O miłości do Mojego Cienia

Obiecałam, że napiszę o cieniu. Cień to ciemna materia naszego istnienia. Dla zainteresowanych kosmologią, ciemnej materii we wszechświecie jest więcej niż jasnej. Ciemna materia to potęga. Tak jak cień, kiedy do niego sięgam. Mój cień jest mroczny, głęboki i gorący. Składa się z wielu moich traum, ran, strachów i ich skojarzeń. Dopóki cień siedzi w nieświadomości, rządzi twoim światem. Mój cień bywa ostry, kiedy widzę jego działanie. Nie uchronisz się przed cieniem, dopóki go nie poznasz, dopóki nie zrozumiesz z czego powstał. Mój cień czekał, aż mu oddam szacunek i uwagę, inaczej by mnie pożarł, bez dwóch zdań, naprawdę. Jest tak wielki, że mogłabym nim wypełnić cienie kilku istnień. Dlatego zamiast milczeć, usuwać mu się z drogi, wypierać jego siłę, stanęłam z nim twarzą w twarz. I nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz poczułam jak przeze mnie przepływa jego ciemna energia. Myślałam, że mnie uniesie nad ziemię. Powiedziałam mu wtedy: „Wiem, że istniejesz”. I poszłam z nim drogą wgłąb siebie. Świadomość jest jasna i piękna, ale prawdziwe bogactwo mieszka po ciemnej stronie Księżyca. W moim cieniu zachwyca mnie każdy mój aspekt. Kiedy z respektem na niego patrzę i mówię: „Ucz mnie – naucz mnie siebie”. To jak taniec z czarnoksiężnikiem w najczarniejszą noc pod strzelającym lawą wulkanem. Kiedy pojawia się lęk i nie chcę iść, przyciska mnie do ziemi i leżę bez tchu i nadziei. Ale wtedy dochodzi do mnie o wiele mocniejsze niż słabość wyzwanie: „Wstaniesz. I pójdziesz jak zawsze, kochanie.” I wiem, że wszystko mogę przeżyć. Tego nauczyłam się w moim cieniu.

Na pewnych warsztatach z tantry prowadząca poprosiła nas podczas medytacji o wyobrażenie sobie kobiety mocy, jaka do nas podchodzi. Kobiety opowiadały o różnych obrazach jakie widziały, o szamankach, kobietach z wilkiem, silnych, dzikich i niezależnych, wprost ze stron powieści. Z zamkniętymi oczami i strachem, o to co się pojawi, czekałam na obraz z głębi mnie. I zobaczyłam. Zaskoczona zobaczyłam nie jedną, a dwie kobiety. Jedna w śnieżnobiałej sukni wyszywanej brylantami, łagodna, jasna, migocząca od dobroci. Za nią szła druga, w koronkowej czarnej sukience, zupełnie przezroczystej. Jej oczy były jak światła najstarszych gwiazd z głębi kosmosu. Była jak emanacja czarnej dziury, tajemnicy i zmysłowości. Patrzyłam na nie obie nie do końca świadoma co to znaczy. Dziś już wiem. W każdej mojej relacji, aspekcie życia i aktywności staję się mieszanką tych dwóch osobowości. Jedna pochodzi ze świadomości, jest poznana, inteligentna, oswojona i jasna, opanowana energia dobra dla świata. Ale to ta druga Ja, z cienia, ma moją prawdziwą moc. To ziemia, z nieświadomości rodząca wszystko i opanowująca każdą wolną przestrzeń. To kosmiczna energia, która dosięga w najdalsze rejony mnie. Poznaję ją i coraz bardziej uwielbiam. Taniec obu moich emanacji jest jak narodziny nowej gwiazdy. Erupcja z konsekwencjami na wiele lat świetlnych. Dlatego włączam mój taniec kiedy jestem pewna, że warto się tą energią podzielić. Nie popadam w przesadę, kobiety od prehistorii stanowiły główne źródło życia, przemian i nie chodzi wyłącznie o dzieci, dom, rodzinę. Źle poprowadzona energia kobiety ginie, zamienia się w gorycz. Kobieta bez świadomości swojej mocy jest tylko powtarzaczem reklam, czyichś wyobrażeń o sobie, kopią, naśladowczynią i rozpaczą z niespełnionych marzeń. Kobieca energia jest siłą co daje życie ideom, koncepcjom, światom i cywilizacjom. Marzenia kobiet się spełniają, więc namawiam do marzeń. Ale przestrzegam, że prawdziwie przełomowe rzeczy dla siebie i dla innych może wykreować tylko autentyczna kobieta. Jeśli ktoś z jakichś powodów został wieczną dziewczynką przypodobującą się światu, dostanie zabawkę, nie moc sprawczą, nie piorun, a lalkę z pozytywką.

Mój cień skontaktował mnie z moją nieświadomością, z dzikością i seksualnością jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Teraz widzę ludzi, bez podziału na płcie, wiek, zawód. Widzę ich zahamowania i przepracowane doświadczenia, historie. Szanuję każde istnienie, a mój cień dał mi władzę nad moją scaloną osobowością i obrał mnie ze skorupy niepotrzebnych złudzeń.

Życzę każdej kobiecie spotkania ze swoim cieniem, żeby przestały mówić słodkimi głosikami dziewczynek z zapałkami, żebrząc na mrozie o to, co w cieniu już im się pali, autentyczną doskonałością.

