O naiwności i ignorancji

Tytuł jest adekwatny do mojego obecnego stanu ducha. Przytłoczyła mnie dziś naiwność ludzi i ignorancja.
Wchodzę w internet i widzę wpisy, oglądam filmiki i patrzę moim sceptycznym okiem przeszkolonym na naukowych metodach i intuicji w poszukiwaniu prawdy, a tam bajoro różnych samozwańczych teoryj na temat rzeczywistości i tego, jak z niej wycisnąć dla siebie nowy samochód i futro dla żony, żeby się nie czepiała, że się wypuściliśmy mechanicznymi końmi w dal.

Najbardziej nie mogę ścierpieć, jak ktoś naukę do tego zaprzęga i przekonuje, że wystarczy afirmować cadilaca przez trzy tygodnie, a potem zapomnieć, a już wedle świąt Bożego Narodzenia zjawi się na podjeździe i, jak się ma odpowiednie zasługiwanie w tych siłach kwantowych, co się je do tego zaprzęgło, to będzie srebrny metalik.
I ludzie siedzą i afirmują, palą świece, rysują wyobrażenia, wysyłają w przestrzeń, wizualizują i, jak się cadilac nie pojawia, to zaczynają od początku z inną marką, skromniejszą, może już nie być metalik, a może motocykl wystarczy, albo chociaż rower górski z dobrą ramą.

Wystarczy, że ktoś w sieci wytrze sobie buzię zrozumieniem pojęć fizyki kwantowej, a jak muchy niespełnieni ludzie lgną i spijają bez refleksji, zrozumienia. Nie daj boże to jest jaki dochtór, takiego piją litrami i siedzą, i czekają, i medytują zawzięcie i czytają, że się komuś udało i wyleczył się z choróbska i wpadają w poczucie winy, że oni widać w złej kolejności te świece zapalili, albo myśli mają jakieś pofałdowane w inną stronę, a może ich demon jaki podjada z tej kwantowej energii, bo już by im dała co chcą.

Chryste!- chciałoby się zawołać, gdybym nie była apostatką. Na ludzką naiwność nie ma lekarstwa i afirmacji. Wszyscy ci bowiem afirmujący w grupach wzajemnego wsparcia są mądrzy. Niechaj im kto powie, że nie. To wyprą, wyśmieją, że ktoś się nie orientuje w tej nowej nauko-sztuce pozyskiwania wszystkiego, bo wszystko jest możliwe. I to paradoksalnie jest prawda.

Moja wiedzą na temat fizyki kwantowej jest całkiem podstawowa, tak, jak i wiedza dotycząca ludzkiej świadomości. Podsumowaniem praktyk i filozofii tych wszystkich ludzi nauczających o kwantowym przyciąganiu, jakich oglądałam, jest postawa Mateusza Grzesiaka, który, tu cytuję z jego wystąpienia, każdy dzień zaczyna od wykrzywienia na siłę uśmiechu do lustra i zakrzyknięcia ochoczo: „To będzie wspaniały dzień!!”. Czyli okłamania swojego stanu ducha. Ja wolę być istotą zgodną ze swoimi emocjami i uczuciami, nie okłamującą się. Wolę być ze sobą szczera niż tresować się kłamstwem do bycia kimś innym. To co on robi, robią ci co afirmują, wprowadzając się w stan, sztucznie, podczas medytacji i wyciskając z rzeczywistości to, co sądzą, że jest im potrzebne. Grzesiakowi potrzebny jest wspaniały dzień, bo co gdyby nie był, może warto zapytać? Straciłby twarz wobec nauk, jakie rozpowszechnia? W końcu jest ich twarzą, a sprzedaje sukces.

Kwantowa energia to po prostu energia z jakiej budujemy rzeczywistość i prawdą jest, że nasze życie jest obrazem naszego wnętrza. Skupiając emocjonalnie uwagę na tym, co się w nim pojawia, wybieramy i osadzamy rzeczy, sytuacje, sprowadzamy i odpychamy ludzi i doświadczenia. Za pomocą emocji, uczuć i przekonań. To wszystko prawda, ale w świat kreacji kwantowej trzeba wejść bez intencji. Jak ktoś się chce uwolnić od niskiego poczucia wartości posiadaniem cadilaca, to nawet jak tego cadilaca dostanie, nie zyska na wartości wewnętrznie. Jego podświadomość, jak każdego człowieka, działa podobnie. Żaden cadilac, futro, sławny znajomy, tytuł naukowy, ekskluzywny zawód i hobbi nie zalepi w środku dziury braku poczucia własnej wartości. Tak jak żaden partner nie uwolni od lęku przed samotnością. Kiedy odejdzie, lęk gotowy.

I tak, projektujemy i zmieniamy rzeczywistość tym, co w nas się dzieje. Emocje nie są jednak do wytrenowania, a jak kto je skrzywia, jak tym wymuszonym uśmiechem, to odrzuca siebie, czyli najprawdziwszą istotę jaką stworzono, żeby ten świat oglądała. Nie ma złych ani dobrych ludzi. Każdy ma dostęp do kreowania i robi to na bieżąco, wybierając pieczywo, partnera, drogę do domu. Każdy przejaw naszej egzystencji zmienia rzeczywistość naszą i innych, bo jesteśmy połączeni. Więc jak ktoś siedzi i trenuje podświadomość, żeby mu się powodziło, jest tak skupiony na zadaniu, że może nie zauważyć, że idąc do łazienki zbeształ syna i odcisnął na świecie o wiele większy wpływ niż swoją wielogodzinną afirmacją o zdrowie rodziny.
Wchodząc w takie praktyki ludzie chcą uwolnić się od swoich lęków, których wolą nie widzieć i cały swój czas i energię wkładać w uciekanie od nich. Zamiast udawać świętego mnicha i usiłować naginać rzeczywistość do swoich wyobrażeń, lepiej patrzeć na nią szczerym okiem i powiedzieć sobie, dlaczego chce się ją zmienić. Ale najpierw zaakceptować, że się ma te lęki i taki świat, jaki się stworzyło, bo jest on obrazem naszych wyborów. I ta akceptacja to jest prawdziwa miłość do siebie, nie tego wykrzywionego w uśmiechu showmana pozującego na kogoś innego, nie tego posiadacza cadilaca świecącego w oczy sąsiadom, ale siebie, czasem marnego, czasem pogubionego i słabego, bo na tym też polega człowieczeństwo. I do tego człowieczeństwa zalicza się również ucieczka w naiwność i ignorancja. Dlatego ich nie odrzucam, widzę i mimo, że mnie mierzi, jak ludzie uciekają od siebie w takie techniki, jest to dla mnie lekcja. Zauważać, żeby tego nie wybierać w trosce o siebie, taką jaka jestem, bez cadilaca i futra, takiej siebie, która do medytacji siada, żeby zrozumieć i czuć, a nie po to, żeby wycisnąć rzeczywistość jak cytrynkę.

Swoją drogą znakiem czasu jest, że coaching tak się rozwinął, że sprzedaje praktyki zgodnie z zamówieniami ludzi, czyli pójścia na skróty. Ale, że zgrabnie wplótł w swój przekaz teorie fizyki kwantowej, to swoją drogą świetna manipulacja. Warto się wsłuchać w to, co człowiek mówi i iść po ludzkich intencjach. Wielu ludzi po prostu robi kasę na ludzkiej naiwności, ale ci „mądrzy” praktykujący, za skarby nie przyznają się do błędu i dzięki temu stają się idealnym, lojalnym klientem swojego „uczonego” nauczyciela. Innym sposobem utrzymania takiego klienta jest wmówienie ludziom, że praktykują w celach ideowych, dla dobra ludzkości, pokoju, rozbrojenia, albo zupełnie enigmatycznie miłości międzyludzkiej. Podnoszenie wibracji, oczyszczanie aury, a po prawdzie niezrozumienie swojej świadomości doprowadza ludzi do uzależnienia od takich praktyk. Medytacja, robiona bez zrozumienia, jak tabletka na ból głowy, też może stać się nałogiem, i jeśli nie jesteśmy ze sobą szczerzy, nie rozumiemy co nami kieruje, bo tego zrozumieć nie chcemy, tylko efektu końcowego, to bipasem skaczemy nad sobą w stanie medytacji. Nie dochodzimy w niej do niczego oprócz odrobiny relaksu. Choć w czasach głębokiego niejawnego stresu całych populacji to jedyny zysk z tej techniki, bo żadna technika maskująca nie pomoże w rozwiązaniu naszych prawdziwych człowieczych problemów. Nie ważne jak atrakcyjna, i jak kwantowa.

O darciu pierza – przewrotnie

Scena z filmu „Fight Club” (1999) reż. David Fincher

Wszyscy się kłócą. Polityka atakuje nas antagonizmami. Idee równości i praw człowieka odpływają w morzu nietolerancji. Fala za falą, a czas ucieka i zbliża nas do wiekopomnego dnia – dnia wyborów.
Nie oglądam telewizji, nie czytam portali, słucham ludzi, czasem radia. Przyglądam się faktom, nie opiniom. Opinie mnie nużą, bo często podszyte są jakimiś strachami, a to atakiem pedałów, a to ciemnoskórych, a to nacjonalistów w ciężkich buciorach, albo szfadronu pielgrzymkowych aktywistów. Tak jakoś mam, że ponieważ nie neguję istnienia dowolnych postaw, dogaduję się ze wszystkimi. Może oprócz tych, co zamiast gadać wolą agresywnie krzyczeć. Do tych nie warto mówić. Akceptuję ludzi dowolnych opinii, mają prawo co chcą myśleć, robienie ludziom w głowach rewolucji ideologicznej już było. Warto sięgnąć do historii – już było przekonywanie i wychowywanie do jedynie słusznych poglądów na siłę. Nie musimy już tego powtarzać, ale co jakiś czas wciąż to wraca na skalę społeczną. Nagle dziewczynki do garów, chłopcy do łopat, albo księża na Księżyc, albo Bóg, Honor, Ojczyzna, za pomocą czerwonych od przejęcia mówców, albo takich z rączkami w piramidkę.
To wszystko już było, ale część ludzi nadal się tym żywi. Dlaczego? Bo zamiast zająć się własnym życiem, wolą żyć w iluzji większej idei. To ich stawia w lepszym świetle, robią się sami dla siebie więksi. Czemu czują się zatem mali, żeby się tak windować? Pytanie indywidualne do każdej babki i każdego chłopa. Co tam cię, drogi obywatelu, boli osobiście, że się podczepiasz pod gremium wybrzydzające na innych? Jaki pedał ci zawinił, że nie masz lepszego samochodu, albo jaki ksiądz ci podprowadził wolność osobistą?

