„A ja żem jej powiedziała”

Czytam Nosowską. Jej książka to prawdziwa petarda dla mnie i powinna wejść w kanon lektur kobiet po czterdziestce, co mają głowy ponabijane jeszcze frazesami z czasów PRLu i panów co im towarzyszą w życiu. Oczywiście Kaśka to celebrytka, więc pewnie się sprzedaje i każdy zwykły człowiek podskórnie czuje, że taka osoba „niezwykła” ma o czymś pojęcie. W końcu kto ma mieć? 😉 Swoją drogą już nie jedna książka powstała jako dodatek do nazwiska. Kaśka mogłaby na tym bazować, ale nie ma w jej książce takiej niestrawialnej dla mnie blagi, prosto z kanap śniadaniowych i wystudiowanych wywiadów z „Życia  gwiazd na fali” i innych przeglądów smacznych plotek, podanych w aurze niezwykłości; tu ślub, tam rozpad konkubinatu, tu dziecko zaćpane na komisariacie, tam nie wytrzymał sławy i pijany postrzelił płot nielegalną bronią. Na koniec wydumany horoskop, krzyżówka i przepis na kaczkę po eskimosku.

Kaśka się nie szczypie, w szczególności ze sobą. Sprzedaje nam własną słabość, siłę, autentyczność, doświadczenia, jakie przekonują i frapują, ale w jednym jej nie daruję. Że mnie, cholera, ubiegła! Napisała to, co ja czuję już od jakiegoś czasu i tą cudowną poetycką autoironią, przed jaką chylę czoło. Nie ma sensu jej powielać. Ale, ale … może czas się zmierzyć z tym, że skoro moja świadomość i pisanie nie odbiega, to chyba można rzec, dobrnęłam do takiego miejsca, w którym trzeba zrobić remanent. Podczytuję czasem jakieś panie typu coach-psycholog, co kiepską polszczyzną, ale z zapałem, edukują i obserwuję, że jak komu parę lajków, a może i klientek wpadnie do koszyka, to ego się nadyma i to, co tam czytam, cóż … lepiej nie czytać. To zespół tego, technika taka, jak nie, to pewnie uwikłanie i zależności rodzinne, wystarczy się wygniewać, potem miłość zaleczy wszelką ranę, no i śmiech, bo naprawdę ludzie umierają  z głodu w Afryce, a ty stękasz. Wystarczy poskakać z kolegami od pocieszenia, walnąć w jakąś dechę do rozwalenia, nie tłumić emocji, wylać w autobusie swoje żale na bogu ducha winnego ostatniego pasażera i zakopać topór wojenny z mężem, co bzykał obcą żonę, w końcu wyrósł w oparach traumy, znaczy – usprawiedliwione. W końcu, kochani klienci, jesteśmy cywilizowani i wszystko zostało już opisane, wytrenowane, jak zmieniać nieszczęście w dobrobyt, więc się nie opieraj tylko próbuj, nawet do zajeżdżenia, po co masz życie? Spotkajmy się za tydzień o tej samej porze, a ja utrwalę ci obraz ciebie, jakiego nie ma, ale go stworzę, żebyś miał do czego dążyć, bo ty sam nie wiesz, za to ja oświecona/y jestem tajemnym wglądem, co dla ciebie dobre.

Doznaję nieodpartego wrażenia, że ludzie czasem mają tak przeładowany dysk wiedzą i brakiem doświadczenia, że szkoda klientów i czasu. Dopiero, jak trenera/mentora przyciśnie osobiście psychologiczna rzeczywistość to stękają, jak student geologi pod Himalajami. Ale radzić, wykrywać potencjał, kształtować postawy, z buzią uprzejmie wygiętą odpowiednim typem uśmiechu w sprzedażowej pozie, o tak i wystukują palcami teksty o wszystkim, co w międzyczasie podejrzały/eli, teoretyzując jak przyzwoity ksiądz o seksie ( to przyzwoity było konieczne). Mój znajomy był u takiej psycho się poradzić. Skakała z tematu na temat, po czym odesłała  go za tydzień z totalnym makaronem w głowie, bo podobno jeszcze nie zaczęła. Mogła jak dr Strawiński w „Mistrzu i Małgorzacie” orzec schizofrenię i po temacie. Wszak w kalesony mógł być ubrany ( komentarz dla oczytanych).

To już ja Kaśkę wolę, choć nie lubię jej głosu i sposobu w jaki śpiewa. Piosenek też nie czuję. Za to pisze o sobie i uczy świetnie. Jakby mi wyjęła z ust tę książkę. Podczas czytania jej tak się czuję, jakby los mi windował poprzeczkę do nieba. W zrozumieniu siebie. Jest parę rzeczy, jakich w tej książce nie ma. Więc może jest jeszcze nadzieja na moje „pisanie w rozumie”. W końcu przecież dopiero się rozgrzewam skubiąc moją klawiaturę słowami. Oj, spadnie niejedna korona, włącznie z moją, jak w końcu wyrzucę z siebie parę ciekawych wspomnień. Niech się gawiedź nie boi. Bez nazwisk, wystarczy tylko kontekst w imię globalnego oświecenia. I wtedy pisemka kolorowe zbledną, przed zwykłą prawdą. Niewymuszoną i dogłębną, co jest ciekawsza niż podrasowane fakty, bo stwarza, jak książka Nosowskiej, możliwość prawdziwej konfrontacji.