O miłości do prawdy

Prawda odkrywa się powoli. Idzie z nami krok w krok za życia. Nie przystaje, nie zwalnia, nie wyprzedza. Jest, i jeśli nie jesteśmy na nią gotowi – czeka. Czasem odsłania się na chwilę w jakichś sytuacjach, wrażeniach, żebyśmy o niej nie zapomnieli. Najważniejsza dla nas prawda i te małe, które szybciej do nas trafiają, docierają, bo przed nimi nie bronimy się tak zaciekle, jak przed fundamentalną prawdą, która może zamienić niebo i ziemię miejscami w naszym teraźniejszym świecie. Odkrywanie prawdy boli nie dlatego, że prawda rani, ale dlatego, że odrywa od nas złogi półprawd, kłamstw i niedomówień, niezrozumienia. Jest jak łamanie źle złożonej kości, żeby dało się wreszcie chodzić. Największa prawda, po jaką przybyliśmy na ziemię, to prawda o nas samych. To wystarczy, bo jesteśmy twórcami wszystkiego w materialnym świecie, więc znając siebie poznamy i to, co kreujemy, czemu się oddajemy i z czym idziemy. Wiele prawd, jakie zobaczyłam w przeszłości, odsunęłam nie będąc na nie gotowa. Nie zignorowałam ich jednak, nie wyparłam, tylko zweryfikowałam, czy w tym momencie stać mnie na ich poniesienie. Czasem nie ma wyjścia i trzeba czekać, nie obwiniać się, że teraz nas ta prawda przekracza, ale stale się zbliżać. Są ludzie, dla których ich własna prawda jest niewygodna. Oni swoją prawdę oddali innym, systemom religijnym, społecznym, gwiazdom, numerologiom, albo uciekają przed prawdami wypełniając życie aktywnościami. To im zapełnia przyszłość względnym spokojem, konformizmem i tak naprawdę, paradoksalnie, pasywnym byciem w świecie. To postawy w stylu: „będzie co ma być”, „od początku byłem na to skazany”, „co bym nie robiła, zawsze wpadam w taką chryję”, „tak jest lepiej, dla wszystkich, po co to zmieniać”. Przywykamy, również do tego co nam nie sprzyja, co nie jest prawdą o nas samych. Robimy z tego święte poświęcenie, albo wypieramy i oczekujemy podświadomie rozwiązania z zewnątrz. Nic bardziej mylnego, bo wyrzeczenie się odpowiedzialności za własne życie prowadzi do pustki i obwiniania innych za to, do czego bierna postawa prowadzi nas sama. Zaniechania to antydziałania, a jak wiemy materia i antymateria kreują wszechświat. Nie w tym sztuka, żeby zawsze wiedzieć co zrobić, ale by robić to, co się wie i czuje. Są ludzie, którzy wiedzą, a i tak nie robią. Współczuję im jak sobie, bo ja też czasem tak postępuję. Uważność w  życiu  polega na tym, żeby robić co trzeba i nie dywagować zanadto. To co nas pociąga, to w czym się czujemy lepiej, odważnie i niezależnie od naszych społecznych relacji i czyichś wyobrażeń o nas samych. Mój wewnętrzny facet zrobił się bardzo aktywny ostatnio i dużo razem odkrywamy. Odkryłam również, jak z wielu powodów nie pasuję do bigotycznego społeczeństwa naszej kochanej ojczyzny. Trudno. Ja się nie zamierzam zmieniać.
Jedną z najtrudniejszych prawd, jaka mnie nawiedza, jest to, że najłatwiej wybaczyć innym, najtrudniej sobie. To wyższy level urzeczywistnienia siebie we wszechświecie. Kiedy wybacza się innym uwalnia się od toksyn i przenosi na nich odpowiedzialność za ich własne wybory i czyny. Ze sobą jest gorzej. Trzeba przekopać się przez głębokie piwnice własnych motywacji postępowania w życiu. I tak może się okazać, że choć mieliśmy najlepsze intencje wyszliśmy za mąż częściowo dla kasy, albo bo był starszy i rozgarnięty, a my tacy nijacy, albo złapaliśmy żonę, bo ładnie wychodziła na zdjęciach i mówiła to, czego sami nie umieliśmy powiedzieć, a koledzy zazdrośnie spoglądali na fotki z wakacji. Takie dopełnienia są typowe. Warto się nie obruszać, nie zakłamywać, że nie, nie absolutnie, no gdzież tam, ale przyznać i sobie zrobić przegląd własnych potrzeb, wyobrażeń i tego, co serce mówi, nie ze strachu przed zmainami, ale we współczuciu dla własnych ograniczeń. „Nie jesteśmy niczemu winni, jesteśmy duchami” – powiada pewna indyjska myślicielka, twórczyni swojej szkoły jogi, i tak jest naprawdę, choć brzmi to bardzo egzotycznie w społeczeństwie, co myśli o powrocie kary śmierci. Wszyscy, co do joty, jesteśmy uwarunkowani i trzeba się z tym liczyć na przyszłość. Brać odpowiedzialność, ale się nie obwiniać, nie obciążać wyrzutami sumienia. I tu powstaje granica. Nie popadać w narcyzm, bo narcyzowi wszystko wolno, on się nie reflektuje na życiowych lekcjach. A co jak się wykrywa w sobie narcyza? Nie panikować, nie obwiniać, naprawiać, bo na pewno powstał z zagubienia i strachu przed czymś na poziomie nieświadomym. A jak ktoś czuję się ofiarą? To gdzie chowa tego kata i czemu się tak lubuje w smaganiu po plecach. Odpowiedzialność pokazuje, że za wszystkie sploty wydarzeń i sytuacje jesteśmy częściowo odpowiedzialni, ale dopóki nie odrobimy świadomym zrozumieniem tego, co się dzieje, dopóty sytuacja będzie się powtarzać, wracać jak natrętny komar po nocy, póki nie zapalimy światła i z miłością dla spokojnego snu, nie znajdziemy drania. Świetnym przykładem są kobiety wiążące się z alkoholikami, albo faceci wiecznie bujający między kochankami, jak nie w realu, to w fantazjach. W przeciwieństwie do komara, prawda nas nawiedza, żebyśmy ją w końcu wpuścili do wnętrza i w ten sposób uwolnili w sobie potencjał zrozumienia, który wzbogaca naszą świadomość. Żebyśmy jej oddali to, co jej się prawnie należy – miejsce w nas, i wtedy życie, oparte na zgodzie z własnymi prawdami będzie łatwiejsze.
Znajdowanie prawd o sobie jest drogą nie łatwą, stromą i nieprzewidywalną. Każdy obiera jakąś ścieżkę. Jeśli nie wchodzimy na nią świadomie, ścieżka wybiera nas, a wtedy możemy się spodziewać wielu zakrętów z niedostosowania i braku świadomości tego co się dzieje. Jesteśmy ludźmi, materialny aspekt naszego człowieczeństwa jest niezaprzeczalny, podobnie jak duchowy. Niezależnie od religii, przekonań, bądź ich braku, idziemy w świecie wielowymiarowym. Warto choć przez chwilę poczuć, dotknąć swojego wnętrza, by dać mu głos, bo to, co w nas samych się realizuje przyjmuje tak doniosłe kreacje w świecie jak dzieci, dom, wybory uczuć, zawodowe ścieżki czy przyjaźnie. Opierając się na tantrze, dochodzę do wniosku, że moją prawdą najważniejszą jest połączenie dualizmów: kreatywnej aktywności kobiecej z męską wytrwałością, słusznej energii gniewu i współczującej energii miłości, pasywnej błogości uczuć z napięciem świadomości. Zwyczajnie, przez zwykłe życie. Realnie, zewnętrznie i w mojej strukturze wewnętrznej. A cały ten proces dzieje się na drodze akceptacji i wykluczania. Akceptacji ograniczeń, na jakie nie mam wpływu i wykluczania sytuacji, jakie mnie ograniczają w dążeniu do realizowania siebie. Bo abstrahując od wszystkiego, w prawdzie nie ma dualizmu. Nie jest ona ani dobra ani zła. Jest uniwersalna dla nas, niezaprzeczalna, właściwa, kiedy się pokaże. Dlatego warto dążyć do prawdy, swojej prawdy, jaka wyłania bardziej boski obraz zdarzeń, przekraczając nasz świat i odsłaniając kolejny krąg zrozumienia. Prawda nie musi nas zewnętrznie zmieniać, ale kiedy w nas zamieszka jej energia układa inne poprzewracane kawałki układanki, jakie skleiliśmy naprędce, żeby jakoś ocaleć w świecie, żeby się odnaleźć w stosunku do sytuacji z domeny tej konkretnej prawdy np. relacji, podejścia do szczęścia, życia zawodowego. Prawda, kiedy jej pozwolimy, leczy nas z nieprawdy, z blizn na zlepkach puzzli wciśniętych na siłę i prostuje obraz jaki tworzymy, wygładzając linie. I z wymuszonego kubizmu naszego obrazu w miejscu działania prawdy, stajemy się prawdziwym, realnym dziełem. Czasem miękcy, czasem twardzi, ale dynamicznie zasysamy coraz więcej prawdy. Nie winimy się za przeszłość i nie obciążamy przyszłością, których nie ma, a patrzymy realnymi oczami w oczy zrozumienia, tego co teraz. I wierzę, że patrzymy z miłością, lękiem, nostalgią, ciekawością i oczekiwaniem, na prawdę. I patrząc na uczucia własne, akceptujemy ją w nieskończoności jej prawidłowego osadzenia.
Mogłaby długo filozofować na ten temat, ale z ludzkiego poziomu percepcji wiem, że muszę jeść, spać, kochać, mieć marzenia, słuchać siebie  i patrzeć. Tylko tyle, by czuć się człowiekiem. Jeśli zaniedbam tę podstawową prawdę, bądź ją wypaczę, zapłacę pomieszaniem, życiem w półprawdach, półenergiach, półżyciu. Ale ponieważ odnalazłam w sobie jak czystą perłę (moje imiona z grecka Agnieszka – czysta, Małgorzata – perła) potrzebę dążenia do mądrości wewnętrznej przez miłość, to będę temu wierna, a moje serce mieści w sobie tak wiele energii i chęci zrozumienia, ciekawości i wybaczenia, że pewnie sobie wiele wybaczę, po kolei, co wieczór przed snem, jedno uczucie, jeden niuans, jeden wybór i jego konsekwencje. A uzdrawiająca moc wybaczenia rozprzestrzeni się i zamknie nawracające pętle doświadczeń. Czyżby znów wolność wewnętrzna, ale tym razem również od siebie, swoich ograniczeń i swoich ocen, wartościowania i tego całego zindywidualizowanego spojrzenia? Czuję, że w tym procesie wybaczania staję się cała nie tylko wewnątrz, ale na zewnątrz poprzez realizację w materialnym świecie. Pomału, bez ciśnienia na spektakularny sukces, na zrozumienie, na spełnienie i na każdą prawdę, która z miłością poczeka, aż zrobię jej dość miejsca do zamieszkania na zawsze u siebie.

