interesuję się polityką, to się nie interesuję, chyba, że przed wyborami żeby podjąć w miarę rozsądny wybór, ani mediami, ani plotkami, ani trendami, ani modą, ani rozwojem duchowym cudownie nazwanym przez moją znajomą „rozwojówką”, nie wyznaję żadnej religii i nie mam gotowego systemu otaczającego mnie świata, nie wiem co było na początku i do czego to wszystko zmierza, nie wiem i nie muszę, a nawet nie chcę. Moja mentalna abnegacja wyeliminowała wiele pokus niespójnego postrzegania tego świata, gdzie konsumpcjonizm i hedonizm wylewają się z każdej reklamy, a iluzja szczęścia oślepia spragnionych. Dzięki mojej abnegacji zobaczyłam ważną cechę podrasowywaną przez współczesny świat – chciwość, i pewnie o niej kiedyś napiszę, bo jest wszechobecna i ogromnie destrukcyjna.

Na ten moment moja spójność mi wystarcza i niedoskonałość, i inność, i szacunek dla każdego, tego z większości i tego z mniejszości. I łagodność wobec ludzkich uczuć i cierpliwość dla ludzkiego cierpienia. Wartość odnalezienia spokoju jak oka w szalejącym emocjonalnym cyklonie, i bycie spójnym w emocjach, jak złość to złość i potupię czasem, i pokrzyczę, jak radość to śmiech i to na głos na całą ulicę. A przede wszystkim odwaga do samostanowienia, nawet tam, gdzie ludzie uznają mnie za dziwaczkę albo frajerkę – feminatywną formę od frajera.

Nic nie jest proste

– Dlaczego nie ma nowych wpisów na „Kozie”? – spytała Julia.
– Jakoś nie mam czasu pisać – odparłam. – Tyle się dzieje, że żyję życiem na bieżąco i nie mam potrzeby siadać do podsumowania.
Wypuściłam Kozę samopas i obie mamy się dobrze. Ona zażywa wolności od moich niekozich rozterek, a ja … cóż, życie nie jest proste. Spotkałam się ostatnio z dość powszechną iluzją, że inni mają lepiej, prościej, pełniej. I nie chodzi tylko o fotki w internecie, ale o fikcję jaką zwykliśmy roztaczać wokół, iluzję dobrobytu i „wszystko w porządku”. Nie tak jednak, żeby nam zazdroszczono, na zawiść nie chcemy się narażać, stąd więc wtrącenia, że chociaż u nas wspaniale w pracy to szef sknera, albo fanatyk. Z żoną cudnie, ale dzieci mają humory. Finansowo rewelacja, ale strzyka w kolanie. A tak w ogóle to stara bieda.

A u mnie ani stara, ani bieda. Wszystkiego po trochu, problemów, spraw, pracy, dzieci, miłości i zagubienia. Normalny proces zwany życiem w akcji. I każdej nocy zamykając oczy jestem pełniejsza od nowych doświadczeń. Trywialnie mówiąc robię co mam robić i nie winię się za nic. Mój mocny gorset bezpieczeństwa okazuje się nie krępować ruchów i dzięki temu, że ufam sobie w każdej sytuacji idę pewna przed siebie, nawet w to zagubienie. Ludzka rzecz czuć zagubienie. Ludzka rzecz poszukiwać. Przeglądałam się kiedyś w lustrach szczęścia przyjaciół i znajomych, aż znudziło mi się to kryształowe medium. Patrzę tylko do środka, na to nieskończone pole mojej Kozy, która naprawdę wie, gdzie mam szukać szczęścia i spełnienia. Ona nie jest podatna na opinie z zewnątrz, ona od zawsze wie i czuję tę Jej pewność. Pole naszego szczęścia jest bardzo specyficzne, zbudowane indywidualnie. Pewne rzeczy pozornie nas wszystkich uszczęśliwiają, ale kiedy jesteśmy ze sobą bezwzględnie szczerzy, okazuje się, że to co nadane społecznie, rodzicielstwo, relacje, sukcesy zawodowe, szeroko pojęte spełnienie życiowe, jest tylko próbą uporządkowania kategorii „szczęście” na tej zagadkowej trzeciej planecie od słońca i często, jeśli nie zawsze, ma niewiele wspólnego z tym, co nam się naprawdę kojarzy z tym stanem.

To wszystko nie jest proste. Bezdzietna ciotka spędzająca czas na podróżach od bieguna do bieguna, może być obiektem zazdrości, albo współczucia. I z perspektywy każdego oceniającego istnieją argumenty w systemie wartości, jakie poprą tę konkretną opinię. Tylko po co w ogóle to wartościować? Systemy kulturowe i społeczne narzucają nam konkretne wartościowanie atrybutów w postaci istnienia, albo braku partnerów, dzieci, przedmiotów, wykonywanych zawodów, hobby i doświadczeń życiowych, a nasz mózg dążący do uproszeń szybko przeszukuje jak coś ocenić, żeby się w tym odnaleźć. A gdyby tak zostawić sprawy jakie są, i niczego nie oceniać? Nie dzielilibyśmy się wtedy na grupy tych, co potępią bezrobotnego szwagra, co jeździ kampem i naucza o pranie, a tych co widzą w tym nieziemski potencjał.