O miłości do muzyki poważnej

Jakiś czas temu byłam na rozpoczęciu Festiwalu Chopinowskiego w Teatrze Wielkim w Warszawie. Oprócz utworów Chopina – wybitnego mistrza wielbionego przez ludzi na całym globie, miałam przyjemność słuchać wykonań Debussy’ego i Bizeta zaprezentowanych przez czołowych, choć szerokiemu gronu mało znanych artystów. Wisienką na torcie, podaną na początku koncertu, było pierwsze wykonanie Poloneza napisanego przez Krzysztofa Pendereckiego specjalnie na ten Festiwal. Szacowny kompozytor siedział na sali z żoną i muszę przyznać, że czułam się prawdziwie poruszona słuchając muzyki żywego i obecnego wśród nas człowieka. I naszła mnie refleksja, że inaczej patrzylibyśmy na muzykę poważną, gdybyśmy mieli okazję poobcować z nią w czasach życia jej twórców, kiedy była świeża, przełomowa i piękna, a nawet wywrotowa. Piękno pozostało moim zdaniem tak, jak kunszt, ale w czasach globalnego uproszczenia wiele smaków muzyki zostaje zepchnięte do koszyka z napisem „niepotrzebne”. Tam gdzie syntezator zastępuje śpiew, czego się spodziewać po instrumentach? Muzyka poważna nie ma zbyt wielu wielbicieli. Myślę, że przez patos, jaki się wokół niej wytwarza, przeraźliwego, niestrawnego intelektualizmu muzycznego. Ale zapominając o tym, warto się pokusić i zbadać, czy przypadkiem nie ulegliśmy jakiejś zbiorowej sugestii, że to muzyka dla nudziarzy. Wystarczy przecież obejrzeć kultowych filmów w światowej kinematografii i już się wchłania muzyka poważna, bo jest tam na porządku dziennym, bo świetnie koresponduje z obrazem. A pasuje, bo to muzyka wielowymiarowa, tworzona w emocjach, z wielką dbałością o uniwersalność. Dlatego kiedy jej słuchamy, do pewnego stopnia rozpoznajemy związane z nią uczucia autora, z jakimi ją tworzył, jak chopinowską gorycz po upadku powstania listopadowego i tęsknotą, uniwersalna tęsknota, nie tyle za ojczyzną co za tą swojskością i dzieciństwem na wsi polskiej. Każdy czasem za czymś tęskni. Muzyka ta ma taką własność, że jej przeżywanie pozwala na głęboką penetracją naszego wnętrza, przyzwyczajonego do zagłuszającego wszystko dźwięku i rytmu muzyki z popularnego radia. W muzyce poważnej gra dusza człowieka i piszącego ją, i odtwarzającego, a nasza percepcja po raz kolejny przetwarza dźwięk na własny sposób. Taka kaskada i dostrajanie. Patrząc na orkiestrę nie mogłam wyjść z podziwu nad jej harmonijnym zgraniem. To inspirujące widzieć, że ludzie potrafią w wyrażaniu piękna tak się zjednać. Nie trzeba mieć słuchu, grać, śpiewać, żeby czuć co w tej muzyce się dzieje. Ja przy muzyce klasycznej zawsze czuję najpierw nawiązanie do jakiejś historii. I sobie tę historię opowiadam obrazem w moich myślach, jakbym oglądała film. Czasem wystarczy gra kolorów, światła, to sprawa indywidualna. Można nieźle poćwiczyć wyobraźnię przy muzyce poważnej. Dlatego ja sobie tej muzyki właściwie nie oglądam nawet kiedy tak, jak tym razem, wykonywana była na żywo, tylko słucham nie rozpraszając się innymi zmysłami. No chyba, że kieliszkiem wina. Zamykam oczy i wtedy pojawiają się obrazy, przelatują myśli, a muzyka czyści rejestry do jakich nie doszlibyśmy inaczej niż głęboką autoanalizą. Na koncercie na początku, wyobraziłam sobie historię z westernu, bo muzyka do tego prowadziła, potem zupełnie przestałam sobie wyobrażać cokolwiek i tylko odczuwałam, na koniec miałam uczucie, jakbym odłączyła się od ciała. Po prostu przestałam myśleć. Taka ubogacona medytacja.  Łatwiejsza dla tych, co mają problemy z koncentracją i wyciszeniem umysłu. Niekiedy zdarza się taka okazja, żeby poprzebywać ze sobą bez analizowania, odbierając tylko najbliższą, skończenie małą rzeczywistość. Chwilę. W matematyce mówi się o nieskończenie małym przedziale, na jakim bada się zmienne. To bardzo ważna konstrukcja i ma głębokie zastosowania do zrozumienia matematyki w ogóle, a jak widać również świata. Taka chwila za chwilą obserwowana, daje monotoniczne poczucie czasu i pozwala nam skupić się na obecnym momencie. Co więcej, muzyka daje nam i przeszłość w dźwiękach rozpoczętych wcześniej, i przyszłość w tych co brzmią teraz i jeszcze z nami zostają, dlatego umysł akceptuje łatwiej bycie w jednej chwili, nie analizuje ani tego co było, ani tego co przyjdzie, bo skupia w sobie  obecność muzyki jako czegoś ciągłego i całościowego, co łatwiej nam przyjąć. Takie poczucie chwili na zakładkę. Dźwięki zharmonizowane z intencją autora w wielowymiarowy obraz wielu dźwięków pozwalają nam poczuć również więcej niż 3D zmysłem innym niż wzrok. Ciekawy obraz się wyłania, kiedy pomyślimy, że muzyka napisana jest odwzorowaniem uczuć autora. Im większy, wierniejszy obraz, tym bardziej do nas przemawia. Niekiedy słucham muzyki jakbym czytała ze wspólnego nam wszystkim wzorca. Wszak wszyscy rozpoznają emocje podobnie, a pod nimi różnorodne myśli. Można się spytać siebie czy Debussy , swoją rapsodię napisał zakochany czy nostalgicznie wspominał jakieś swoje rany? To co nam wnętrze odpowie jest ciekawym kolażem autoalegorii muzycznych w nas samych. Jak archetypowe postacie w micie,  w jakie się przeobrażamy w konkretnych sytuacjach. Ktoś zaatakowany błaznuje, albo staje się wojownikiem. Ktoś słysząc Wagnera czuje w sobie bohatera, magika albo władcę. Warto się temu przyjrzeć. Ja podziwiam cudowną ludzką kreatywność co stworzyła i muzykę i instrument do dzielenia się nią. Nawet jeśli ktoś chodzi na koncerty tylko dla wizerunku, albo dlatego, że wypada, zaszczepia w sobie wrażliwość, bo w murze swojej racjonalności coś tam jednak przecieka cienką strużką. Warto się czasem dla wewnętrznej czystości podelektować taką muzyką poważną, co nie zniknie po sezonie, czy dwóch z dzwonków naszych komórek i reklam lodów w telewizji. Ale trzeba się na nią otworzyć, jak na swoje wnętrze i przygotować, że zdejmie z nas nie jedną maskę, jaką wytworzyliśmy. Potem jednak, kiedy przepłynie jej oczyszczająca fala, staniemy się wrażliwsi w aspektach, o jakich nawet nie pomyślelibyśmy, zanim do nas dotarła. W każdym razie, ja się potrafię podłączyć do jej źródła i zasilić dobrą energią, jaką we mnie wzmaga. Mam swoje sentymentalne, radosne i dzikie utwory, do których sięgam, jak mam zły dzień, albo czuję focha w pobliżu. Przy pewnych nogi mi same tańczą, a przy innych leję łzy, bo każda emocja podkreśla wagę chwili, a ja chcę wyraźnie smakować życie. Bo życie jest niebanalne, kiedy je zasila taka wielobarwna, wielowymiarowa muzyka. Im jestem starsza tym głębiej schodzę w pewnym sensie z gustami muzycznymi. Tym więcej w niej odnajduję. Na pewnej konferencji po koncercie organowym, spontanicznie wybitny wirtuoz zagrał na XVII-wiecznych organach fragment muzyki z filmu „Misja”. Płakałam, takie to było piękne. Kolega siedzący obok mnie się wzruszył, a parę lat później na kolejnej konferencji usiadł obok mnie na koncercie z chusteczkami, jak prawdziwy dżentelmen. Wspólne przeżywanie nas wyzwala do jedności, do pokonywania barier inności, indywidualności. Muzyka filmowa jest dla mnie przedłużeniem muzyki klasycznej, dlatego kiedy jadę samochodem słucham radio RMF Classic. Tam wszystko znajdę w jednym miejscu. I Gladiatora z Lisą Gerrard  i Bolero Ravela. Nie każdy utwór mnie otwiera na przeżywanie, ale szanuję wielość stylów i odwagę w kontynuowaniu trudnego dzieła. Wlewania muzyki do naszych serc. A prawdę mówiąc, kiedy się nad tym zastanawiam, to onieśmiela mnie geniusz kompozytorów  szczególnie w dobie hamburgera i popkornu, kiedy popkultura wyparła muzykę poważną w jej wielobarwnych brzmieniach, za mur patosu, którego tak naprawdę nie ma. Dla tych co im muzyka klasyczna pachnie myszką pozostaje współczesna muzyka filmowa, skanalizowana wrażliwość muzyczna, gdzie nazwiska takie jak Hans Zimmer, Ennio Morricone i Krzysztof Komeda czy Penderecki są odpowiednikami Bacha, Schumanna, czy Vivaldiego kiedyś. I kiedy następnym razem zobaczysz w telewizji reklamę super auta, czekolady, luksusowych mebli, pewnie w tle usłyszysz starą sprawdzoną muzykę poważną w robocie przy marketingu sprzedażowym. Więc zamiast się dawać naciągać na przedmioty, których w większości wcale ci nie potrzeba, za pomocą skojarzeń z elegancją i wysublimowaniem, jakie ta muzyka podaje, pomyśl, czy ona sama nie jest warta usłyszenia. Nie jako tło, ale plan pierwszy. To co, na razie dość przekonywania. I tak nas wszystkich w gustach pogodzi  … mała czarna.