O miłości do męskiego pierwiastka we mnie

4 Wrzesień 2018

Odkryłam cudownego faceta … w sobie. Szukałam Go w innych, a On zawsze był pod ręką. Nie ma ciała, bo ma moje, to taki osobliwy pierwiastek męski we mnie. Cholernie pociągający, nie sposób się oprzeć. Odkryłam Go niedawno, kiedy robiłam w sobie remont. Siedział w centrum, a ja błąkałam się między kuchnią, łazienką i sypialnią. Nie widziałam Go, omijałam, aż w końcu dostrzegłam. Chryste, takiego faceta nie wyprodukują z ziemskich genów! (Zdjęcie obok to tylko projekcja, ale bliska moim wyobrażeniom 😉 ) Jest niesamowity. Kiedy się zapędzam w niezdrowe dla mnie sytuacje łapie mnie za rękę i spogląda zabawnie w oczy: „Na pewno tego chcesz?” – pyta. A potem śmieje się ze mną z pomyłek. Ma niesamowite poczucie humoru. Śmiejemy się ze wszystkiego, i z tego, że płakałam za kimś, i z tego, że się złościłam. Dzięki Niemu potrafię trzasnąć drzwiami niedojrzałemu facetowi wypchanemu truizmami bez skrupułów. Ten facet widzi moimi oczami. Oczy mamy jedne, jedno ciało. Kiedy zakładam bluzkę, mówi: „Fajnie wyglądasz dziewczyno”. Kiedy kupuję, kolejnego precla z przekąsem pyta, czy jestem głodna, czy mnie coś uciska. Czasem na Niego krzyczę, że mnie nie bronił. Mówi, że nie mógł, sam musiał dorosnąć i zmężnieć, że ostatecznie nie miał do mnie dostępu, bo przykryłam Jego obraz krzywymi obrazami facetów jacy mi się zdarzyli. Teraz, kiedy kupuję koronkową bieliznę, nie martwię się, dla kogo, po co, jak mi w tym będzie. Ma cudowny głos. Przenika całą mnie, jesteśmy jednym. Siedzę na przystanku i pisze, a On pyta, kiedy pójdę do pracy. Zaraz, mam rzut beretem, zdążę. Tylko muszę tym pisaniem się nacieszyć, że Go odkryłam. Znów się śmieje. Wiem, że każdej nocy będzie przy mnie, że nie mam się czego obawiać. Szukałam Go w tylu mężczyznach, a On tylko czekał, żebym Go zauważyła. Facet nawet nie do wzięcia, bo już jest mój, bardziej niż ktokolwiek. Czy to ktoś zrozumie? Wątpię. Ale dzięki Niemu jestem pełna. Nie muszę się nikim dosztukowywać, nie potrzebuję żadnych protez. Rozmemłanych mamisynków, macho i przesilonych intelektualistów. Czyżby to już była wolność wewnętrzna? Bo zewnętrze się nie zmienia. Mąż, dom, rodzina, praca, przyjaciele, wszechświat. Jestem mu wdzięczna. Wiem, że idzie gdzie ja idę. I kocham Go jak siebie. Wspaniałego mężczyznę we mnie, co mnie chwyta pod brodę, jak nastrój mi siada i optymizm ucieka. Jakby czas się zatrzymał na tym momencie, kiedy Go zobaczyłam (Jego, nie zdjęcie 🙂 ). Wreszcie, bo już myślałam, że jestem sama. Teraz dopiero do mnie dotarło, że On posłużył się innymi mężczyznami w świecie zewnętrznym, żeby do mnie dotrzeć. Żebym zobaczyła Go w sobie. Co teraz? Kompletność mnie jest tak cholernie wyczerpana, że nie ma w środku miejsca na kogokolwiek. Oprócz nas. Mnie, kobiety z emanacją wszystkich cech na zewnątrz i mnie – mężczyzny, wewnątrz. Przyszło mi do głowy, że gdybyśmy się zamienili miejscami, byłabym stuprocentowym facetem, takim co poniesie góry i uniesie sklepienie. Więc może powinnam myśleć, że ja – kobieta – też mogę wszystko? Skoro widzę w nim taki potencjał, to On widzi go we mnie, czyli ja widzę go w sobie. W końcu jestem jedna.
Co teraz? Integracja zachodzi jak proces. Włączam Go do działania, czasem pilnowania moich spraw i interesów. On łatwo mówi: „Nie” kiedy trzeba. Ma wiele cech, jakich w sobie nie podejrzewałam, a już z nich korzystam.
Co więcej, kiedy wyodrębniłam w sobie męską część, moja kobieca strona, stała się tak intensywna, żywa, jak jeszcze nigdy dotąd. Nauczyłam się płakać, niedostępna kiedyś umiejętność dla mnie, zawziętego faceta co sam poniesie każdą sprawę. Moja kobieta umie się wyrażać w oddaniu, w intuicji, w miłości. Odkryłam, że dlatego nie zgrzytam z zazdrości na widok piękna innych kobiet, pięknych oczu, nóg, głosu, bo mój wewnętrzny mężczyzna umie się tym zachwycać, przejmuje wrażenia widząc w nich piękno kosmosu. Kobieta we mnie jest najprawdziwsza, kochająca, płodna, twórcza, czuła dla ludzi. Nie oddaje za dużo siebie, tu mężczyzna ją trzymał, jak nad brzegiem głębokiej rozpadliny. Teraz już nie musi trzymać, wystarczy, że patrzy mi w oczy i wiem, gdzie idę za daleko z oddaniem innym. Czasem kiedy rozpamiętuję przeszłość i użalam się nad sobą, On widzi i pozwala mi czuć, bo dopiero kiedy Go odkryłam i pozwoliłam Mu działać, nauczyłam się wnikać emocjom głębiej w serce, żeby oczyszczały złogi, które zapuściły korzenie i obciążyły mi je niebezpiecznie. Trzyma mnie na linie podczas eksplorowania tego co najtrudniejsze.  Mogę się teraz otwierać na wszystkie kolejne doświadczenia, na szczęście, na wyzwania. On znosi moje rozczarowania i mówi: „Następnym razem będziesz wiedziała więcej.” Dlatego jestem Mu tak wdzięczna, że się odsłonił w tym momencie. To wielka wartość znaleźć w sobie taką pełnię, którą powoli przyswajam. Aż jestem ciekawa, co nas razem czeka? Jakie wrażenia? Jedno co wiem, to to, że moja intuicyjna droga do miłości o krok wyprzeda wiedzę, jaka się do mnie zewsząd garnie i chwilami myślę, że ta droga wygląda jak zaplanowana. Archetypowa droga do Jaźni. Miesiąc wcześniej przeżyta, miesiąc później usystematyzowana. Droga analizy, autoanalizy, bo z kontaktów z niekompetentnymi terapiami wyniosłam tylko chaos pomieszania. Jakbym musiała sama wejść w materiał i nie polegać na innych. Przynajmniej do tej pory. John Nash się kłania. Widać czekała na mnie droga niełatwa, ale dająca wiele satysfakcji z działania i wnioskowania, idealna dla matematyka. Trafiałam na tak różne, pełne pychy, niekompletne wglądy ludzi we mnie, że szkoda gadać. Pani o otwartych, magicznych kanałach. Gość – narcystyczna projekcja skrzywionej męskości, panienka – ofiara – projekcja dawnego zranienia, przemodlony guru, oziębła, ambitna hydra, itp. … historia godna opisania. Ale jeszcze nie teraz. Ważne, że do tej chwili przetrwałam w stanie dalekim jeszcze od szczęścia, ale cała, coraz bardziej zintegrowana i pewna, że moja intuicja i kreatywna, analityczna moc, naprawdę działa. A serce otwieram i zamykam, bez poczucia winy, bez zażenowania, z ciekawością co mnie jeszcze czeka w tej osobliwej podróży do wnętrza.