Żyję w tym kraju już jakiś czas i wciąż się natykam na antagonistów. Taki antagonizm chroniczny, jak choroba żołądka i przełyku, zwana zgagą. Jak to się dzieje, że nie umiemy wyjść ponad to chroniczne, uciążliwe dla ucha zakrzykiwanie przeciwnika? Bo nie umiemy w uczciwości własnej przyznać się do faktów. Każde stronnictwo jest lepsiejsze i ma plan na poprawę bałaganu zostawionego przez poprzednika, w który samo nie wierzy, ale to sprzedaje, a krzyczący zapamiętale ogół i to kupi, bo z góry wiedział, że lipa. I tak koło się zamyka.

Zamiast nawoływać do zmiany, siedzę sobie w domu, albo stosownie, w pracy i patrzę na tę rzeczywistość, jak na grę żywiołów. Co jest lepsze woda czy ogień? Po nadmiarze jednego mamy powódź, po drugim zostaje popiół. Mądrzy starożytni pisali, że „panta rei”, więc płynę w tym nurcie wzniosłych idei, jak w wodzie Gangesu. Tu trup, tam kwiat, z dystansu muł, nie woda. Mam własne poglądy, wygłaszam je kiedy jestem do tego zaproszona, albo kiedy ktoś przy mnie dmie z trąby głupoty. Nie obrażam się jak ktoś do mnie mówi, jak mój niedawny „przeciwnik”: „Kiciu, ty to nie wiesz o czym mówisz”. Taka osobista wycieczka zwykle oznacza, że człowiek doszedł do swojej ściany argumentacji i, że się już połapał, że nie umie na nią wleźć, a odwrócić się wstydzi. Dlatego, jak ktoś zaczyna szydzić, agresywnie lub z pozoru nie, znaczy, że jego strategia przekonania cię bierze w łeb. Innym sposobem „pokonania” przeciwnika jest powołanie się na prawdy objawione, w stylu, „przecież to każdy wie”, „wszyscy tak robią”, „tak się stanie, zobaczysz”, „oni już tacy są” itd. Żadnych konkretów, truizmy pułapki, z takich trudno się wychodzi w dyskusji, bo człowiek utyka w przekonaniu i nie widzi faktów, że żadni „wszyscy”, nie „każdy”, co się stanie – nie wiemy, jeszcze tego nie ma.

Ostatni problem w świadomej dyskusji to słowo klucz. Mój oponent sądził, że użył go przeciwko mnie – „kicia” – mnie tam nie obraża, bo ja słucham co ludzie mówią a nie jak mówią, i zawsze wracam do faktów, nie przejmując się zbytnio stylem ich wypowiadania. W większości zaś jest inaczej. Słowo klucz może być nie koniecznie obraźliwe jak „homoś”, „łysa glaca”, albo „dziunia”. Zaskakujące jest, i warto to wiedzieć, że słowo klucz może mieszkać w słowie „porażka”, „kobieta”, „ser”. Skąd się to bierze? Z naszych doświadczeń i skojarzeń. Coś neutralnego dla jednej osoby, dla innej ma głębokie, bolesne konotacje i tego, naprawdę, nie da się przewidzieć. Dlatego dyskusja z kimś wyczulonym emocjonalnie na słowa, nie fakty, nie ma sensu. Człowiek reagujący na słowo klucz np. „stado” ( tworzycie stado wokół tego lidera – może być odebrane jako stado wokół barana, albo doświadczonego przywódcy), albo przykład z doświadczeń mojej przyjaciółki – „łożysko” (z ciała kobiety? czy z kosiarki?), zaczyna się kręcić wokół tych emocji i dyskusja siada, a podnosi się ciśnienie. I na nic rzeczowy powrót do meritum sprawy, kiedy odpaliliśmy czyjś bolący punkt. Trzeba nie lada uważności na samego siebie, żeby ten punkt w ogóle zauważyć i w niego nie wpadać.

Na koniec powiem jeszcze tylko, że niektórzy Polacy bardzo szybko uznają się za ekspertów w zasłyszanej dziedzinie. Takiego nie przegadasz, mina takiego speca sama mówi za siebie. Z takich rozmów ze spokojnym, czasem rozbawionym wewnętrznie obliczem, szybko się wycofuję. Jak nie zdążę, to dostaję głupawki, na duby smalone, jakie można usłyszeć. Z drugiej strony tacy eksperci są nieocenionym źródłem anegdot do późniejszego opowiadania we właściwym towarzystwie.

Jeśli już rozmawiać, to słuchać jednocześnie. Zaoszczędzam w ten sposób mnóstwo mojej energii osobistej w oczekiwaniu na ciekawego rozmówcę – słuchacza. Wtedy następuje prawdziwa wymiana i z takich dyskusji, czasem dynamicznych, czasem cierpkich, ale rezonujących zrozumieniem obu stron, rodzi się coś. Coś, co wyrasta ponad jeden pogląd i drugi, co się starły i może czasem wzięły za łby, ale w ostatecznym rozrachunku dały sobie szansę, zobaczyły siebie w całej krasie i zaakceptowały fakt, że istnieją jednocześnie w tej samej przestrzeni naszych świadomych myśli, opinii i nadziei, na koegzystencję postaw, nie zwalczanie „wrogów”. Bo z całą pokorą trzeba powiedzieć, że to co teraz uznajemy za chwast w przestrzeni publicznej, może się okazać lekarstwem, a nawet wybawieniem w specyficznych sytuacjach. Dawkowane w odpowiedni sposób patriotyzm, liberalizm, feminizm, szowinizm, czy totalitaryzm dają efekt końcowy, który wyprowadza nas w nową rzeczywistość. A ta się zmienia i warto nie odrzucać niczego, tylko umieć ze wszystkiego, ale mądrze i z umiarem czerpać.