Po EdduCampie

Konsekwentnie, po humorystycznym opisie moich kontaktów z coachami, wywiązuję się z obietnicy.. Byłam na EdduCampie, konferencji z tzw. rozwoju osobistego w Warszawie. Trzy dni obserwacji i fantastyczne spotkania z ciekawymi ludźmi. Trochę się musiał we mnie ułożyć obraz rzeczywistości, jaki tam zobaczyłam, żeby przejść do wniosków i opisywania. Nie sposób w krótkim streszczeniu przekazać czym jest filozofia życia Mateusza Grzesiaka, którego firma jest głową tej konferencji. Trzeba zobaczyć i poczytać. Po tych kilku wykładach zauważyłam, że większość wyrażonych tam myśli dawno już się przetoczyła przeze mnie, nawet na tym blogu, i poszła dalej, ale dla ludzi, którzy dopiero zaczynają zaglądać w siebie i analizować to, co dla nich ważne w życiu, pewnie była to sprawa odkrywcza. I choć zgadzam się z większością zawartych w jego wystąpieniach tez, nie będę piewca jego świata. Cóż, każda idea potrzebuje krytyka, żeby wzrastać.
Po fantastycznym show, będącym prawdziwie kunsztowną wizualizacją talentów scenicznych Mateusza, zgadzam się z koleżanką, że ta konferencja jest rodzajem koncertu do sprzedawania droższych produktów firmy jak warsztaty, studia i pewność, że to się opłaca. Naszła mnie na koniec taka refleksja ogólna. Sądzę, że Mateusz ma dobre intencje, choć ego nadal wielkie jak Himalaje, ale się stara i to jest najważniejsze. Martwi mnie tylko, że ludzie tak łatwo dają się złapać na elementy czyichś wizji świata dla własnych realizacji w życiu. Na to, że ktoś im wytłumaczy jak mają iść, po co i którędy. Dobrze by było, po takim super opakowanym cukiereczku popić trochę wody i podumać, co dla mnie jest dobre w tym społecznym pędzie, bo Mateusz, z całkowitą znajomością rzeczy, ten pęd wyzwala. On nim steruje i czerpie z niego korzyści, kształtuje rynek swojego klienta i modeluje nowy typ człowieka. Człowieka świadomego swojego potencjału, ale potrzebującego nauczyciela, czyli jego. To dobra idea i nie ma w tym nic złego, że na tym zarabia, skoro ludzie płacą. Wiem, że ktoś taki jak on, wyrosły w PRLu ma świadomość i siłę do pokonywania barier. Czuję w tym jednak haczyk, choć on haczyki obśmiewa. Moja indywidualność, moja potrzeba nie stoi na drodze jego realizacji świata. Jestem kimś innym, jakby równoległym do jego systemu. Może za dużo we mnie świadomości spoza jego branży, ekonomii świata materialnego i realizacji za pomocą przedmiotów. Poza tym, wciąż widzę ten obraz wewnętrznego poganiacza do doskonałości, jaki w sobie ma. Oczywiście od pewnego etapu sam stał się tym poganiaczem i to go wyzwoliło. Widać jego karma to biznes i wyrwanie się z więzów naszych schematów kulturowo-politycznych. Ja się nie czuję i nigdy nie czułam ani Polką, ani Europejką, ani obywatelem świata, a człowiekiem po prostu, a ponad wszystko istotą duchową w materialnej formie. Mam ograniczenia i je widzę, ale nie jest moim celem robienie na ich łamaniu firmy. I tak sobie pomyślałam, że może nie jestem w grupie odbiorców jego produktów, bo ich nie przyswajam. To możliwe. Dostrzegłam np. że moje względne lenistwo nie jest wynikiem więzów, ale zdolności do dążenia po drodze najmniejszego oporu. Ja się przestawiam z szybkością błyskawicy ze słodkiego romantyzmu do działania, intuicyjnie wiedząc co dla mnie i otoczenia jest dobre. Mateusz sprzedaje wypróbowane rozwiązania, ale mam wrażenie, że one nie są tak uniwersalne, jak sądzi. Skupia się na traumach, kulturowości i pewnie statystycznie ma rację. Ale statystyka to tylko narzędzie, do pokazywania potencjalnych prawd dla tych, co chcą mieć rację, a co do racji… Nie jest ona taka oczywista, jeśli nie równa się prawdzie. Statystycznie człowiek i koń mają po trzy nogi, mój prześmiewczy chochlik powie. Myślę, że lepszą i bardziej rewolucyjną zmianą społeczeństwa jest nie efektywność i praca, ale zmiana wewnętrzna sięgająca głębiej niż materialna realizacja. Oczywiście rozumiem, że praca i materialność w pierwszym polu zmiany dla naszego społeczeństwa się sprawdza, bo to idea, która najbardziej ludzi teraz dotyka i mami jednocześnie, taki chwyt marketingowy wjechania na ambicje. Koncentracja na potrzebach wygenerowanych w pierwszej fali, a potem zmiana tych aspektów siebie, żeby zmiana nie była iluzoryczna, to jest proces długofalowy. Niby o tym wspomina, ale tak naprawdę zmierza do swoich celów. Wygenerowania popytu na sprzedaż swoich rozwiązań. To wypróbowana taktyka. Powiedz ludziom, że masz rozwiązanie na problem braku sensu w życiu, a ci zapłacą za schody do nieba z pozłacaną poręczą dla vipów. Świetnie pomyślana strategia. Mój „buntownik bez wyboru” jednak się nie nabiera. Co będzie wtedy, gdy już załapiemy, co jest najważniejsze? Nie przyjdziemy po następne produkty do kupienia. Klient jest tylko wtedy dobry, kiedy wraca, więc wiedza sprzedawana jest w porcjach i w sposób zaplanowany. Aby klient wrócił z potrzebami, jakie zostaną mu przedstawione, tudzież … stworzone. Ja szukam w wielu miejscach, kompiluję, odrzucam, sortuję i patrzę, gdzie mnie ponosi taka nutka szczęścia, moje własne spojrzenie na sytuację i brzytwa samoświadomości. Tego wszystkim nam trzeba. Widziałam jednak, jak po campie ludzie sugerowali się tym, co Mateusz mówi bezwzględnie i przypasowywali swój schemat działania, poczucie szczęścia, relacje, cele do jego spojrzenia, odwzorowując dokładnie to co robi, jak idealny wzorzec. To mnie przeraża, jak łatwo ludzie ulegają autorytetom i nie myślą samodzielnie, jak ich można nadrukować schematami z czyjegoś indywidualizmu w zbiorową koncepcję. Nie jestem za owczym pędem i sama idę z pełną pokorą mojej wyobraźni, ale i krytycyzmem obserwując czyjeś poczynania. I wyłania mi się z tej obserwacji taki wniosek, że najpierw trzeba się zapoznać z tym, co w nas samych jest istotne, aby się potem zapładniać czyimiś ideami; przesiać je próbując, a na koniec stworzyć własne, całkowicie realizujące to, co w nas ważne na nasz indywidualny i autonomiczny sposób. Inaczej będziemy nieświadomymi niewolnikami czyich wyobrażeń i wzorców kształtujących naszą rzeczywistość. Już nie mamy i taty, albo opiniotwórczego sąsiada, ale przekonywującego Mateusza albo innego sprzedawcy. A do tego potrzebny jest dystans i samokrytycyzm czyli znajomość, i to gruntowna, siebie. Jeśli nie, będziesz tylko kolejnym klientem w sklepie z wyrafinowanymi produktami, jak przepis na relację, biznes i duchowość, podane w taki sposób, aby utrwaliły w tobie nieświadome poczucie przynależności do pewnej grupy, mylnie identyfikowanej jako wolność.

