O miłości do nienawiści

Tytuł tylko pozornie jest paradoksem. Nie ma nic wspólnego z nadstawianiem drugiego polika i poświęcaniem się tym, co nas nienawidzą. To fałszywe, wdrukowane często w młodości, pojmowanie świata i rzeczywistości. Miłość do nienawiści jest prosta – jeśli kogoś nienawidzisz nie kłam, że kochasz, że tolerujesz go, że jesteś ponad tę nienawiść. Nienawiść pojawia się wtedy, kiedy ktoś naruszył naszą granicę, granicę naszej jaźni, wielokrotnie nam szkodząc, więc nie oszukujmy się, że jesteśmy aniołami i będziemy agresji odpowiadać miłością. Bronienie siebie jest priorytetem. Jeśli ktoś nas nienawidzi, bo tylko z tego powodu może nas ranić, mamy prawo odpierać jego ataki na nasz świat, na nasze wartości. Mamy prawo nienawidzieć go i czuć to, co czujemy w pełni.
Spotkałam w swoim życiu wielu agresorów. Jedni byli jawni, inni ukryci. Nienawidzili mnie za moje sukcesy w pracy, za rodzinę, zazdrościli mi wielu rzeczy, jakich do głowy nie przyszło mi zazdrościć innym. Byłam naiwna wierząc, że ludzie mają w większości dobre intencje w kontakcie ze mną. Wynikało to z mojej własnej postawy, w myśl której podchodziłam z szacunkiem i troską do wszystkich ludzi. Dlatego byłam łatwym żerem dla bandytów emocjonalnych. Prosty przykład – spotkanie z teściową. Siedzimy przy stole:
– Córki to się wychowuje dla siebie, a synów dla innych kobiet.
Kontekst rozmowy, syn za rzadko odwiedza mamusię. Ale syna nie ma przy stole, jestem tylko ja. Zakamuflowana agresja, tak zwana agresja pasywna. Agresja jawna w tej sytuacji wyglądałaby tak:
-Oddaj mi mojego syna!
Ale na taką agresję trzeba się zdobyć.
Są dwa typy agresorów: nieświadomy i świadomy. Z agresorem świadomym jest o tyle łatwo, że jak cię kąsa, to otwartym kodem. Mówisz wtedy:
– Nie oddam.
Albo:
– A weź go sobie – i sprawa załatwiona.
Trudniej jest z agresorem pierwszego typu. Zanim człowiek, jak ja naiwny, zobaczy agresję w komunikacie, poszuka najpierw w sobie winy, przeanalizuje trudną życiową sytuację teściowej, i tym podobne opłotki odwiedzi, zanim dojrzy, że ten człowiek atakuje i, że na atak nie powinno się być biernym. Bo ataki z czasem dają echa. Odparte wracają w postaci siły do odpierania innych ataków w przyszłości, budują charakter, waleczność, odwagę. Nieodparte, podcinają nogi przy kolejnych takich sytuacjach. Dlatego zbieram się kiedy czuję, że ktoś mnie atakuje i, nawet jeśli potem się okaże, że potencjalny agresor miał coś innego na myśli, a ja pomyliłam jego intencje, walę petardę ostrzegawczą. Kontynuując schemat:
– To trzeba rodzić tylko córki, a synów od razu oddawać na wychowanie. Po co się trudzić?
Inny przykład. Żona prezentuje się stale krytykującemu ją mężowi w nowej sukience:
– Jak wyglądam?
– No ładnie, ale czemu taka czarna, jak na pogrzeb?
Właśnie ten pan pogrzebał swoje szanse na coś miłego wieczorem. Sytuacja warta zanalizowania. Po pierwsze, jeśli mąż stale krytykuje żonę, to po co ona go pyta o ocenę? Przecież jego zdanie jest z góry przesądzone. A może czeka na akceptację? Po co nam akceptacja stałego krytyka? Ja się od stałych krytyków odcinam. Mam dość mocnego krytyka w sobie, żeby się jeszcze borykać z żerującym na mnie krytykiem zewnętrznym. Hejt ma to do siebie, że mali ludzie sztukują sobie braki pomniejszaniem innych i poprzez krytykę kamuflują swoje własne kompleksy. Po co się wystawiać na żer dla nich? Nie warto. Jeśli się pani podobała sukienka na tyle, że ją kupiła, to czy musi przejść w domu krytykę swojej decyzji oczami stałego zewnętrznego krytyka? Czy chodzi o narcyzm, który się domaga pogłaskania? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania, zanim się człowiek wystawi do oceny. Ludzie niepewni siebie często potrzebują czyichś oczu, żeby zobaczyć, że są coś warci. Do pewnego stopnia źródłem tego może być narcyzm.
Wróćmy do nienawiści. Nienawidzą ludzie, którzy zazdroszczą innym tego, czego im samym brakuje. Gdy rozwiedziony wmawia wszystkim, że małżeństwo to fikcja, to mu go brakuje. Zatrzaśnięty w małżeństwie za to notorycznie zachwala więzi rodzinne. Do prawdy nie trzeba przekonywać. Obu się czasem zdarza popuszczać parę zwątpienia w postaci agresji wobec tych, którzy uświadamiają im braki w ich własnej sytuacji. Na pewno macie takich ludzi wokół. Rozwiedziony wymawia zamężnym domowe kapcie, a zamężny w gorzkich żartach pyta o pustą lodówkę rozwiedzionej osoby. Paradoksalnie wszyscy widzimy po twarzach, po postawach, że mają nieprzepracowane braki, że nienawidzą się nawzajem, że zazdroszczą sobie tego, czego jak sądzą potrzebują. Ale jawne wyrażenie nienawiści nie następuje, bo przecież wszyscy jesteśmy tacy cywilizowani. A tu proszę wielkiego państwa: „Król jest nagi!” i nie ma co sobie wmawiać, że nikt nie zauważy, że ten z pustą lodówką tęskni do podanych kapci, a zamężny do pustki w domu wieczorem po kolacji i chętnie opróżniłby lodówkę, żeby to nastało.
Ludzie kierowani nieświadomą nienawiścią tej nienawiści nie spalają. Dlatego, paradoksalnie, ci, którzy nienawidzą jawnie, mają na to szansę. Jawna nienawiść pokazuje czego nam brakuje w życiu, co powinniśmy dla siebie zrobić, żeby poczuć się lepiej i nie chodzić między ludźmi z fochem. Nienawiść nieświadoma jest podszyta wielowarstwowym problemem. Ale nie jest to nasz problem i nie warto się wikłać w czyjeś złogi psychiczne. Dla własnego bezpieczeństwa po pierwsze należy unikać otwarcie nienawistnych ludzi, bo oni nienawidzą nie dla nas, ale dla siebie. Po drugie, unikać jeszcze bardziej tych, co nienawidzą skrycie, bo jad z kontaktu z nimi jest trudny do odkrycia i zmycia. Unikać i się bronić kiedy zachodzi potrzeba, nawet za cenę ryzyka niezrozumienia, popsucia kontaktu, bo jeśli ktoś nas lubi szczerze, albo kocha, zrozumie nasz niepokój, współczuciem taką niezręczność pokryje od ręki. Ten co nam nie sprzyja, zrażony odejdzie. I tak jest łatwiej odróżniać tych, co są na naszej drodze przychylni, od tych co na nas żerują.
Dlatego kocham nienawiść – jawna i niejawna uczy mnie odróżniać przyjaciół od wrogów. Uczy mnie też, że nie wszystkich muszę kochać, jak mnie uczyli na religii, w szczególności tych, co najmocniej we mnie bili. Mogę ich odcinać, mogę ich boksować jak się zbliżą. A power w sierpowym mam mocny. Idzie w pięty, więc nie polecam się narażać tym, co coś przeciw mnie knują. Szanuję ludzi obcych i zostawiam w spokoju, z pozornych przyjaciół też robię ludzi obcych, kiedy widzę, że mi szkodzą. I pewnego dnia odkryłam, że nienawiść to siła, dzięki której się pozbyłam tak, bądź inaczej, wrogów, bo świat o dziwo nie czekał na drugi policzek, tylko na akceptację prostego prawa: nie musisz być żerem dla wampirów żeby ich zauważać.
A z nienawiścią, jeśli kogoś niepokoi fakt nienawidzenia innych, jest tak, moi drodzy, że świadoma nienawiść rozpuszcza się w czasie. Dłuższym, krótszym, ale odchodzi, kiedy nie wystawiamy się na ludzi i sytuacje, jakie przychodzą do nas z nienawiścią. Kiedy porobimy porządki w sobie, nienawiść jest rodzajem uczucia ostrzegawczego, co nas również oddziela murem od tych, z którymi nam nie po drodze, którzy nam nie sprzyjają. Oni mają swoje własne ścieżki, niech idą sobie. I tyle jeśli chodzi o nienawiść. Dlatego ja ją biorę, widzę, szukam intencji, jaka ją wywołuje i podejmuję decyzję co z nią zrobię. Czy wykorzystuję do domknięcia mojego świata i w jakim aspekcie? A jak nie wiem dlaczego kogoś nienawidzę, to czekam, bo życie pokaże mi to prędzej, czy później. Ale nie kłamię, nie nakładam fałszywie aureoli świętości i wybaczania za krzywdy. Wybaczać należy tylko dla siebie i tylko tym, których ostatecznie odcięliśmy. Ci, którzy nas nagabują swoim postępowaniem, nie ważne świadomie, bądź nie, biorą odpowiedzialność za swoje działanie, również za wyrzucenie poza horyzont naszego świata. Na zawsze, bądź na czas swojego dogłębnego poukładania, aby wchodząc w nasz świat ponownie, o ile to nastąpi, w zgodzie z naszym rozpoznaniem, byli przez nas mile widziani.