Kierunek do wewnątrz

Siedzimy. Siedzimy można powiedzieć za niewinność, w trosce o siebie. Drzwi zamknięte, lodówka pełna, dzieci w łóżkowej szkole, ja w pracy w piżamie, między kuchnią a sypialnią. Snuję się, to takie nietypowe nagle mieć tyle czasu dla siebie. Zagubiłam rytm dnia, wstaję niby wcześnie, ale grafik mi codziennie pada i już nie walczę o systematyczność. Robię jak wyjdzie i nawet nieźle wychodzi. Telekonferencje mojej grupy bywają śmieszne, Paweł pokazuje kartkę i wyniki, kłócimy się, zaczynamy od nowa, albo zmieniamy koncepcję. Rutyna.
A wewnątrz, wewnątrz wiele zmian. Jestem ze sobą na co dzień, non stop i dotykam bardziej siebie, tej, która na zewnątrz, w pędzie życia rzadko się odzywa. Początkowo miałam trudność w przestawaniu tak dużo na bieżąco ze sobą, w dzień, w noc, przed komputerem, na sofie, na tarasie. Z czasem zaczęłam inaczej na siebie i otoczenie patrzeć. Wiem, że to inaczej już zostanie, że będę od tej pory jeszcze uważniej widzieć co się ze mną dzieje, kiedy jestem w stanie tego pozornego uwięzienia. Zaakceptowałam to, że nie mogę pewnych rzeczy zrobić, robię inne, albo nie robię nic, i pozwalam sobie na to lenistwo w działaniu. O wiele więcej mogę wtedy zauważyć, kiedy się zatrzymuję i nie spieszę.
Niepewność tego co będzie jest ciekawym doświadczeniem dla wszystkich. Kiedy nas wypuszczą, zluzują restrykcje, kiedy odetchniemy? Nie wiadomo. Teraz nie da się przewidzieć. Niektórzy czują strach, inni nie chcą czuć strachu i buntują się złością. Nie ma wyjścia, jesteśmy w pewnym sensie bezradni i musimy się poddać, poczekać, zostać jeszcze w tym stanie, do jakiego nie przywykliśmy. Tak naprawdę jednak w normalnym codziennym życiu tylko łudzimy się, że jest inaczej. Łudzimy się, że mamy kontrolę nad sytuacją i swoim światem. To, że możemy wyjść i żyć w sposób sprzed pandemii nie dawało nam więcej wolności niż nam się wydaje. Wolność poruszania się do pracy, do domu, do znajomych, teraz realizuję inaczej, bo ruszam się w sieci nie w przestrzeni. To nasze wewnętrzne przekonanie, że jesteśmy zamknięci i zbici z tropu normalnych zajęć nie pozwala zobaczyć, że nigdy nie mieliśmy władzy nad światem, tylko złudzenie jego kontrolowania. Warunki zamknięcia powodują dyskomfort, bo nie możemy się odwrócić i pobiec do zajęć, musimy się oswoić, że zmiany duże i małe następują w sposób ciągły i tylko nam się wydaje, że kiedyś było inaczej. Po prostu zostaliśmy zatrzymani żeby się przypatrzeć, przyjrzeć swojej rzeczywistości, jaką na bieżąco kreujemy.
Parę dni temu założyłam buty do tanga i tanecznym krokiem pląsałam po kuchni robiąc obiad. Pandemia ogranicza mnie w tańcu tylko trochę. Mogę tańczyć sama, kiedyś z kimś znów zatańczę. Śpiewam do garnków, albo prania, na tarasie wchłaniam słońce. Przyjaciółka zaczęła pisać książkę. Czytam i się zachwycam.
Jestem ze sobą na poważnie, kłócę się czasem, słucham, mówię do siebie i poznaję siebie od nowa. Wędruję tak dużo wśród ludzi, że teraz mogę pobyć ze sobą i się na siebie patrzeć, polubić to kim jestem, albo zaakceptować, że w czymś się nie lubię. To dobry, bardzo potrzebny czas dla mnie. Tak go widzę, choć bywają sytuacje, że zamykam się w pokoju i w sobie. Nic nie poradzę, czasem trudno jest być ze sobą. Odpoczywam wtedy i daję sobie czas.
Nie pisałam długo przystosowując się do zmian, do akceptacji nieustającej zmiany w moim życiu. Kiedyś wrócimy do siebie, do przyjaciół, znajomych, kolegów. Zobaczymy się na nowo i będziemy inni, zawsze się zmienialiśmy, ale teraz zobaczymy to wyraźniej, bo po tak długim czasie nie widzenia się, nie kontaktowania, zmiany się wyostrzą. Wiem, że będę bardzo się cieszyć z powrotu do kolegów z pracy i ich żartów w pokoju socjalnym. Do tanga i partnerów, do przyjaciół rozsianych po domach i dzwoniących albo piszących z tęsknotą. Też za Wami tęsknię. Zobaczymy się na nowo, otwarci bardziej na siebie wewnętrznie i na siebie wzajemnie. Może jakieś animozje znikną, bo stracą sens, może jakieś cele wyostrzą się komuś w skupionej soczewce samotności? Może ktoś zrzuci kajdany starych programów co go męczyły, a ktoś inny odnajdzie siebie, bo nie będzie mógł siebie nie zauważyć. Zaakceptujemy, że w gruncie rzeczy mało mamy czasu w tym pobycie na ziemi, nawet jeśli teraz on się dłuży w odpowiedzi na nasze niekomfortowe samopoczucie wewnętrzne.
Wyobrażam już sobie, jak się będziemy cieszyć, kiedy pierwszy raz znów staniemy przed lustrem w sali na Nowym świecie u Marii i Nazara, jak będzie pachniała kawa w kawiarni na nowo otwartej za rogiem, jak głosy ludzi w tłumie czy za oknem staną się przyjemne. Jak zwykła jazda autobusem, kanapka w parku, słońce za oknem zmieni się w cud podniesiony rangą naszej wolności. Jak ta wolność w końcu zwrócona rozepnie przed nami wachlarz możliwości cieszenia się, doświadczania życia, niby w tym samym cośmy już robili, ale inaczej, bo skierowani do wewnątrz, w tej właśnie chwili, o wiele bardziej zmieniamy się i będziemy już inni.

Pozorna dysproporcja

Poszłam dziś na seminarium na Wydział Fizyki. To cotygodniowe wydarzenie łączące moją pracownię tzw. Miękkiej Materii z Fizyką Statystyczną. Moją uwagę zwróciły proporcje na sali. Słownie 3 kobiety i 15tu mężczyzn. Od wielu lat tak jest, od dziesięcioleci. Cały problem w tym, ze problemu moim zdaniem nie ma. Fizyką taką, jaką ja się zajmuję, zajmuje się stosunkowo niewielka liczba kobiet. Ilość nie jest ważna, ważna moim zdaniem jest kondycja nauki, jaką robimy. To, że przedmiotami humanistycznymi kobiety częściej się interesują jest po prostu społecznym faktem. Nie ma czegoś takiego, jak zawód męski i żeński. Robimy to, co dla nas ciekawe. Co innego, jak ktoś robi, bo nie widzi innej możliwości. Tak też może być, ale zapewniam, że tak samo mężczyźni, jak i kobiety są zablokowani na wykonywanie konkretnych prac.

Kiedy przestajemy myśleć schematycznie, że baba nie podniesie 50-cio kilogramowego wora, a chłop nie trafi w żyłę, wszystko się rozwiązuje. Zapewniam, że worów nie trzeba dźwigać, a do żyły bardziej się przydaje zimna krew kłującego, niż to czy nosi stanik czy nie. Gdybyśmy przestali szeregować ludzi na odpowiednich do zawodu, gdyby oni się sami nie wkładali do szufladek, potwierdzając te stereotypy, pewnie spotykalibyśmy więcej spełnionych pracowników i ludzi. Oczywiście, żeby się realizować w tym, co się lubi trzeba mieć czasem nie lada odwagę i wyjść z przekonań, że nie wypada, nie dam rady, bo inni już próbowali, ale w gruncie rzeczy to są strachy przed ujawnieniem się, pokazaniem kim się jest.

Kiedy wspominam, czym się zajmuję, ludzie reagują różnie. Mam już za sobą wszelkie stereotypy z tym związane, że jestem jajogłowa, zaniedbana okularnica zaczytana w książkach, że się ze mną pewnie nie pogada o niczym normalnym, a tak w ogóle to mi zrobili łaskę, że mi w tym świecie, męskim do szpiku kości, zrobili miejsce. Zapewniam, że o nie musiałam o nie walczyć. Po prostu robiłam co było trzeba i to dobrze robiłam, nic więcej, ale też nic mniej, co oznacza, że nie liczyłam na to, że kobiecie to odpuszczą, bo słabsza.

Lubię pracować z mężczyznami, mam silny męski pierwiastek w sobie i dużą kobiecą intuicję i kreatywność. To dobra mieszanka do wykonywania mojego zawodu. Kiedy z nimi rozmawiam, oczywiście jestem sobą, a to oznacza, że wyrażam się jako kobieta, bo to naturalne. Nikomu to nie przeszkadza, nie wyczuwam tutaj żadnego problemu, że na sali jest tylko parę kobiet a większość facetów. Tak po prostu jest. Nie mam też żadnej misji w imieniu kobiet nauki, albo gremiów, co walczą parytetami jak włócznią. Nauką powinni się zajmować ludzie nią zainteresowani. To na poziomie edukacji i wychowania robi się z dziewczynek słabowate i zależne jednostki. Kultura społeczna to potem utrwala i mamy gotowe pole do konfliktu. Zacznijmy, jak tak się chcemy wykazać, wychowywać swoje dzieci na zrównoważone w poczuciu własnej wartości jednostki, nie będzie wtedy potrzebna żadna odgórna kampania wyrównywania szans. Tych szans się zresztą zrównać nie da, bo każdy ma, niezależnie od płci,  inne zdolności i talenty, w których warto go wspierać. Nie załatwi tego państwo, fundacje, ani nawiedzone ideologicznie autorytety, tylko od pierwszego dnia: mama i tata. Reszta ludzi to potem tylko pochodne tego, co dzieci usłyszały od nich. Ja od moich nie usłyszałam nic dobrego, ani niedobrego, ale przynajmniej mnie nie zablokowali na naukę.

Z mężczyznami świetnie się pracuje. Z kobietami również, pod warunkiem, że nie próbują udowodnić, że są lepsze od mężczyzn. Tak już jest, że jak ktoś ma środek ciężkości położony w kompleksie, to trudno z nim współpracować i robić cokolwiek. Dlatego wybieram ludzi co są szczerzy i znają swoją wartość oraz słabości. Nie ma wtedy problemu, że trzeba omijać czyjś wrzód, a z czasem ten wrzód staje się nieznośny. Nie mam też kompleksu, że robię coś wyjątkowego i lepszego, bo nie robię. Robię coś podłóg własnych zdolności i tyle. Jak ktoś projektuje wystawy sklepowe to jest w tym lepszy ode mnie, bo ja nie umiem, a takie wystawy ogląda mnóstwo ludzi, podczas, gdy moje prace przeczyta garstka osób, a jeszcze mniej rozumie.

Wyciskanie na społeczeństwie zachowań, które nie urągają kobietom, jest śliskie. W Stanach musiałam podpisywać szereg dokumentów, że wiem jakie mam prawa w tym, że wiem kiedy ktoś mnie molestuje i do kogo się z tym zwrócić. Teraz nie spotykam mężczyzn, którzy by naruszali moje granice, ale jak spotkałam, to poszłam na policję i sprawa rozwiązała się natychmiast. Oczywiście trzeba dojrzeć do obrony swoich granic a najpierw je poznać, ale każdy ma szansę tego doświadczyć, zapewniam każdy na pewnym etapie życia musi się zmierzyć z ich wyznaczaniem i obroną.

Mężczyźni również lubią pracować z kobietami. W moim zawodzie, gdzie kobiet jest mało, to aż im się buzie cieszą, że taka jedna z drugą przychodzi. Robi się pełniej, ciekawiej, bardziej ludzko i mężczyźni, co robią naukę też się lubią poczuć mężczyznami w towarzystwie kobiet. Do tego nie trzeba sztucznych proporcji. Jedna kobieta na pięciu w moim środowisku wystarcza. W innych może być inaczej i to też jest naturalne. Tak jak mówiłam nie ilość, a jakość tego kontaktu i komunikacji wywołuje ten fenomen. Kiedy mówię o pracy, mówię tak samo do mężczyzn jak i do kobiet, to w tyle głowy zauważam płeć rozmówcy, bo ją widzę, ale dla współczynników dyfuzji makromolekuł w cieczy nie jest to w ogóle istotne.