O miłości do Białołęki

 

Mieszkam na Białołęce, gdzie jak mówi miejska legenda, wrony zawracają w kierunku Śródmieścia. Mnie i moich sąsiadów nazywają Słoikami, szczególnie ci Warszawiacy, których rodzice lub dziadkowie w gumiaczkach przyjechali po wojnie budować „Stolycę”. Ja się tym mianem trochę szczycę, bo w ludziach z Białołęki widzę pionierów naszych czasów. Przyjechali tu rzucając wszystko za lepszym życiem. Zajęli nieużytki najbliżej raju jak się dało i całą energię włożyli w to, żeby tu zostać nawet kiedy infrastruktura rzuca im pod nogi kłody w postaci braku komunikacji, szkół, ośrodków zdrowia. To się przez ostatnie lata bardzo zmieniło. W końcu na szkole szkoła, na centrum handlowym Biedronka, Carrefour, Lidl i inne takie czujne korporacje co prześcigają się o klienta. Zatrzęsienie nowych knajpek i regionalna żywność w sklepach, bo Warszawiak nie rozróżni, ale ktoś co żył całe życie na Roztoczu Lubelskim nie zadowoli się szynką co smakuje uniwersalnie, jak sto innych gatunków wędlin.
Kiedy zamieszkałam tu kilkanaście lat temu, na przystanek autobusowy chodziłam przez żywe pole ścieżką „wedle kościoła”. Teraz mam kilka ekspresowych autobusów spod domu co parę minut. Metra nam nie dociągną, bo silne ramię Bródna je zagarnęło dla siebie. My sobie i bez tego poradzimy. Tysiące młodych ludzi z dziećmi przeciw starzejącej się populacji Warszawy, nie ma powodu nas antagonizować. Ludzie, którzy jak zdobywcy poprzyjeżdżali tu do ciężkiej, ale upragnionej pracy bez wygód, dadzą radę i temu.
Od czasu, gdy we trawach chodziłam do autobusu, co mi przypomina filmy Bareji o Ursynowie, wszelkie pola pochłonął developer. Takie ekonomiczne monstrum, co nabudowało osiedli grodzonych niemal w ciągu jednej nocy. Taki dżin cudu ekonomicznego nad Wisłą. Nie było nic, a nagle wszędzie domy, za płotem. Dlaczego się grodzimy? Dyskusje na ten temat są niepotrzebne. Grodzimy się, bo musimy wyrosnąć z mentalności socjalistycznej, że jak wszystko jest wszystkich i dostępne to ktoś to zaraz zniszczy bądź ukradnie, i tyle. Jak ludzie dorosną do otwarcia innym swojej własności na zasadzie: „Widziała pani, droga sąsiadko, jak za tymi tujami zasadziłam róże? Nie? To proszę do mnie”, to się wszystko zmieni. I płoty pozostaną tylko po to, by na nich bluszcz, albo wiciokrzew się rozpierał zacieniając co delikatniejsze rośliny opodal, albo ławkę do siedzenia w czasie upałów. Ja tak właśnie to widzę.
To czego nam może zazdrościć mieszkaniec bliskiego centrum, to ciszy i zieleni. Osiedla toną w niej, nawet te najgęściej upakowane blokami, bo każdy skrawek mieszkańcy zasiedlają roślinami. Na moim rosną wszędzie bzy, pną się żywopłoty, róże w przydomowych ogródkach, peonie, tulipany, akacje. Kiedy dziś lunęło poczułam się jak w raju, jakby te wszystkie rośliny wydały oddech ulgi swoimi zapachami po długich dniach upałów. Nikt tego nie niszczy, bo ludzie tutaj mają ogromny szacunek do natury. W końcu bardziej pamiętają, że z niej wyszli. Kochają miasto i jego energię, nowoczesność, technologię i pęd, ale odpoczywać wolą w swojej enklawie. Kwiaty na balkonach, surfinie, pelargonie, nagietki i niezapominajki. Gdyby ktoś w przeszłości miał dość wyobraźni, by zaplanować lepiej tę mieszkalną przestrzeń zwaną Białołęką, powstałoby coś na kształt ogrodu w mieście. Ale i tak to, co tu ludzie zasadzają, rośnie nieoczekiwanie i pięknie, i trochę dziko rozproszone, jak w przyrodzie. Na skateparku huczy od młodzieży i dzieci, ale jako młoda społeczność wszystko to traktujemy z rozsądkiem. Raz do roku albo częściej spotykamy się z sąsiadami z całego bloku na grillu, taka miejscowa tradycja, znów się kłania Bareja „nie imię dziewczynki”.
Pojechałam ostatnio za las graniczący z Markami i zobaczyłam, że tam też się rozwija dzielnica mieszkalna. W większej dziczy i związanej z tym urodzie rosną domy, osiedla, bloczki. „To się nie kończy” – pomyślałam. Miasto się rozlewa na boki, granice są tylko umowne. Tak jak granice mentalne między Warszawiakami z różnych dzielnic. Większość swojego życia mieszkam w Warszawie i bywają miejsca, że się nią zachwycam. Nawet tam, gdzie na Pradze straszą pustostany. Mój syn ostatnio znalazł apkę, z którą z kolegami zwiedzali niezamieszkane budynki w mieście. Wrócił zafascynowany. Warszawa jest jak dżungla z tajemnymi miejscami, gdzie dzikie plemiona na Ząbkowskiej w bramie potrafią uwolnić od telefonu i kasy, albo w Mcdonaldzie na Młodzieńczej pokazać prawdziwą strzelaninę jak w westernie. Jedno jest pewne, tyle się tu dzieje, że warto mieć czas i eksplorować, niekoniecznie w poszukiwaniu guza, tańczyć swing na Ochocie, słuchać koncertów w Łazienkach, nocą przechadzać się po Powązkach. A jak już się chce spać, wrócić do domu z radością w sercu, gdziekolwiek on jest. Moja Białołęka nad ranem zdradza czemu ją tak nazwano. Wilgotny grunt terenów dawnego koryta Wisły i rozlewiska powoduje, że rankiem często stoją u nas mgły. Mleczny welon nad łąkami, białe łąki. Bajeczne miejsce dla takich, co umieją żyć wszędzie.