O miłości do bezwysiłkowości

Mamy taki program w głowie, bardzo powszechny, że najlepsze rzeczy przydarzają się nam kiedy na nie zapracujemy. Absurd. Dochodzi więc do paranoi, że nie umiemy się wręcz cieszyć z rzeczy, które nie zostały przez nas okupione wysiłkiem i to sporym. Im większy wysiłek, tym większe szczęście, że się udało, że jest, że będzie. Kolejny absurd. Większość rzeczy naprawdę pięknych w życiu przeżyłam nie dlatego, że siliłam się na nie ale, podążając we właściwym kierunku, a kiedy podążamy we właściwym kierunku, wszystko samo idzie, bez wysiłku, lub z małym wysiłkiem, którego ciało potrzebuje do jakiejś drobnej zmiany naszego sposobu myślenia, odczuwania. Dlatego, kiedy tak się pocimy i dochodzimy do czegoś, nasze ego, które lubi nas mieć dla siebie, mówi :”To dobre, ale gdybyś się jeszcze trochę postarał, byłoby lepsze.” I tak w nieskończoność, niewolnictwo duszy zależnej od ego. Ego lubi kiedy się staramy i przemy z trudem, bo ma nas wtedy na wyłączność. Jesteśmy tak skupieni na działaniu, pozornie ważnym i wysiłku, że nie mamy czasu na refleksję, czy to o co się staramy w ogóle jest nasze, a jeśli za chwilę ktoś podejdzie i zdejmie ciężar mówiąc:” Chodź, tamtędy jest łatwiej”, odruchowo odmówicie, bo przecież wysiłek jest sednem. Moim zdaniem ten niebezpieczny program doprowadził do paranoi całe społeczeństwa ludzkich mrówek, jakie teraz tyrają w trudzie bez refleksji nad swoim życiem. Czy można szczęście okupić pracą? Popatrzmy na radość. Można sądzić, że kiedy osiągamy cel po długiej pracy to czujemy radość. Myślę, że jest inaczej. Czujemy ulgę, łatwo ją pomylić z innym uczuciem. Jeśli cię boli i przestaje, to czujesz się uwolniony od bólu a nie radosny.
Nie oznacza to, że nie należy się napocić. Trzeba, ale tylko w jednym aspekcie, rozpoznania, co dla nas jest dobre i pilnowania myśli, które materializujemy w świecie. Jeśli bowiem ktoś wywołał myślami, że po długiej drodze pełnej niebezpieczeństw dojdzie do prawdy, to tak będzie. Pocieszające jest to, że z programu wysiłek=szczęście można wyjść przed czasem, ale to nie jest proste, bo intensywność zdarzeń bywa przytłaczająca.
Co zatem ze szczęściem bez wysiłku? Każdy je czuje, np. kiedy patrzy na swoje dzieci śpiące w łóżku. I one i my bez wysiłku. Trudno takie szczęście przebić. Słońce na plaży rozgrzewające nas latem. Komiczna sytuacja, spontaniczna w pokoju socjalnym w pracy. Można powiedzieć, że wysiłkiem było wstanie i przyjście, gdzie trzeba i o czasie. Tak, tyle jest potrzebne, żeby przeżyć prawdziwe szczęście – przyjść o czasie we właściwe miejsce.
Zdjęcie programu wysiłku jest potrzebne byśmy, jak głodne duchy nie dążyli do jakiejś abstrakcyjnej doskonałości pracą, żeby zasłużyć na okruchy. Prawdziwe szczęście pojawia się kiedy śpimy, chodzimy, jemy i rozmawiamy o pogodzie ze znajomymi. Życie jest szczęściem i nie wymaga wysiłku, dzieje się automatycznie. Kiedy startujemy z tego poziomu, jest łatwiej zrozumieć, że szczęście nie wymaga siły do odczucia, że jest. Wymaga świadomości, że zachodzi w naszym życiu, że je odczuwamy. Cała więc sztuka pozwolić sobie na szczęście z poziomu istnienia. Potem okaże się, że wszystko nas potrafi cieszyć i przynosi szczęście, bez pracy, bez konieczności, naturalnie, tak trochę dla zabawy, zachęca nas do podróży przez życie w obecności radości, miłości do wszystkiego. Bo wszystko może być szczęściem, jeśli z poziomu serca widzimy rzeczywistość, sami decydujemy co nim jest, więc weźmy go więcej. Cieszmy się z płaskiego chodnika, z kolorowego samochodu na ulicy, z tego, że coś mamy i z tego, że do czegoś dążymy, bo na nas czeka. Kiedy nie mamy siły na naukę czegoś, na dążenie, odpuśćmy to z poziomu serca, może wyzwolimy tę energię gdzie indziej, bardziej twórczo, bardziej prawdziwie i po czasie okaże się, że to było lepsze, mądrzejsze. Ważne i podstawowe jest, abyśmy nie obciążali się poczuciem winy, że się nie silimy. W wysiłku nie ma żadnej wartości z poziomu celu. Ten kto szedł schodami, nie jest lepszy, niż ten kto wjechał windą. To tylko droga jaką obieramy. Jeśli chodzenie po schodach rozpoznajesz jako wartościowe tylko z takich powodów jak wysiłek i duma, bo czujesz się lepszy od windziarzy, to utknąłeś w przekonaniu o wysiłku. Windziarze tego nie docenią, bo się pewnie i tak z nimi miniesz, kiedy będą szli dalej, gdy ty dopiero docierasz na miejsce. Więc po co ci wysiłek?
Wysiłek należy włożyć tylko w rozpoznanie siebie, gdzie i jakie mamy intencje. Jeśli twoją intencją jest chodzenie, bo możesz się rozejrzeć więcej, lubisz chodzić, masz czas dla siebie i kontemplujesz ten stan z lubością, nie wsiadaj do windy. Tam cię wyrwie w górę i będzie za szybko, stracisz wszystko co lubisz, a gdy osiągniesz cel, co z nim wtedy zrobisz? To prawda, że nie cel a droga jest ważna. To ona sama jest celem nie wysiłek w nią włożony. Poczuj to co czujesz, czego naprawdę potrzebuje twoje serce. Wtedy niezależnie od tego jaką drogę obierasz, masz w sobie spokój i szczęście, i choć byś się wdrapywał schodami do nieba, a windziarze krzykną ci w locie:”Co za wariat, idzie, zamiast wjeżdżać!” Ty się uśmiechniesz z poziomu zrozumienia i wdychając cudowne górskie powietrze, powiesz sobie w duszy:”Jestem, gdzie trzeba i, proszę o jeszcze.”