O Pięknie

To ja, siemka, jak mówi mój Syn Kawa się pije, dłonie marzną 🙂

Miałam kiedyś sąsiadkę, która była pięknie skonstruowana. Pomoc chirurga plastycznego dała jej idealne kształty ciała, uwydatnione i absolutnie symetryczne. Patrząc na nią widziałam niedbałość proporcji mojego ciała i niedociągnięcia moich naturalnych partii w stosunku do ideału z profesjonalnych sesji zdjęciowych supermodelek. Sąsiadka swoje ciało ubierała w najlepsze, wyszukane stroje, na jakie przecież zasługiwało po nie lada trudzie dojścia do takiej postaci. Zastanawiałam się czemu ja nie zrobię sobie jakiejś operacji. Przydałoby się tu dodać, tam odjąć, tu wyprostować, tam zgiąć w interesujący łuk i moje samopoczucie wzrosłoby niepomiernie. Nie poszłam jednak po pomoc do specjalistów, uznałam widać, że nie zasłużyłam na lepszy wygląd niż mam. Nawet aparat dentystyczny rozważyłam tyko przez trzy minuty, bo uznałam, że jestem zbyt leniwa, żeby o to coś dbać i jeszcze tolerować coś takiego w buzi. W końcu obejrzałam moje ciało i zrobiłam podsumowanie: nogi – chodzą – nawet prędko, ręce – sprawne – chwytają co karzę, nos – krzywy- czuje co powinien i oddycha, oczy – widzą – czasem potrzebują okularów, pupa – mało miękka – na twardym długo nie usiedzę, podtuczyć jakoś mi się nie udało, brzuch – w normie – skóra rozciągnięta nieznacznie, włosy, paznokcie – własne, nie doklejane, nie kolorowane, ewentualnie lakier, twarz – rysy niesymetryczne – lubię na nie patrzeć kiedy się śmieją, uszy – małe, stopy – względnie duże, dobrze łapią balans w tangu. Cóż, może nie warto się tak starać w dążeniu do ideału. Pokochanie własnego ciała to w naszych czasach nie lada wyczyn. Samo dawanie mu jedzenia to sztuka w gąszczu zakazów, diet i dobrych rad. Dlatego jak idę do lodówki to wybieram to, na co mam ochotę, bo tylko w taki sposób daję sobie to, co dla mojego ciała jest dobre. Za chwilę będzie to kawa.
Szłam kiedyś w podziemiach metra i zobaczyłam skrzypka. Grał Bacha. Poprosiłam, żeby mi coś konkretnego zagrał i zapłaciłam. Stanęłam pod ścianą naprzeciwko niego i słuchałam. Między nami cały czas chodzili ludzie, ale ja byłam skupiona tylko na skrzypku i jego muzyce. Kiedy skończył grać, podeszłam i podziękowałam. Powiedział mi, że nigdy nie widział tak pięknej twarzy, jak moja.
– Co pan opowiada – żachnęłam się – widział pan mój nos, jestem asymetryczna.
– Ale to nie ma znaczenia – odpowiedział – pani ma coś takiego w oczach.
Coś w oczach, jako definicja piękna. Czy mogłabym się czegoś takiego spodziewać? Czy ktokolwiek z nas? Czym jest idealnie ujęta modelka w najlepszej kreacji światowej sławy projektanta? Jest wyobrażeniem tego, czego uchwycić się nie da. Bo to coś jest nieuchwytne. Piękno nie mieszka w kształtach, formach, przedmiotach. One co najwyżej mogą to piękno przypominać, imitować. Piękno to blask, jaki przypisujemy wrażeniu, że coś już nie może być lepsze, dopełnione, doszlachetnione. A każdy obraz twarzy można zmienić, wydłużyć coś, coś powiększyć bądź zmniejszyć. Dlatego, jak sądzę, prawdziwe piękno nie ma nic wspólnego z kształtem i proporcjami. Piękno prześwieca z wnętrza i ten uliczny grajek mi to uświadomił, choć długo jeszcze potem czułam się nie piękna. Nadal widzę asymetrie, tu płaskie, tam wypukłe, tu długie, tam krótkie, tu brązowe, tam czerwone. Nie skupiam się jednak na formie. Zakładam na to ciało portki, albo sukienkę i idę tam, gdzie chcę w poczuciu, że niezależnie od tego, co mam na sobie i jaki kształt dziś przyjęłam, jestem sobą, bo to kim jestem wydostaje się niezależnie ode mnie z samego wnętrza. A tego co wewnątrz nie da się zapudrować, wyciąć, uformować. Jest, jakie jest, i albo zgadzamy się na nie i błyszczy wtedy poprzez nasze ciało, albo nie i wtedy zakładamy maski, żeby się ukryć i formujemy kształty zewnętrza. I nie ma w tym nic absolutnie złego czy niewłaściwego, jeśli nam to pomaga żyć, jeśli presja jest tak wielka, że trzeba się dopasować, dociąć, dosztukować. To lepsze na pewno niż depresja, albo inna autoagresja. Moja sąsiadka była piękna zewnętrznie i dała sobie wszystko, co było jej potrzebne do szczęścia. Ja nie lubię się aż tak starać, mnie wystarczy za to szwajcarska gorąca czekolada i kot w nogach łóżka, słońce na dworze i cisza w otoczeniu lasu na tarasie. Nieoczywiste piękno ludzkich słów i myśli, śmiech powszedni i mocniejsze uderzenia serca, kiedy śpiewa ktoś nieoczywiście piękny, jak Barbra Streisand.

16 luty 2020

O zazdrości

Długo nie pisałam. Kolega mnie dopingował, ale brakło mi czasu. Swoją drogą miło było się dowiedzieć jak wielu panów czyta moje wpisy. Życie potrafi zaskoczyć, bo sądziłam, że piszę bardziej dla kobiet. Widać się myliłam. Tematów za to w brud. Nie sposób nadążyć. Odpuszczam zatem i wpisuję tylko wtedy, kiedy akurat coś mnie na tyle poruszy, że nie mam wyjścia i chcę się zmierzyć. Wtedy siadam i piszę.

Zobaczyłam zdjęcie. Nie jest do końca ważne jakie. Zobaczyłam i poczułam zazdrość. Tak się dzieje. Zwyczajne, ludzkie emocje. Postanowiłam pokopać w sobie, czego zazdroszczę. Zazdrość ma swoją dobrą stronę. Widać po niej, czego sobie nie dajemy, a chcemy mieć. I tylko taką funkcję ma zazdrość. Żadną inną. Zazdrość nie jest sama w sobie żadną wartością, jedynie bodźcem, jak wszystkie emocje. Kiedy się pojawia, czujemy. Nie ma co się jej wypierać, udawać, że jesteśmy tacy cnotliwie miłujący wszystkich i nie zazdrośni, broń nas Boże, od zła zazdrości. Zazdrość to informacja, gdzie nam brak, bo czasem sobie nie uświadamiamy, że czegoś chcemy, ba … pragniemy. Często ludzie wypierają ten brak. Mnie tam niepotrzebny ten maybach, futro, praca w ciekawej firmie, prestiż, dziecko, order, ładne nogi, kumpela, podróże w fajnym towarzystwie, seks, wygodny fotel, ciekawe spostrzeżenia do wygłoszenia. Cały worek mi się wysypał różnych rzeczy, jakich człowiek może pragnąć. Spokoju na ten przykład, miłości i bliskości, poukładanych spraw, cierpliwego słuchacza, wyrozumiałej partnerki, ciszy, albo śmiechu.

I kiedy czegoś brak, pojawia się zazdrość, jak znak, że tu chcemy. Zazdrość jest sygnałem z wnętrza, światłem, dzięki któremu możemy się przyjrzeć i zdecydować co dalej, czy bez tego, czego brak naprawdę chcemy iść, czy może zatrzymamy się i rozejrzymy, gdzie to dają i za ile. W zazdrości nie chodzi o koncentrację na tych co mają, oni tylko symbolizują nasz brak. Są jak obraz, który nam się jawi, żeby nam było łatwiej wychwycić te braki. Za wszelkie zaś braki odpowiadamy sami. Czasem są to konsekwencje poprzednich wyborów. Czasem tego, że nie czujemy, że zasługujemy na pewne rzeczy. Zazdrość uczy nas czego nie wzięliśmy, bo wszystko jest dostępne, ale wielu rzeczy nie dostrzegamy. To nie znaczy, że futra po kryjomu leżą w supermarkecie za free, albo pod domem stoją niewidzialne samochody. Niekiedy zdarza się, że dostaniemy dobrą propozycję pracy, ofertę kupna, albo spotkamy ciekawego człowieka, który zmienia nasz punkt widzenia na życie, ale zbyt mocno się opieramy zmianom i nie bierzemy tej okazji. Wolimy się wycofać w to, co znamy. Potem oczywiście żałujemy i zazdrościmy tym co mają, bo czujemy, że sami nie mieliśmy odwagi wziąć tej pracy, oferty, człowieka.