26.05.2018

Z przymrużeniem oka

Miałam kilka epizodów z tzw. coachami, jeden osobiście chciał na mnie wpływać ( BŁYSK, BŁYSK, hmm… Masz taki potencjał, ale go nie używasz… hmm). Inni rzeźbiciele ludzkich losów i przebojowości wtargnęli do mojego świata przez przypadek. Był taki, co obwieszczał, że ludzie generalnie się lenią, zamiast zarobić na dom za 8 milionów dolarów na wzgórzu z palmami. Jednym ze sposobów dokonania tegoż było zaniechanie onanizowania się rano, tu szczególnie do panów, co szukają kobiety swojego życia. „Jak taka energia ujdzie z ciebie” – pan mawiał – „to jak ją znajdziesz (znaczy kobietę), co jej masz do dania? Puste naczynie.” Ten sam człowiek bez wahania na nagraniu video mówił o stronieniu od toksycznych ludzi i jednym tchem wyrzekał na sąsiada, co zasadził na swojej działce drzewa przysłaniające mu widok.
Jeszcze inny postanowił podzielić się wszystkim co wiedział, i co drugie zdanie powtarzał, że jakby wiedział kilka lat temu to, co wie teraz, to byłby wiecie gdzie? On sam nie wiedział, ale bardzo się starał sprzedać swoją wiedzę wycenioną na tysiaka w promocji stulecia za 5 dych, ale tylko przez 10 minut od tego ogłoszenia. Pewien, który miał nawet wiele mądrych rzeczy do powiedzenia, kierujący się służbą dla ludzi, ale i siebie, wyceniał takie polepszenie na całkiem poważną sumę. Uczył wszystkiego, od tego jak mieć lepszy seks, do tego jak się nie bać publicznych wystąpień i efektywnie odpisywać na maile. Ostatni chciał mi powiedzieć, że miłość jest wszędzie (ja wiem, że jest wszędzie), a on mówi sobie z Jezusem na ty i żartują sobie, jak kumple, bo to jest równy gość. Ja nie wątpię, żeby być Jezusem, trzeba być cool, inaczej się nie da. Tylko jakoś mi się tak wydaje, między tymi wszystkimi doświadczeniami z rozwoju osobistego i pogranicza religii i magii, że ja od tego nurtu jednak odstaję. Jakiś demon we mnie siedzi i podśmiewa te serio zamknięte ceremonie pobudzania się do istnienia, do robienia tego, co właściwie zrobić trzeba. Mój kolega oszołomiony patosem do zmiany sposobu myślenia, w celu zrobienia ze swego życia raju na ziemi, postanowił przełamać przyzwyczajenia i biegać, bo tego najbardziej nie lubił. Po zmaganiach kilkutygodniowych przestał, i z przyjemnością wrócił do chodzenia. Z psem. Pies to docenia. Pewnie by się znalazł coach co by go zdeptał, że nie wytrwał w boju o lepsze życie. Ale kto chce wstawać o świcie i lecieć w las, ten niech biega, bo jednego kręci a innego wzdraga sama myśl o dresach. Jak mnie jazda rowerem, albo narty. A łyżwy akurat lubię i powyginam się w jodze, ale bez zacięcia, na luzie. Tango mi się powoli wykluwa, a postawa mojego kręgosłupa w tangu jest bardzo zdrowa.
Dlatego z rezerwą przyjęłam zaproszenie na kolejne takie wydarzenie, obudzenia do życia. Przyjdę, zobaczę i napiszę. Mój chochlik w głowie już się cieszy na nowy temat do wyśmiania. Zauważyłam, że człowiek, który nie umie się śmiać z siebie jest dla mnie, na dłuższą metę, nie do wytrzymania. A ja po ciotkach odziedziczyłam cięty dowcip z różnych życiowych spraw. W szczególności z nadęcia ego, również duchowego, jak bańka mydlana. Z wierzchu kolorowe bajeczne prążki, a wewnątrz pustka hula. Takich ludzi też widuję, choć na szczęście rzadko, bo chyba umarłabym z ich obśmiewania w wyniku nieodwracalnego skurczu mięśni brzucha. Ale pośmiać się lubię. Z siebie też, i ze swoich wierszy, wpisów, z wyborów, z zaniechań, z leniuchowania, w którym jestem mistrzem („Medal dla tej pani – tylko nie za ciężki”), z nieumiejętności stawiania przecinków i interpunkcji w ogóle. I jakoś autowyśmiana, żyję. Nie powalają mnie zaczepki kolegi: „Jak tam twoja droga do miłości?”, BŁYSK, BŁYSK, ani: „Coś się ostatnio udzielasz?”, SZUR, SZUR, brewki do góry. Uśmiałam się jak wieprz, kiedy ktoś mi powiedział, że moje wpisy to „masturbacja publiczna”. W końcu zawsze byłam zwolenniczką rewolucji seksualnej. Można powiedzieć, że realizuję jej założenia poprzez zdejmowanie masek z siebie i z otoczenia, jakie obserwuję. I to mnie bawi, zadziwia, ale też smuci zarazem. Taki człowieczy tygiel. Ale skoro ja to widzę i piszę o tym, to może komuś przyjdzie do głowy zdjąć swoją wypolerowaną złotą maskę, choćby w domu, przy zasłoniętych zasłonach w samotności, na chwilę, żeby ze sobą samym pobyć. Pozwolić szczerym myślom przepłynąć i wydostać się ze studni zakłamania, i znaleźć do siebie dystans, niekoniecznie od razu do obśmiania siebie albo innych. Do zobaczenia, zrozumienia, odszyfrowania czego chcemy, co ukrywamy przed sobą. Do poznania cienia w naszym wnętrzu. I zaakceptowania wszystkiego tego wewnątrz. A kiedy akceptacja wszelkich naszych stron wielowymiarowej osobowości okrzepnie, jak lukier na wiedeńskim pączku (mniam – przypis autorowego ego spożywczego), można z przyjemnością wyśmiać się po cichu, żeby nie wpadać w sidła czyichś karykatur szczęścia, w jakie bez rozpoznania siebie i swoich mechanizmów, łatwo się złapać. Dlatego trochę czasem szydzę i przyzwyczajam moje wnętrze do przekłuwania pustych przestrzeni nadęcia. Taka akupunktura prewencyjna. Polecam w zestawie z leżakiem, słońcem, kawą – w promocji tysiąclecia – za darmo.

8.08.2018

Kolor wolności

Zawsze życie chciałam przeżyć szybko
i odejść
Zazdrościłam staruszkom
o siwych myślach
Dziś nie mam nic w sercu
do zostawienia
do zabrania
nie obawiam się ani piekła
ani nieba
a moja własna muzyka
rozbrzmiewa.

Słucham,
a ona pogania
żyj, żyj, żyj …

I żyję na granicy
gdzie nie dociera
ani radość w postaci
łez
ani smutek w postaci
cierpienia.

Co to za miejsce
tak odległe od wyobrażeń
jak monotonny ruch kłosów zboża
jak opadanie mgieł
nad krajobrazem?

A muzyka zanika
za horyzontem
bez łkania
bez uderzeń.
Sunący powoli
głęboki ton,
głos,
który kocham
choć niepodobny
do niczego
co znam.

Szarosrebrny
migotliwy
kolor
wolności.

