Mit zwany szczęściem

Może tego nie wiecie, a może nigdy tego nie nazwaliście, ale jako ludzkość, homo sapiens, żyjemy w mitach. Mity są opowieściami, jakie sami sobie opowiadamy o naturze rzeczywistości i w nie wierzymy. Dzięki wspólnym mitom na temat naszego życia umiemy się dogadać, współpracując i tworząc zbiorowe projekty takie, jak państwa, korporacje, religie. W przeszłości mity były inne, bohaterscy rycerze broniący ziemi świętej jakimi zachwycano się w średniowieczu, dziś wywołaliby konsternację, a kobiety z kotami i nadmiarem nieuczesanych włosów nie są wyłapywane na ulicach i skazywane za czary. Nie mniej jednak to mity decydują o tym, w jakim systemie żyjemy na tę chwilę i dlatego warto wiedzieć jakie kluczowe mity nas wiążą. Mity nie są obiektywną prawdą o rzeczywistości i to należy podkreślić, są naszymi osądami porządkującymi rzeczywistość, żeby przeciętny człowiek mógł żyć w harmonii z innymi ludźmi, są umową, co jest ok a co nie w ramach społeczności, rodziny, państwa. O pewnych mitach nawet nie wiemy, bo tak wrosły w nasz rozwój społeczny, że wydają się oczywistością, prawem natury, i każdy w mniejszym lub większym stopniu jest tym mitem związany np. mit matki. Według naszej umowy matka powinna poświęcić się wychowaniu dzieci. Kiedyś w zbiorowościach pierwotnych potomstwo jednej pary wychowywała cała wioska, bo dzięki interwencji wielu dorosłych była większa szansa na przetrwanie malca. W obecnych czasach kobieta dźwiga ten wysiłek sama, często przy znikomej obecności rodziny i partnera, który zgodnie z mitem, musi utrzymać ją i potomstwo. Jeśli któraś ze stron próbuje złamać założenia mitu napotyka problem niedopasowania do oczekiwań społecznych, czyli wymyślonych zasad, które zostały w tej formie od czasów wstecznych, kiedy kobiety, również za pomocą mitu, sprowadzono do jednostek zależnych od mężczyzn i, siłą rzeczy nie mogły same na siebie zarabiać. Na mity można złorzeczyć, chcieć je łamać, ale przede wszystkim trzeba je najpierw zobaczyć, czyli w pewnym sensie uznać ich istnienie. Mity nie są z natury ani dobre ani złe, są konsekwencją sytuacji przystosowawczych. Mity sięgają do czasów bardzo prymitywnych, tak bardzo podstawowych dla naszej egzystencji, że siedzą w sferze nieświadomości zbiorowej, jak to, że facet jest silniejszy i przyniesie mamuta, i tudzież obroni.

Dziś jednak chciałabym napisać o czymś lżejszym niż społeczne przemiany na linii feminizm i patriarchat. Porozmawiajmy o micie szczęścia. Z mitami jest tak, że często nie wiemy jak to coś nazwać, tak jest oczywiste, jak świętość życia, czy potrzeba doskonalenia się, oczywista „prawda” nie potrzebuje definicji, jak np. patriotyzm. Nie mniej jednak zmierzmy się z tym, czym jest szczęście i jaki mit zawiera. Już na samym początku wdziera się niejednoznaczność, bo dla każdego z nas szczęście może być czym innym: nową pracą, świetnym związkiem, koncertem organowym, dzieckiem, spokojem. Dowolną sytuacją, jak pożarem u znienawidzonego sąsiada, szybką jazdą motocyklem, momentem zasypiania, diagnozą, że jednak pożyjemy więcej lat niż myśleliśmy. Ponieważ nie ma definicji, a każdy z nas „wie” czym szczęście jest, zahaczmy się na tym poczuciu, jakie mamy jako ludzie, niezależnie od sytuacji, na poczuciu szczęścia.

Z biologicznego punktu widzenia za poczucie szczęścia odpowiadają trzy hormony: serotonina, dopamina i oksytocyna. Każdy z nas może je wytworzyć i odczuć szczęście. Cały problem w tym, że każdy z nas wytwarza je w innym stężeniu i co więcej, przyłączenie hormonów w mózgu też jest indywidualne, więc nie da się za pomocą pomiaru ilościowego stwierdzić jaki poziom oznacza szczęście. Osoba, która przyłączy 5 na 10 możliwości może osiągnąć maksymalny poziom hormonów szczęścia, podczas gdy inna, która ma zdolność do podłączania 9 na 10, przy poziomie 5 poczuje się zaledwie lekko muśnięta szczęściem.

Skoro nie da się określić odpowiednich poziomów biologicznie, to może oprzeć się na tym co obiekt czuje, czyli dopytać, jaki ma poziom szczęścia subiektywnie. I tak się to mierzy powszechnie. Niestety podstawowym błędem takiego badania jest to, że osoba sama się bada i co za tym idzie, badanie jest całkowicie nieobiektywne. To tak jakby pytać foton czy czuje się dziś bardziej cząstką czy falą. Oczywiście możemy za pomocą ankiety zobaczyć, jak ta konkretna jednostka się miewa, w tym konkretnym momencie, zaniedbując wszelkie czynniki, jakie ją do tego nastroju skłoniły, ale po co nam badanie „czy”, jeśli nie odpowiada ono na pytanie „dlaczego”. A na to drugie pytanie nie tak łatwo odpowiedzieć bo, są czynniki, o których człowiek wie, jak wygrana na loterii, jak i te jakich nie zauważa, bo nie mieszczą się w jej spektrum obserwacji, a mogą być kluczowe np. zdrowie, więzi z bliskimi czy bezpieczeństwo w miejscu zamieszkania, a nawet to, że nie lubiany kolega został zwolniony i nie będziemy się z nim użerać. Nie ma takich badań żeby badały wszystko na raz, a badając czynniki oddzielnie nie mamy wiedzy o poziomie korelacji , który co więcej jest bardzo indywidualny. Poza tym badanie miałoby sens, gdyby każda osoba włożona w sytuację opisywaną jako szczęście reagowała tak samo, a tak nie jest. Kobieta bezdzietna i nie planująca dzieci raczej nie poczuje szczęścia wsadzona w rodzinę z pięciorgiem podrostków. Co więcej, szczęście nawet subiektywne jest zjawiskiem lokalnym w czasie. Poznanie wspaniałej partnerki na żonę może wywołać przypływ szczęścia na kilka miesięcy albo lat, ale może również skoczyć się przykrym doświadczeniem rozwodu i zwyczajowej szarpaniny o dzieci i majątek, a wtedy patrząc wstecz to, co nazywaliśmy szczęściem zaczynamy nazywać nieszczęściem. Stąd wniosek, że szczęście nie jest stanem stałym. Pod względem biologicznym nawet, nie możemy przebywać w stanie euforii cały czas. Proces przyłączenia hormonów ma swój pik i zjazd, kiedy wracamy do normalności. Marzenia o wiecznym szczęściu nie mają osadzenia w rzeczywistości. Mogę sobie wyobrazić, że ewolucyjnie osobniki co się tak euforycznie zawieszały prawdopodobnie miały większą szansę przez nieuwagę wleźć na skorpiona, albo zbyt długo celebrowały zachody słońca z korzyścią dla miejscowego tygrysa. Uważność, czyli powrót do optymalnej dawki kolejno wszystkich hormonów pozwala nam przetrwać. Objawia się to tym, że z czasem bywsze szczęście staje się normą i nie wywołuje już takiej reakcji, przywykamy, że mamy to „szczęście”, jak dach nad głową i cenne obrazy na ścianach. Za to po stracie tegoż komfortu, nie pamiętamy o czasach sprzed i cierpimy.

Więc może to przyjemność sprawia, że czujemy się szczęśliwi? Lokalnie tak, jak zjem rogala z kawą, to mam poczucie szczęścia. Ale gdybym tylko tym się żywiła, to moje życie nie byłoby zbyt szczęśliwe. Zaskakujące jest to, że nazywamy szczęściem to, co powoduje sens w naszym życiu. Wystarczy spytać dowolnego rodzica, jak wiele przyjemności ma z wychowywania dzieci. Sumarycznie tego co nieprzyjemne jest więcej do tego co przyjemne, ale chciane dziecko raczej nazywamy szczęściem. Dlatego sens jest nieodłącznym składnikiem szczęścia. Kiedy pada firma, ale wychodzisz z niej z dużym doświadczeniem w biznesie, to miało sens i czujesz, że w sumie szczęśliwie, że masz w zasobie pracę w tej firmie.

I tu zahaczamy o aspekt duchowy. To wydaje się szczęściem, co dało nam lepszy wgląd w nasze ziemskie doświadczenie i może to być piękna katastrofa wywołująca cierpienie, niepokój i zagubienie. Wartościowe jest to, co poszerzy nasze spojrzenie. A skoro tak, to po co w ogóle to nazywać szczęściem czy nieszczęściem? Może to po prostu „jest jakie jest”. Poszukiwanie szczęścia, czegoś co da przyjemność, spełnienie i odejdzie za moment, a co skupia całą naszą energię wydaje mi się wielkim marnotrawstwem. Czy poszukiwanie w objęciach partnera, szefa projektu, grupy klakierów szczęścia nie wydaje wam się takie? Ta obsesja w poszukiwaniu szczęścia jest świetnym haczykiem na wszelkie produkty od samochodów, szpilek, podróży do egzotycznych krajów, aż po metody oddychania, które jako jedyne zapewniają stuprocentowy efekt WOW. I kiedy to nie działa, czujemy się podle, albo znudzeni idziemy w to magiczne myślenie, że to pewnie inna mantra albo kolor na ścianie, albo biały śpiew, albo wpływ kwadratury Uranu na pas Oriona w opozycji do ascendentu Smoka przy pierwszej kwadrze Księżyca.