Zazdrość nie jest też po to, by się w niej spalać. Można w niej utknąć, na długie lata, ale wtedy traci ona swój informacyjny sens. Ludzie trawieni zazdrością, jak chorobą, próbują odcinać się od niej na różne sposoby. Na przykład przez wyśmianie tego, czego im brak, a co mają inni. Albo poprzez wyparcie, że im nie potrzeba takich zbytków. Na koniec poprzez fizyczne odcięcie się od tych co mają, żeby nie stykać się z brakiem zbyt często. Życie jednak nigdy z nas nie rezygnuje i podtyka coraz to nowe sytuacje, ludzi, żebyśmy mogli konfrontować się ze swoimi brakami, z zazdrością. Dlatego nie da się od niej uciec, nie ma zresztą po co. Wystarczy ją wpuścić do serca, a ona pokaże czego nam brak i nawet jeśli wzbudzi łzy, ból, smutek, zwątpienie, pokaże nam, gdzie jesteśmy. Jak o siebie dbamy, czy dajemy sobie uwagę, bliskość, spokój, wytchnienie, spontaniczność w życiu, czy raczej tkwimy w marazmie codzienności, jaka dawno już nas nie cieszy. A może właśnie codzienna monotonia to potrzeba, jakiej dla siebie nie spełniamy?

Mamy różne potrzeby i różne strategie ich zapewniania. Czasem coś kupujemy, negocjujemy, czasem wystarczy się zdecydować i wziąć, bo leży i czeka. Zazdrość boli, bo odsłania naszą niemoc w podjęciu tego, czego chcemy. Wydaje nam się, że to niesprawiedliwe, że ktoś ma, gdzieś coś się dzieje, a my jesteśmy tego pozbawieni. Największą iluzją umysłu w zazdrości jest to, że ci co mają, są absolutnie szczęśliwi, w przeciwieństwie do nas, bez tej wartości. To nie jest prawda, ale zazdrość tak działa, idealizuje obraz, bo go wyostrzyć, byśmy mogli dostrzec szczegóły tego braku i zobaczyli jak, i dlaczego nie dajemy sobie tej właśnie rzeczy.

Jak mam sobie dać maybacha, ktoś powie? A może nie w maybachu brak, czyli problem. Odkryłam, że potrzebuję samochodu, tak jest mi wygodniej, a na razie nie mam. Czyli brak mi komfortu jeżdżenia. Mogę to sobie dać, chociaż jeszcze nie teraz. Kiedy opadają emocje zazdrości i skupimy się na tym, czego chcemy, okazuje się, że nie chodziło o podróż do tropików, a o pokazanie się, prestiż, którego akurat nam w życiu brakuje, gdy nasze poczucie wartości pikuje w dół. Nie chodzi o mięśnie kolegi prezentowane na zdjęciach, ale o wzrok żony, która to zdjęcie komentowała. I jeśli zatniemy się na zazdrości, utkniemy w złudzeniu, że o podróż chodzi, albo o wygląd. O nowe dziecko, albo posadę. Przegapimy sedno sprawy. Chodzi zawsze o coś więcej, głębiej, i za tym idą ci, co umieją zazdrość przeżyć nie zatrzymując się na niej. I po takim szczerym przeżyciu zazdrości facet, co zazdrościł bicków koledze, wbije się w dres i poćwiczy, albo znajdzie inną partnerkę, co tych bicków nie chce, zamiast palić się w zazdrości bez celu, zajadając ją chipsami.

I tak sobie siedzę i zazdroszczę, zupełnie świadomie, wielu rzeczy innym. Nie twierdzę, że mam dostatecznie dobre życie, że to nie ładnie zazdrościć. Zazdroszczę, bo wtedy patrzę i widzę, a jak zobaczę czego naprawdę chcę, to za tym idę i, jak się da, to sobie daję. Najwyżej poczekam, trochę pozazdroszczę jeszcze, albo zapomnę po drodze, że czegoś tam chciałam, bo dostanę coś innego, co odsłoni mi iluzję np. maybacha. Tak bywa, że pewne potrzeby są całkiem urojone, jak futro z norek, a inne całkiem niezastąpione, jak miłość i akceptacja drugiego człowieka. I do tego właśnie dochodzę, kiedy poprzez zazdrość komunikuję się ze sobą. Widzicie jak coś pozornie złego może zwiększyć naszą świadomość? Wszelkie emocje to sygnały z naszego wnętrza. Idźmy za nimi, bo one prowadzą nas prosto tam, gdzie na nas czeka, prawdziwa ja, prawdziwy ty.

O dumie

Czytałam dziś u pewnej guru tantry, co pewnie dużo inspiracji tchnęła w życie kobiet zablokowanych na swoją seksualność, że zamiast się wstydzić dorastania, dziewczynka może być z dorastania dumna. I jak tu nie oszaleć w tym naszym świecie, jak każdy, nawet dość oświecony człowiek, nie widzi, że procesy naturalne to ani powód do dumy ani wstydu. Po co wprowadzać taki dualizm wszędzie, gdzie się obejrzymy. Kochaj albo nienawidź, weź albo odrzuć, wstydź się albo bądź dumny. Po co się sami ograniczamy tym, żeby za każdym razem kiedy się pojawia jakaś zmiana, jakieś nowum w naszym życiu koniecznie je odnosić do emocji. Wstydzę się, że mi rosną piersi, albo idę dumna jak paw. Po co sprowadzać wszystko do przeciwności?

Nie umiesz się wypowiedzieć na jakiś temat, znaczy jesteś głupi? Nie wstydzisz się swojego ciała, znaczy jesteś rozwiązły? Potrzebujesz koniecznie wejść w jakiś stan oceny, bo bez tego nie da się zrozumieć z czym masz do czynienia? A może zatrzymać się na stwierdzeniu faktu: nie wiem czegoś, idę wolniej niż inni, jeżdżę szybko, mam tłuszcz na brzuchu, dekolt, owłosioną klatkę piersiową, gram w lotto, kupuję markowe ciuchy, skończyłem szkołę podstawową, chodzę do pracy, nie chodzę wcale. Tyle! Koniec. Zatrzymajcie się na tych stwierdzeniach, a pojawi się niesamowita przestrzeń do NIEOCENIANIA! Do życia, myślenia i czucia z prawdziwym poczuciem wolności wyrażania siebie.

Nie musisz mieć nerwicy pozytywnego myślenia o innych, ani negatywnego. Zatrzymanie w ocenianiu jest możliwe dla tych, co nie leczą swoich chorób mentalnych i pozwalają innym chodzić wolno po świecie. Dlatego ja NIE JESTEM DUMNA z bycia Polką, kobietą, matką, naukowcem, kierowcą, podróżnikiem i twórczynią swojego bloga, i NIE WSTYDZĘ SIĘ, że rzadko jeżdżę na rowerze, czytam książki, nie znam się na współczesnej poezji, nie byłam na Lazurowym Wybrzeżu, gadam publicznie po angielsku, rozwodzę się, mam niski wzrost, i nie mam samochodu. To są wszystko fakty, do których nasz rozum, jak obsesyjnie nakręcona maszyna, dopina opinie. A jak dopnie, to nam ciążą, nie ważne pozytywne czy negatywne, i to mocno, dopóki sami nie przestajemy się oceniać, nie inni nas przestaną, ale my sami siebie przestaniemy oceniać. Bolą nas, dokuczają nam tylko opinie, co do których jesteśmy w cichości własnego serca, przekonani.

Jak dziewczynkę się przekona, że to wstyd mieć piersi. to będzie się wstydzić swojego ciała. Jak się ją wbije w dumę, to będzie dumna z posiadania piersi. Tylko po co ma być dumna z czegoś tak naturalnego, jak posiadanie dwu rąk? Może ja zbyt wiele wymagam, po wiekach uprzedmiotowywania kobiet, żeby zamiast teraz dumnie stroszyć się swoją kobiecą mocą, kobiety po prostu przeszły do porządku dziennego z byciem kobietą? Bo jak wiadomo, gdzie jedna z płci się rozrasta w mentalnej przestrzeni, tam druga się kurczy, wycofuje. No i potem lament się podnosi: „Gdzie ci mężczyźni…” No wyszli, gdzie było więcej świeżego powietrza i mniej prężenia z dumy.

Duma kobiet z bycia kobietami nie jest nikomu potrzebna. Owszem w dobie rewolucji warto być mocno osadzonym w sobie i swoich poglądach, ale nie w czasach, kiedy mądrość życiowa pokazuje, że kobieta jest, tak samo jak mężczyzna, powołana do bycia sobą, nie istotą nadprzyrodzoną, co ma być dumna z siebie, jakby na zapas. Już była taka dziwna mentalność historyczna o kobiecości co nas sprowadzała do tego, że co jedna miała być niepokalana, albo zamęczona przez barbarzyńców, żeby było z czego być dumną. Teraz dla odmiany trzeba dumnie się pokazać, jako kobieta z mocą, podkreślić swą kobiecą siłę, chodzić na kręgi, mieć sesje tantryczne, wyglądać egzotycznie i świecić dumą. Z czego ja się pytam? Z bycia człowiekiem? Czy tak nisko opadła nasza forma psychiczna, że to, że mam dwie nogi to powód do dumy? Bo dla odmiany, ktoś może i tyle nie mieć?

Ta duma to pojęcie zupełnie niepotrzebne. Jak dobrze ci we własnej skórze, to to jest powód do dumy? Jak robisz dobrze to co umiesz, to czekasz na oklaski i ordery? Jak wmówimy dziewczynkom, że mają być dumne z tego, że mają piersi, albo dzieciom obu płci, że mają nogi, to co z tego wyniosą? Dla mnie po prostu przerost pomieszania treścią, zamiast zwykłej akceptacji bycia tym, kim się jest. Nie bycia dumnym, ale akceptującym siebie.

