W bezcelu

– Nie wiem dokąd idę…
– To nie nowość.
Siedziałyśmy na trawiastej hali wpatrzone w zachmurzoną dolinę rozpościerającą się pod naszymi nogami.
– Mam wrażenie, że jeśli wstanę i pójdę tak po prostu, zagubię się.
– A dokąd chcesz iść?
– Nie wiem. Ostatnio nic nie wiem i wszystko wydaje mi się nieważne.
– To leż.
– Tak robię, ale czas mija i nic się nie zmienia.
– Wydaje ci się.
– Nie, czuję zastój. Co z tym zrobić?
– Nic.
– Eeee…
– Masz biegunkę zadaniową.
– Nie biegunkę tylko potrzebuję celu w życiu i potrzebuję coś robić.
– Żyj.
– Znaczy co?
– Jedz, śpij, pracuj, tańcz …
– Banał.
– Tak, niedostępny dla pewnych jednostek, ale banał.
– Potrzebuję stworzyć jakiś cel.
– Daj sobie spokój. Puść.
– To trudne, puścić i czekać. Jestem niecierpliwa, boli mnie to fizycznie.
– Naucz się dyskomfortu niewiedzy, dyskomfortu czekania, dyskomfortu pustki…
– Staram się i staram, ale para mi idzie z nosa, tak mnie to gotuje, i tyle uzyskałam, że czasem sama się z siebie śmieję, że tak wielką wagę przykładam do swojego stanu.
– No, to jest bezcenne umieć śmiać się z siebie. Umieć wyjść z siebie i siebie obśmiać.
– Ty mnie pewnie obśmiewasz cały czas, jak to Koza.
– E tam, jesteś trochę pofatygowana w tym swoim światopoglądzie, ale żeby zaraz obśmiewać za głupotę.
– No bardzoś łaskawa.
– A bardzo proszę, wszak nikt tak nie zjedzie jak najbliższy przyjaciel co jest nieocenienie szczery.
– To co myślisz o tym moim impasie?
– Masz przerost wyobrażeń. Impas jak impas, sam przylazł, sam pójdzie w cholerę.
– A ja co mam z nim zrobić?
– Nic. Nie na wszystko masz wpływ. Zleź z tego słupa własnej ważności.
– Naprawdę? Znaczy, że się nadęłam ważnością jak niezdrowym powietrzem?
– No tak, ale raczej helem. Piszczysz jak stara płyta bigbeetowa. Wyluzuj i się dostrój.
– Dostrój? Do czego?
– Do bycia. Życie daje ci niezwykła szansę zatrzymania. Rozglądaj się czego w pędzie rozmazanych obrazów nie widziałaś.
– Czego?
– Spokojnie, oddychaj i siadaj.
– O-okey…
– Siedzisz?
– No … tak.
– To jak ci się siedzi?
– Hm. Miękko i wygodnie.
– Hm. A niebo jakie jest?
– No niebieskie. Co jakiś czas chmura za chmurą, a tam w dolinie chyba burza idzie.
– Burza … no …
– A tutaj, taki spokój na niebie …
– Spokój … na niebie.
– Tak będziesz powtarzać?
– A czemu nie?
– Bo to głupie.
– No i co …
– To bez sensu.
– Bo ty tak mówisz?
– Nie, bo to strata czasu. Takie powtarzanie.
– To nic nie mów.
– Nie będę.
– Hm.
– Co „hm”!
– Nic. Po co powtarzasz?
– Złośliwa z ciebie Koza.
– A gdzie tam. Po prostu zauważam brak logiki.
– Ufff!… Ale sobie ciebie wybrałam, chyba na złość.
– Może lubisz się ze sobą chandryczyć.
– Raczej nie.
– To zamiast tego, poleż tu i pobądź.
– Znaczy jak.
– Znaczy jak niebo.
– Czyli medytować?
– Musisz wszystko nazywać?
– Nie medytować?
– Rób jak chcesz.
– O rany, z tobą się nie da dojść do porozumienia!
– Ciii…
– Co ciii!
– Ciii. Niebo nie wrzeszczy.
– Bo nie ma Kozy co je złości!
– Ma chmury, deszcze, burze, zmiany klimatu i … ciszę.
– Jestem człowiekiem.
– Good for you. Ciesz się.
– Nie mogę!
– To się nie ciesz.
– O rany! Dość mam na dziś. Do niczego w ten sposób nie dojdę.
– Idź do niczego zatem.
– Co? …….. To dopiero jest nielogiczne!
Uśmiechnęła się i zasnęła.