Żyjemy w czasach, w których dominuje mit, że każdy może być szczęśliwy. I co więcej ma do tego niezbywalne prawo zapisane w niektórych konstytucjach. Oplotła nas silna pożądliwość na euforię i bezproblemowość życia, a tu jak na ironię, współczesny człowiek stworzył sobie problemy, jakich nie mieli jego dziadowie. Bo gdyby dziadowie wiedzieli jakie mamy ułatwienia w życiu na poziomie formalnym, uznaliby, że jesteśmy w końcu spokojni, wolni i żyjemy długo i szczęśliwie. A to nieprawda, bo szczęście ma przyczynę, wynika ona z naszego oczekiwania. Mój dziadek byłby zachwycony poruszając się tak szybko na tak duże odległości i, że maszyny przejmują większość prac. A ja mam punkt startowy w innym miejscu, w moim świecie tak już jest. Nie ma się więc co dziwić naszym dzieciom, że jak mają szynkę i chleb to nie pieją z radości i nie całują nas po rękach.

Skoro więc poczucie szczęście zależy od poziomu oczekiwań, to wystarczy obniżyć oczekiwania, ale czy cię na to stać, gdy żyjesz w mitach ciągłego pośpiechu, sukcesu i nieustającego zadowolenia? Drugie pytanie, i gdzie te oczekiwania warto zmieniać? Czy jak pogodzisz się, że twój związek jest jałowy emocjonalnie, to poczujesz szczęście? Raczej wyłączysz frustrację. Kluczowe jest to, aby mieć adekwatne oczekiwania i nie wpadać w pułapkę cierpienia tam, gdzie nie mamy możliwości ruchu. Jeśli masz szefa tyrana i dusigrosza, to nie możesz oczekiwać, że da ci premię i podniesie ci poczucie szczęścia. Jeśli system edukacji uczy jak zdawać egzaminy, a nie przekazuje wiedzę, to nie oczekuj, że wykształci mądre pokolenie, co najwyżej sprytne, które powieli schemat na wielu polach swojej aktywności jako dorośli.

Buddyści poszli ze szczęściem do akstremum i uznali, że szczęście jest iluzją, a cierpienie istnieje i wynika ono z niespełnionych oczekiwań więc, aby nie cierpieć należy niczego, ale to niczego nie oczekiwać. Prosta recepta, ale na poziomie biologicznym niewykonalna z takiej przyczyny, że czasem trzeba coś zjeść i ogrzać się a nawet nawiązać więź z ludźmi. Co więcej trzeba iść przez życie w konkretnym systemie wierzeń, mitów o dobrobycie, o przynależności, o tym co dobre a co złe. Nie da się, choć wiele osób taki ma mit w głowie, tylko siedzieć i medytować. Jest to spuścizna religijna, jaką sobie generalnie wymyśla i upowszechnia każda grupa kapłanów dowolnej religii. My tu za was się modlimy a wy nam obsiejcie pola pszenicą, ryżem i donieście na górę, gdy zgłodniejemy, bo jak nie to ten Bóg z jakim się komunikujemy rzuci na was klątwę. Ostatnimi czasy coraz mniej osób w te klątwy wierzy, jak w to, że szczęście jest dostępne dopiero w niebie. To przejście od centrum na zewnątrz, gdzie o losie człowieka decydują Bóg, kapłan i władca, do egocentryzmu, że ja, ja i ja.

Czym jest więc szczęście? Czy skutecznym stworzeniem rodzimy, oddaniem życia zakonowi jakiejś religii, zrobieniem multimilionowego majątku robiąc głupie żarty w internecie? Gdzie się łapiemy na ten mit, że należy nam się szczęście? Czy szczęściem jest zginąć na wojnie w obronie ojczyzny? Czy wynalezienie leku na rzadką chorobę? Za każdym z tych pytań stoi inny mit.

Jeszcze jeden mit istnieje wokół szczęścia, że życie jest szczęśliwe, kiedy kierujemy się swoim sercem, (cokolwiek to znaczy, bo każdy znów ma swoją definicję pójścia za sercem) bo ono wie, jakie jest nasze przeznaczenie. To przekonanie, jakie mamy współcześnie, egocentryczne spojrzenie na wyjątkowość jednostki, na którą jest jakiś boski plan. Nie można z tym dyskutować na żadnym poziomie, bo albo włącza się ezoteryka, albo religia stojąca za tym przekonaniem, czyli kolejny mit, w jaki ktoś postanowił uwierzyć.

Na koniec zejdźmy z tego wysokiego C. Moje domowe szczęście jest w drobnych przemijających momentach, których naturę akceptuję i nie przywiązuję się do nich zanadto. Moje szczęście jest w więziach, bo jako homo sapiens tak jestem skonstruowana, że ich potrzebuję do dobrego funkcjonowania, a ponieważ raczej mam naturę obserwującą niż towarzyską, doceniam mój własny czas i kontakt z niewieloma osobnikami swojego gatunku. W mojej autorefleksji jestem raczej wątpiąca i stale podważam, z ciekawością dziecka mieszającego kolorowe ciecze w łazience, w co też ja wierzę i, co mnie do tego skłania. I czuję szczęście, kiedy odkrywam, gdzie jest przyczyna, bo wtedy mogę zdecydować, czy żyć w micie czy się z niego wypisać. Z wielu mitów wyrosłam, z mitu o kwiecie paproci zapewniającemu uniwersalne szczęście, z mitu o dżinie, który przyleci i za mnie zrobi, z mitu o zakochanym królewiczu w ferrari i, że przyczyna wszystkich moich złych humorów leży we mnie. Życie bywa nudne, smutne i trudne, a i tak może mieć sens, który trochę dla niepoznaki czasem nazywamy szczęściem. I w imię humanistycznego liberalizmu, jaki teraz jest mi chyba najbliższą religią, jeśli moje szczęście, czymkolwiek ono jest, nie wzbudza niczyjego cierpienia, to mam prawo je chcieć i zaprosić do swojego życia, choćby obrażało światopogląd innych i konsternowało kogoś obcego. I tu pojawia się trudność zewnętrzna, że mit bywa na tyle silny, że zmusza ludzi do swoistego szczęścia i piętnuje niezależne wybory. Dlatego polecam się z nimi zapoznać, zobaczyć jaki jest koszt życia w zgodzie z mitem, a jaki poza nim i samodzielnie ocenić czy nas na to stać psychicznie. Nie chodzi w końcu o to, żeby walczyć o szczęście całe życie, ale aby żyć pogłębiając wiedzę i doświadczenie nie ulegając mitowi, że panaceum na każdy nasz problem załata to czy inne szczęście.

„Magia” wyjątkowości

– Kiedyś chciałam być wyjątkowa – powiedziałam do Kozy.
– A po co? – odpowiedziała żując łańcuch na choince.
– Nie wiem. Wydawało mi się, że to będzie atrakcyjne.
– Dla kogo?
– Dla mnie, dla innych … – zatrzymałam się nad nieoczekiwaną pustką. – No i, że będę robić wyjątkowe rzeczy. Chciałam być kosmonautką.
Koza przewróciła oczami błyszczącymi elektryzująco od choinkowych światełek i łypnęła łakomie na kabel.
– Tego nie jedz. To ci zaszkodzi.
– Ale jaka będę od tego wyjątkowa – powiedziała przemądrzale Koza i zabrała się za słomiane gwiazdki.

Jestem przeciętna. Nawet tam gdzie wystaję w statystykach, czyli np. przy liczbie dzieci, jestem tylko względnie wyjątkowa. W Indiach, Afryce mają ich więcej. Jestem przeciętnie wysoka, otyła, urodziwa, stara. Wiele tu się może pojawić cech i określeń. W systemie społecznym jestem kropką na wykresie badań demograficznych instytutu miar i jakości. Lubię cicho siedzieć w kącie i współuczestniczyć. Głośno się śmieję, szczerze, z czyichś żartów, bo mój dowcip kuleje, ale bardzo doceniam jak kto go ma, i to w najróżniejszych odcieniach od sarkazmu i black humor po naiwny suchar. Ubóstwiam sprzeczności i przyglądanie się tabu. Fascynują mnie tarcia w naszych systemach wartości, również te mówiące o wyjątkowości.

Często spotykam się z takim poglądem, że wyjątkowym jest być warto, a nawet należy. Ta promowana postawa  tak się upowszechniła, że jest niekwestionowaną zasadą społecznego życia. Dążenie do wyjątkowości w wyniku walki z innymi o laury stało się kanonem naszych społecznych wartości. I jak każdy kanon jest wartością wyobrażoną, która zaistniała w naszym systemie przekonań, że poprzez wyjątkowość rozwijamy się jako zbiorowość. Oczywiście istnieją takie jednostki, o wyjątkowych talentach i możliwościach, i mają potencjał do zrobienia skoku w przyszłość i poszerzenia naszej rzeczywistości o nowe zdobycze intelektualne, filozoficzne, technologiczne czy medyczne. Większość z nas jednak jest przeciętna, ale w tym ludzkim garncu pretenduje do bycia wyjątkowym, bezrefleksyjnie, lecz w zgodzie z przekonaniem, że czymś się musimy w końcu odróżniać od całej reszty, choćby to miało być najbardziej niepokojące i niezdrowe, tak jak kabel pod napięciem połknięty przez Kozę. Dążenie do wyjątkowości w skrajnym przypadku kończy się zejściem ze sceny, jak youtuberów z długiej listy bohaterów z nagrodą Darwina. Ale lżejsze wersje tej społecznie nieświadomej fascynacji wyjątkowością zdarzają się wszystkim na różnych etapach życia. Przyciąga nas i nęci, a to wyjątkowa profesja, a to kreacja, a to hobby, a to fotka na instagramie. Wyjątkowa kobieta, w wyjątkowym miejscu, z wyjątkowym uczesaniem objęta wyjątkowym bicepsem. Znajoma umieściła zdjęcie jak płacze po obronie syna. I ludzkie, i wyjątkowe jednocześnie. Inni się tylko śmieją do aparatu. Wyjątkowość może się też pojawiać w sposób zaprzeczony, kiedy udajemy, że nie bierzemy udziału w wyścigu do wyjątkowości, jak ci, co nie mają dostępu do mediów społecznościowych, bo uważają, że jedynie oni nie dali się nabrać i zagonić do wspólnego stada pod but globalnej kontroli umysłów.