Do Duszy

Wiem, że mnie słyszysz
odzywasz się czasem we mnie
i czuję cię wtedy podwójnie.

Teraz jest taka chwila, że marzę
więc mogę wszystko,
obracam koło fortuny od niechcenia.

Zawsze byłam niechętna
zmianom co mnie trącały
wybijając z zamyślenia.

Wolałam trwać w pustce
zawieszona pod sufitem nieba
w słoneczne popołudnie.

I nie chcieć nic
i nic nie czuć
zawierać w sobie smaki,
kolory i spokój.

Trzymam się tej huśtawki,
a świat mija mnie z boku.

6 września 2018

„A ja żem jej powiedziała”

Czytam Nosowską. Jej książka to prawdziwa petarda dla mnie i powinna wejść w kanon lektur kobiet po czterdziestce, co mają głowy ponabijane jeszcze frazesami z czasów PRLu i panów co im towarzyszą w życiu. Oczywiście Kaśka to celebrytka, więc pewnie się sprzedaje i każdy zwykły człowiek podskórnie czuje, że taka osoba „niezwykła” ma o czymś pojęcie. W końcu kto ma mieć? 😉 Swoją drogą już nie jedna książka powstała jako dodatek do nazwiska. Kaśka mogłaby na tym bazować, ale nie ma w jej książce takiej niestrawialnej dla mnie blagi, prosto z kanap śniadaniowych i wystudiowanych wywiadów z „Życia  gwiazd na fali” i innych przeglądów smacznych plotek, podanych w aurze niezwykłości; tu ślub, tam rozpad konkubinatu, tu dziecko zaćpane na komisariacie, tam nie wytrzymał sławy i pijany postrzelił płot nielegalną bronią. Na koniec wydumany horoskop, krzyżówka i przepis na kaczkę po eskimosku.

Kaśka się nie szczypie, w szczególności ze sobą. Sprzedaje nam własną słabość, siłę, autentyczność, doświadczenia, jakie przekonują i frapują, ale w jednym jej nie daruję. Że mnie, cholera, ubiegła! Napisała to, co ja czuję już od jakiegoś czasu i tą cudowną poetycką autoironią, przed jaką chylę czoło. Nie ma sensu jej powielać. Ale, ale … może czas się zmierzyć z tym, że skoro moja świadomość i pisanie nie odbiega, to chyba można rzec, dobrnęłam do takiego miejsca, w którym trzeba zrobić remanent. Podczytuję czasem jakieś panie typu coach-psycholog, co kiepską polszczyzną, ale z zapałem, edukują i obserwuję, że jak komu parę lajków, a może i klientek wpadnie do koszyka, to ego się nadyma i to, co tam czytam, cóż … lepiej nie czytać. To zespół tego, technika taka, jak nie, to pewnie uwikłanie i zależności rodzinne, wystarczy się wygniewać, potem miłość zaleczy wszelką ranę, no i śmiech, bo naprawdę ludzie umierają  z głodu w Afryce, a ty stękasz. Wystarczy poskakać z kolegami od pocieszenia, walnąć w jakąś dechę do rozwalenia, nie tłumić emocji, wylać w autobusie swoje żale na bogu ducha winnego ostatniego pasażera i zakopać topór wojenny z mężem, co bzykał obcą żonę, w końcu wyrósł w oparach traumy, znaczy – usprawiedliwione. W końcu, kochani klienci, jesteśmy cywilizowani i wszystko zostało już opisane, wytrenowane, jak zmieniać nieszczęście w dobrobyt, więc się nie opieraj tylko próbuj, nawet do zajeżdżenia, po co masz życie? Spotkajmy się za tydzień o tej samej porze, a ja utrwalę ci obraz ciebie, jakiego nie ma, ale go stworzę, żebyś miał do czego dążyć, bo ty sam nie wiesz, za to ja oświecona/y jestem tajemnym wglądem, co dla ciebie dobre.

Doznaję nieodpartego wrażenia, że ludzie czasem mają tak przeładowany dysk wiedzą i brakiem doświadczenia, że szkoda klientów i czasu. Dopiero, jak trenera/mentora przyciśnie osobiście psychologiczna rzeczywistość to stękają, jak student geologi pod Himalajami. Ale radzić, wykrywać potencjał, kształtować postawy, z buzią uprzejmie wygiętą odpowiednim typem uśmiechu w sprzedażowej pozie, o tak i wystukują palcami teksty o wszystkim, co w międzyczasie podejrzały/eli, teoretyzując jak przyzwoity ksiądz o seksie ( to przyzwoity było konieczne). Mój znajomy był u takiej psycho się poradzić. Skakała z tematu na temat, po czym odesłała  go za tydzień z totalnym makaronem w głowie, bo podobno jeszcze nie zaczęła. Mogła jak dr Strawiński w „Mistrzu i Małgorzacie” orzec schizofrenię i po temacie. Wszak w kalesony mógł być ubrany ( komentarz dla oczytanych).

To już ja Kaśkę wolę, choć nie lubię jej głosu i sposobu w jaki śpiewa. Piosenek też nie czuję. Za to pisze o sobie i uczy świetnie. Jakby mi wyjęła z ust tę książkę. Podczas czytania jej tak się czuję, jakby los mi windował poprzeczkę do nieba. W zrozumieniu siebie. Jest parę rzeczy, jakich w tej książce nie ma. Więc może jest jeszcze nadzieja na moje „pisanie w rozumie”. W końcu przecież dopiero się rozgrzewam skubiąc moją klawiaturę słowami. Oj, spadnie niejedna korona, włącznie z moją, jak w końcu wyrzucę z siebie parę ciekawych wspomnień. Niech się gawiedź nie boi. Bez nazwisk, wystarczy tylko kontekst w imię globalnego oświecenia. I wtedy pisemka kolorowe zbledną, przed zwykłą prawdą. Niewymuszoną i dogłębną, co jest ciekawsza niż podrasowane fakty, bo stwarza, jak książka Nosowskiej, możliwość prawdziwej konfrontacji.