16 luty 2018

Święta, święta …

W tym roku od Świętego Mikołaja dostałam wirusowe zapalenie zatok. „Zdarzasię”. Dzięki temu legalnie mogłam się wymiksować z różnych przygotowawczych zajęć. I tak planowałam się wymiksować z tej, jak mówi Moja Córa, świątecznej gorączki, więc Święty niepotrzebnie się trudził, ale doceniam wkład i wysiłek, żeby mnie magicznie spotkać z kimś zarażonym i, w razie jakbym miała się nie oszczędzać, dodał mi niezbity argument. Może i miał rację, bo zanim wirus mnie całkiem rozłożył zrobiłam pranie, ubrałam choinkę, odkurzyłam mieszkanie, przygotowałam barszcz, kutię, farsz do pierogów i zrobiłam zakupy. To ostatnie na spółkę z mężem, ale zawsze. Potem jakoś wszystko potoczyło się mimo mnie, pierogi zagniótł Syn we własnoręcznie zrobionej z papieru czapce Mikołaja, urodzony komik, Mąż upiekł rybę, ugotował co się dało. Młodsza Córa Starszej zrobiła wegańskie pierogi , a Starsza zrobiła sushi dla wszystkich, żeby nam się przy wigilijnych potrawach nie nudziło. Ubrałam się jak Śnieżynka, co Syn skomentował, że patriotycznie wyglądam w tej bielo-czerwieni. Odparłam śmiejąc się, że to na rok niepodległości i skorzystałam z wprawnej rączki Mojej Córy, która wyjątkowo dobrze umie podkreślić moje szlachetne oblicze trikami, których ja nie umiem, bo jak ma się w domu taką kosmetyczkę to się człowiek rozleniwia.

Najmłodszy Syn długo, zwycięsko walczył o prawo do siedzenia przy stole wigilijnym w dresach i bluzie z kapturem na głowie. „I tak nic nie będę jadł, bo tu nic nie ma do jedzenia!”- orzekł. Jak powiedział, tak zrobił, nie zjadł nawet specjalnie dla Niego zrobionego przez troskliwą Starszą Siostrę bałwana z ryżu do sushi z pięknymi ozdobami z marchwi i buraka. Starszy Syn z braku długich spodni, które nagle wszystkie wyparowały, wystąpił w krótkich, dzięki czemu mogłam zobaczyć, jak dużo urósł od wakacji. Córy w swetrach i dżinsach wyglądały cudnie, jak żywcem przeniesione z lat, kiedy ja sama chodziłam do liceum. Nie mogłam się napatrzyć, istny powrót do przeszłości. Mąż chciał wygłosić jakąś mowę powitalną, ale został chóralnie zakrzyczany, żeby nie przynudzał, więc się tylko wyściskaliśmy i wycałowaliśmy, przegryzając opłatkiem.

Po wchłonięciu niewielkiej części przygotowanych potraw (na dzisiejsze, poranne pytanie męża: „Co dziś na obiad?’, odparłam: „To co wczoraj na kolację!”) uraczyłam się lampką wina i pierwszy raz poczęstowałam winem Starszego Syna. Bartek, wyższy od Taty, sam otworzył butelkę, a przy okazji usłyszeliśmy parę historii od Dzieci, jak to się teraz pije w młodym towarzystwie i, że wśród obecnej młodzieży pasterka to synonim zakrapianej imprezy.

Prezenty miały być następnego ranka, ale Dzieci nie mogły się doczekać, więc wysłaliśmy je do sprzątania stołu i zamknęliśmy się pakując. Nie obyło się przy prezentach bez fochów, ale i zachwytów. Julia jak zwykle bardzo się napracowała, szukając świetnych rzeczy dla nas wszystkich i podpisała wszystkie prezenty artystycznie, aż trudno wyrzucić opakowanie. Leszek swoje zachował z napisem: „Santa Dad”. Ja dostałam nowy telefon i ciekawą gromadkę oczu, co chce mi wszystko w tym telefonie ustawić. Córa powiedziała, że wreszcie nie będę jak ten dinozaur i, że jak mam teraz najlepszą maszynę w domu, to nie mam prawa nie odbierać telefonów. Fakt, czasem nie odbieram, w tym się wyraża moja wolność i samostanowienie, a co!