Bycie zwykłym w naszych czasach to nie lada wyczyn. Nie być specjalistą od piłki, albo polityki, nie mieć najlepszego samochodu i najlepszych fotek z wakacji, nie robić asan, nie być na diecie i nie jeździć rowerem. A w ogrodzie maki zamiast japońskiej flory, bo same wyrosły. Gdyby mi ktoś w 1990 roku powiedział, że ludzie rozsyłać będą zdjęcia swojego jedzenia, cóż … nie uwierzyłabym. A jednak, sama je umieszczam 🙂 Wyjątkowe jedzenie w wyjątkowej sytuacji z wyjątkowymi ludźmi w wyjątkowej kreacji. Bo zwykłe nudzi i nie przysparza blichtru świecącego prosto w oczy od jakiego powoli ślepniemy na zwykłe kolory.

Lubię swoją zwyczajność, bardziej niż cokolwiek wyjątkowego. Mój dzień kiedy po prostu jestem zwyczajnym człowiekiem. Czasem moją niewidzialność, w którą nikt nie zagląda. Kiedy piszę i publikuję, zawsze mam opór wychodzenia z wygodnej przestrzeni mojej nieobecności wśród ludzi. W zwyczajnym świecie codzienności ciężko być wyjątkowym, publiczność do tego jest potrzebna. Dlatego taką furorę zrobiły media, na które raz po raz się łapiemy i podświadomie oceniamy co jest zwyczajne, a co wyjątkowe.

Nie lubię być oceniana, wolę być sobą bezwymiarową, bez odniesienia do innych ludzi podobnych, albo różnych. Przy naszej społecznej obsesji w dążeniu do wyjątkowości wolałabym żebyśmy po prostu byli tylko różni. Różne kobiety o różnej sylwetce, w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami. Różni mężczyźni o różnym wzroście w różnych pojazdach z różnymi życiowymi celami. Różni ludzie w różnych domach przy różnych stołach w różne dni tygodnia mówiący o różnych sprawach, albo milczący ze zrozumieniem i szacunkiem dla naszej różnorodności w metrze, kinie, na ulicy, w kościele. I takie jest moje osobiste przekonanie, które wypróbowałam i ono mi służy, że nikt nie jest wyjątkowy, niezwykły, wszyscy jesteśmy po prostu różni.

W głąb swojej roli

Odgrywamy w ludzkim świecie różne role, te kulturowe, społeczne i te osobiste. Jesteśmy matkami, pracownikami, przyjaciółmi, zarządzamy, wykonujemy, słuchamy. Jesteśmy w tych rolach bardziej lub mniej skuteczni, bardziej nam one pasują, lub wcale, ale wypełniamy je w naturalnej konsekwencji zdarzeń, kiedy wychodzimy za mąż i partnerujemy, kiedy zaczynamy biznes, sprzedajemy, kiedy ktoś opiera na naszym ramieniu głowę w chwili zwątpienia. Te wszystkie role, tak czasami przenikają się, że przez lata wypełnionego zadaniami grafiku, nie mamy czasu zauważyć nawet, że coś nam umyka. Kiedy tak długo wypełniamy rolę utożsamiamy się z nią w sposób naturalny, stajemy się dentystami, kierowcami, ojcami, bohaterami domu. Wychodzenie z jednej i przechodzenie do drugiej roli dzieje się w sposób chaotyczny albo uporządkowany, bardziej lub mniej świadomy, dlatego niańczymy czasem pracowników, a od dzieci wymagamy wypełnienia jakichś nieadekwatnych obowiązków.

Całe moje życie zadaję sobie pytanie: „Kim jestem?” i na każdym etapie mojego życia słyszałam różne odpowiedzi. Przez większość czasu jednak sądziłam, że jestem tym, kogo rolę spełniam. Czułam się matką, żoną, pracownicą, wykładowczynią etc. W tej przestrzeni pomiędzy, która czasem mi mignęła, widziałam człowieka, kobietę, ale nie zastanawiałam się nad tym zbyt często. Ta podstawa mnie, była jak pusta przestrzeń dla formy, jaką była rola. Odkryłam jednak, i tym chcę się podzielić, że rola jest jak kostium, który wkładam do spełnienia jakiegoś zadania, a to czym, kim jestem, jest bardziej tą pustą przestrzenią, w jakiej to się dzieje. Bo ta przestrzeń bynajmniej nie jest pusta, ale nie wypełniają jej działania z odgrywania ról, ona może istnieć zupełnie niezależnie. Trochę jak na scenie, przy mojej całkowitej akceptacji, jestem naukowczynią i robię badania. Ale nie jestem tym działaniem, ani tymi badaniami, ani tą rolą jaką odgrywam. Tam jest nieskończenie więcej mnie.

Co się dzieje, kiedy wchodzisz albo wychodzisz z roli? Czy to zauważasz? Czy rola ci pasuje? Czy się z nią zmagasz? Jakie jest źródło przyjęcia tej roli? Czy możesz odwiesić ten kostium i pożegnać? I fundamentalne pytanie: Co zostaje z ciebie jako człowieka, gdy zdejmiesz wszystkie swoje role i utożsamienia? To gimnastyka umysłowa warta czasu i zastanowienia.

To nieoczywiste pytanie, bo role często w nas wrosły. Będziemy rodzicami już na stałe, ale rola matki to też kostium, który jest potrzebny nie cały czas, a w tych kluczowych momentach. Początkowo często, potem coraz rzadziej. Gdy dochodzi do zbyt mocnego utożsamienia ciężko nam żyć bez możliwości grania swojej roli. To samo ma miejsce w pracy, która staje się nami, albo w relacjach z ludźmi, gdy ich strata uniemożliwia odgrywanie „siebie” w interakcjach.

Jesteśmy stadni i przyjęcie ról do spełnienia odbywa się również w kontekście przetrwania stada. Zachowania i role społeczne są nam potrzebne. Nie mniej jednak nie musimy się z nimi utożsamiać. Utożsamienie się z rolą daje poczucie spełnienia dopóki dana rola spełnia swoją funkcję. Gdy wygasa, zostawia nas w pustce.

I ta pustka może być fenomenalnym stanem do odkrywania. Kiedy przeżyjemy strach braku utożsamienia, pokazuje nam, kim jesteśmy naprawdę, a co tylko we fragmentach widzieliśmy wyrażając swoje role przed światem.

O kobietach, które poznały swoją istotę poza rolami mówi się stereotypowo – wiedźma, o mężczyznach – jak o mędrcach. Tak jakby świat przywykły do ról nawet wtedy, gdy je porzucamy, potrzebował dookreślenia, przypisania roli. Z pewnością wyjście ze swoich utożsamień i wzięcie swojej natury z pełną konsekwencją i odpowiedzialnie, to czysty przejaw dojrzałości i wolności. Wolni od ról możemy je spełniać w swojej najwyższej prawdzie – z wyboru. A ci, dla których spełniamy te role, mogą się uczyć jak robić rzeczy dobrze.

Wypełniłam wiele ról w moim życiu, z wieloma się utożsamiłam. Ciężko było je ode mnie odkleić, tak wrosły. Łatwiej mi było je spełniać niż spojrzeć w odpowiedzialny sposób na całe moje dorosłe życie i wybory. Zawsze mogłam powiedzieć mojemu wewnętrznemu krytykowi, że jestem i tym, i tym i tamtym, a wszędzie coś robię. Pociągało to za sobą poczucie, że coś znaczę. Wyjście z utożsamień pozwoliło mi zrozumieć, że nie muszę spełniać żadnej roli i mieć żadnych osiągnieć, żeby w swoich własnych oczach zasługiwać na szacunek, uwagę, troskę. Wyjęcie siebie z powinności spełniania tej czy innej roli pozwoliło mi na przestrzeń dla mnie samej, na czas, na nieprzymuszony wybór. Jestem matką moich córek i synów, ale bywam nią w kontakcie. To czy jestem matką nie określa mojej osoby. Podobnie nie określa kogoś status pieniężny, zawodowy, liczba medali w szufladzie i innych atrybutów spełnionych ról. Nie chodzi też o to, żeby wskoczyć w „tumiwisizm” i „wszystko jest nic nie warte”. Warto robić wszystko co nam leży, co nas wyraża, ale nie jest tylko rolą do odegrania, odhaczeniem punktu na życiowej mapie. A jeśli tę rolę przyjmujemy, piszmy w nich nasze własne scenariusze, improwizujmy, posprawdzajmy jak ten kostium się rusza, czy skrzypi, czy można go przemalować, albo skrócić, tak, żeby nam nie zawadzał, albo dał do myślenia. Grajmy tę rolę odpowiedzialnie w trosce o wszystkie istnienia w nią zaangażowane, albo ją porzućmy.

Role jakie przyjmujemy świadomie i nieświadomie same odgrywają w naszym życiu pewną rolę. Ich rolą jest pomoc w dotarciu do naszej osobistej prawdy, do esencji jaka czeka pod tymi wszystkimi rolami. I tego dotarcia i zrozumienia życzę wszystkim z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, w których pradawni Słowianie czcili zwycięstwo światła nad ciemnością. Niech nam słońce świeci, śnieg pada i niech nas ogrzewa ciepło naszego stada i radość niosąca kolęda 🙂

Ot tak …

Zawsze podejrzewałam, że jestem niezniszczalna. Na swoją obronę muszę przyznać, że moje życie tak się układało, że okazja za okazją pojawiały się sytuacje, w których sprawdzałam się, testując swoje granice i niemalże wszystko stawało się prędzej czy później osiągalne większym lub mniejszym wysiłkiem. Wystarczyło spiąć się do celu, skumulować siły i skoczyć w dobrze obranym kierunku. A jeśli coś w skoku przeszkadzało, zwalczyć to, rozebrać kawałek po kawałku czasem przenosząc góry z miejsca na miejsce. I tak szłam przez życie z przekonaniem, że zawsze znajdę sposób, siły, strategię do wszelkich potrzeb swoich i moich bliskich.