O miłości do muzyki poważnej

Jakiś czas temu byłam na rozpoczęciu Festiwalu Chopinowskiego w Teatrze Wielkim w Warszawie. Oprócz utworów Chopina – wybitnego mistrza wielbionego przez ludzi na całym globie, miałam przyjemność słuchać wykonań Debussy’ego i Bizeta zaprezentowanych przez czołowych, choć szerokiemu gronu mało znanych artystów. Wisienką na torcie, podaną na początku koncertu, było pierwsze wykonanie Poloneza napisanego przez Krzysztofa Pendereckiego specjalnie na ten Festiwal. Szacowny kompozytor siedział na sali z żoną i muszę przyznać, że czułam się prawdziwie poruszona słuchając muzyki żywego i obecnego wśród nas człowieka. I naszła mnie refleksja, że inaczej patrzylibyśmy na muzykę poważną, gdybyśmy mieli okazję poobcować z nią w czasach życia jej twórców, kiedy była świeża, przełomowa i piękna, a nawet wywrotowa. Piękno pozostało moim zdaniem tak, jak kunszt, ale w czasach globalnego uproszczenia wiele smaków muzyki zostaje zepchnięte do koszyka z napisem „niepotrzebne”. Tam gdzie syntezator zastępuje śpiew, czego się spodziewać po instrumentach? Muzyka poważna nie ma zbyt wielu wielbicieli. Myślę, że przez patos, jaki się wokół niej wytwarza, przeraźliwego, niestrawnego intelektualizmu muzycznego. Ale zapominając o tym, warto się pokusić i zbadać, czy przypadkiem nie ulegliśmy jakiejś zbiorowej sugestii, że to muzyka dla nudziarzy. Wystarczy przecież obejrzeć kultowych filmów w światowej kinematografii i już się wchłania muzyka poważna, bo jest tam na porządku dziennym, bo świetnie koresponduje z obrazem. A pasuje, bo to muzyka wielowymiarowa, tworzona w emocjach, z wielką dbałością o uniwersalność. Dlatego kiedy jej słuchamy, do pewnego stopnia rozpoznajemy związane z nią uczucia autora, z jakimi ją tworzył, jak chopinowską gorycz po upadku powstania listopadowego i tęsknotą, uniwersalna tęsknota, nie tyle za ojczyzną co za tą swojskością i dzieciństwem na wsi polskiej. Każdy czasem za czymś tęskni. Muzyka ta ma taką własność, że jej przeżywanie pozwala na głęboką penetracją naszego wnętrza, przyzwyczajonego do zagłuszającego wszystko dźwięku i rytmu muzyki z popularnego radia. W muzyce poważnej gra dusza człowieka i piszącego ją, i odtwarzającego, a nasza percepcja po raz kolejny przetwarza dźwięk na własny sposób. Taka kaskada i dostrajanie. Patrząc na orkiestrę nie mogłam wyjść z podziwu nad jej harmonijnym zgraniem. To inspirujące widzieć, że ludzie potrafią w wyrażaniu piękna tak się zjednać. Nie trzeba mieć słuchu, grać, śpiewać, żeby czuć co w tej muzyce się dzieje. Ja przy muzyce klasycznej zawsze czuję najpierw nawiązanie do jakiejś historii. I sobie tę historię opowiadam obrazem w moich myślach, jakbym oglądała film. Czasem wystarczy gra kolorów, światła, to sprawa indywidualna. Można nieźle poćwiczyć wyobraźnię przy muzyce poważnej. Dlatego ja sobie tej muzyki właściwie nie oglądam nawet kiedy tak, jak tym razem, wykonywana była na żywo, tylko słucham nie rozpraszając się innymi zmysłami. No chyba, że kieliszkiem wina. Zamykam oczy i wtedy pojawiają się obrazy, przelatują myśli, a muzyka czyści rejestry do jakich nie doszlibyśmy inaczej niż głęboką autoanalizą. Na koncercie na początku, wyobraziłam sobie historię z westernu, bo muzyka do tego prowadziła, potem zupełnie przestałam sobie wyobrażać cokolwiek i tylko odczuwałam, na koniec miałam uczucie, jakbym odłączyła się od ciała. Po prostu przestałam myśleć. Taka ubogacona medytacja.  Łatwiejsza dla tych, co mają problemy z koncentracją i wyciszeniem umysłu. Niekiedy zdarza się taka okazja, żeby poprzebywać ze sobą bez analizowania, odbierając tylko najbliższą, skończenie małą rzeczywistość. Chwilę. W matematyce mówi się o nieskończenie małym przedziale, na jakim bada się zmienne. To bardzo ważna konstrukcja i ma głębokie zastosowania do zrozumienia matematyki w ogóle, a jak widać również świata. Taka chwila za chwilą obserwowana, daje monotoniczne poczucie czasu i pozwala nam skupić się na obecnym momencie. Co więcej, muzyka daje nam i przeszłość w dźwiękach rozpoczętych wcześniej, i przyszłość w tych co brzmią teraz i jeszcze z nami zostają, dlatego umysł akceptuje łatwiej bycie w jednej chwili, nie analizuje ani tego co było, ani tego co przyjdzie, bo skupia w sobie  obecność muzyki jako czegoś ciągłego i całościowego, co łatwiej nam przyjąć. Takie poczucie chwili na zakładkę. Dźwięki zharmonizowane z intencją autora w wielowymiarowy obraz wielu dźwięków pozwalają nam poczuć również więcej niż 3D zmysłem innym niż wzrok. Ciekawy obraz się wyłania, kiedy pomyślimy, że muzyka napisana jest odwzorowaniem uczuć autora. Im większy, wierniejszy obraz, tym bardziej do nas przemawia. Niekiedy słucham muzyki jakbym czytała ze wspólnego nam wszystkim wzorca. Wszak wszyscy rozpoznają emocje podobnie, a pod nimi różnorodne myśli. Można się spytać siebie czy Debussy , swoją rapsodię napisał zakochany czy nostalgicznie wspominał jakieś swoje rany? To co nam wnętrze odpowie jest ciekawym kolażem autoalegorii muzycznych w nas samych. Jak archetypowe postacie w micie,  w jakie się przeobrażamy w konkretnych sytuacjach. Ktoś zaatakowany błaznuje, albo staje się wojownikiem. Ktoś słysząc Wagnera czuje w sobie bohatera, magika albo władcę. Warto się temu przyjrzeć. Ja podziwiam cudowną ludzką kreatywność co stworzyła i muzykę i instrument do dzielenia się nią. Nawet jeśli ktoś chodzi na koncerty tylko dla wizerunku, albo dlatego, że wypada, zaszczepia w sobie wrażliwość, bo w murze swojej racjonalności coś tam jednak przecieka cienką strużką. Warto się czasem dla wewnętrznej czystości podelektować taką muzyką poważną, co nie zniknie po sezonie, czy dwóch z dzwonków naszych komórek i reklam lodów w telewizji. Ale trzeba się na nią otworzyć, jak na swoje wnętrze i przygotować, że zdejmie z nas nie jedną maskę, jaką wytworzyliśmy. Potem jednak, kiedy przepłynie jej oczyszczająca fala, staniemy się wrażliwsi w aspektach, o jakich nawet nie pomyślelibyśmy, zanim do nas dotarła. W każdym razie, ja się potrafię podłączyć do jej źródła i zasilić dobrą energią, jaką we mnie wzmaga. Mam swoje sentymentalne, radosne i dzikie utwory, do których sięgam, jak mam zły dzień, albo czuję focha w pobliżu. Przy pewnych nogi mi same tańczą, a przy innych leję łzy, bo każda emocja podkreśla wagę chwili, a ja chcę wyraźnie smakować życie. Bo życie jest niebanalne, kiedy je zasila taka wielobarwna, wielowymiarowa muzyka. Im jestem starsza tym głębiej schodzę w pewnym sensie z gustami muzycznymi. Tym więcej w niej odnajduję. Na pewnej konferencji po koncercie organowym, spontanicznie wybitny wirtuoz zagrał na XVII-wiecznych organach fragment muzyki z filmu „Misja”. Płakałam, takie to było piękne. Kolega siedzący obok mnie się wzruszył, a parę lat później na kolejnej konferencji usiadł obok mnie na koncercie z chusteczkami, jak prawdziwy dżentelmen. Wspólne przeżywanie nas wyzwala do jedności, do pokonywania barier inności, indywidualności. Muzyka filmowa jest dla mnie przedłużeniem muzyki klasycznej, dlatego kiedy jadę samochodem słucham radio RMF Classic. Tam wszystko znajdę w jednym miejscu. I Gladiatora z Lisą Gerrard  i Bolero Ravela. Nie każdy utwór mnie otwiera na przeżywanie, ale szanuję wielość stylów i odwagę w kontynuowaniu trudnego dzieła. Wlewania muzyki do naszych serc. A prawdę mówiąc, kiedy się nad tym zastanawiam, to onieśmiela mnie geniusz kompozytorów  szczególnie w dobie hamburgera i popkornu, kiedy popkultura wyparła muzykę poważną w jej wielobarwnych brzmieniach, za mur patosu, którego tak naprawdę nie ma. Dla tych co im muzyka klasyczna pachnie myszką pozostaje współczesna muzyka filmowa, skanalizowana wrażliwość muzyczna, gdzie nazwiska takie jak Hans Zimmer, Ennio Morricone i Krzysztof Komeda czy Penderecki są odpowiednikami Bacha, Schumanna, czy Vivaldiego kiedyś. I kiedy następnym razem zobaczysz w telewizji reklamę super auta, czekolady, luksusowych mebli, pewnie w tle usłyszysz starą sprawdzoną muzykę poważną w robocie przy marketingu sprzedażowym. Więc zamiast się dawać naciągać na przedmioty, których w większości wcale ci nie potrzeba, za pomocą skojarzeń z elegancją i wysublimowaniem, jakie ta muzyka podaje, pomyśl, czy ona sama nie jest warta usłyszenia. Nie jako tło, ale plan pierwszy. To co, na razie dość przekonywania. I tak nas wszystkich w gustach pogodzi  … mała czarna.