Kiedy wieczór miał się ku końcowi, obejrzeliśmy film świąteczny, nie Kevina, całkiem zabawny, z dokładnością do tego, że w kluczowym momencie zdradziłam, jakie będzie zakończenie, bo dla mnie było oczywiste i nie mogłam się powstrzymać.
-„Mama! Niech ktoś zamknie tę kobietę, co za dużo gada!”
-„Ale ja jeszcze nie skończyłam, zaraz wejdzie Pani Mikołajowa …”
-„Mama!!”

No i na tyle wystarczyło mi energii. Kiedy kładłam się w sypialni z nosem jak Rudolf, bo co jakiś czas śluzówka oczyszcza mi się na czerwono, patrzyłam na choinkę, którą mąż kupił, ale zapomniał dokupić 10ciu metrów kwadratowych mieszkania do niej i pomyślałam, że to chyba były najspokojniejsze, najradośniejsze święta, jakie miałam w życiu. Bez spinki, sztuczności, z niepohamowanym humorem, autentycznością na jaką stać i mnie, i wszystkich, kiedy się im pozwala. Patrzyłam jak kot podgryza ubranego do połowy świerka od spodu, przebrany w świąteczne ubranko z reniferem i pomyślałam, że zespół Monty Pytona byłby zachwycony taką gwiazdką. Mam nadzieję, że koty trawią świerkowe igły, nie będę jeździć zwirusowana na żadne izby przyjęć dla przejedzonych wegańską dietą drapieżników.

A dziś leżę w łóżku, a świat kręci się nadal. Wstałam pierwsza, odsłoniłam okna i zobaczyłam cienką warstwę śniegu. Wszechświat nas nagradza za to, że nie oczekujemy tego, co jest złudzeniem szczęścia. Prawdziwie świąteczna atmosfera to dla mnie śmiech moich dzieci, kiedy mówią:”Mama, nie mów naszym językiem, bo to brzmi jak suchar!” A ja mrużę oko, bo wiem o tym, robię to dla siebie, dla własnej radości i dla nich, bo czują się inne, młodsze, należące do siebie, innej generacji, nie do mnie. A wczoraj przy wigilijnym stole się dowiedziałam, że słówkiem roku 2018 jest „dzwon”. Dzwon oznacza pusty w środku. Dzieciaki mówią: „Ale dzwon…”, czyli kiepski, bez wyrazu, dno i wodorosty, jakbyśmy powiedzieli w naszych czasach. Słówkiem 2017 roku był „sztos”. To z kolei oznacza coś świetnego. W użyciu: „Ale sztosik!”, o czymś fajnym, odjazdowym – tutaj nasza gwara. Słowa te zostały oficjalnie uznane, przyklepane i weszły do słownika nowomowy w całkiem nowych znaczeniach. Wszystko się zmienia. Rytuały, wartości. Szczerość, mam wrażenie, wiele uświęca. Nawet niezadowolenie, zgoda na wiele nieakceptowalnych w czasach mojego dzieciństwa emocji, jak gniew, zniechęcenie, smutek: „No czemu się nie cieszysz z prezentu? Toż to nie wypada, Mikołaj tak się starał…” -„Nie cieszę się i tyle, tak się zdarza”.

Na mojej wigilii, na której spotykam tych, których kocham autentycznie, można wyrażać wszystkie emocje i uczucia. Nikt nikogo nie krępuje, nie przymila się po głaski: „Ładnego ci misia Mikołaj przyniósł?”. To nie istotne dla tych, co kochają i czują się kochani, prezenty to tylko przedmioty, trochę do ułatwienia, trochę do zabawy. Nie wyrazy miłości, bo miłość nie wyraża się przedmiotami. Miłość to akceptacja każdego przejawu ludzkiego wnętrza. Można symbolicznie coś prezentem przekazać, ale miłość płynie mimo, obok tego. Bez niej, żaden prezent, żadne danie wigilijne, żaden wyszukany gest, podniosłość, po prostu żadna maska nie zapełni pustki czekania, na miłość, co się wyraża akceptacją w byciu tym, kim jesteś naprawdę i traktowania z pełną akceptacją tych, których się kocha.

Bez przymrużenia oka: „Niech te święta będą dla Was otwarciem na miłość, autentyczność w uczuciach, radościach i dąsach. Niech Wam się zdarzą autentyczną chwilą, spokojem patrzenia w serca bliskich ludzi. Bo kiedy zobaczycie ich takimi, jakimi są naprawdę, będziecie ich kochać. To nieuniknione. Więc jeśli chcecie, żeby Was kochano, bądźcie autentyczni, nie fałszujcie swojego obrazu, żeby Ci co na Was patrzą widzieli prawdę. A wtedy i Was pokochają. W tym się przejawia synergia miłości.”