17.05.2018

O miłości i smutku

Miłość kojarzy nam się ze szczęściem, wyjątkowym szczęściem jakiego w życiu można doświadczyć. Co zrobić kiedy to szczęście odchodzi? Pozwolić, pozwolić, żeby odeszło. Miłości nie da się zamknąć w klatce potrzeb, pragnień, przyzwyczajeń. Jeśli odchodzi, to znaczy, że nie miała być dłużej, że wyczerpała się, zmęczyła, albo po prostu nie była sobą, czyli miłością właśnie. Na miłość od człowieka się nie czeka, ona nie mówi: „zaraz wracam”. Zamyka drzwi i znika. Nie warto siedzieć pod drzwiami i płakać. Bo miłość, jeśli ją czujemy naprawdę, zawsze w nas będzie i jeśli jej pozwolimy, otworzy w nas drzwi do prawdy, jaka drzemie w każdym. Miłość nie odbiera siły, miłość nas napełnia mocą do zmian, jakie są konieczne w naszym życiu, żebyśmy byli lepsi, pełniejsi, mądrzejsi i czulsi dla siebie nawzajem.
Miłość, która wchodzi w życie zawsze jest piękna. Może boleć jeśli naprawia w nas pewne rany, oczyszcza i wyzwala, ale też ujawnia to, jacy jesteśmy na prawdę, po to żebyśmy zdołali sami coś naprawić. A kiedy odchodzi ten kogo kochaliśmy, zostaje tylko kochać go i cieszyć się, żeśmy mieli szczęście, żeśmy się poznali, odnaleźli w tym życiu. Miłość staje się tym, co w nas zmieniła idąc i przenikając nasze istnienie, kiedy była w pewnym sensie nami. Kiedy błądziliśmy z nią i kiedy żeśmy się odnajdywali. Kiedy lecieliśmy na jej nurtach powietrznych, albo spadaliśmy w dół, w wody wodospadu. Kiedy żyliśmy za dwoje i nie baliśmy się niczego. Miłość dodawała energii, mocy, spełnienia każdej cząstce życia w nas i budziła do dobra, do podążania za palcem nieskończoności.
Miłość odchodzi z różnych względów. Czasem nie ma na nią miejsca, czasem z czymś się wyklucza, jak z cierpieniem innych, którzy także kochają. Czasem jest złudzeniem, jakie nam się przyśni, a czasem jest naszą karmą. Niezależnie jak i kiedy przychodzi i odchodzi miłość, kochać zawsze warto.
Boimy się miłości. Nie czujemy się pewnie, kiedy odbiera kontrolę, zaciąga nas w rejony jakich nie znamy, walczy z naszymi przekonaniami i obnaża słabe strony. Dlatego Miłość bywa tak wielkim cierpieniem. Jesteśmy wobec niej bezbronni. Jak dzieci przed tytanem serca i rzeczywistości. Ona wszystko zmienia w rytm, który nas rozpiera do większej wrażliwości. Kiedy odchodzi, czujemy się jak żółw bez skorupy porzucony na brzegu. Całkowicie odkryci, bez zabezpieczenia. I choć czujemy się tak słabi bez niej, jej brak to tylko wskazówka. Miłość bowiem przychodzi, by nam pokazać jak w naszym własnym wnętrzu stworzyć dla niej miejsce, by chciała w nim zamieszkać. Ten, kto takiego miejsca nie ma w swoim sercu i widzi miłość tylko w innych, na zewnątrz, jakby pozyskiwał obcą energię, zwykle ją traci. Miłość chce zostać w miejscu w jakim spokojnie czeka na nią stół i krzesło, jakiś las, albo weranda, okno i komin, pościel, albo śpiwór, dowolnie. Nie komfort jest ważny, ale dobra atmosfera na miłość. Pragnienia, oczekiwania, osądy jaka być powinna, albo co daje, ją odstrasza, gubi. Idzie tam, gdzie nie wiąże się z nią wymagań, potrzeb i niezaspokojonych tęsknot. Tam gdzie czuje się wolna, nie spełnia niczyich wyobrażeń, jest sobą i jest ważna, taka jaka jest. Bo miłość zawsze daje, tylko my czasem nie umiemy brać, wplątani w sieć iluzji czym miłość ma być, co nam się wydaje, czego nas nauczono, a nie to czym ona jest naprawdę.
Miłość mieści w sobie wszystkie uczucia. Smutek, żal, rozczarowanie, radość, ekstazę, pożądanie, spokój. Jest jak mistrz, który dobiera to, co najbardziej nas oczyści do zobaczenia prawdy o nas samych i tym co nas otacza. Miłość nie jest źródłem nienawiści, tylko jej brak, który doskwiera. Ci, którzy nienawidzą w miłości, albo nie kochali, albo są więźniami swojego cierpienia.
Co jakiś czas wypływa ze mnie, wybija, źródełko miłości w postaci smutku. Patrzę wtedy na świat jak na obraz, który mnie nie dotyczy. Następuje coś w rodzaju obcości. Wszystko się toczy wokół, a ja stoję i patrzę, pozwalam się wydostawać najgłębiej zakopanym ranom i płaczę. Rzadko w życiu płakałam autentycznie. Miałam tak zblokowane uczucia na półodczuwanie, że nie umiałam się otworzyć na głębsze rejony, gdzie nie da się zejść tak od razu. Teraz pozwalam sobie płakać i nie czuję z tego powodu wstydu. Nie czuję też żalu, że nie robiłam tego wcześniej, widocznie nie umiałam, nie byłam gotowa, nie byłam dość silna, żeby to znieść, by wydobyć i rozpuścić to, co najgłębsze. I po każdym takim nurkowaniu w siebie wynoszę na powierzchnię kamienie, które mnie gną do ziemi, które nie pozwalają wybierać tego, co dla mnie samej jest najlepsze, które przechylają łódź mojego życia skręcając tam, gdzie nie chcę.
Robię to sama, ale też wpadam czasem na kogoś, kto tak, jak dziś Ania, zamiast ze mną śpiewać, dała mi lekcję oczyszczania czakr i rozluźniania. Kiedy intonowałam dźwięki, czułam jak się łączę po kolei z każdą swoją cząstką, jaka chciała być w tym śpiewie wyrażona. Pokochana, nawet ta, będąca źródłem smutku. Ciekawa rzecz, bo chociaż całą drogę do domu przepłakałam, jadąc i niewiele o tym myśląc, że kieruję, a wokół tysiąc rozpalonych maszyn w upale, kiedy weszłam do domu, czułam spokój i ciepło swojego serca. Usiadłam na balkonie obok bzu, w moim maleńkim ogrodzie i się wyciszyłam. Smutek okazał się drogą do ukojenia, do kontaktu z moją wewnętrzną mocą. I teraz, choć go czuję, czuję też, że akceptując smutek, staję się silniejsza. On także przeminie, jak wszystko co we mnie i na zewnątrz. Jak każda emocja, zapala się i gaśnie, a ja idę dalej. Ważne, że idę czując, bo tak jest prawdziwiej i, wbrew pozorom jaśniej.