Po EdduCampie

Konsekwentnie, po humorystycznym opisie moich kontaktów z coachami, wywiązuję się z obietnicy.. Byłam na EdduCampie, konferencji z tzw. rozwoju osobistego w Warszawie. Trzy dni obserwacji i fantastyczne spotkania z ciekawymi ludźmi. Trochę się musiał we mnie ułożyć obraz rzeczywistości, jaki tam zobaczyłam, żeby przejść do wniosków i opisywania. Nie sposób w krótkim streszczeniu przekazać czym jest filozofia życia Mateusza Grzesiaka, którego firma jest głową tej konferencji. Trzeba zobaczyć i poczytać. Po tych kilku wykładach zauważyłam, że większość wyrażonych tam myśli dawno już się przetoczyła przeze mnie, nawet na tym blogu, i poszła dalej, ale dla ludzi, którzy dopiero zaczynają zaglądać w siebie i analizować to, co dla nich ważne w życiu, pewnie była to sprawa odkrywcza. I choć zgadzam się z większością zawartych w jego wystąpieniach tez, nie będę piewca jego świata. Cóż, każda idea potrzebuje krytyka, żeby wzrastać.
Po fantastycznym show, będącym prawdziwie kunsztowną wizualizacją talentów scenicznych Mateusza, zgadzam się z koleżanką, że ta konferencja jest rodzajem koncertu do sprzedawania droższych produktów firmy jak warsztaty, studia i pewność, że to się opłaca. Naszła mnie na koniec taka refleksja ogólna. Sądzę, że Mateusz ma dobre intencje, choć ego nadal wielkie jak Himalaje, ale się stara i to jest najważniejsze. Martwi mnie tylko, że ludzie tak łatwo dają się złapać na elementy czyichś wizji świata dla własnych realizacji w życiu. Na to, że ktoś im wytłumaczy jak mają iść, po co i którędy. Dobrze by było, po takim super opakowanym cukiereczku popić trochę wody i podumać, co dla mnie jest dobre w tym społecznym pędzie, bo Mateusz, z całkowitą znajomością rzeczy, ten pęd wyzwala. On nim steruje i czerpie z niego korzyści, kształtuje rynek swojego klienta i modeluje nowy typ człowieka. Człowieka świadomego swojego potencjału, ale potrzebującego nauczyciela, czyli jego. To dobra idea i nie ma w tym nic złego, że na tym zarabia, skoro ludzie płacą. Wiem, że ktoś taki jak on, wyrosły w PRLu ma świadomość i siłę do pokonywania barier. Czuję w tym jednak haczyk, choć on haczyki obśmiewa. Moja indywidualność, moja potrzeba nie stoi na drodze jego realizacji świata. Jestem kimś innym, jakby równoległym do jego systemu. Może za dużo we mnie świadomości spoza jego branży, ekonomii świata materialnego i realizacji za pomocą przedmiotów. Poza tym, wciąż widzę ten obraz wewnętrznego poganiacza do doskonałości, jaki w sobie ma. Oczywiście od pewnego etapu sam stał się tym poganiaczem i to go wyzwoliło. Widać jego karma to biznes i wyrwanie się z więzów naszych schematów kulturowo-politycznych. Ja się nie czuję i nigdy nie czułam ani Polką, ani Europejką, ani obywatelem świata, a człowiekiem po prostu, a ponad wszystko istotą duchową w materialnej formie. Mam ograniczenia i je widzę, ale nie jest moim celem robienie na ich łamaniu firmy. I tak sobie pomyślałam, że może nie jestem w grupie odbiorców jego produktów, bo ich nie przyswajam. To możliwe. Dostrzegłam np. że moje względne lenistwo nie jest wynikiem więzów, ale zdolności do dążenia po drodze najmniejszego oporu. Ja się przestawiam z szybkością błyskawicy ze słodkiego romantyzmu do działania, intuicyjnie wiedząc co dla mnie i otoczenia jest dobre. Mateusz sprzedaje wypróbowane rozwiązania, ale mam wrażenie, że one nie są tak uniwersalne, jak sądzi. Skupia się na traumach, kulturowości i pewnie statystycznie ma rację. Ale statystyka to tylko narzędzie, do pokazywania potencjalnych prawd dla tych, co chcą mieć rację, a co do racji… Nie jest ona taka oczywista, jeśli nie równa się prawdzie. Statystycznie człowiek i koń mają po trzy nogi, mój prześmiewczy chochlik powie. Myślę, że lepszą i bardziej rewolucyjną zmianą społeczeństwa jest nie efektywność i praca, ale zmiana wewnętrzna sięgająca głębiej niż materialna realizacja. Oczywiście rozumiem, że praca i materialność w pierwszym polu zmiany dla naszego społeczeństwa się sprawdza, bo to idea, która najbardziej ludzi teraz dotyka i mami jednocześnie, taki chwyt marketingowy wjechania na ambicje. Koncentracja na potrzebach wygenerowanych w pierwszej fali, a potem zmiana tych aspektów siebie, żeby zmiana nie była iluzoryczna, to jest proces długofalowy. Niby o tym wspomina, ale tak naprawdę zmierza do swoich celów. Wygenerowania popytu na sprzedaż swoich rozwiązań. To wypróbowana taktyka. Powiedz ludziom, że masz rozwiązanie na problem braku sensu w życiu, a ci zapłacą za schody do nieba z pozłacaną poręczą dla vipów. Świetnie pomyślana strategia. Mój „buntownik bez wyboru” jednak się nie nabiera. Co będzie wtedy, gdy już załapiemy, co jest najważniejsze? Nie przyjdziemy po następne produkty do kupienia. Klient jest tylko wtedy dobry, kiedy wraca, więc wiedza sprzedawana jest w porcjach i w sposób zaplanowany. Aby klient wrócił z potrzebami, jakie zostaną mu przedstawione, tudzież … stworzone. Ja szukam w wielu miejscach, kompiluję, odrzucam, sortuję i patrzę, gdzie mnie ponosi taka nutka szczęścia, moje własne spojrzenie na sytuację i brzytwa samoświadomości. Tego wszystkim nam trzeba. Widziałam jednak, jak po campie ludzie sugerowali się tym, co Mateusz mówi bezwzględnie i przypasowywali swój schemat działania, poczucie szczęścia, relacje, cele do jego spojrzenia, odwzorowując dokładnie to co robi, jak idealny wzorzec. To mnie przeraża, jak łatwo ludzie ulegają autorytetom i nie myślą samodzielnie, jak ich można nadrukować schematami z czyjegoś indywidualizmu w zbiorową koncepcję. Nie jestem za owczym pędem i sama idę z pełną pokorą mojej wyobraźni, ale i krytycyzmem obserwując czyjeś poczynania. I wyłania mi się z tej obserwacji taki wniosek, że najpierw trzeba się zapoznać z tym, co w nas samych jest istotne, aby się potem zapładniać czyimiś ideami; przesiać je próbując, a na koniec stworzyć własne, całkowicie realizujące to, co w nas ważne na nasz indywidualny i autonomiczny sposób. Inaczej będziemy nieświadomymi niewolnikami czyich wyobrażeń i wzorców kształtujących naszą rzeczywistość. Już nie mamy i taty, albo opiniotwórczego sąsiada, ale przekonywującego Mateusza albo innego sprzedawcy. A do tego potrzebny jest dystans i samokrytycyzm czyli znajomość, i to gruntowna, siebie. Jeśli nie, będziesz tylko kolejnym klientem w sklepie z wyrafinowanymi produktami, jak przepis na relację, biznes i duchowość, podane w taki sposób, aby utrwaliły w tobie nieświadome poczucie przynależności do pewnej grupy, mylnie identyfikowanej jako wolność.