Aż pewnego dnia, ot tak, zachorowałam. Początkowo miałam nawet na tę chorobę plan. Pochoruję tydzień a potem zrobię całą masę zaplanowanych rzeczy, również tych spiętrzonych przez opóźnienie. Ale po tygodniu okazało się, że to nieosiągalne. Choroba okazała się silniejsza i mimo, że walczyłam z nią fizycznie i intelektualnie, wygrywała na wszystkich polach, aż poddałam ostatnią bitwę i zatrzymałam się. Zarzuciłam wszystkie plany, a nawet wyobrażenia o tym co jutro, za tydzień, za rok i weszłam w pozorny bezczas, gdzie istnieje tylko to co aktualnie się zdarza. Odkleiłam się od kalendarza i ambicji wypełnienia swoich obowiązków, jak je nazywałam, a które tak bardzo ze sobą utożsamiałam. Stałam się, siłą rzeczy, niezależna od tego jaki tworzę na siebie plan i czy go spełniam.
I stało się tak, że niezależnie od tego czy coś robię czy nie, czuję się pełna siebie. Moje działanie jest oczywiście gdzieś tam potrzebne, ale już się z nim nie utożsamiam. Przekonałam się, kim jestem kiedy nic nie robię, tak bardzo potrzebnie jednocześnie, skupiona świadomie na sobie. Żyjąc do niedawna na zewnątrz w rolach tego świata, jako mama, pracownica, partnerka, przyjaciółka, gdzieś ten rdzeń siebie odczuwałam, pionizował mnie po burzach i sztormach, ale nigdy na taką skalę nie byłam go świadoma.

Rzeczywistość po puszczaniu kierownicy elastycznie dopasowała się do mojego stanu. Praca weszła mi w wolne chwile w domu, żebym mogła spać w dowolnie wybranym czasie, domowe sprawy przekierowały się. Otoczyłam się bezpiecznym kokonem bliskich i spokoju. Przeszłam boleśnie przez poczucie winy, że wszystkich zajmuję swoją osobą, że zaraziłam kochanego człowieka, który w wyższej konieczności naraził się na to. Odpuściłam czując jak życie i tak się toczy, artykuł kiedyś się napisze, obiad ugotuje, albo nie, i to też jest ok. Porównałabym to co się dzieje do unoszenia z prądem, opływam kamienie w rzece, przyspieszam i zwalniam bezwysiłkowo, skupiona na tym, żeby utrzymać się nad powierzchnią i to wystarcza. Nurt mnie niesie a ja nawet nie jestem specjalnie zainteresowana, żeby się przekonać dokąd.
Bywają chwile, że cieszę się, ale bez ekstazy, że oddycham bez przeszkód, że wracam do zdrowia łagodnie i powoli, już bez walki, i czuję do siebie wdzięczność, że umiałam w porę odpuścić i pozwolić życiu siebie poprowadzić.

Zaszyłam się w lesie, chociaż wszystkie moje urlopowe plany wzięły w łeb, jak to często bywa, okazja sama się pojawiła i bez wahania z niej skorzystałam. Myślałam nad sensem tej choroby, ale nie jestem nawet tego pewna, że miała jakiś cel, na pewno jednak pokazała mi granice mojej wytrzymałości. Pokazała też do jakiego fantastycznego stopnia mogę liczyć na pomoc bliskich. Nauczyła mnie cierpliwości i akceptowania bardzo niewygodnych dysfunkcji mojego organizmu. Zdałam sobie sprawę, że kolejny raz zyskałam wiedzę o sobie, o tym z czego bez żalu zrezygnowałam chorując, a co dla odmiany stało się tak jaskrawo ważne, a co parafrazując mogę nazwać „bliskością w czasach zarazy”, bliskością z moimi bliskimi i ze samą sobą na nowo. Uporządkowała mi emocjonalne sprawy, odsiała wątpliwości, napędziła do zmian tam, gdzie chciałam już iść, ale myślałam, że może jeszcze pozwlekam.

Na koniec z ciekawości zapytałam o tę chorobę Kozę, ale nie miała nic szczególnego do powiedzenia. Patrzyła na mnie beznamiętnie przeżuwając liście i rzuciła widząc, że uparcie czekam na jakiś komentarz:
– No co, no życie! Raz się tańcuje, raz zdycha. To chyba oczywiste. Tylko człowiek musi mieć sens we wszystkim co się dzieje. Dzieje się i tyle. Bądź w tym, albo to zmień, o ile jest to możliwe.
Na ten moment nie jest, więc w tym jestem, a jak się zmieni, zobaczymy. Nie roję sobie żadnych nadziei, terminów, działań. Być może o to chodziło, a może zupełnie się mylę i za jakiś czas zobaczę inną perspektywę. Z pewnością nie będę jej szukała, jak ma przyjść, przyjdzie sama.

O spójności czyli prostocie istnienia

Lato rozciąga się na wrzesień i początek października. Cieszę się każdym ciepłym dniem, bo jestem z natury czuła na światło i, kiedy go brakuje jesienią i zimą, tracę energię. Niedawno w taki właśnie dzień jak dziś, słoneczny i piękny, pożegnaliśmy wspaniałą kobietę, mamę, babcię i prababcię, żonę, pedagoga i przewodnika życiowego wielu ludzi. Nadal się wzruszam kiedy myślę, że nie ma Jej już z nami, ale to co pozostawiła w naszych duszach na zawsze zostanie. Długo by pisać o zaletach i odważnym życiu Hani, człowieku opozycji, nauczycielce z powołania, kobiety prawej, uczciwej i pełnej energii do zmian na lepsze, aktywnej przez całe swoje życie i osobiste, i zawodowe. To co najbardziej jednak utknęło mi w pamięci to coś, co obecnie jest ogromnie rzadkie. Jedna z przyjaciółek, współtwórczyni autorskiej szkoły, powiedziała o Hani, że była człowiekiem spójnym. Zapadło mi to w umysł i serce, i cały ten czas, od powrotu z Powązek, gdzie Hania spoczęła w rodzinnym grobie wśród pięknych kwiatów i łez żegnających Ją ludzi, myślę co też się stało z naszą spójnością, ze spójnością współczesnych nam ludzi?

Spójność dla mnie, to myślenie, mówienie i robienie tego samego. Można to nazwać prostotą istnienia. Człowiek wyznający swoje ideały, wierzący w nie, mówi w ich duchu i postępuje zgodnie z nimi. Zdałam sobie sprawę, jakie to unikalne w naszych czasach, gdzie ludzie zmieniają poglądy jak rękawiczki, mówią co innego niż robią, a na dodatek zaprzeczają oficjalnie, wbrew faktom, że coś zrobili. Taka powszechność postępowania rodzi ogromne problemy w zaufaniu do świata i ludzi. Nie sposób dziś założyć, bez odpowiednich testów, a i to się może zmienić z czasem, że człowiek zrobi co powie, albo nie zrobi czegoś, z czym się nie zgadza.

I nie chodzi wyłącznie o kanciarzy, czy polityków. O nas samych. W sprawach małej i dużej wagi, potrafimy się zarzekać, potrafimy drwić z postaw innych ludzi, ale kiedy dochodzi do podobnych, trudnych życiowych sytuacji, stajemy w obliczu wewnętrznej walki i wybieramy to, co nie jest nasze. Jakbyśmy żyli w dobie nieważności, nieważności w co wierzymy, co myślimy, a w konsekwencji – co robimy. Zawsze skutecznie umiemy się obronić, że inni przed nami też to zrobili i czemu mamy być frajerami tracąc, albo zgrywając świętego w domu publicznym.

Podam przykład. Nie jestem religijna. Nie tłumaczę się z tego, bo to moja osobista sprawa. Nie mówię jednak, że jestem wierząca, ale nie praktykująca, bo Kościół mi się nie podoba. Już od dawna czułam, że to nie moja droga, od podstawówki, ale ciężko byłoby mi przetrwać w społeczności dzieci chodzących na religię, więc rodzice mnie na nią wysłali. Mimo to, kiedy mogłam już podjąć decyzję, zrezygnowałam z religii i nie poszłam do bierzmowania, bo nie czułam się częścią chrześcijańskiej społeczności. Pamiętam strach w oczach mojej przyjaciółki, która w siódmej klasie w poniedziałek po niedzielnym bierzmowaniu, spytała mnie na szkolnym korytarzu: „Aga i jak ty teraz będziesz żyła?” Nie rozumiałam jej pytania, tak jak ona mojej decyzji.

Brak bierzmowania podczas mojego ślubu kościelnego skutkował tym, że przystąpiłam do niego jako osoba niewierząca i obiecałam wspierać wychowanie dzieci w wierze katolickiej z czego się wywiązałam. Nie kryłam się jednak nigdy z moją niekoherencją z wiarą katolicką i żadną inną, i w tym też byłam spójna. W końcu postanowiłam wypisać się oficjalnie z Kościoła, do którego nie przynależę i też to zrobiłam przez apostazję. Ksiądz czytając moje podanie spytał, czy jestem antyreligijna. Odparłam, że nie, jestem areligijna i jako taka nie chcę być na żadnych listach. Z mojej strony to już finał, bo reszta, wypisanie, bądź nie, leżą po stronie administracji kościelnej, na jaką nie mam wpływu. Nie walczę też z systemem, wystąpiłam z powodu swoich przekonań i potrzeby spójności właśnie, jakiej potrzebowałam, choć wcale nie wiedziałam, że o tę spójność mi chodzi. W tamtym momencie była to decyzja intuicyjna, bo należenie do Kościoła uwierało mnie jak kamień w bucie. Czułam, że muszę coś z tym kamieniem zrobić dla własnej wygody podróżowania przez świat i poszło gładko, bez dramatów, straszenia piekłem i grożenia ze strony księdza, bo moja spójność była tak widoczna jak tarcza na wszelkie ataki, fochy, niesmaki i kompleksy osobiste proboszcza. W swojej spójności szanuję ludzi ze wszystkim w co wierzą i nie mam problemu z tym, gdzie przynależą, jeśli są spójni, albo dążą do spójności.