13.05.2018

O miłości karmicznej

Jest magiczna dla mnie godzina 22:22. Z jakichś powodów bardzo lubię tę chwilę każdej doby i cieszę się mogąc zauważyć jej nadejście. Dziś, kiedy pomyślałam, że chcę napisać o miłości karmicznej wybiła właśnie ta chwila, można więc powiedzieć, że mam pozwolenie od kosmosu na opisanie tego, co niekiedy się zdarza i jest prawdziwym wstrząsem w życiu.
Miłość karmiczna nie musi być prawdziwą miłością, trwałym uczuciem, prowadzącym do związku. Zdarza się tym, którzy mają to zdarzenie zapisane w karmie i służy do odszukania w sobie dróg do siebie, do załatania dziur w skomplikowanej sieci naszych losów i osobowości. Miłość ta przychodzi niespodziewanie, zwykle wtedy, kiedy zupełnie się jej nie spodziewamy, choć potem, kiedy przyglądamy się serii wypadków odkrywamy, że były pewne zapowiedzi jej pojawienia się i dziwimy się, że nie dostrzegliśmy ich w porę. Czym taka miłość różni się od innych? Że nie sposób się jej oprzeć. Można mieć poukładane życie, dom, pracę, szczęście wszelkie, rodzinne, zawodowe, ale kiedy przyjdzie, zmiecie wszystko niezależnie od tego, jak jesteśmy silni i jak mądrze w życiu postępujemy. Jest pewnikiem na osi naszego losu, jeśli jest nam pisana, nie ominiemy jej, nie unikniemy. Jedyne co można zrobić w przypadku takiej miłości, to nie zamykać oczu i mimo, że niesie ona w zawrotnym tempie uczucia, zdarzenia i zmienia, niepowstrzymanie wszystko wokół, trzeba patrzeć i badać. Bo miłość taka zwykle jest bolesna, a boli tam, gdzie coś nas uwiera, coś nie pozwala być wolnym, szczęśliwym, prawdziwym.
Pewna kobieta powiedziała mi, że pokochała tą miłością człowieka, który początkowo ją tylko irytował. Wywrócił jej świat na długie lata nieformalnego związku. Prawie wycieńczona dobrnęła do końca lecząc następnie całe ciało, otarła się o raka, anemię. Teraz jest jak skała silna i niezależna. Wspomina tę miłość, jak etap w życiu, jakiemu się poddała bez możliwości przeciwstawienia. Ktoś inny opowiedział mi, że mimo iż słyszał najgorsze rzeczy o człowieku, którego pokochał znienacka, i tak nie umiał w nie uwierzyć. Nie widział tego, co wszyscy z boku widzieli, że jest to straceńcze uczucie, bez możliwości powodzenia. Jest to miłość do pewnego stopnia niespełnialna i trzeba się liczyć z jej magią, siłą i rozpiętością. Kiedy przechodzi obnaża, wszystkie nasze niedoskonałości w miłości własnej. Jest jak pożar, który wypala stare rany, żeby na nowo powstał w nas potencjał do kochania, ale w zgodzie z sobą, jeśli tak nie kochaliśmy, albo kiedy uczucia miażdżyły naszą osobowość.
Jak się pojawia? Widzisz kogoś i całkowicie wpadasz. Czasem nie od razu, po tygodniu, miesiącu, czujesz, jakby cała przestrzeń zaginała się w kierunku tej osoby. Staje się ona atraktorem tak dosłownym, że pragnienie przebywania z nią staje się kwestią życia lub śmierci. Wewnątrz tego stanu czekają jednak nie cudowne spełnienia z romansów, ale ból i obdzieranie ze skóry naszych lęków. Dłubanie w traumach, ponurych wspomnieniach, które wcześniej wyparte, nagle spać nie dają i idziesz przez ten gąszcz cierniowych krzewów coraz bardziej świadomy tego, że nie czeka cię raj a przepaść w dolinie szaleńców.
Dla mnie taka miłość była dobrą lekcją spokoju, jaki nastąpił po niej i tego, że człowiek, który przyszedł, był na tyle próżny, że mimo pozornej dużej samoświadomości i wiedzy oraz mojego zaufania, okazał się tak samo niezdolny do właściwej oceny sytuacji. Wyszłam z tej matni z przekonaniem, że moje filary świata może i były podkopywane, ale nie były zgliwiałe. Wartości jakie w głębi siebie wyznaję zostały na mocnym fundamencie mojego istnienia. Wyszłam więc z lekcją, nie z porażką i zamknęłam ten etap z uczuciem oszołomienia, ale też radości jaką mam z każdego dnia, kiedy tej osoby w moim życiu nie ma. Bo osoby takie przychodzą do nas z miłością karmiczną nie po to, aby nas kochać, ale żeby nas wytrącić z pozornego ładu, stanu komfortu, jaki nam nie służy. Kiedy wyprosimy je, świat cały staje się w jednej chwili pełen możliwości i odkrywamy w sobie zapał do nowych zadań. Odczuwamy lekkość, jakiej przy nich nigdy byśmy nie osiągnęli. Ta miłość potrafi być krótka, trwać parę miesięcy, albo lata. Najtrudniejsza jest wtedy, gdy połączy dziećmi. Jest to zarazem wyzwanie i nadzieja dla takiej miłości, bo może ona się zmieniać, wyzwolić innego poziomu uczuć, jeśli znajdziecie w niej potencjał do rośnięcia w głębi siebie samych. Miłość karmiczna otwiera i zamyka rany, i im mniej się jej opieramy, tym szybciej przechodzi.
Nie zostawia pustki, ale żyzna pole do obsadzenia kwiatami, ziołami, do wyzwolenia zupełnie nowego potencjału. Nie da się bowiem wlać nic nowego do pełnego naczynia. Miłość karmiczna ulewa z nas to, co nam nie sprzyjało i pozwala na ponowne napełnienie czymś co w nas zakiełkuje. Sama odchodzi i z perspektywy czasu widzę, że warto ją wykorzystać na zbudowanie w sobie nowych elementów, odświeżenie piękna i szczęścia, jakie w każdym z nas drzemie i przełamanie barier, niepotrzebnych nikomu w wejściu jeszcze głębiej w siebie.
Ważne, aby się tą miłością nie obwiniać, bo nie zależy od nas, ale od nas zależy, jakie nadamy jej znaczenie w życiu, kiedy przemija. Ja w sobie odkryłam nieprzebrane morze śmiechu nad tym, jak naiwna byłam na początku tej miłości, i łagodną dumę z siebie kiedy odważnie jej odmówiłam, gdy przyszedł kres jej ważności. Im więcej czasu przelewa się między nią a moją obecną chwilą widzę więcej jasności w karmicznej roli tej miłości w moim życiu, a to daje mi energię i pobłażliwość, lekkość i cierpliwość, pełnię i elastyczność w kolejnych etapach, chwilach życia. Nikt kto nie przeżył takiej miłości, pewnie nie pojmie dosadności jej wpływu na wnętrze człowieka. Dość powiedzieć, że z moją szamańską siłą, mentalną mocą, jaka się we mnie obudziła, podniosłam poziom swojej świadomości i, z każdym dniem jestem coraz bardziej szczęśliwa tym tylko, że jestem zwyczajnie, po prostu … sobą.

9.04.2018

O miłości i przyjaźni

Czy jestem swoim prawdziwym przyjacielem?
Co robi przyjaciel, kiedy przychodzisz i mówisz o sobie? Zawsze wysłucha. Czy ja siebie zawsze słucham?
Przyjaciel patrzy z miłością i nie ocenia. Czy ja siebie oceniam?
Przyjaciel radzi nie pod wpływem emocji, ale z troską. Czy ja się troszczę o siebie, czy ponoszą mnie emocje?
Przyjaciel mnie przytuli, kiedy trzeba. Czy ja siebie tulę?
Przyjaciel czasem wstrząśnie z życzliwością. Czy ja to umiem?
Przyjaciel zawsze wybaczy. Czy ja sobie wybaczam?
Przyjaciel czasem milczy kiedy chcesz odpocząć. Czy ja czasem milczę?
Przyjaciel da ci czas na reakcję, nie pospiesza, robi ci przestrzeń na wybór. Czy ja się zatrzymuję przed wyborem?
Przyjaciel nie musi być nieomylny. Czy ja sobie pozwalam na omylność?
Przyjaciel się stara. Czy ja się staram?
Przyjaciel zawsze da ci drugą szansę. Czy ja ją sobie daję?
Przyjaciel kocha cię bezwarunkowo. Czy ja tak się kocham?
Przyjaciel nie grzebie w starych błędach. Czy ja je zostawiam?
Przyjaciel chce dla ciebie dobrze, dba o ciebie. Czy umiem to wykorzystać?
Przyjaciel mówi ci prawdę. Czy ja ją sobie mówię?