O miłości do Białołęki

 

Mieszkam na Białołęce, gdzie jak mówi miejska legenda, wrony zawracają w kierunku Śródmieścia. Mnie i moich sąsiadów nazywają Słoikami, szczególnie ci Warszawiacy, których rodzice lub dziadkowie w gumiaczkach przyjechali po wojnie budować „Stolycę”. Ja się tym mianem trochę szczycę, bo w ludziach z Białołęki widzę pionierów naszych czasów. Przyjechali tu rzucając wszystko za lepszym życiem. Zajęli nieużytki najbliżej raju jak się dało i całą energię włożyli w to, żeby tu zostać nawet kiedy infrastruktura rzuca im pod nogi kłody w postaci braku komunikacji, szkół, ośrodków zdrowia. To się przez ostatnie lata bardzo zmieniło. W końcu na szkole szkoła, na centrum handlowym Biedronka, Carrefour, Lidl i inne takie czujne korporacje co prześcigają się o klienta. Zatrzęsienie nowych knajpek i regionalna żywność w sklepach, bo Warszawiak nie rozróżni, ale ktoś co żył całe życie na Roztoczu Lubelskim nie zadowoli się szynką co smakuje uniwersalnie, jak sto innych gatunków wędlin.
Kiedy zamieszkałam tu kilkanaście lat temu, na przystanek autobusowy chodziłam przez żywe pole ścieżką „wedle kościoła”. Teraz mam kilka ekspresowych autobusów spod domu co parę minut. Metra nam nie dociągną, bo silne ramię Bródna je zagarnęło dla siebie. My sobie i bez tego poradzimy. Tysiące młodych ludzi z dziećmi przeciw starzejącej się populacji Warszawy, nie ma powodu nas antagonizować. Ludzie, którzy jak zdobywcy poprzyjeżdżali tu do ciężkiej, ale upragnionej pracy bez wygód, dadzą radę i temu.
Od czasu, gdy we trawach chodziłam do autobusu, co mi przypomina filmy Bareji o Ursynowie, wszelkie pola pochłonął developer. Takie ekonomiczne monstrum, co nabudowało osiedli grodzonych niemal w ciągu jednej nocy. Taki dżin cudu ekonomicznego nad Wisłą. Nie było nic, a nagle wszędzie domy, za płotem. Dlaczego się grodzimy? Dyskusje na ten temat są niepotrzebne. Grodzimy się, bo musimy wyrosnąć z mentalności socjalistycznej, że jak wszystko jest wszystkich i dostępne to ktoś to zaraz zniszczy bądź ukradnie, i tyle. Jak ludzie dorosną do otwarcia innym swojej własności na zasadzie: „Widziała pani, droga sąsiadko, jak za tymi tujami zasadziłam róże? Nie? To proszę do mnie”, to się wszystko zmieni. I płoty pozostaną tylko po to, by na nich bluszcz, albo wiciokrzew się rozpierał zacieniając co delikatniejsze rośliny opodal, albo ławkę do siedzenia w czasie upałów. Ja tak właśnie to widzę.
To czego nam może zazdrościć mieszkaniec bliskiego centrum, to ciszy i zieleni. Osiedla toną w niej, nawet te najgęściej upakowane blokami, bo każdy skrawek mieszkańcy zasiedlają roślinami. Na moim rosną wszędzie bzy, pną się żywopłoty, róże w przydomowych ogródkach, peonie, tulipany, akacje. Kiedy dziś lunęło poczułam się jak w raju, jakby te wszystkie rośliny wydały oddech ulgi swoimi zapachami po długich dniach upałów. Nikt tego nie niszczy, bo ludzie tutaj mają ogromny szacunek do natury. W końcu bardziej pamiętają, że z niej wyszli. Kochają miasto i jego energię, nowoczesność, technologię i pęd, ale odpoczywać wolą w swojej enklawie. Kwiaty na balkonach, surfinie, pelargonie, nagietki i niezapominajki. Gdyby ktoś w przeszłości miał dość wyobraźni, by zaplanować lepiej tę mieszkalną przestrzeń zwaną Białołęką, powstałoby coś na kształt ogrodu w mieście. Ale i tak to, co tu ludzie zasadzają, rośnie nieoczekiwanie i pięknie, i trochę dziko rozproszone, jak w przyrodzie. Na skateparku huczy od młodzieży i dzieci, ale jako młoda społeczność wszystko to traktujemy z rozsądkiem. Raz do roku albo częściej spotykamy się z sąsiadami z całego bloku na grillu, taka miejscowa tradycja, znów się kłania Bareja „nie imię dziewczynki”.
Pojechałam ostatnio za las graniczący z Markami i zobaczyłam, że tam też się rozwija dzielnica mieszkalna. W większej dziczy i związanej z tym urodzie rosną domy, osiedla, bloczki. „To się nie kończy” – pomyślałam. Miasto się rozlewa na boki, granice są tylko umowne. Tak jak granice mentalne między Warszawiakami z różnych dzielnic. Większość swojego życia mieszkam w Warszawie i bywają miejsca, że się nią zachwycam. Nawet tam, gdzie na Pradze straszą pustostany. Mój syn ostatnio znalazł apkę, z którą z kolegami zwiedzali niezamieszkane budynki w mieście. Wrócił zafascynowany. Warszawa jest jak dżungla z tajemnymi miejscami, gdzie dzikie plemiona na Ząbkowskiej w bramie potrafią uwolnić od telefonu i kasy, albo w Mcdonaldzie na Młodzieńczej pokazać prawdziwą strzelaninę jak w westernie. Jedno jest pewne, tyle się tu dzieje, że warto mieć czas i eksplorować, niekoniecznie w poszukiwaniu guza, tańczyć swing na Ochocie, słuchać koncertów w Łazienkach, nocą przechadzać się po Powązkach. A jak już się chce spać, wrócić do domu z radością w sercu, gdziekolwiek on jest. Moja Białołęka nad ranem zdradza czemu ją tak nazwano. Wilgotny grunt terenów dawnego koryta Wisły i rozlewiska powoduje, że rankiem często stoją u nas mgły. Mleczny welon nad łąkami, białe łąki. Bajeczne miejsce dla takich, co umieją żyć wszędzie.