Autentyczność

Ludzie nie są autentyczni, bo nie znają siebie. Kreują się za to na postaci z bohaterskich albo świętych wizerunków wszelakich. Nie oceniam nikogo, ani za wizerunek jakiego kurczowo się trzyma w swoich ograniczeniach, ani za to kim naprawdę jest. Bo jak się przejdzie przez swoje małe piekiełko cienia, przestajesz oceniać. Widzisz więcej i więcej akceptujesz w innych, ale nie dajesz się ponieść iluzjom ani wrogości. Współczucie pojawia się samo, jako rezultat rozpoznania ludzkich słabości.
Poznałam kiedyś człowieka tak zniekształconego duchowością, że latał wyłącznie w rejonach nieba. Ciągnęło go do ziemi, ale nie umiał się z nią zjednoczyć. Ziemia była dla niego złem. Wyprojektował na mnie swój cień braku osadzenia w materialnym świecie. Szukał winnego swoich porażek życiowych, złamanej kariery, utożsamił mnie ze swoją matką, co go tłamsiła w młodości i usiłował mi wmówić, że posiadł mądrość, większą niż moja. Niewiele wtedy wiedziałam o duchowości, czułam tylko, jak moje ciało boleśnie odpowiada na jego słowa, co były jadem niespełnienia. Mówimy czasem, że spotkaliśmy toksycznego człowieka, wampira energetycznego, a co bardziej religijni widzą demony i opętania. Nie ma czegoś takiego moi drodzy. Nie ma nic co widzimy poza nami. To co robią inni ludzie to ich sprawa. Zawsze możemy się odgrodzić, jeśli tego nie robimy, to nasz wybór, nasze brzemię jakie sobie wkładamy na plecy. Zniekształcenia rzeczywistości to codzienność, to człowieczeństwo. Mam swoje i wolę mierzyć się ze swoim niż nosić czyjeś demony.
Dla mnie kluczowym momentem, jak do tej pory, było zobaczenie swojej autentyczności w każdym aspekcie, jasności i ciemności. Każdy ma ciemność, wyparte pragnienia, zsuwające nas w zmęczenie. Walka z cieniem to bardzo energetyczny proces. Lepiej wejść w cień, rozejrzeć się i poddać. Pozwolić sobie na bycie nieświętym. Im dłużej widzę ludzi wraz z ich cieniami, tym więcej widzę jasności w nich. Męczy mnie natomiast wszelka budowa systemów służących do tłumienia rozpoznania co jest cieniem w człowieku. Nazywanie grzechów, pokuty, wytykanie a jednocześnie bezsilność wobec rażącego zła autentycznego. Człowiek, który mnie próbował oświecić swoją duchowością miał ogromne narcystyczne ego. Wytykał ludziom ich błędne przekonania nie widząc swoich błędów. Koronnym dowodem na fałsz jego postawy była jego postawa w relacji z bliskimi. Bliskie relacje bowiem obnażają naszą autentyczność. Ktoś może się kryć za maską pozorów, ale ponad wszelką wątpliwość zdarza się, że rano zaspany coś rąbnie wewnętrzną prawdą. I wtedy bliscy widzą, ale widzą też ci co przepracowali podobne demony i sytuacje. Dlatego tacy, co się skrupulatnie kryją, zbierają włosy z podłogi w sypialni po wizycie kochanki, kręcą licznikiem kilometrów w pracy, uśmiechają się jak nieświadome niczego dzieci, żeby ich nie ganić, nie zranić za ich nieodpowiedzialność, w końcu docierają do granic swojej prawdy. Bo kryją się ci co nie mają odwagi powiedzieć:”Kochanie, ciąży mi to, że muszę utrzymywać całą rodzinę i nie mam czasu na pójście z synem na piłkę. Czy możesz pójść do pracy?”, albo „Jestem zmęczona byciem na każde zawołanie dzieci. Czy ktoś mnie na chwilę zastąpi?”, albo „Nie czuję się przy tobie mężczyzną. Czy to się da zmienić?”
Szczerość. Taka trudna sprawa. Mówienie prawdy, kluczowe dla miłości. Wszystkie półprawdy to kłamstwa. Wolność w miłości jak ktoś chce być zależny i polegać na kimś, albo rodzicielstwo, jak ktoś ma problemy z powodu nieukochania wewnętrznego dziecka, to proste drogi do problemów. Wszystko da się rozwiązać, nawet sytuacje krytyczne, ale podstawą zawsze jest szczerość. Mężczyznom generalnie trudno się przyznać do słabości tak, jak kobietom do siły. Zamiast wisieć jak plastikowa lala na ramieniu, kobieta może iść sama. Facet za to może czasem popłakać i to jest autentyczność. Jesteśmy ludzcy, każdy stan radości i smutku jest dla nas. Jak ci zmarła bliska osoba to masz prawo być w rozpaczy, nie strugaj twardziela i znajdź sposób na wyrażenie każdego uczucia, jakie do ciebie przychodzi. Jak nie chcesz całować kobiety choć ją zaprosiłeś na randkę, a ona jakoś tak się słania, to mów o tym. Nie zawsze taka konfrontacja jest przyjemna, ludzie siedzą głęboko w swoich wyobrażeniach, jak powinniśmy się zachowywać, ale przekonałam się, że autentyczność tak działa, że zaraża. Niedawno kolega powiedział mi, że podobało mu się, że w kinie śmiałam się na całe gardło nawet w kontrowersyjnych momentach filmu. Po prostu jak mnie coś śmieszy to się śmieję. Nie przejmuję się tym, co ludzie myślą. Każdą szczerość można odpowiednio przekazać. Jak ci żona przytyła i nie masz ochoty na seks z nią to nie udawaj, że idziesz pobiegać, porozmawiaj z nią. Jak ktoś czegoś w tobie nie rozumie to nie zakładaj, że jest głupi, ma swój własny system pojęć. Chcesz być zrozumiany, przemów jego językiem, ale się nie zniekształcaj, nie dopisuj sobie cech jakich nie masz, bo zaciemniasz swój prawdziwy potencjał. Kobieta mocna zawodowo, która się przeobraża w domu w kuchtę, bo boi się reakcji męża, co sunie finansowo brzuchem po ziemi, to droga do porażki w relacji. Jak facet, co sobie wmawia, że ona wszystko mu zawdzięcza, bo zrezygnował z kariery. A po co taka farsa. Szczerość jest wtedy, kiedy ona mimo, że wpada w szpilach i siada do obiadu to ceni, że jest zrobiony. A facet w kuchennym fartuchu co miał czas i zrobić zakupy, i wyskoczyć na pływalnię, może być bardziej spełniony w swojej roli niż nie jeden korporacyjny szczurek. Czas na zmiany myślenia, bo inaczej zadręczymy się nieautentycznością, nieszczerością. Mój znajomy lubi wyższe kobiety. Jak jego partnerka chodziła w szpilkach to był o głowę niższy od niej, ale czuł się bardzo męski i na miejscu niż suchy koszykarz. Skonfrontujcie się z tym obrazem w sobie. Jakiej cechy nie umiecie ujawnić choć jest w was autentyczna? Co wam doskwiera, bez udawania i poszukajcie przyczyn. Może chcecie wyjść na męczennika, bohatera, świętą, nieskalaną, matkę Polkę na przykład? Co wam wmówiono, może to, że z taką autentycznością to się lepiej nie wychylać? Takie stłumione autentyczności pokazują, jakie mamy wzorce, jakie mamy więzy i kajdany. Nie uświadomione kajdany prowadzą do takich przekłamań rzeczywistości: „Też bym chciała mieć BMW, ale nie zarobię na nie, bo nie wierzę w siebie, więc wyjdę sobie za mąż za faceta co mnie będzie woził”, albo „Wezmę sobie za żonę taką, co mnie nie zdradzi, to będę miał kontrolę. Nie ważne, czy ją kocham. Ona kocha mnie, to wystarczy, resztę się dopowie.”, albo „Moje dziecko spełni dla mnie wszystkie moje niespełnione marzenia”. Czas przestać. Czas się nie wybielać, ale przyjrzeć sadzy tam gdzie przywarła. Każdy kto prał wie, że są gorsze plamy do wywabiania. Ale chodzenie z plamą i wmawianie światu, że to nie plama, tylko dekoracja, jest jak herezja, jak kpina z prawdy. W końcu świat się połapie i wytknie w najgorszym dla nas momencie. Plamy dla porządku są całkiem ok, kiedy robimy im miejsce i świadomie je wkładamy w mozaikę naszej osobowości.  Ktoś, kto się sztukuje samochodami w brakach w poczuciu męskości, może prawdziwie o tym powiedzieć z żartem: „Wolę moje gładkie ferrari, bo mnie nie puszczająści kantem”. Ale na taki autentyczny żart stać nas dopiero wtedy, kiedy przyznamy się przed sobą do własnej słabości, albo nieumiejętności, niewiedzy. Wtedy nasze ego nie karmione strachami przed ujawnieniem naszych słabych miejsc staje się pomostem między rozumem a uczuciami, wygasa jego władza nad nami. W kontakcie ze sobą stajemy się kolorowymi wachlarzami uczuć, emocji, mądrości, świadomości, stajemy się sobą, takimi jakimi jesteśmy naprawdę, wyłuskani z masek własnej małości. Wtedy stajemy się indywidualnościami i od tej pory, z każdym dniem stajemy się autentycznie niepowtarzalni nie poprzez dążenie do jakiejś wydumanej doskonałości, ale poprzez dochodzenie do prawdy.