Trochę się tutaj bawię konwencją wychodzenia z cienia zależności społecznej kobiet od mężczyzn. Można powiedzieć, że kobiety zrobiły ostatnio wielki postęp w byciu sobą. Jak mają ochotę to podkreślać, obwieszczać, stawać się boginiami, ucieleśniać Matkę Ziemię, niech tak robią, coś sobie tym rekompensują, pamięć przeszłych pokoleń pewnie im doskwiera. To samo robili mężczyźni przez wieki przedkładając męski punkt widzenia na świat przed żeńskim. Dla mnie te dwa obszary się doskonale uzupełniają i nie byłabym również dumna wcale będąc mężczyzną, nawet jeśli miałabym większą niż obecnie siłę sprawczą, jaką daje patriarchalne społeczeństwo. W ogóle mężczyznom też nie jest lekko tkwić w dumie bycia facetem, w odnalezieniu się w systemie, gdzie się trzeba sprawdzić na wielu polach i nie wycofać się, utrzymać na fali, bo bagienko frajerów jest chłonne. Więc może warto rozważyć i z ich strony, żeby nie popadać w macki bycia dumnym ze swojej płci, kariery, rodziny, kraju, historii, wyczynów sportowych, wyglądu i możliwości seksualnych. To samo kobiety, ale w innej kolejności.

Dla porządku, lubię się dobrze ubrać, tańczę na obcasach, czeszę się i noszę kolczyki, chodzę dość mocno ruszając biodrami. Jestem kobietą, mam piersi, głowę i szyję, mam nogi, ręce, widzę i słyszę. Robię różne wybrane przez siebie rzeczy, niektóre lepiej niż inni, inne gorzej od nich. Nie oceniam się w tym. Lubię spodnie i nie maluję się, bo mnie tusz gryzie w oczy. Ale czasem machnę sobie coś dla szyku i wiem dlaczego. Nie oceniam się w tym. Jak widzę kobietę w rozciągniętym swetrze i trampkach to nie zakładam, że nie jest skomunikowana ze swoją kobiecością, bo może wyszła wyprowadzić psa, albo myśli nad kolejną teorią unifikacji wszystkiego i nie ma czasu zadbać o swój look. Nie oceniam. Jak babeczka będzie chciała się ze swoją kobiecością wywnętrzyć to to zrobi, albo i nie. Niech sobie człowiek wygląda jak chce, czy ma piersi, czy nie. Jaki dramat mają kobiety po mastektomii podświadomie zaprogramowane na posiadanie piersi, jako kobiecej dumy, I po co tak się w tę dumę wbijać? Opadną, zaleją się mlekiem znienacka w kinie po zostawieniu dziecka w domu, są miłe w dotyku, kiedy trzeba, albo użyteczne, jak noga i ręka. Służą do różnych celów, jak to ludzkie ciało. Naturalne.

Duma z rzeczy zupełnie oczywistych nas zniewala. Bez powodu do dumy, stajemy się narażeni na nieakceptację, odrzucając siebie. Bez nogi, ładnej buzi, bez pracy, bez kariery, bez dzieci, bez narodu za plecami, bez dokonań, dyplomów, bez wiedzy, bez poklasku. Nie ma co być dumnym z rzeczy naturalnych, ale najtrudniej zobaczyć, że wszystkie rzeczy jakie mamy, robimy, są naturalne i pozwolić sobie na brak dumy, na brak oceny w świecie naznaczonym schodkami, ty wyżej, ty niżej pod jakimś względem. Jesteśmy niewolnikami tych schodków, tej hierarchii znaczenia. Sami ją tworzymy i sami się na nią łapiemy. Dlatego ostatnio nie jestem dumna, ani trochę z siebie i nie mówię moim dzieciom o dumie, żeby ich zawczasu nie pętać. Niech bez mojego oceniania, dumy i pogardy, co jako przeciwieństwo wyłania się z cienia dumy, idą jak najbardziej wolne. Bardzo to polecam do praktykowania, nie tyle na dzieciach, co najpierw na sobie.

O Mistrzowskich Warsztatach z Argentyńskiego Tanga

Na warsztaty z Clarisą Aragon i Jonathanem Saavedra przyjechałam zabytkowym tramwajem „T” jadącym z warszawskiej Pragi na Ochotę. Nie wybierałam go specjalnie, po prostu stanowił najlepsze połączenie i w przeciwieństwie do innej komunikacji miejskiej, było w nim przyjemnie przewiewnie. Było to o tyle istotne, że temperatura w mieście w czasie trwania Warsaw Tango Meeting roztapiała asfalt. Wysiadłam przy placu Narutowicza i pobiegłam na zajęcia w Millenium Plaza, gdzie w podziemiach panowała temperatura znośna do życia i do tańca. Sala nr 4 była przestronna, ale i tak miałam wrażenie, że ledwie mieści tłumy chętnych na spotkanie z Mistrzami Tanga. We czwartek i piątek ćwiczyła grupa średnio-zaawansowana, w weekend zaawansowana. Pary różne, choć część osób wybrała się na oba poziomy. Trochę przez szczęśliwy zbieg okoliczności, ja również do nich należałam.

Idąc na zajęcia miałam lekką tremę związaną z moim brakiem doświadczenia; tańczę od półtora roku, z przerwami i nie czuję jeszcze, że tango osiadło w moim ciele dostatecznie dobrze, bym mogła swobodnie tańczyć i czuć się na milongach. Myślę jednak, że tango to sztuka, którą można rozwijać w nieskończoność i żaden etap nie jest w nim końcowy. Tancerze zaawansowani stażem wciąż się uczą podnosząc swoją osobistą poprzeczkę. Z ciekawością przyszłam zobaczyć, czego nauczą nas ci, co osiągnęli najwyższy poziom uznany na świecie, można powiedzieć, stan pełnego sukcesu tangowego. I jak to bywa z mistrzami, okazali się całkiem inni niż myśleliśmy. Weseli, przystępni, skoncentrowani, pełni chęci przekazania tajemnej wiedzy tangowej. Atmosfera od początku do końca zajęć przez kolejne poziomy, tematy, ćwiczenia, była niezwykle serdeczna. Otwartość na pytania, zaangażowanie, wskazówki, osobiste przemyślenia, jakimi mistrzowie dzielili się z nami, powodowała, że czułam się, jak przeniesiona do ich prywatnej krainy tanga. Oboje mają w sobie niezwykły urok osobisty, a jednocześnie pasję i talent do przekazywania wiedzy, która to wiedza, w przypadku tego konkretnego tańca, jest bardzo trudna i wymaga wielkiej cierpliwości uczenia. Większość z tego, czego się dowiedziałam, należy wypraktykować, odczuć, doświadczyć, by następnie zrozumieć i użyć w tańcu.

Tango „wchodzi w ciało” powoli, dlatego tak wiele osób przychodzących na zajęcia, nawet z szerokim doświadczeniem tanecznym, uznaje tango za najtrudniejszy taniec, z jakim się zetknęło. Co w tangu jest takie trudne? Clarisa i Jonathan od tego zaczynali pracę z każdą grupą. Objęcie, kontakt i otwarcie na partnera, interpretacja muzyki i indywidualizm. Na tych filarach opiera się prawdziwe tango. Świadomość partnerów, że tańczą, że razem tworzą ruch, w obecności muzyki, w jakim wymieniają się emocjami, przeżywając dany im czas w jedności, połączeni wspólną energią. W tangu, tak jak w życiu, chwila obecna jest podstawą, końcem kroku wcześniejszego, początkiem przyszłego. Dlatego warto się umieć zatrzymać na moment, odczuwając ją z większą głębią. Nie chodzi o fizyczne zatrzymanie w tańcu, ale o stałą obecność w ciele z uważnością na stan, na ekspresję towarzyszącego nam człowieka. Tango to rozmowa, nie do końca dookreślona w naszych definicjach dialogu. Dla mnie ma ona wymiar wymiany duchowej. Mistrzowie mówili na warsztatach o tym, jak ważna jest adaptacja do unikalnego odbioru każdego partnera, że wtedy ruch w harmonii z ruchem innego człowieka staje się automatyczny, wygodny i przybiera formę płynięcia.

Nie wiem, czy kiedykolwiek tak dużo ćwiczyłam podstaw. Praca z podłogą, osadzenie w ziemi, oś i chodzenie. Czasem wolne, długie kroki, czasem przyspieszenie, obroty. Zmiana tempa, która nadal stresuje mnie przy milondze. Rady, pokazane tak obrazowo własnym doświadczeniem, że można je było obejrzeć z każdej strony, odnieść do własnych doświadczeń, przemyśleń. To co mnie bardzo zachwyciło, to przekazywane w czasie warsztatów osobiste podejście do tanga, które ma być przecież dla nas przyjemnym sposobem spędzania czasu, relaksem, sposobem porozumiewania się, a nie trudną sztuką nie do powtórzenia po mistrzowskich autorytetach. Clarisa opowiadała o indywidualnym sposobie chodzenia, ruchu ciała, o tym, że nikt nikogo nie powinien naśladować, kopiować. Myślę, że to jest trudna do zaakceptowania, choć bardzo fundamentalna prawda, że cała trudność tanga polega na indywidualnym odkryciu, jak je tańczyć. Nie chodzi o technikę, figury, postawę, czy atrakcyjne sekwencje. Chodzi o wymianę energetyczną z partnerem, która może zajść tylko wtedy, kiedy autentycznie jesteśmy sobą, nawet w niedoskonałościach i brakach, a jednocześnie jesteśmy gotowi na autentyczność partnera. To odkrycie, jakim się w tangu jest, daje możliwość otwarcia na innych, podzielenia się czymś unikalnym, co jest w nas wyjątkowe. To wysoki poziom świadomości tangowej, ale komfort w ramionach partnera, w specyficznym ruchu, podstawą którego jest wewnętrzna energia, ma sens tylko wtedy, kiedy jesteśmy nie kopią a oryginałem, kiedy nikogo nie naśladujemy, bo budowa naszych ciał jest inna, bo mamy inną motorykę, inną wrażliwość, inne potrzeby, które partner może odczytać, poprzez kontakt, czyli przepływ energii. Bez tego, oczekując na standardowe sekwencje figur, z kontrolą w ciele, myśleniem, a czasem z niezadowoleniem z poziomu partnera, czy z naszej własnej techniki, tworzymy nieprzenikalną fasadę, która blokuje nas w dojściu do komfortu w tangu. Jeśli mamy dość cierpliwości i pokory jest to stan przejściowy, kiedy uczymy się technik wykonywania konkretnych ruchów, uczymy się łapać balans, w pogłębianiu poczucia własnego ciała i możliwości otwarcia na drugiego człowieka. Najciekawszy moment przechodzi, kiedy tancerze zmieniają się, ewoluują w kierunku indywidualności. Moim zdaniem najwspanialej tańczą ci, co nie obawiają się wyrażać prawdziwych siebie w czasie tańca i umieją się tym dzielić z partnerem. Nauka chodzenia, nauka wyłączenia myśli, w świecie zabieganych zmartwień, to w nauce tanga okazuje się najtrudniejsze, podobnie jak pokazanie światu prawdziwego siebie, gdy wszyscy z taką wprawą przybierają codziennie maski. Dlatego obserwacja, jak mistrzowie świata uczą z autentyczną pasją podstaw, równowagi, swobody i komfortu w ciele podczas tańca, zamiast błyszczeć atrakcyjnymi sekwencjami, których może niektórzy oczekiwali, to niezwykłe doświadczenie.