26.05.2018

Z przymrużeniem oka

Miałam kilka epizodów z tzw. coachami, jeden osobiście chciał na mnie wpływać ( BŁYSK, BŁYSK, hmm… Masz taki potencjał, ale go nie używasz… hmm). Inni rzeźbiciele ludzkich losów i przebojowości wtargnęli do mojego świata przez przypadek. Był taki, co obwieszczał, że ludzie generalnie się lenią, zamiast zarobić na dom za 8 milionów dolarów na wzgórzu z palmami. Jednym ze sposobów dokonania tegoż było zaniechanie onanizowania się rano, tu szczególnie do panów, co szukają kobiety swojego życia. „Jak taka energia ujdzie z ciebie” – pan mawiał – „to jak ją znajdziesz (znaczy kobietę), co jej masz do dania? Puste naczynie.” Ten sam człowiek bez wahania na nagraniu video mówił o stronieniu od toksycznych ludzi i jednym tchem wyrzekał na sąsiada, co zasadził na swojej działce drzewa przysłaniające mu widok.
Jeszcze inny postanowił podzielić się wszystkim co wiedział, i co drugie zdanie powtarzał, że jakby wiedział kilka lat temu to, co wie teraz, to byłby wiecie gdzie? On sam nie wiedział, ale bardzo się starał sprzedać swoją wiedzę wycenioną na tysiaka w promocji stulecia za 5 dych, ale tylko przez 10 minut od tego ogłoszenia. Pewien, który miał nawet wiele mądrych rzeczy do powiedzenia, kierujący się służbą dla ludzi, ale i siebie, wyceniał takie polepszenie na całkiem poważną sumę. Uczył wszystkiego, od tego jak mieć lepszy seks, do tego jak się nie bać publicznych wystąpień i efektywnie odpisywać na maile. Ostatni chciał mi powiedzieć, że miłość jest wszędzie (ja wiem, że jest wszędzie), a on mówi sobie z Jezusem na ty i żartują sobie, jak kumple, bo to jest równy gość. Ja nie wątpię, żeby być Jezusem, trzeba być cool, inaczej się nie da. Tylko jakoś mi się tak wydaje, między tymi wszystkimi doświadczeniami z rozwoju osobistego i pogranicza religii i magii, że ja od tego nurtu jednak odstaję. Jakiś demon we mnie siedzi i podśmiewa te serio zamknięte ceremonie pobudzania się do istnienia, do robienia tego, co właściwie zrobić trzeba. Mój kolega oszołomiony patosem do zmiany sposobu myślenia, w celu zrobienia ze swego życia raju na ziemi, postanowił przełamać przyzwyczajenia i biegać, bo tego najbardziej nie lubił. Po zmaganiach kilkutygodniowych przestał, i z przyjemnością wrócił do chodzenia. Z psem. Pies to docenia. Pewnie by się znalazł coach co by go zdeptał, że nie wytrwał w boju o lepsze życie. Ale kto chce wstawać o świcie i lecieć w las, ten niech biega, bo jednego kręci a innego wzdraga sama myśl o dresach. Jak mnie jazda rowerem, albo narty. A łyżwy akurat lubię i powyginam się w jodze, ale bez zacięcia, na luzie. Tango mi się powoli wykluwa, a postawa mojego kręgosłupa w tangu jest bardzo zdrowa.
Dlatego z rezerwą przyjęłam zaproszenie na kolejne takie wydarzenie, obudzenia do życia. Przyjdę, zobaczę i napiszę. Mój chochlik w głowie już się cieszy na nowy temat do wyśmiania. Zauważyłam, że człowiek, który nie umie się śmiać z siebie jest dla mnie, na dłuższą metę, nie do wytrzymania. A ja po ciotkach odziedziczyłam cięty dowcip z różnych życiowych spraw. W szczególności z nadęcia ego, również duchowego, jak bańka mydlana. Z wierzchu kolorowe bajeczne prążki, a wewnątrz pustka hula. Takich ludzi też widuję, choć na szczęście rzadko, bo chyba umarłabym z ich obśmiewania w wyniku nieodwracalnego skurczu mięśni brzucha. Ale pośmiać się lubię. Z siebie też, i ze swoich wierszy, wpisów, z wyborów, z zaniechań, z leniuchowania, w którym jestem mistrzem („Medal dla tej pani – tylko nie za ciężki”), z nieumiejętności stawiania przecinków i interpunkcji w ogóle. I jakoś autowyśmiana, żyję. Nie powalają mnie zaczepki kolegi: „Jak tam twoja droga do miłości?”, BŁYSK, BŁYSK, ani: „Coś się ostatnio udzielasz?”, SZUR, SZUR, brewki do góry. Uśmiałam się jak wieprz, kiedy ktoś mi powiedział, że moje wpisy to „masturbacja publiczna”. W końcu zawsze byłam zwolenniczką rewolucji seksualnej. Można powiedzieć, że realizuję jej założenia poprzez zdejmowanie masek z siebie i z otoczenia, jakie obserwuję. I to mnie bawi, zadziwia, ale też smuci zarazem. Taki człowieczy tygiel. Ale skoro ja to widzę i piszę o tym, to może komuś przyjdzie do głowy zdjąć swoją wypolerowaną złotą maskę, choćby w domu, przy zasłoniętych zasłonach w samotności, na chwilę, żeby ze sobą samym pobyć. Pozwolić szczerym myślom przepłynąć i wydostać się ze studni zakłamania, i znaleźć do siebie dystans, niekoniecznie od razu do obśmiania siebie albo innych. Do zobaczenia, zrozumienia, odszyfrowania czego chcemy, co ukrywamy przed sobą. Do poznania cienia w naszym wnętrzu. I zaakceptowania wszystkiego tego wewnątrz. A kiedy akceptacja wszelkich naszych stron wielowymiarowej osobowości okrzepnie, jak lukier na wiedeńskim pączku (mniam – przypis autorowego ego spożywczego), można z przyjemnością wyśmiać się po cichu, żeby nie wpadać w sidła czyichś karykatur szczęścia, w jakie bez rozpoznania siebie i swoich mechanizmów, łatwo się złapać. Dlatego trochę czasem szydzę i przyzwyczajam moje wnętrze do przekłuwania pustych przestrzeni nadęcia. Taka akupunktura prewencyjna. Polecam w zestawie z leżakiem, słońcem, kawą – w promocji tysiąclecia – za darmo.

8.08.2018

Kolor wolności

Zawsze życie chciałam przeżyć szybko
i odejść
Zazdrościłam staruszkom
o siwych myślach
Dziś nie mam nic w sercu
do zostawienia
do zabrania
nie obawiam się ani piekła
ani nieba
a moja własna muzyka
rozbrzmiewa.

Słucham,
a ona pogania
żyj, żyj, żyj …

I żyję na granicy
gdzie nie dociera
ani radość w postaci
łez
ani smutek w postaci
cierpienia.

Co to za miejsce
tak odległe od wyobrażeń
jak monotonny ruch kłosów zboża
jak opadanie mgieł
nad krajobrazem?

A muzyka zanika
za horyzontem
bez łkania
bez uderzeń.
Sunący powoli
głęboki ton,
głos,
który kocham
choć niepodobny
do niczego
co znam.

Szarosrebrny
migotliwy
kolor
wolności.

17.05.2018