O miłości do polskości

O polityce nie będę pisać, bo po pierwsze mnie nie wciąga, za bardzo kwaśna jest od ambicji i maskowania prawdy. Ale o polskości z okazji tego stuletniego święta się pokusiłam trochę wyciągnąć z zanadrza własnych refleksji. Polacy są jak krasnoludy Terrego Pratcheta, gdzie dwóch ich siedzi, tam trzy opinie, a i tak zrobią dokładnie przeciwnie. Wszelkie święta narodowe omijam łukiem, mimo zacięcia do historii, o której lubię słuchać, dyskutować i się edukować np. w pracy, bo moi koledzy mają szeroką wiedzę nie tylko z zakresu nauk ścisłych. Kolega chemik rzuca np. imionami kalifów arabskich z okresu wczesnego rozwoju imperium muzułmańskiego na Bliskim Wschodzie i obecnej Hiszpanii, kolega fizyk interesuje się kolejami rozwoju silnej państwowości polskiej w unii z Litwą i wpływu mniejszości żydowskiej na rozwój miast i handel. Jest o czym rozmawiać, spierać się i dumać potem. Wszyscy jesteśmy Polakami i na swój sposób jesteśmy dumni z tego, każdy ma inne opinie i o historii, i o teraźniejszości, ale bardzo się lubimy, więc każda nasza dyskusja posuwa nas w zrozumieniu tego, co było wcześniej płynne, jak to, że Batory mimo, że nie Polak i języka nie znał, okazał się lepszym królem niż jakikolwiek wytytułowany przedstawiciel polski, bo szlachta sprywatyzowała się skutecznie w majątkowości, zapominając o patriotyzmie i interesie polskiej państwowości. Konsekwencje wyboru Batorego można rozumieć również  jako lekcję tolerancji dla inności,  że ktoś podejmując się stanowiska, niekoniecznie musi być nasz, polski, aż do kości włącznie z DNA, ważne jak robi swoją robotę. Polacy mają jedną wadę nieprzepracowaną zbiorowo. Kompleksy związane z przeszłością, z zaborcą, z niewolą, z poddaństwem. Wpływa to na nas wielowymiarowo. Po pierwsze totalny brak zaufania do siebie, zespół bitego dziecka i mesjanizm, czyli podparcie naszych porażek ideą, jakiej się nie da skalać, podważyć. Nie przez przypadek święcimy wydarzenia okupione krwią do ostatek, a podbojów nie umiemy uszanować. Niedawno kolega powiedział mi o świetnej koszulce, jaką widział. Portret Żółkiewskiego z podpisem: „Wakacje spędzam w Moskwie”. Gdybyśmy zaczęli śmiać się i cieszyć z naszych zwycięstw, a nie opłakiwać w gniewie nasze upadki, bylibyśmy lżejsi o pięćset lat z okładem.
I biorąc pod uwagę te wszystkie bolączki karków, co muszą swoją dumę narodową wybić zbiorowo kijem na plecach tęczowego pokolenia hipsterów żyjących w opozycji do tzw. wartości patriotycznych, wolę na święto pojechać do ludzi, co mają o historii pojęcie, co sami coś z tą historią robią z pasją, żeby poczuć czym naprawdę jest patriotyzm poważny, zrównoważony i, jak najbardziej jasny.

11 listopada to przede wszystkim koniec I wielkiej Wojny Światowej, w czasie której zamordowano wiele ludzkich istnień, eksperymentowano z gazami bojowymi i medycyną na polach walki, z nową bronią i technologią w ogóle, kiedy ukazało się nowe oblicze ludzkości, jakie wielu pewnie nie śniło się nawet w najcięższych koszmarach na globalną skalę. Dość tego, że Amerykanie po 3 latach tego szaleństwa postanowili jednak się włączyć i zażegnać oraz na nim skorzystać wizerunkowo i finansowo. Udało im się jak zwykle, bo to naród, który myśli przyszłościowo. Wraz z grupą znajomych 11 listopada znalazłam się na byłym  froncie I wojny,  gdzie armia carska broniła dopiero co wybudowanej linii kolejowej Tłuszcz-Ostrołęka. Walki odbywały się w pobliżu Różana i Kruszewa w lasach, w jakich chodziliśmy szukając grobu żołnierza, który padł w tamtejszych okopach. Nie wiedzieliśmy czy go znajdziemy, pojedyncza mogiła w usianym dołami po ostrzale artyleryjskim lesie. Marek – nasz gospodarz, i serdeczny kolega, zaprowadził nas najpierw na spacer do pobliskiej szkoły, jaką miano oddać 1 września 1939 roku. Piękny budynek, przemyślana architektura, świetny klimat. Szkoła jest zamknięta od 10 lat. Podczas wojny stacjonowali tam Niemcy, zwani dla niepoznaki historycznej hitlerowcami, ewentualnie faszystami, wymienianymi obecnie bez nacji. Kolejny problem Niemiec z akceptacją wielokrotnej agresywności politycznej w Europie. Jak wielu innych zresztą. W końcu pierwszą wojnę wywołali Serbowie. Weszłam na teren budynku nielegalnie, przez okno. Wewnątrz zostawiono wszystko, jakby ludzie umknęli stamtąd przed chwilą po ogłoszonym alarmie atomowym. Myślę, że podobnie wygląda Czarnobyl, talerze na stole, buty przed domem. Tutaj: kreda w klasie, dzienniki i książki, gazetki, misie, kasety, płyty edukacyjne, katechizm, złamana świeczka i wiszące na ścianach kwietniki oraz kalendarze. Marek chciałby zrobić w tej porzuconej szkole muzeum I Wojny Światowej, bo takiego nie ma w Polsce podczas, gdy mają je Amerykanie. Byłam tam nawet parę lat temu w Kansas City. Gmina budynek szkoły sprzedaje. To duży koszt, inwestycja. Mam nadzieję, że kiedyś się Markowi uda zrealizować to marzenie, bo na 11 listopada wolę pojechać w takie miejsce, niż patrzeć przez okno na race na ulicach.

Mogiła była w lesie, krzyż z doczepionymi kwiatami. Dzieci odkopały ją z liści, dekorowały nimi krzyż z listewek. Kasia mieszkająca nieopodal stwierdziła, że trzeba wyszykować solidny brzozowy i może dzieci, które przyjadą do niej na obóz jeździecki, zrobią płotek dookoła grobu w ramach zajęć. To bardziej do mnie przemawia w sensie cnoty patriotyzmu niż apele w szkołach, armaty na pl. Piłsudskiego w Warszawie, warty przy grobie Nieznanego Żołnierza przez wojsko, ale i przez służby skarbowe. Swoją drogą skąd się wzięło coś takiego, czy ktoś zauważył ten mezalians, policja, wojsko, służby wszelkie mundurowe i skarbówka, a w jakich wdziankach? Może ktoś oglądał w telewizorze, to mi powie. Przy mogile w lesie na drzewie jest krzyż wyrznięty w korze i pomalowany na biało, żeby jak mogiła polegnie, wskazywał na to szczególne miejsce. Marek sądzi, że pochowano ich tam więcej. Młodych chłopaków – Polaków z carskiej armii, padłych pod ostrzałem prusackim w 1915. Carscy, a nasi, zauważcie. Ci po drugiej stronie też byli nasi po części, z Wielkopolski, Śląska, Pomorza, zawędrowali na Mazowsze, do macierzy.