Nauka tanga to ciągłe wchodzenie po spirali nad tymi samymi punktami w coraz nowej odsłonie, w innym punkcie świadomości tangowej. To, co ja przyjęłam podczas warsztatów to niezwykła waga sensytywności, tak mojej wewnętrznej, na siebie i swój komfort w tańcu, jak i na partnera. Tego poprzez ćwiczenia, proste z pozoru, wchłonęłam najwięcej, bo widać tego mi było trzeba. Każda lekcja prowadziła do celu poprzez powolne wprowadzenie w trudniejsze elementy. Cieszę się, że forma warsztatów wyglądała tak właśnie, jakbyśmy wkręcali się w coraz trudniejsze zagadnienia, stopniowo zyskując, poprzez próbowanie, wgląd w to, co w danym aspekcie tanga, figurze czy zmianie tempa, jest najistotniejsze. Bardzo mi odpowiada taki sposób uczenia, jak wchodzenie po schodach z przystankiem na każdym stopniu, do rozejrzenia się w sytuacji, w ciele, w reakcji partnera, żeby potem przygotowanym, raźnym krokiem wejść oczko wyżej, oczko więcej zauważyć. Mistrzowie zdecydowanie wiedzieli, jak nas zawieść do celów, jakie przed nami postawili. Oczywiście każdy zaszedł tam, gdzie zdołał, tam gdzie ciało i świadomość tangowa mu pozwoliły. Bardzo doceniam indywidualizm tych zajęć, widząc jak pary różnie zaawansowane poszerzały swoje doświadczenie. Nie łatwo tak przekazywać wiedzę, żeby każdy skorzystał w możliwie szerokim zakresie. Ostatnie ćwiczone elementy pokazywały skomplikowaną strukturę niektórych form tanga, zatrzymanie, szybkość, akcja-reakcja, czytanie muzyki w ekspresji. Szeregu niuansów nie mieliśmy czasu nawet dotknąć, bo z tej nauki wyłania się skomplikowana materia ludzkiej dynamiki tak motorycznej, jak i odczuwania na poziomie emocjonalnym. To najtrudniejsza partia materiału do doświadczania, bo nauka tanga to moim zdaniem, doświadczanie wielopoziomowości naszej ludzkiej egzystencji w bardzo pięknym, artystycznym i sensytywnym wydaniu.

Po zajęciach Clarisa powiedziała, abyśmy wiedzą, jaką nam przekazali, podzielili się z innymi. W ten sposób staliśmy się „misjonarzami” tangowej filozofii. Filozofii tańca polegającego na komunikacji emocjonalnej między ludźmi za pomocą ciał, czy jak kto woli, przyjemnej zabawy, bo w długiej historii ludzkości bywali także weseli filozofowie, żeby nie przesadzić z tangowym patosem. Myślę, że będąc na tych warsztatach doświadczyłam subtelnej materii tanga, jaką niezwykle trudno przekazać, jakiej często nikt w tańcu nie zauważa. Złożona filozofia tanga, to nie tylko nauka ruchu, komunikacji, ale współpracy, wymiany form ludzkiej ekspresji w celu tworzenia piękna. Sztuka, dla każdego, kto ma dość pasji, uważności w ciele, cierpliwości i ciekawości drugiego człowieka.

Nie byłam na pokazie Mistrzów w czasie sobotniej milongi. Trochę żałuję, ale po trzech dniach wytężonego treningu, mocząc co dzień nogi w misce z gorącą wodą, postanowiłam odpocząć. Jedna z uczestniczek warsztatów powiedziała mi, że podczas pokazu tak się wzruszyła, że miała ochotę się rozpłakać, takie to było piękne tango. Clarisa i Jonathan zatańczyli ich kilka również podczas warsztatów. Nagrałam ich wspaniałe interpretacje będące ilustracją do prowadzonych zajęć. Można powiedzieć, że czasem ktoś się rodzi, żeby realizować swój niepowtarzalny talent. Moim zdaniem, Clarisa i Jonathan urodzili się po to, żeby tańczyć i inspirować sobą, swoim tańcem, swoimi osobowościami coraz większą, międzynarodową społeczność tangową, do jakiej z dumą i przyjemnością czuję się przynależna. Na koniec dodam tylko, że w miarę mojego uczenia, tango nie staje się ani łatwiejsze, ani trudniejsze, tylko sprawia, że coraz mniej myślę, jak w nim wypadam, i co za tym idzie, na coraz więcej swobody, w tym popełniania błędów, sobie pozwalam. I o tym, że błędy są naturalną częścią procesu nauki tanga, też usłyszałam na tych wspaniałych warsztatach, więc chyba jestem na dobrej ścieżce do dalszego, odważnego poznawania piękna tego wymagającego, sensytywnego tańca, który wszystkim gorąco polecam.

Ku chwale słabości

Rzeźba na ścianie – restauracja w hotelu Korona w Braszowie.

Współczesne, silne, niezależne kobiety idą przez życie z przekonaniem, że muszą sobie zawsze radzić same. I ja też idę, ale zmiany, jakie nastąpiły we mnie w ostatnim czasie pozwalają mi wyhamować, kiedy jeszcze mogę nie zrobić sobie krzywdy zbytnim forsowaniem. A forsowania potencjalnie mam dużo, dom, dzieci, praca. ciągłe wyzwania, niespodzianki i twarde problemy natury codziennej. Jak każda silna kobieta biorę się za to i mierzę z rzeczywistością na bieżąco, inaczej się z resztą nie da, bo ucieknie, bo rachunki, sytuacje, wybory od ręki, nie ma czasu na dywagacje. Zatrzymuję się czasem i patrzę czy jestem tam, gdzie trzeba, czy chciałam zajść w miejsce, w jakim się znalazłam, czy coś mnie zsunęło ze szlaku, czy coś mnie uwiera i zamiast pędzić przyglądam się czemu akurat to staje mi na drodze, sytuacja, słowo, człowiek.
Ostatnio miałam konfrontację ze swoją słabością. Źle się poczułam w drodze, w podróży. Męczyłam się bardzo i zauważyłam, że pierwszy chyba raz pozwalam sobie źle się czuć, że szukam pomocy i ją przyjmuję, gdy nadchodzi. Leżąc na tylnym siedzeniu samochodu zamiast sobie wymyślać od naiwnych zjadaczek słodkości, zwyczajnie się o siebie martwiłam, mówiłam do siebie spokojnie, żebym oddychała, czułam jak ciało się rozluźnia i dociera do mnie z przekazem, co jest mu potrzebne w tej sytuacji. Kiedy się zatrzymaliśmy weszłam poboczem do góry pod dom jakichś ludzi, a oni udzielili mi pomocy. W końcu zaakceptowałam, że nie muszę się męczyć sama, że jak tylko poproszę o pomoc ona przyjdzie, że wystarczy się otworzyć na ratunek.
Całą drogę do domu myślałam, że wybaczam sobie tę słabość, że nie mogę prowadzić i pomóc koledze, co dzielnie przejechał z Węgier do Polski z przerwami na ratowanie mnie po drodze, że przykrywał, pytał, szukał stacji, że był i dał mi taki bufor bezpieczeństwa, jaki może dać mocne męskie ramię w potrzebie. Nie zawsze muszę być silna, nawet jeśli drzemie we mnie smok i umie się budzić do działania. Są takie sytuacje kiedy jestem słaba i nie ganię się za nie. Widać słabość, choroba, chwila załamania stają się momentem zwrotnym w postrzeganiu siebie, istoty może i niezłomnej, ale czasem wątłej, klęczącej na trawie z jedyną myślą w głowie:”nie wiem, co zrobić, nie wiem”. I zupełnie szybko przychodziła mi akceptacja siebie, że mogę nie móc, że mogę nie wiedzieć. Nie złościłam się jak to bywało kiedyś, nie walczyłam wstając.
Taka się ze mnie zrobiła spokojna tygrysica. Skupiona na zranionej łapie, na sobie. Dostrzegłam jak często nie pozwalałam kiedyś w takiej sytuacji do siebie podejść, z obawy, że ktoś mnie jeszcze mocniej zrani, że w takim stanie nie mogę się bronić. Nawet jeśli ktoś podchodził mi założyć bandaż, podrapać za uchem. Teraz już umiem rozpoznać intencje, zamiary tych, co podchodzą kiedy źle się czuję, czuję się słaba. I umiem z nimi rozmawiać, umiem dać sobie pomóc. Nie uciekam przed słabością w dumę samowystarczalności. Prawdziwa mądrość pokazuje, że zawsze jest ratunek dla tych, co mają w sobie dość miłości, żeby po niego sięgnąć w porę, by poprosić. Mają wolę przetrwania nie tkwią w potrzebie karania siebie zbytnim frasunkiem, zbytnim cierpieniem. Po prostu pierwszy raz poczułam, że na taki ratunek zasługuję, że mogę go sobie dać, bez krygowania się czyjąś fatygą w ratowaniu mnie, czyimś poświęceniem. W końcu, jak zauważam teraz siedząc spokojnie i w dobrym stanie w swoim domu po powrocie, ja również zrobiłabym wszystko co możliwe, żeby pomóc temu, kto przy mnie czuje się źle, słabo. Warto się temu w sobie przyjrzeć, że często nie dajemy sobie tego, co dajemy innym, wyrozumiałość, pomaganie, opieka, czuwanie. Dzieje się tak wtedy, kiedy nasze pomaganie jest dla nas uciążliwe, jesteśmy zmęczeni ratowaniem innych, wtedy konotujemy, że każda osoba przychodzi z podobnym do nas znużeniem poświęcaniem się. Czyli prosty wniosek, jeśli potrafię przyjąć pomoc, dobrą energię, to nie męczy mnie już pomaganie innym. Umiem dać sobie pomoc od innych, bo nie widzę pomocy jako poświęcenia, a jako odruch naturalny, wynikający z potrzeby serca.
I tak właśnie w prosty sposób się zmieniam. Nie tracę siły na to, na co nie potrzeba, na kłócenie się ze sobą, że po co ci to było, po co, na dowalanie sobie komentarzem, że idiotka ze mnie, żeby jeść muffinkę w barze, albo podobne brednie. Każdą taką sytuację da się wykorzystać na lepsze zrozumienie siebie, na zobaczenie, gdzie sobie życzymy dobrze, a gdzie źle. W porę się zorientowałam, bo ostatnio po całej nocy męczenia się w podobny sposób pojechałam do szpitala. Tak sobie nie dawałam szansy na ratowanie. Siłaczka co ma serce na siebie otwarte wie, kiedy przestać, wie kiedy przytulić swoją ranę i wyciągnąć ją do leczenia. Wie kiedy strzepnąć dumę i powiedzieć „proszę”. Wie, kiedy całą swoją siłę odłożyć na potem. Bo potem przyjdzie i siła się przyda, czasem trzeba dać miejsce czyjejś sile, żeby nas chroniła, przykrywała, była. Bo to jest po prostu najmądrzejsze i do tego skłania nas nasze własne serce.