Nie chcę abyście odnieśli wrażenie, że to jest jedynie słuszna droga. Można mieć absolutnie gdzieś, czy się jest na listach przynależności. Dla mnie to był rozdźwięk wewnętrzny i dlatego to zrobiłam. Nie namawiam też do apostazji, ani żadnej innej postawy, to prywatna sprawa, intymna, osobista.

Po pożegnaniu Hani, dużo myślałam, gdzie jeszcze czuję się niespójna i przyznam, że nie łatwo wytropić takie miejsca, ale warto na bieżąco sprawdzać. Ja swoją niespójność czuję w ciele. Robi mi się ciężko, gdy występuję przeciw własnym zasadom. Oczywiście można sobie wmawiać, że to tylko jeden raz, że tym razem to nieważne, ale to pozostaje w ciele, pozostają jak cierń takie niespójne sytuacje.

Ostatnio na festiwalu tangowym zatańczyłam z kimś, kto stanął przede mną i zabrakło mi odwagi mu odmówić. Tak się generalnie w tangu nie robi, ale ugięłam się i poszłam wiedząc, że tancerz jest kiepski, gwiazdorzący, roszczeniowy i pełen pychy. Wzięłam na klatę swoje tchórzostwo, ale obiecałam sobie po tej tandzie, więcej nie tańczyć nie tylko z nim, ale z żadnym panem, który nie stosuje się do zasad i tańczy „po bandzie” czyli „partnerką” a nie „z partnerką”. Raz już zeszłam panu z parkietu w podobnych okolicznościach, zostawiając go w wielkim zaskoczeniu i „hańbie”.

Z człowiekiem spójnym łatwo się żyje. Mnie samej z sobą też, kiedy jestem spójna. A innym, coż, chyba też dobrze. Moje relacje rodzinne są dobre i bardzo dobre. Partnerska relacja … kwitnie. Zawodowe relacje w normie. Spójność jest lepsza od kluczenia, manipulacji, kłamstw i piętnastu wersji na swój temat. Dobrze mi też robi izolacja od niespójnych ludzi. Po co mam za nimi nadążyć, jak mogę iść prostą drogą z kimś, kto ma podobne wartości i działa spójnie w ich duchu. A że świat przepełniony jest fejkiem. Mnie to niespecjalnie obchodzi, bo słucham ludzi i widzę, gdy ktoś jest rozbieżny w tym co mówi, a tym co robi. Tego co myśli często nie sposób po takich ludziach zobaczyć i, cóż, chyba też nie warto.

Nie musimy mieść spójnych wartości, wszyscy razem. Możemy mieć podobne w tej części naszej wspólnej przestrzeni, gdzie najbardziej się poruszamy w relacji. W miejscu pracy – wartości w odniesieniu do pracy, w związkach – do miłości, sposobu budowania relacji, w rodzinie – do miłości, przyszłości, wzajemnego wsparcia, uczciwości itd. Dlatego rozmawiam z kimś z kim chcę być bliżej i badam stopień podobieństwa, a potem opieram się tylko o te wspólne rzeczy. Jak mój partner woli czerwone wino a ja białe, to da się spokojnie pogodzić. Jeśli ma inny model relacji niż mój i cele, nie zawsze. Każda relacja inaczej trochę wygląda. Wiem kiedy mogę liczyć na szczerość, a kiedy nie i nie mam focha, że ktoś mi kłamie, jak polityk, którego wybrałam, albo prezes banku w którym trzymam pieniądze, bo wiem, że tacy są politycy, tacy są tzw. ludzie interesu, z takiej ulepieni są gliny. Ich system wartości rozmija się z moim wielopłaszczyznowo, jak z wieloma innymi osobami, które albo toleruję, jeśli muszę wejść z nimi w interakcje, albo unikam kontaktu, jeśli nie muszę.

Nie twierdzę, że mój system zasad wewnętrznych jest lepszy od innych. Jest inny i czasem wyklucza akceptację pewnych zachowań. Ostatnio od znajomej terapeutki usłyszałam, że jej pacjent był zdumiony, kiedy po ustawicznym zdradzaniu żony, usłyszał, że może powinien się rozwieść. „Dlaczego? – odparł. – Ale ja chcę być żonaty.” Ten człowiek ma inne zasady. Nie moje, ale inne i ja tego nie oceniam, ale nie wybrałabym go na partnera.

Ludzie nie zdają sobie sprawy ze swojej niespójności. Znałam kobietę, uważającą się za bardzo oświeconą, nazywaną guru, która nauczała o miłości i jednocześnie mówiła, że nie lubi ludzi. I dawała im to poczuć na każdym kroku wytykając publicznie ich osobiste potknięcia,  oczywiście w celu oświecenia. Jeśli całą sobą stoisz w sprzeczności do tego czego nauczasz, to po prostu błądzisz. To jak ci co namawiają do odwetu po atakach agresji w imię „słusznej” sprawiedliwości, albo obrażają tych co mają inne poglądy, z poziomu pychy. Pycha zawsze jest przykrywką do niespójności. Spójność nie musi się bronić, jest widoczna na kilometr. I niespójność też niezależnie jak umiejętnie umalowana duchowymi i ideowymi, w tym religijnymi, frazesami.

Bywam niespójna, na niewielką skalę, bo swoją osobistą, ale też staram się uspójniać dla własnej wygody życia i sprawdzać, czy przekonania i zasady według jakich żyję są słuszne, dobre dla mnie i innych, czy należy je zmienić jeśli źle pracują w jakimś aspekcie. Traktowanie dzieci jest takim przykładem. Dzieci dorośleją i zaczynamy przenosić na nie z czasem konsekwencje ich własnych wyborów. Elastyczne dopasowanie. Zauważyłam, że we wszystkich relacjach chodzi o wzajemne poszanowanie człowieka jako całości. Szacunek, jaki z założenia, i to jest moja zasada nadrzędna, należy się każdemu. I z tą zasadą żyję w zgodzie, a za każdym razem jak słyszę plotki, czuję niesmak. Czym innym jest wymiana faktów, informacji, opinii, a czym innym drwina, złośliwość dla uciechy. Z reszta od tak dawna mało mnie obchodzą smaczki towarzyskie, społeczne, narodowe, medialne, fejsbukowe, międzynarodowe, że słaby ze mnie słuchacz takich spraw. Nie kojarzę nazwisk i wydarzeń, bo żyję swoim życiem i ma ono tak wiele kolorów, że szkoda mi czasu na rozpraszanie uwagi. Nie mam czasu i chęci łapać puste kalorie tak odległych światów. Dlatego jak mówię, że nie interesuję się polityką, to się nie interesuję, chyba, że przed wyborami żeby podjąć w miarę rozsądny wybór, ani mediami, ani plotkami, ani trendami, ani modą, ani rozwojem duchowym cudownie nazwanym przez moją znajomą „rozwojówką”, nie wyznaję żadnej religii i nie mam gotowego systemu otaczającego mnie świata, nie wiem co było na początku i do czego to wszystko zmierza, nie wiem i nie muszę, a nawet nie chcę. Moja mentalna abnegacja wyeliminowała wiele pokus niespójnego postrzegania tego świata, gdzie konsumpcjonizm i hedonizm wylewają się z każdej reklamy, a iluzja szczęścia oślepia spragnionych. Dzięki mojej abnegacji zobaczyłam ważną cechę podrasowywaną przez współczesny świat – chciwość, i pewnie o niej kiedyś napiszę, bo jest wszechobecna i ogromnie destrukcyjna.

Na ten moment moja spójność mi wystarcza i niedoskonałość, i inność, i szacunek dla każdego, tego z większości i tego z mniejszości. I łagodność wobec ludzkich uczuć i cierpliwość dla ludzkiego cierpienia. Wartość odnalezienia spokoju jak oka w szalejącym emocjonalnym cyklonie, i bycie spójnym w emocjach, jak złość to złość i potupię czasem, i pokrzyczę, jak radość to śmiech i to na głos na całą ulicę. A przede wszystkim odwaga do samostanowienia, nawet tam, gdzie ludzie uznają mnie za dziwaczkę albo frajerkę – feminatywną formę od frajera.

Nieoczywista sztuka wyboru

Jakiś czas temu w moim życiu nastąpiła bifurkacja, czyli rozszczepienie drogi życiowej na dwie równoległe, wzajemnie się wykluczające ścieżki. Jakież to typowe, prawda? Zanim to się stało, poczułam w sobie głęboki niepokój, przeczucie, że czeka mnie wielka zmiana. Kiedy świat rozpadł się na dwa światy, znieruchomiałam, nie umiejąc dokonać wyboru, stając przed chyba najgorszym koszmarem swojego życia, świadomością, że mogę źle wybrać.

Przez jakiś czas trochę tchórzliwie, trochę z zagubienia, nie wybierałam obserwując, jak te dwie drogi mojego życia rozsuwają się coraz dalej i dalej, aż do miejsca, gdzie nie dało się już przed sobą udawać, że mogę nie wybierać, albo, że rzecz rozwiąże się sama.

Zawsze mam problem z wyborem. Uczyłam się z tym żyć na wiele sposobów, narzucając sobie na przykład konsekwentne tkwienie przy pierwszym co mi przyjdzie do głowy, albo wypisując listę powodów na tak i nie. Wszystkie jednak techniki, jakichkolwiek się nie imałam, zawodziły mnie w jednym ważnym aspekcie, pogodzeniu się z faktem, że mój wybór może mi zaszkodzić i, że z czasem będę sobie zarzucać to, że źle wybrałam.