Zostałam z niczym, oprócz złości na nią i na siebie. Położyłam się obok i patrzyłam jak chmury powolnie suną zmieniając kształt. Nie działo się nic więcej. Z bezsilności, z bezsensu, ze zmęczenia sobą zasnęłam.
– Nie umiem zejść w tę dolinę – powiedziałam, gdy się obudziłam.
– To nic. Znajdziesz drogę.
– Czuję, że będzie to samotna droga.
– Zwykle tak się wydaje.
– Nadal nie wiem dokąd idę.
– Za dużo wymagasz od siebie. Nikt nie wie.
– Ci co mają cele – wiedzą.
– Cele, to kamyki przy drodze.
– Zapytaj siebie, czego teraz chcesz, i pojawi się cel, ale nie zawieszaj się na nim zbyt mocno.
– Taki mały cel?
– Mały, duży, wszystko jedno.
– No mam, duży cel.
– Nie odpuszczasz co?
– No, nie, nie potrafię.
– Potrafisz, ćwicz odpuszczanie. Ten cel, ma jakieś kroki?
– Tak.
– Wybierz najmniejszy.
– Wybrałam.
– I zrób go jutro, nie dziś.
– Irytujesz mnie.
– Wiem, ale tak będzie lepiej.
– No dobrze. Jutro. A dziś?
– Dziś leżysz, oddychasz i jesteś niebem.
I zostałam niebem, a kiedy gwiazdy rozsypały się po głębokim granacie westchnęłam, bo pojęłam, że mogę mieć cel a życie i albo mnie wesprze albo nie. Determinacja jest mi potrzebna tylko tam, gdzie mam zamiar przekraczać siebie, zwłaszcza tam gdzie nie mam cierpliwości w szukaniu rozwiązania. Nie jestem aż tak sprawcza jak się sobie wydawałam. Życie jest o wiele bardziej skomplikowane w technikaliach i jedyne co czasem warto zrobić, to czekać bez wyznaczania dokąd ma ta energia życiowa płynąć. Jak Odyseusz, który musiał zawierzyć bogom bezgranicznie, aby bezpiecznie wrócić do domu i spełnić swoje przeznaczenie. Nie walcząc, nie przewidując, nie knując, nie starając się ze wszystkich sił. Puścić i być, nim obraz rzeczywistości wyostrzy się na tyle, że będzie można poznać kierunek, aż pojawi się ścieżka w dół, albo dokądkolwiek. Siedzę i spokojnie czekam zaskoczona, jak świat mi zobojętniał. Widać pokończyły się te ścieżki, jakie energia moich emocji i zaangażowania ciągnęła przede mną. Zgasła jedna, druga, trzecia lampa pożądania, ciekawości, pasji. To nic. Ciało i umysł przyzwyczajone do działania, podążania, wyhamowują powoli i zapada cisza. Cisza wypełniona oczekiwaniem następnego kroku, jak napięciem w mięśniach gotowych do podjęcia przyszłości. A przyszłość nie nadchodzi. Waha się u progu, snuje różne scenariusze i iluzje. Chyba muszę je wszystkie odpuścić. Widać to, co mogę sobie wyobrazić nijak tej przyszłości nie przedstawia, więc ta, zatrzymana nie przechodzi, nie penetruje mojej świadomości, mojego świata. Do pełnego naczynia trudno wpuścić nowe idee, więc czekam w ciszy aż moje wizje miną, aż rozwieje się ta mgła wyprzedzeń mojego umysłu i na czystej karcie pustki zaczną wybrzmiewać nie znane mi dźwięki. Czasem już je słyszę i zbieram jak kryształy nowych słów w nieznanym języku. Pewnego dnia będą na tyle oswojone, że nie będę miała wątpliwości o czym mi opowiadają. Aż do dnia, kiedy świat znów się wyczerpie w znaczeniach i zmieni zataczając nowe okrążenie, nowy cykl. Być może wtedy ponownie zetnę włosy, albo wyjadę, albo siądę i napiszę wiersz. Albo nie stanie się nic z tych rzeczy, ale będę wiedziała z pustki znaczeniowej jaka zacznie mnie nagminnie otaczać, że coś się fundamentalnie zmienia. I tak będzie. Świat zatrzyma się i ruszy ponownie. I tak w kółko. Aż zatrzyma się na stałe i ciało, jakie mam, pożegnam i ruszę w dalszą drogę. W tej ciszy teraz, jest to więcej niż wiarygodne. I będzie to tak proste, że aż banalne. I będzie to nieodwołalne jak linia czasu skierowana tylko w jedną stronę. To nic, doniosę siebie w ciszy i zgiełku, w celu i bez celu. Zajmie to tyle czasu ile moje życie uzna za stosowne.