„Aby być naprawdę szczęśliwym i naprawdę bezpiecznym, trzeba mieć co najmniej dwa lub trzy hobby i wszystkie muszą być prawdziwe” – powiedział Winston Churchill, ten sam wybitny Brytyjczyk, który stwierdził, że życie to nieustający ciąg spraw do załatwienia. Jakaś część mnie załatwia więc sprawy a inna się pasjonuje. Potem spotykają się na kawie i wymieniają uwagi. Ta część mojej osobowości, która dąży do zabawy i spełnia pasje umie też włączyć się do pracy z jakimś kreatywnym, szalonym pomysłem, a potem ta sprzątająca codzienność i kochająca rutynę składowa mnie układa plan i wypełnia pieczołowicie listę ptaszkami. Aż się mimowolnie uśmiecham na samą myśl o rysowaniu ptaszków, a ta szalona część śmieje się jednocześnie przyjaźnie z takiej niezrozumiałej dla niej pasji do porządku. Jakiś czas temu te dwie strony mojego księżyca zwalczały się z pasją zamiast wspierać i była to bezużyteczna bijatyka. Zrozumiałam, że moje osobiste szczęście zależy od tego jak te dwie strony, a jest ich przecież więcej, poukładam w sobie i jaką dam im przestrzeń. Kiedy się bawię wypuszczam na swobodę tę zabawną stronę, pracuję tą uporządkowaną, wchodzę w kontakt tą co lubi ludzi i umie słuchać, a przy czytaniu, pisaniu włączam romantyka i krytyka. Cała gromada, stado podosobowości do użycia. Bogactwo. Zarządzania tym stadem siebie uczyłam się na bieżąco i z różnym skutkiem. Nadal mam przypadki osobliwości, kiedy w czasie seminarium włącza mi się romantyk zamiast krytyka, a krytyk przy dzieciach zamiast mentora. Bywa. Szczęście, że to zauważam i się widzę. Myślę, że widzenie siebie w swoim działaniu to połowa sukcesu i skuteczności. Ale to właśnie nie jest proste, nie jest prosty taki osobisty, wewnętrzny dystans.

Lubię mieć spokój. Utożsamiam nawet spokój ze stanem szczęścia, pewnie dlatego, że miałam go, spokoju, mało w życiu. Wydaje nam się, że tam nasze szczęście, gdzie mamy mało. Będę szczęśliwa, kiedy zdobędę to czy tamto, kiedy będę tym, bądź tamtym. Skutecznie się odkeiłam ze szczęściem od stanu posiadania. Nic i nikt mi go nie da, bo ono jest wewnętrznie jako reakcja na świat. Jeśli cieszy mnie, albo wywołuje spokój jakaś sytuacja to opisuję to poczuciem szczęścia. Niektórzy w celu wywołania szczęścia prewencyjnie nakazują wdzięczność. Jak okażesz wdzięczność, przyjdzie do ciebie szczęście. Na siłę się nie da być wdzięcznym, a powtarzanie mantr bez wewnętrznej motywacji i zgody tylko rozpina pustkę. Czuć wdzięczność, gdy jest, gdy sama się pojawia, to jest sztuka, chwytać ją i zauważać. Taka naturalna uważność sprowadza prostotę widzenia spraw jakimi są, czasem bolesnych, czasem wypartych, które zasłaniamy obrazami pozornego szczęścia, protezami rzeczywistości. Tak widzenie, że mamy szczęście, bo mamy zdrowie konieczne do tańczenia tanga może się wydawać trywialne, a jednak, a jednak… dla mnie to jest szczęście.

Zapisałam sobie ostatnio taką myśl: „Szczęście mieszka w prostych rzeczach”. W tym, że idę ulicą i wiem dokąd, w radosnym spojrzeniu bliskiego człowieka, w ciszy między słowami, gdzie dużo się dzieje, w tym, że mam ciarki przy muzyce i śmieję się w głos w kinie bez obawy o utratę majestatu i powagi, w tym, że atomy nie powypadały mi z pudełka a białko zwija się i rozwija. Na zewnątrz mija czas, zjawiają się i odchodzą ludzie, zmienia się nasz stosunek do wielu spraw i poczucie szczęścia mieszkające w wygodnym tangowym bucie. A wewnętrzny świat przyjmuje wszystko co się dzieje i Koza raz zbliża się, raz ucieka, to skacze po wierzchołkach, żeby potem zasnąć w gęstwinie, której nie zdążyła objeść z liści. Nic nie jest proste, jak wolałby nasz mózg i dzięki temu rośniemy w mądrości dzięki gromadzeniu coraz większej liczy nowych doświadczeń życiowych. Taka jest nasza ludzka misja. Poszukiwanie szczęścia ma tylko nas napędzać do lepszego zrozumienia siebie w tym świecie. Ale możesz mieć na ten temat dowolny inny pogląd i to jest zupełnie w porządku, bo jesteś innym człowiekiem i Twoje szczęście prowadzi Cię inną drogą.