Powszechna iluzja, w jakiej żyjemy, jest taka, że dokonujemy dobrych, albo złych wyborów. Cofając się wstecz w swoim życiu łatwo pokazać, że każde nasze wybory przynosiły nam i smutek, i radość, i spełnienie, i porażkę w jakimś aspekcie. Wybór jest po prostu pewną sytuacją i lokalnie może być łatwy, gdy coś nam daje, czego nam na ten moment trzeba, ale nie ma żadnej pewności, że ta lokalna korzyść zaowocuje czymś, co za dziesięć lat ocenimy jako dobre. Nie łudźmy się więc, że wybieramy dobrze, albo źle, po prostu perspektywa czasowa oceny się zmienia, my się zmieniamy i nie ma co żałować, albo wbijać się w dumę swymi wyborami. Co więcej, każda porzucona ścieżka dałaby nam coś po prostu innego i nikt mi nie powie, że wie co, bo tam nie był, to coś się nie stało, więc nie ma tego. Jako ludzie skutecznie sobie to coś wyobrażamy na bazie przeszłości i naszych uwarunkowań, ale nie ma żadnej pewności, że to czego się baliśmy, albo co nas pociągało, byłoby tam, więc nie ma sensu tego rozważać.

Są tacy co pewnie zaprzeczą takiemu rozumowaniu. Nie upieram się przy mojej perspektywie, jest moja i podobnie, jak nie ma prawdy obiektywnej, nie ma obiektywnej oceny zdarzeń.

Dokonałam w życiu wielu wyborów i blokada, że źle wybieram, wynikała z prostej ludzkiej przypadłości – samooceny. Wynika ona z prostego faktu, że powszechnie bardziej zawieszamy się na tym, co czujemy jako „złe”, a „dobre” wybory, czyli te, które teraz widzimy jako korzystne, zapominamy, bo łatwo przyzwyczajamy się do tego, że coś idzie dobrze. Oceniałam się więc dość surowo i nieprawdziwie. Z całkowitą pewnością dokonywałam wyborów korzystnych i niekorzystnych wielokrotnie, ale licznik przykładałam do tych co mi, sądziłam, nie wyszły. Błąd. Nawet lokalnie patrząc z loży obecnego czasu, moje wybory doprowadziły do cudownych sytuacji, sprzyjających i zachwycających, powołały na świat moje dzieci, pozwoliły mi obejrzeć świat, ludzką radość, ale też cierpienie, po to, żebym lepiej mogła w siebie wejrzeć tym szczególnym spojrzeniem obserwatora, który zebrał dużo danych, żeby sprostać opisaniu swojego świata z wielu kamer. I tu nie da się jechać tylko prostą, jasną autostradą „właściwych” wyborów; trzeba zbaczać z drogi na niepewnych rozstajach, a czasem nauczyć się cofać, czyli po prostu zawracać.

Kolejną iluzją jest nieodwracalność wyboru. Wybór zawsze można zmienić. Zawsze. Oczywiście sytuacja będzie już inna, gdy zmieniamy zdanie, ale tkwienie w czymś, co z naszego wyboru robi nam krzywdę jest niesłuszne, i w trosce o siebie należy się z takiego wyboru wycofać, czyli wybrać ponownie. Może wybrać już coś innego, aktualnego na czas wyboru. Możliwe, że zniknie jakaś alternatywa z horyzontu, jak sukienka sprzedana na portalu przez koleżankę, ale pojawi się coś innego, bo wszechświat tak działa, że wypełniony jest alternatywami, tylko my nie widzimy wyraźnie. Tak już jesteśmy ukształtowani, upierając się przy naszych wyobrażeniach o przyszłości, czyli oczekiwaniach. Wyobrażenia zamykają wybór w skrajnych przypadkach do jednej opcji. Jak dzieci w sklepie z zabawkami, chcemy tylko to czerwone autko tupiąc na ten zły dla nas świat obcasikami i roniąc łzy rozczarowania, gdy ktoś w kolejce nam go podkupi, a nie widzimy złotej rakiety na półce obok.

Mój wybór był trudny i naszpikowany, jak minami, analizami mojego umysłu, szarpaniną serca i ogólnym pomieszaniem. Dopóki chciałam go dokonać rozsądnie, umysł mi szwankował podstawiając lęki jak gotowe sytuacje. Serce biegało między opcjami jak szalone, aż do absolutnego wyczerpania, wyszukując znaków na drodze to w jedną, to w drugą stronę. Aż nie mogąc wybrać, wypuściłam z rąk wszystkie argumenty i w kompletnym pomieszaniu … zaufałam. Nie sobie, bo sobie nie mogłam w tym stanie zaufać. Zaufałam Życiu. Ono jest większe niż ja i Ono zawsze nas prowadzi, tylko czasem przed Nim uciekamy.

I wtedy nastąpiła cisza. Poobijałam się jeszcze parę razy nieszkodliwie o swoje racje, o za i przeciw, jak o konary zwalonych drzew w brzegach rzeki niosącej mnie przed siebie. Jeszcze na chwilę wysiadłam na ten brzeg z pretensjami do bóg wie kogo, chyba do siebie, że co to w ogóle za sytuacja, że mam taki mętlik, aż spokojnie, weszłam do tej rzeki z powrotem i pozwoliłam się jej ponieść.

Bywają sytuacje, że nie da się inaczej. Pożegnałam wszystko to, co wyobrażałam sobie jako konsekwencję wyboru jednej, a potem drugiej drogi i zamknęłam oczy. I zaniosło mnie na miejsce, gdzie nie walcząc już ze sobą, jestem.

W tym długim i męczącym procesie zrozumiałam, że przeceniam swoją moc przewidywania, swoją moc wpływu na rzeczywistość, że przytłacza mnie moja odpowiedzialność za siebie i innych, ale wiem, że niezależnie od tego jakie będą konsekwencje moich wyborów jestem dość silna, by je przyjąć. Tego nauczyło mnie Życie, że jeśli coś możemy wybrać, to jest to szyte na miarę naszych możliwości. Może czasem trzeba stanąć na palcach, żeby do tego czegoś sięgnąć, albo podwinąć rękaw, żeby się nie zamoczył, ale zawsze potem można wysuszyć go, gdy coś takiego się stanie. Życie daje wiele możliwości równolegle i po każdym naszym wyborze następuje fala zmian, albo wąski, prawie niezauważalny strumień rozpoczynający nowy etap. A jeśli nie dokonujemy wyboru, on i tak się dokonuje, bez naszego udziału, bo tak skonstruowana jest rzeczywistość naszego ludzkiego istnienia. Wolna wola, dar, albo przekleństwo człowieka.

Wiele napisano na temat tego jak, i dlaczego dokonujemy wyboru. Cała branża konsumencka drąży temat. Staramy się wyrwać z nieświadomości i rozsądnie podejmować decyzje. Przekonałam się, że tylko do pewnego stopnia mamy wpływ na to, co wybieramy i czas przestać się obwiniać. Nasze wychowanie, kultura, programy, jakie wchłonęliśmy i racje, przy jakich obstajemy, decydują za nas. Mamy wgląd w siebie tylko do pewnego poziomu świadomości. Reszta jest nieprzenikalna i czasem dostrzegamy powody naszych wyborów poniewczasie, albo wcale. I nie ma w tym nic strasznego, nawet jeśli na jakimś poziomie zrozumiemy, że wybraliśmy marynarkę nie dla marki, co jest reklamowana, ale dlatego, że wyszczupla nas w pasie, to zapewniam, że za rok może się okazać, że ekspedientka patrzyła na nas tak, że ulegliśmy jej urokowi, licząc na bliższe poznanie, a za dwa lata, po intensywnej psychoanalizie, przypomnimy sobie, że mama była dumna kiedy w podobnej tkaninie szliśmy w pierwszej parze w polonezie na studniówce, i to wyda nam się bardziej autentyczną intencją niż wszystko, co do tej pory myśleliśmy na ten temat. Wyda się, bo co jest prawdziwym źródłem naszego wyboru, rdzeniem, nie wiemy; jesteśmy jak Shrek, jak cebula, warstwa za warstwą inna, ale nikt nas lepiej nie zgłębi niż my sami, mimo, że będą się różniły z czasem te nasze obrazy – szkicowane świadomością aktualne autoportrety. Jesteśmy zmienni i nadal jesteśmy sobą. Ot, cała tajemnica wielości, jedności i nieustającej zmienności.

Nostalgia we mnie jest silna, dlatego pewnie jeszcze wiele razy zapuszczę się w iluzję tego, co by było, gdybym wybrała inaczej, a mając silną, kreatywną wyobraźnie stworzę niemal równoległe światy pełne szczegółów, ludzi i sytuacji, ale nadal będzie to tylko miraż, bo nie istnieje nic poza tą chwilą i tym, co JEST. I zanurzona w tę namacalną rzeczywistość zgłębiam ją z ciekawością dziecka, wiedząc, że sama ją wybrałam po to, żeby nauczyła mnie na nowo siebie i świata. Wiem jedno na pewno, Życie zaprowadza mnie w piękne, nasycone miejsca, gdzie świat aż śpiewa swoją autentycznością i jestem mu za to wdzięczna nawet wtedy, kiedy trudno mi akceptować pewne jego aspekty. Bo drogą miłości nie jest łatwość, ani trudność wyborów, pójście za rozsądkiem, albo sercem, ale zgoda w sobie na wszystko to, co się dzieje. Wtedy to, co się dzieje zyskuje do nas dostęp, wpływa w naszą rzeczywistość szerokim, łagodnym strumieniem pełni Życia.

Szczerze, ale przekornie, o wojnie

Długo się wahałam, czy pisać o wojnie, nie dlatego, że to taki gorący temat i wszędzie o nim trąbią, a każdy staje się ekspertem od strategii międzynarodowej, ale dlatego, że nie lubię podsycać niewłaściwych idei. A wojna, jej idea, tak czy siak, jest podsycana i karmi się naszą wzmożoną uwagą. Chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że czym innym jest przyjmowanie faktów o wydarzeniach, a czym innym popadanie w emocje wzbudzane tymi faktami, więc kiedy czujemy słuszny gniew, że ludzie tam gdzieś giną, za absolutną niewinność, jedyne co możemy realnie zrobić, to nie dać się ponieść temu gniewowi tam, gdzie wcale nie chcemy, by nas ta emocja zaprowadziła, w nienawiść, w chęć odwetu, a nawet masakry, w strach i panikę, ze wszystkim tym nieracjonalnym, co za głębokimi emocjami stoi i prowadzi do nieprzemyślanych, nierozsądnych działań, bo kompletnie zaślepia.