Po spacerze zajechaliśmy do Kasi. Zupa dyniowa jej produkcji jest świetna. Marcin na FB zamieścił relację z naszej wycieczki i, jeśli ktoś chce uświęcić kulinarnie 11 listopada to jest tam oryginalny przepis. Zupa dyniowa na święto niepodległości jest bardzo adekwatna, na czasie i nasza, choć przepis francuski, od rodowitego Francuza, męża Kasi.

Wieczorem wracaliśmy pustymi drogami do domu. Nowa droga ekspresowa na trasie S8, niedawno oddana, bardzo przyspiesza przejazd. Udało się skończyć ten odcinek, mimo zmian politycznych, pokrzykiwania na poprzedników i robienia sobie własnego korytka dla popasu marionetek politycznych, zbijania potencjału na świętach narodowych i kościelnych, wstydzenia się za prezydenta, czy innych świecznikowych smutasów. Nasuwa mi się taka refleksja, że to, jak czujemy swoją polskość to nasza indywidualna sprawa. Każdy może czuć przynależność bądź jej brak. Kiedy mój kolega Włoch jada z nami pierogi w pokoju socjalnym, bo je lubi najbardziej, a my wchłaniamy wtedy spaghetti czuję, że nie mamy barier w osobistych kontaktach. Tam, gdzie jest relacja człowiek – człowiek, nacja negatywnie wpływa tylko wtedy, kiedy pozwalamy na podkreślenie różnic, co nas separują, ale dla odmiany można również podkreślić wspólne wartości, co nas spajają w działaniu, życiu jako aktywności. I na koniec powiem, szczególnie do Polaków, bo z tą koncepcją mamy prawdziwy problem: Myślenie o przyszłości nie wyklucza pamiętania, nie wyklucza świętowania poświęcenia przeszłych pokoleń, ale wymaga zrozumienia i akceptacji odmienności warunków, w jakich one żyły i walczyły, często zwykłą codziennością, pracą, uczeniem w kompletach, czytaniem i pisaniem poezji, tworzeniem muzyki za granicą nie istniejącego państwa. Powstania Warszawskiego nie dało się zatrzymać, niech nikt się nie łudzi, ale dawać je jako przykład postępowania, wiedząc, jaka była jego konsekwencja, to duże zaślepienie. Oddaję cześć dziewczynom i chłopcom, kobietom i mężczyznom, dzieciom, którzy oddali życie za moją wolność, za moje obecne bezpieczeństwo. I w ogromnym poszanowaniu ich postaw moje życie zamierzam przeżyć pamiętając o tej cenie, w najlepszy sposób, jak należy, czyli w szczęściu, dobrobycie, ku pożytkowi, radości mojej i innych ludzi, Polaków i nie Polaków, którzy mnie otaczają, którzy jak ja, mogą mieć swoje własne cele i iść w zgodzie ze sobą w kierunku przyszłości. Bo niezależnie od przekonań wiemy, że czas płynie liniowo, nie zawraca. Tylko przyszłość nas czeka, tylko ona. I niech  w szlachetnym świetle przeszłości Polski, nasza mądrość i serce da nam przyszłość co będzie wyjątkowa, będzie wartym pamiętania, przez kolejne pokolenia, doświadczeniem.