W drodze przez Transylwanię

Wędrujemy przez Transylwanię. Wyruszyliśmy popołudniem, jechaliśmy na zmianę całą noc i rankiem zobaczyliśmy pierwsze rumuńskie osady. Na granicy między Węgrami i Rumunią brak dokumentów samochodu przez chwilę wstrzymał nas niepewnością celników, którzy wypuszczali nas ze strefy shengen. Wiedziałam, że puszczą nas przez granicę. Tak to jest, jak się ma wiedźmę na pokładzie, a ona chce jechać. Krzątali się, dzwonili. W końcu wzięli od nas telefon ze zdjęciem ksero nieważnego dowodu rejestracyjnego, popisali, popatrzyli i puścili. Wiedziałam, że brak dokumentów mnie nie zatrzyma, bo jak ja chcę, naprawdę chcę czegoś, to to coś się zdarza. Dlatego podróż się toczyła. Nie zatrzymała mnie łania na drodze nocą, ostro hamowałam, lisy, kuna, psy i koty, nie zatrzymały krowy po rumuńskiej stronie, nie zatrzymało zmęczenie, bo po nocy zdrzemnęliśmy się na 2 godzinki i dalej w drogę.
Nasza podróż ma jakiś schemat w tle, ale nie trzymamy się go kurczowo. Jedziemy za sobą, tak jak chcemy. Pierwszego dnia zamiast od razu w Rumuni jechać do Transylwanii odwiedziliśmy Bystrzycę, jeden z grodów Siedmiogrodu, co wcale nie była w planie, bo nie pasowała pozornie do trasy, ale na tyle szybko i wcześnie zajechaliśmy, że zyskaliśmy pół dnia. Po obejrzeniu Bystrzycy, starych kamieniczek, wieży kościoła, na którą dojechaliśmy nowo wstawioną windą, kontemplowaliśmy lokalną kuchnię. Bez pośpiechu, bez zaliczania, ze spokojem ludzi, którzy cieszą się każdą chwilą. Plan nam potrzebny jest tylko do sukcesywnego zmieniania. Dziś po drodze do Braszowa, zobaczyliśmy ogromną budowlę na wzgórzu i od razu tam pojechaliśmy. Elastycznie, za ciekawością. Po to się w końcu podróżuje, żeby z ciekawością oglądać miejsca, nie odhaczać na obowiązkowej liście. Od czasów mojej podróży do Lizbony zmieniło mi się podejście do podróży w ogóle. Jadę gdzieś, mniej więcej wiedząc gdzie i się włóczę, w swoim tempie, patrząc na miejsca jakie mnie przyciągają. Mijam muzea, kościoły i inne podręcznikowe atrakcje chyba, że coś w sobie mają. Dziś weszłam na wzgórze w Sighisioarze, gdzie podobno urodził się Drakula. Mają tu dużo cepelii z tym związanej, ale szczególność  tych miejsc tkwi w pięknej, choć często zaniedbanej architekturze rynków, uliczek, w detalach, gzymsach, portalach, drzwiach, klamkach.
Jadąc przez mniejsze miejscowości widzę cyganów rumuńskich, ich wystawne domy. Dziś minęliśmy taki, że nie da się go opisać, kapał od złota i w słońcu aż raził w oczy. Bizantyjski przepych w wydaniu iście uroczym.  Przeciętnie domy są niewysokie, szczytem skierowane do ulicy i mają piękne kute bramy. Dom może być w nie najlepszym stanie, ale brama – cudo. Od bramy idzie podcień z pnącego się wina przez całe podwórko, chroniący w upały. Drogi dobre i kiepskie. Niektóre porzucone w czasie przebudowy, sterczące zardzewiałą stalą wiadukty. Często widzimy zapadnięte fabryki, zakłady, a z drugiej strony pola słoneczników, winnice. Swojski klimat, kierowcy jak w Polsce, rozpędzeni w drodze do nieba lecą na trzeciego na podwójnej ciągłej w przekonaniu, że kto pierwszy ten lepszy. Kolega powiedział mi komplement prosto z męskiego serca, że kiedy patrzy jak prowadzę, to „dobrze mieć za kierownicą kobietę z jajami”.
Jutro mamy jakiś plan, zwiedzimy Braszów, potem zamek Drakuli, itd, a potem powrót do Klużu-Napoka. Zobaczymy. W tej podróży liczy się tylko to, czego w danej chwili chcemy. Jak na poboczu leżymy w trawie, bo słońce przypieka, a my chcemy poodpoczywać,  to leżymy. Trawa jak w domu, wyschnięta, ostra. Susza i tu króluje, a z innych podobieństw Rumunia również świętuje stulecie państwowości po I wojnie. Flagi wiszą tu wszędzie. Tak jak wszędzie są pomniki wilczycy rzymskiej, wszak Rumunii są potomkami cesarstwa Rzymskiego, jakie wycofało się stąd przed średniowieczem. Potem przyszli Niemcy na zaproszenie Węgierskiego króla i pozostałością po tej wielokulturowości są nazwy miejscowości, które tu widnieją na tablicach miast w 3 językach: rumuńskim, węgierskim i niemieckim.
Robię mało zdjęć, dużo patrzę i chłonę, swojskość tej krainy, roślinność jak w domu, serpentyny na drodze, domy z bramami, kolorowe spódnice, biedę i luksus, zardzewiałą pamięć po komunizmie w polach gospodarstw państwowych i marki europejskie w sklepach, bajeczne ornamenty na domach wszelkich, drewniane drzwi, okucia. Ludzi cieszących się życiem, uśmiechniętych, kobiety piękne, smagli mężczyźni, niewysocy.
Szukałam tanga, ale się minęłam z kursem i milongą w Braszowie. Była w sobotę. Jak się okazało z tutejszą instruktorką tanga mam na facebooku 3 wspólnych znajomych. W sierpniu jest tu festiwal tanga argentyńskiego 12th Transylvania Tango Maraton. Tango wszędzie sięga. Jak filozofia życia, jak sposób wyrażania siebie. Za parę dni wracam na warsztaty z mistrzami świata. To dopiero będzie praca. Teraz tylko uda bolą mnie od wspinania na warowne kościelne twierdze i średniowieczne zamczyska. Dobra wprawka przed pracą nad prawidłową postawą tangowego ciała. A dziś z braku tanga wybraliśmy się na kolację na rynku Braszowa, sukienka tangowa nie powinna w szafie się marnować. Przyświecał nam zamiast księżyca napis „Brasov” na wysokim wzgórzu za miastem. Braszów jak Hollywood prawie, ale swojski, bo chociaż nie słowiański, to bliski nam mentalnie.