Mój wewnętrzny przyjaciel ma niezwykłą magiczną moc odmieniania mnie na lepsze. Kiedy się do niego zwracam jest jak najwspanialszy towarzysz życia. Dba o mnie niezależnie czy sama potrafię, warto się dokopać do jego mocy i poczuć, jak wiele strachów, cierpień znika, kiedy stoi się w tym świetle. Przyjaciel na zawsze z sedna istnienia, Jestem swoim przyjacielem i to mnie odmienia.

 

22.03.2018

O miłości i kwiatach

Kwiaty lubią dla mnie rosnąć. Nie zawsze tak było. Kiedyś schły mi nawet kaktusy, bo się za bardzo starałam, żeby żyły. Potem odpuściłam, stwierdziłam, że jak nie chcą, to nie muszą rosnąć … i wtedy odżyły. W pracy zadżungliłam dwa pokoje, jeden, który opuściłam i drugi, w którym pracuję. Co jakiś czas wywożę, albo rozsadzam, przycinam. Mam taras z mini ogródkiem i sadzę. Róże, dziurawiec, michałek, bez, dzikie wino, pnącza, maliny, zioła. Wkradam się do pokoju Córek i słyszę: „Mama, tylko nam tu nie stawiaj, nie będziemy podlewać.” Odpowiadam, że dobrze, że tylko na ich parapecie jeszcze jest miejsce i, że ja sama zadbam. Jak w domu nie mam miejsca, to w pracy jest korytarz do zagospodarowania i chętne dusze co lubią kwiaty i dżungla im nie przeszkadza. To w większości kobiety, ale w Kansas dzieliłam pokój na uniwersytecie z kolegą, który miał swój ogród wewnątrz i wspaniale było pracować z kimś, z taką pasją w oku do kwitnienia (patrz zdjęcie obok 🙂 – królestwo Brenta).

Dziś wracając z plaży zboczyłam ze ścieżki w koniczynę i uplotłam wianek. Całą drogę do domu przeszłam w wianku na głowie, rozpuszczonych włosach i długiej sukience. Idąc czułam się jak Gaja i myślałam nad swoją innością. Każdy z nas jest inny, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Nawet jednojajowe bliźnięta mają inne linie papilarne, osobowości. Ale inność jest dla nas trudna. Dla mnie była, bo mieszkałam w bardzo małej miejscowości, gdzie wszyscy starali się być tacy sami. Rodzice biedzili się z moją innością, bali się wytykania palcami, bo mój temperament i wyobraźnia były zbyt widoczne. Dlatego dziś idąc po tej miejscowości przystrojona w wianek uświadomiłam sobie jak trudno jest czasem przyznać się do swojej inności. Przeszłam ze spokojem obok sąsiadek, co w latach przeszłych nie dawały mi spokoju plotkami, a one z uśmiechem komplementowały kwiaty. „Jak Świtezianka” – ktoś rzucił. Tak, teraz, kiedy odegrałam rolę, matki, żony, można mnie trochę bardziej „stolerować”. A moja tolerancja? Dzięki temu, że zawsze czułam się inna, mam głęboką niewzruszoną tolerancję dla inności. Dla homoseksualizmu, dla ludzi samotnych i grających na nosie społecznym rolom, dla tych religijnych i tych niezrzeszonych, dla ojców w chustach i motocyklistów, dla kobiet pracujących i zatrudnionych w domu, dla starych narzekających i młodych lśniących od nihilizmu. Mam takiego sporadycznego rozmówcę w pracy, z którym się wymieniamy uwagami na temat tego co jest normalne. Kiedy już przebrnęliśmy przez opcje seksualne, debatujemy nad normalnością faceta bez nogi. Normalna wg tego pana jest dwunożność. A ja ją obalam. I tak sobie dyskutujemy, 30 sekund w windzie, 15 w drodze do kadr, albo na korytarzu idąc na lunch. Tylko z tego go znam i tylko o tym rozmawiamy. To dla niego ważne, a mnie się w głowie bardziej układa, co ja sądzę na temat normalności i czy wg tego pana ja sama jestem normalna. Nie chodzi o to, by przekonać go do mojej wizji, ale by zobaczyć co się samemu myśli. Taki test poglądów i przekonań. Dla mnie cała gama ludzi jaka mnie otacza, w tym niewidzący, niesłyszący, blondyni i bruneci, kolarze i biegacze górscy, entuzjaści samochodowi i pływacy, kajakarze, niezależnie od płci, antyklerykałowie i oazowicze, nie znoszący dzieci i mający ich na tony, wszyscy są normalni, choć inni. I każdy z nich ma swoją historię. Każdy w swoim tempie idzie przez życie, w swojej postaci i przekonałam się na sobie, że im szczerzej siebie każdy z nich wyraża, tym lepiej dla niego, niej i dla innych. Inność to nic innego jak nasza wewnętrzna manifestacja. Czasem jest silna, bo im sięgamy głębiej w siebie, tym stajemy się zewnętrznie bogatsi. Gdyby ludzie robili szczerze to co chcą, w granicach nie krzywdzenia innych, żyłoby nam się prościej. Nie bylibyśmy postaciami wykreowanymi przez obrazy ludzi o nas samych. Takimi fantomami. Im bardziej w nie się wikłamy tym mniej nas zostaje. Tym bardziej się odcinamy od tego co nas wyraża, wzbogaca jako ludzi. Czasem praca wymaga noszenia garnituru, ale nie marnujmy wolnego czasu na zmuszanie się do grania w golfa dla lepszego wizerunku w pewnych towarzystwach. Z wyobrażeń warto się wyrwać, bo tkwią w nas od dzieciństwa. Znam człowieka, który przypłacił takie spełnianie swoim życiem czyichś wyobrażeń depresją, inny jest samotny i zgorzkniały. Za życiem w roli stoi bowiem strach przed swoją innością. Nie każdy ma odwagę wziąć łopatę i pokopać w sobie. Ale ci co wiedzą co ich uszczęśliwia, a tego nie robią, tracą szansę na bycie autentycznym, unikatem w skali światowej. Każdy wyraża jakąś inność, zwaną przeze mnie talentem. Talent do bycia duszą towarzystwa, talent do wnikliwego słuchania, talent do rozśmieszania, talent do szycia, do uczenia, do grania na giełdzie i wdrażania nowych technologii, talent do pielęgnowania kwiatów albo ludzi w szpitalu. Jeśli ktoś wie o swoich talentach i z nich nie korzysta, to szkoda. Traci dużo szczęścia.

Idąc dziś nasłoneczniona i pełna migotliwej radości myślałam, jaka czuję się wolna od tego jak moją inność odbierają ludzie, którzy w czasach dzieciństwa i młodości byli mi tak nieprzychylni. Zupełnie mnie to nie obchodzi. Dlatego usiadłam na maleńkim balkonie domu moich rodziców i napisałam o tym co czuję, w wianku na głowie. Zawsze będę trochę dziwna, szalona w ten bezpieczny sposób, ale wam powiem, że wyrażanie siebie, to podstawa zdrowia społecznego i koloru, jakiego brakuje kiedy się zamykamy w klatkach szarego systemu codziennych zjadaczy chlebów.

Ps. Na koniec dnia, w porze zachodu słońca, poszłam na mostek niedaleko domu, gdzie pierwszy raz umówiłam się z chłopakiem i rzuciłam mój wianek do wody. I wianek tam został. Susza odebrała ruch potoczkowi. Wokół zielono i cicho, tylko pył na drodze. Niepoprawny romantyzm mam w sobie.