Nie jestem strategiem, ani specjalistą od stosunków ze Wschodem, dlatego nie wtrącam się do dyskusji co, i jak należy zrobić w sytuacji ewidentnej agresji Rosji na Ukrainę, ale nie zamykam też oczu i nie piszę, że liczę na to, że naród rosyjski się obudzi, bo to świadczyłoby o mojej wierze w magiczne siły, które nie mają żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Czytam co piszą specjaliści i ludzie, którzy tam, w Rosji, żyli, niektórzy nawet znali Putina, na tyle, na ile ten fasadowy człowiek dał się poznać. Nikt z nich nie potwierdza szczerych nadziei na zmiany w tamtejszej polityce, w której tradycje przywódcze z sukcesem stworzyli podczas najazdów mongolskich władcy psychopatyczni, z taką samą obojętnością zabijający nie swoich, co swoich. I charakter tej władzy nie zmienił się od tamtych zamierzchłych czasów, nie dlatego, że nikt Rosjanom nie wytłumaczył, ani nie są w stanie zobaczyć, że mogą wybrać charyzmatycznego mądrego przywódcę, który pociągnie ich kreatywny naród w nowe czasy, ale, że oni nie mają w swojej świadomości zbiorowej żadnych innych doświadczeń na temat władzy.  Cyklicznie, ze sztucznie podsycanego strachu, wybierają okrutne, ale znajome wzorce, zaburzone persony na swoich absolutnych władców, zachowując pamięć ich rządów, w tym morderczych podbojów i wewnętrznych, krwawych czystek,  jako „wiek złoty”. I dopóki to się nie zmieni, nie ma co marzyć w nadziei na przełom ich świadomości, a żaden medialny przekaz społeczny, nawet globalny , żaden intelektualny dyskurs, ani fotografie zabitych dzieci podsyłane matkom żołnierzy, tego nie zmienią. Tam, gdzie panuje zbiorowy mit, o tym, że bezpieczeństwo daje tylko morderca, którego wszyscy się boją, zwłaszcza krajanie, tam nie ma miejsca na fakty, rozsądek i na zmianę.

Nasuwa się proste pytanie, raczej nie do mnie, a do tych co zjedli na polityce światowej zęby, co w takim razie może zmienić imperialne zapędy Rosji? Nie wiem. Ale w całej tej napiętej sytuacji, która jest bardzo dotkliwą lekcją dla świata, warto się przyjrzeć, kogo sami wybieramy, skoro tak dotkliwie oceniliśmy wybór rosyjskiego narodu. Jakie osoby są u władzy w innych krajach, w Europie, w Azji, w Ameryce, w Afryce, w Australii? Przyjrzyjmy się temu na spokojnie, zobaczmy, jak z lekkością oddajemy odpowiedzialność politykom o narcystycznych zapędach do władzy, jakim nie powierzylibyśmy osobiście na tydzień samochodu, a co dopiero opieki nad kotem, albo psem. Z jakich magicznych powodów uznajemy, że są odpowiedni do odpowiedzialności za nasz dobrobyt, nasz rozwój, naszą przyszłość? Dlaczego z taką rezygnacją przechodzimy nad powszechnym przekonaniem, że w końcu wszyscy oni są skorumpowani i nie mamy na to wpływu, że tak jest. Może jednak ten wpływ mamy? Na pewno mamy wpływ na to, czego uczymy nasze dzieci. Mamy wpływ angażując się w lokalnej społeczności, mamy wybór przy urnach, mamy wpływ na to, co mówimy innym, mamy wybór myśleć, kiedy zalewa nas propaganda medialna. Ludzi poznaje się po owocach ich działań, a nie po strzelistych słowach na wiecach i w wywiadach. Dlaczego czcimy misterne maski w pozłacanych czasach celebrytów, zamiast autentycznej niedoskonałości, w której tkwi ludzkie piękno, bo stoi za tą niedoskonałością prawda?

Co do wojny i moich odczuć, zachowałam spokój. Chwilę się pobałam, czy moim dzieciom nic nie zagraża i jak mogę im pomóc. To jest mój zasięg, i odpowiedzialności, i wpływu. Popomagałam tam, gdzie czułam, że robię to najefektywniej, ale w dbałości o swój spokój i swojego otoczenia, nie lecąc na poświęcającego się bohatera, który spala się w ratowaniu świata. Wyczerpany człowiek nie myśli racjonalnie, jest słabym obrońcą tych, co uciekają przed wojną. A uchodźcy liczą na nasz spokój i racjonalną pomoc. To przywróci im siłę i wiarę w normalność.

Jeśli jednak ktoś się musi spalić w gniewie i nienawiści do Rosji, albo Putina, to proszę mi wierzyć, siła rażenia tego uczucia kończy się na naszym podwórku. Ani Rosja, ani Putin nie zostaną odczarowane przez nasz wspólny gniew.  Putin na tym właśnie gra, na zaślepieniu emocjami, na naszym martyrologicznym nastawieniu do zbawiania świata i innych pogubionych, w naszym mniemaniu, nacji. Stąd taka łatwość manipulacji, taka łatwość wzbudzania naszego zaślepienia. To jest gra, w której Putin chce nami kierować z drugiego, psychospołecznego planu. Liczy na pospolite ruszenia, na nieprzemyślane oburzenia w dyplomacji, na nasze dziecięce tupanie nóżkami. A nam potrzeba dojrzałości w nieangażowaniu się w tę grę, w nierzucaniu pionkami w przeciwnika, a zejście z pola bez utraty energii. Nieangażowanie polega na tym, żeby nie podburzać, nie wyolbrzymiać, trzymać się faktów i umieć nimi zarządzać. Pomóc uciekającym, wesprzeć ludność cywilną, siebie i wszystkich przybyłych do naszego gościnnego kraju obronić na naszym terytorium, jeśli coś nam zagrozi. Rozważyć fakty, a nie mity, stworzyć inteligentną politykę budowania przyszłości w tym szczególnym geograficznie miejscu, nie ideologicznie, nie z agresja i, co chyba najważniejsze, wytrwać przy swoim. Nie wdawać się ani w kłótnie, ani w kompromisy, jeśli łamią nasze poczucie bezpieczeństwa. Nie wychodzić z pozycji ofiary oczekując ratunku, albo wyniosłego w swoim męczeństwie bohaterstwa, ale … szukając drogi środka, mistrzowskiej drogi. Stać nas na to, zapewniam was. Nawet jeśli teraz nie w pełni nam się ona uda, to jest właściwy kierunek dla przyszłych pokoleń. Ale żeby tego dokonać, trzeba znaleźć drogę środka w sobie, osobiście, i na poważnie dojrzeć.

Wojna weszła mi do domu z przyjacielem Syna, którego tata w drugim dniu wojny dostał powołanie do ukraińskiego wojska. To było dla mnie tak irracjonalne, że trudno uwierzyć. Od tej pory widzę tę wojnę jako wyzwanie dla swojej własnej racjonalności, nie karmienia świszczących od emocji idei, ale prawdziwego rozeznania się w sytuacji, zobaczenia nawet najokrutniejszych faktów, czy najgłupszych decyzji, żeby na tej bazie podjąć najwłaściwsze, racjonalne działanie. I jednocześnie uczę się weryfikacji, czy mam prawo osądzać innych w ich zaślepieniu, jeśli nie wyjdę z własnego w kierunku prawdy? A uniwersalna prawda, czyli fakt, jest taki, że na wojnach giną biedni, a zyskują bogaci. Dlatego zamiast lecieć z szabelką na znienawidzonych pomieszanych ideologicznie ludzi dowolnej maści, warto zdjąć własne buty ideologii i przez chwilę pochodzić boso, bez bagażu wpojonych nam patriotycznych teorii, i może się okazać, że dojdziemy wtedy do własnych, zaskakujących wniosków nie mających nic wspólnego z ogólnie i szumnie przyjętymi przekonaniami dowolnej strony. I to podjęcie samodzielnego myślenia, ta wolność, pozwoli nam na wyjście z gry, która nas, ludzi na świecie, rozgrywa, a bynajmniej nie rozgrywa w żadnym naszym interesie, w żadnym aspekcie naszego wyjątkowego życia.

 

Czas na … Merry Christmas!

– Może przełożymy wigilię na jutro? – spytałam córkę śpiącą na kanapie po tym, jak odsypiała nocny kurs ze swoim tatą na lotnisko. Było tuż po dwunastej i zupełnie poważnie rozważałam przeniesienie wigilijnej kolacji na dzień następny.
– Daj mi piętnaście minut – szepnęła Julia a ja tylko się uśmiechnęłam do siebie widząc, jak mówi do mnie nie otwierając oczu. – Mamy cztery godziny, damy radę.
Poszłam do chłopców, których czasem nazywam sforą wampirów. Wynurzają się z pokoi po zapadnięciu ciemności z różowymi oczami wymęczonymi monitorem. Czasem myślę, że może zdrowiej byłoby, gdyby rzeczywiście w nocy polowali na zwierzęcą krew, niż walczyli z wirtualnymi strzygami w interaktywnym świecie Wiedźmina nawołując przez mikrofony swoich niewidzialnych współtowarzyszy.
Od mojego powrotu ze Stanów z wieloma sprawami nie nadążam. Trzymał mnie jet-lag przez dobry tydzień. Czułam się nieswojo również z ciemnością za oknem przed czwartą po południu i zachmurzonym prawie nieustannie niebem. Gdzież to słońce karmiące mnie niewidzialną, soczystą energią?
– Zrobię barszcz – powiedziałam do siebie i wstawiłam kawę. Włączając muzykę świąteczną zaczęłam podrygiwać w kuchni, a dom powoli napełniał się ruchem.

Dzień wcześniej pojechałam po sztuczną choinkę. Miałam już dość wyrzucania zmęczonego drzewa na śmietnik. Wolę sadzić niż zrywać, wolę kiedy mi kwitnie niż usycha. Kiedy wyjechałam, moja kotka w złości, że mnie nie ma, zrzuciła moje orchidee. Trochę się uszkodziły, może też się obrażą i nie zakwitną, kto wie? Potem oficjalnie nasikała na chodniku w łazience. Taki protest. Ludzie też czasem tak wyrażają swoje niezadowolenie, niszcząc i obsikując. Nie uciekliśmy aż tak daleko od swojej zwierzęcej natury jak nam się zdaje. W złości, z bezsilności niszczymy to, co ktoś inny stworzył i obsikujemy ludzi słowami, niekiedy ostrymi, jak żrącym jadem.

Gdzieś około rozkładania stołu i wyjmowania obrusa przypomniałam sobie, że nie mamy opłatka.
– To nic mama, zrobimy w tym roku tak, że zamiast życzeń każdy będzie mówił za co jest wdzięczny – powiedziały dziewczynki. Wdzięczność ma więcej mocy niż życzenia. Energia wdzięczności uzdrawia, wypełnia, pokazuje nam prawdziwą perspektywę tego w czym żyjemy, co mamy. Życzenia pokazują pozorne braki, wybiegają w przyszłość, której jeszcze nie ma. Dopóki człowiek nie jest wdzięczny za swój obecny stan, nie ma sposobu go nakarmić, w szczególności tym co jeszcze nie nastąpiło, czyli nadziejami. A kiedy już autentycznie jest wdzięczny sam zauważa, jak niewiele mu potrzeba, jak pewne życzenia stają się zbędne, pewne dążenia niepotrzebnie pochłaniają naszą bezcenną energię.

Kiedy Julia skończyła robić sushi, naszą tradycyjną potrawę wigilijną, zrobiliśmy sobie zdjęcia. Telefon na stercie poduszek wziął nas co nieco z dołu, ale całkiem ładnie, na tle starej szafy, którą kilka lat temu własnoręcznie pomalowałam z jednej strony na kolor ciemnoczerwony. Lubię coś czasem zmienić, przemeblować, przemalować, wywalić, jak już zawadza. Na te święta mam plan wypatroszenia mieszkania z rzeczy zbędnych. Nie miałam na to czasu przed, ale takie dwie godzinki na przejrzenie, co by tu można wywlec i oddać, puścić w obieg, skoro już mi niepotrzebne. Zajęcia praktyczne zamiast siedzenia przed filmem i jedzeniem.

Zapaliliśmy świece z manufaktury w Kansas o oryginalnych, mieszanych zapachach nazwanych przez twórców „Późne Popołudnie” albo „Candy Cane” i zjedliśmy to, na co mieliśmy ochotę bez przejadania się i torturowania żołądka. Rozmawialiśmy, dużo się śmiałam, jak zazwyczaj, kiedy razem siadamy do stołu i naturalnie jesteśmy obecni w tej samej wspólnej przestrzeni. Potem puszczaliśmy sobie po kolei ulubione świąteczne piosenki. Moją jest „Last Christmas” i nie zapowiada się w tym stuleciu na żadną zmianę.

Nawaliłam z prezentami. Niektóre nie dojechały na czas. Urok internetowych zakupów i brak prawidłowego poczucia czasu po powrocie. Jakoś to sobie wybaczę, pewnie nie od razu. Dzieci pograły jeszcze w grę planszową dla czterech osób, więc krzątałam się obserwując i sprzątając.
Późnym wieczorem chłopców wessały pokoje, Lenę odwiozłam do domu, Julia padła na kanapie, a ja obejrzałam komedię romantyczną o rozwiedzionej pisarce, oszukując swój mózg, że absolutnie nie wiem co się stanie. I kiedy książę na koniu podjechał pod okno, postanowiłam coś tam jeszcze skubnąć z lodówki. I jakby ruszyła lawina, zombi z pokoi po kolei wpadali na dodatkowe pierogi, kanapki, sushi. Wigilia w ten sposób się przedłużyła o kolejną, nieoficjalną część.

Za co jestem wdzięczna w tym roku? Za normalność, codzienność, która zmienia się w magię, kiedy dzielę ją z tymi, których kocham. Za to, że stworzyłam kiedyś w przestrzeni wielu lat takie wspaniałe stado, dzięki któremu wypełnia się sensem mój własny, osobisty świat, w którym rozpoznaję sprawy ważne, od tych błahych i cieszę się, że miałam na to odwagę, energię i czas.

Mądrość naszego ciała

Leżę. Jeszcze rano myślałam, żeby pobiec do pracy, ale tak około śniadania poczułam swoje stopy, potem kolana, mięśnie i poddenerwowane nerwy i tkanki miękkie. Usiadłam, napisałam do pracy, że będę kiedy będę i wróciłam do łóżka.

Dla porządku, nie wiem co mi jest, ale niezależnie od tego, słucham swojego organizmu i, kiedy tak się zachowuje, stopuję. To trwa dzień, dwa, może trzy, ale jest niezawodnym sposobem na niechorowanie. Kiedyś parłam do aktywności, wyrzucając sobie jakąś ogólną niemoc i, jadąc na oparach, wysilałam się ponad miarę. Teraz zwalniam taktycznie i zażywam odpoczynku, jak leku przeciwbólowego na migrenę. Tak naprawdę nie muszę wiedzieć co mi jest, organizm sam wie i zrobi co powinien, żeby się z tym uporać. A jak nie, to idę po specjalistę co mnie obejrzy wnikliwiej. Rzadko jest to potrzebne, bo rozmawiam z ciałem na bieżąco i widzę, kiedy ma potrzebę przegrupowania jakichś systemów.

Poszłam spać. To najlepsza metoda regeneracji. Organizm wyłącza wtedy niektóre funkcje i skupia się na renowacji tych, które są do podreperowania. Miałam dziś iść na tango, więc na pociechę dwa razy wystawiłam nogi z łóżka i wsadziłam do nowych butów tangowych. Mam motywację, żeby szybko z tego restartu wstać i podziałać. Odpuściłam rozmowy, wysłałam tylko niezbędne moim zdaniem maile. Obiad zrobiłam na spółkę z Synem, pysznie nam wyszło. Pod wieczór poczułam się lepiej i zajrzałam w internet.

Zaopiekowanie się sobą nie jest takim oczywistym odruchem. Często forsujemy się ze szkodą dla organizmu i naszych własnych planów. Kiedy zaczynamy siebie lubić, niezależnie od tego, czy w danym momencie czujemy się sprawni i silni, objawia się nasza wewnętrzna dojrzałość. Dojrzałość nie mająca nic wspólnego z wiekiem, a ze świadomością czego chcemy, i co jest nam naprawdę potrzebne. Ja chcę mieć sprawne, wydajne ciało, żeby robić rzeczy jakie lubię, w tym pracować, śmiać się, tańczyć, rozmawiać, poruszać, myśleć. Kiedy spoglądam na swoje ciało jak na podarowany skafander, widzę, że czasem trzeba w nim zaszyć dziurę, przewietrzyć, wyprać, z uwagą obejrzeć różne wskaźniki. To powszechna nieprawda, że brakuje nam na to czasu. Po prostu nie dajemy go sobie wybierając inne rzeczy. Wybór zawsze istnieje, ale bywa nieoczywisty.

Moje ciało mówi do mnie ludzkim głosem: „Aga, weź ze sobą butelkę wody, bo za mało pijesz, na zajęciach zwłaszcza.” I powtarza cierpliwie, a ja dopiero po jakimś czasie to słyszę i wchodzę w pewną rutynę, by takie rzeczy robić. „Zjedz tego banana jak skończysz, kup sok pomidorowy, włóż wygodne buty, zapnij kurtkę pod szyją, rozluźnij kark i mięśnie żuchwy, wyłącz wcześniej telewizor, odłóż książkę – i tak już zasypiasz, weź plecak zamiast torebki, wyprostuj plecy, kup sobie coś w prezencie – czekoladkę, śliwkę, zjedz obiad, nie odkładaj tego na potem, jesteś głodna, nie naciągaj tego mięśnia, wsiądź do ubera, nie czekaj na tramwaj.”

Mówi sygnałami: to tu je czuję, to tam, żołądek, skóra, kręgosłup, twarz, kark, serce. Sygnał indywidualny, rozpracowywany latami, bo jak na człowieka zachodu przystało, żyłam odłączona od ciała. Teraz się wspieramy. Kiedy chcę czegoś, mówię mu tak samo. Mówię z miłością i szacunkiem, w końcu jesteśmy jednością i będziemy ze sobą do końca tej podróży.

Moje ciało jest mądre. Reaguje na ludzi, na sytuacje, doskonale mnie informuje co jest moje, co nie, co jest zagrożeniem, co jest obce, czego chcę a czego nie chcę. Trzeba tylko się z nim dorozumieć i zaufać mądrości swojego ciała. Jak chce leżeć, poleżeć, jak chce spać, pospać, jak chce gadać, niech gada. Nie oceniam jego budowy, proporcji, przylegania do idealnych form żurnalowych. Moja zgoda na nie takie, jakie jest, również wtedy, kiedy jest zmęczone, zaspane, ma opóźnione reakcje, powoduje, że szybko nabiera siły do akcji, jakie chcemy przeprowadzić. Nie nadużywam go, jak nie nadużywałabym przyjacielskiej pomocy. Gdzieś pośrodku naszych zmagań i odpoczywania jest idealna równowaga.

Teraz mi mówi, że za długo siedzę. Odpowiadam, że jak skończę, wstaniemy i naciągnę odcinek lędźwiowy, żeby rozluźnić nierównomiernie zbite w czasie siedzenia kręgi i miednicę. Dogadujemy się. Ja kończę w spokoju podczas, gdy ono przestaje reagować bólem. Komunikacja międzykomórkowa na wyższym szczeblu zarządzania. Warto spróbować, żeby zrozumieć, poznać i łagodnie funkcjonować na wysokim poziomie abstrakcji ludzkiego życia w biologicznym, złożonym ciele własnego organizmu.