Śniadania piątkowe z Iwem

Ostatnio dużo pracuję. Wygrałam projekt, o który się starałam, kończę publikację i szykuję konferencję jednocześnie. Mało przebywam w domu, dlatego staram się czas, który spędzam z dziećmi spędzać efektywnie, nie na ilość, ale jakość. Spędzam go również tak, żeby i dla mnie było to przyjemne. Wiele razy widziałam rodziców, którzy stoją pod placem zabaw nudząc się piekielnie, albo zblazowani, zmęczeni siedzą z dziećmi w domu. Sama się do nich często zaliczałam. Mogę powiedzieć, że częściowo dzięki temu, że moje dzieci wyrosły, ale również zmianie mojej optyki, zaczęłam inaczej spędzać czas z dziećmi.
Dziś odwożąc córkę do szkoły poczułam, że nawet taki zdawkowy kontakt ze mną jest dla niej ważny. Siedzimy w jednym pojeździe, ona słucha muzyki, ja jestem. Czasem o coś spytam, czasem ona, nie narzucamy się sobie, każda ma swoją przestrzeń. Kiedy wysiada na tramwaj, widzę w lusterku jej włosy w kolorze magenta, jak wesołe światełko unoszące się w porannej mgle. Staram się być, bo przy niektórych, szczególnie starych dzieciach, inaczej już nie będzie, dopóki same nie zechcą, same nie przyjdą, a wtedy trzeba być uważnym na to, co mówią i, przede wszystkim, nie oceniać ich świata, jaki same dla siebie przędą. Dzięki temu, przyjdą z największymi obawami i, dzięki temu, wysłuchają co mamy do powiedzenia.
Syn jedzie ze mną dalej i w piątki, kiedy jest mniejszy ruch, zwykle lądujemy na śniadaniu w małej knajpce niedaleko szkoły. Zamawiamy kanapki, herbatę albo kawę, ciastko z malinami albo czekoladą i siedzimy. I znowu, choć inaczej, jestem. Syn mi mówi ile punktów zebrał w grze, w którą gra, że postać z niej nazywa się „Shadow”, a ja patrzę jak wywija kosą ścinając ninję co go napada i pytam, czy mu nie przeszkadza, że to takie drastyczne. Bo dla mnie jest drastyczne. Mówi: „Co ty mama, w to wszyscy grają, a mój kolega Luka, to w 3 miesiące to przeszedł i nie hakował gry.” Faktycznie, jak widzę, to musi być wyczyn. W czasie rozmowy, która z mojej strony jest bardziej słuchaniem, wysypują się wszystkie ważne informacje, o kartkówce z biologii, że pani nie uczyła pierwiastków, a z tego sprawdza, że on nie chciał do klasy językowej, bo lubi panią od matmy, że kolega z tej klasy kończy dziś wcześniej i się nie spotkają po lekcjach, że był na łyżwach z prawie narzeczonym siostry. Piję herbatę, przekąszam i się uśmiecham. Nie oceniam, nie mówię, zrób tak, albo siak. Mój syn jest mądry, jak nie będzie wiedział – zapyta. Wolę, żeby sam błądził, żebym go wspierała jak się zapętli, niż kierowała jego kroki. Jest dość duży na to, żeby świat rozpoznać. Nie obruszam się, jak mi powie, jak ostatnio: „Nie lubię cię.” Pytam za co? „Za wszystko.” Ma prawo. Po dobie przychodzi, kiedy po masowaniu naciągniętej stopy zrobi mu się błogo i mówi: ” Wiesz, jednak cię lubię, tylko tak mówiłem, bo byłem zły na ciebie za coś.” I to też przyjmuję. Nie wymuszam zwierzeń: „Kochasz mamusię, a tatusia?”, bo wierzę, że ludzie którzy wymuszają uwagę dziecka, pozory uczuć, przywiązanie, szacunek i uśmiech, kształtują w nich błędne przekonanie, że nie mogą czuć tego, co czują naprawdę, nie mogą o tym powiedzieć. Jak mnie córka słownie boksuje czasem, że jestem nielogiczna i nie rozumiem jej potrzeb, mówię, że ma rację, bo nie jestem nią i widzę świat inaczej. W moim świecie jest tak, i wszystko dla mnie jest tam logiczne, ona może widzieć świat odwrotnie zgoła. Pozwalam na to, ale bronię swojego spojrzenia i jestem tu jak skała, bo wtedy ona wie, że jak się potknie, nie będę jej zarzucała, że zrobiła błąd, tylko dam jej się na mnie oprzeć. Dlatego nie oceniam, mówię faktami. Ludzie nie lubią się konfrontować, unikają tego, dzieci również, wolą się bawić niż ponosić konsekwencje swojego postępowania. Warto do nich mówić, ale też im dawać pole na wyrobienie błędami bicepsów, które kiedyś posłużą, do kształtowania swojego świata, może, a nawet zwłaszcza, wbrew naszym wyobrażeniom.
W piątki siadam do śniadania z synem dla relaksu, nie jako wielki nauczyciel życia, przewodnik, guru w pąsowym ubranku i sandałkach, ale też nie kumpel z podwórka. Jestem mamą, jaką sama chciałabym spotkać w dniach mojego dzieciństwa. Nie mam też parcia na bycie idealną mamą. Jestem po prostu autentyczna, nawet jeśli rąbnę jakiś błąd, a mam ich za sobą cały worek, nie obarczam się winą, tylko uczę na co dzień z obserwacji, jak to co robię działa. Również czy mi to służy, bo nie ma nic gorszego od metody postępowania wyuczonej z książki, przez którą rodzic się stara włożyć kolejną maskę super bohatera rodzicielstwa. Dzieci jak busola wykryją takie oszustwo i wskażą północ z komunikatem prosto z uczuć rozpoznawalnym dla empatycznych osób jako :”Winter is coming”. Trzeba się dobrze czuć w swojej roli, nie fałszować falsetem swojego prawdziwego ja, nie zaciskać dziecka pragnieniem, nie oceniać, ale i nie obarczać się i jego przeszłością co przemknęła. Jak puszczam suchara to dzieci mówią z politowaniem, ale i cieplutko: „Mama …”. A ja się uśmiecham, bo czasem specjalnie rzucam coś konfrontacyjnego.
Dziś w naszej knajpce sprzedawczyni powiedziała mi: „Ja już się nie mogę doczekać, jak będę z córka tak siadywała, jak pani z synem.” Pomyślałam, że nie ma na co czekać, bo trzeba łapać każdą chwilę z dziećmi, zanim odejdą do swoich wszechświatów. Poza tym, może córka tej pani będzie chciała spędzać czas inaczej? Nie ma co się nastawiać, raczej obserwować. Każdy etap rozwoju dzieci ma swoje możliwości i ograniczenia, jest inny. Warto się spytać bobasa, czy woli poskakać w parku trampolin, uczyć się walki kendo, a nie pakować go w narty, jak się nie chce ślizgać, bo to dla nas było marzenie dzieciństwa. Ale jak zechce posiedzieć z tobą w knajpie przed szkołą, bo mimo poważnych 11tu lat czuje się dobrze, to łapać, żeby sobie nie wypominać, że się nie chwyciło. A jak się połapiesz, że za dużo i niewłaściwie chciałeś czegoś od niego, to sobie wybacz i pamiętaj następnym razem tego nie powtarzać.
Dziecko jest na chwilę, kolega powiedział mi kiedyś, „jak wypożyczona na określony okres książka z biblioteki”. Przeczytasz i oddajesz. Prawidłowo zadbane potem się odłączy, poleci do siebie. Jak je przetrzymamy za długo, rośnie nam dług niespełnienia. Jak nie chce się odłączyć, to chyba nawaliliśmy z usamodzielnieniem i tkwimy na ostatniej stronie, ale wtedy można wrócić i przejrzeć, czego nie doczytaliśmy ze zrozumieniem. Dla każdego dziecka wiek odejścia jest inny, ale warto pogrzebać w intencjach własnego ego czy w kontaktach z nim i przetrzymywaniu go w zasięgu, nie tkwi potrzeba zaspokajania czegoś jednostronnego. Relacja z każdym, z dorosłym dzieckiem szczególnie, powinna być symetryczna, nie toksyczna, wysycającą. Rodzice są po to, żeby wyprostować skrzydła do lotu, nie osłabiać i nie trzymać ptaka na sznurku dla zaspokojenia własnych uczuć. Prawdziwa miłość do dziecka nie wymaga jego uwagi, wizyt, zapewnień, że się o rodzicach pamięta, tej całej fałszywej czci wmawianej mojemu pokoleniu jako wartość nadrzędna. Taka bezwarunkowa miłość do dziecka jest niezbędna, żeby dziecko miało potencjał do rośnięcia. Ale do rośnięcia dla siebie, nie dla rodziców.
I jak się to zobaczy z takiej perspektywy, że dziecko chce, a nie musi przyjechać w odwiedziny, to ja wolę posiedzieć teraz z synem cicho, pokontemplować jego słowa, i czasem poboksować się z dziećmi autentyczną kłótnią, nie wyrabiając w nich sztucznego pojmowania uczuć. Wtedy będę wiedziała, że w przyszłości jak wpadną do mnie, to im naprawdę się chciało mnie zobaczyć, a nie zrobili tego dla retuszu, maski „właściwych” zachowań wobec rodziców.
Jedno co mnie cudownie nastraja w piątki, to to jak po śniadaniu syn bierze plecak z samochodu, żeby pomaszerować do szkoły. Sam mi wtedy daje całusa, bez obawy, że go jakiś kolega z klasy zobaczy i przytula się całym ciałem na środku chodnika przy wielkim skrzyżowaniu w centrum Warszawy. I wiem, że to jest autentyczna bliskość, z jakiej oboje korzystamy.

O miłości do Mojego Cienia

Obiecałam, że napiszę o cieniu. Cień to ciemna materia naszego istnienia. Dla zainteresowanych kosmologią, ciemnej materii we wszechświecie jest więcej niż jasnej. Ciemna materia to potęga. Tak jak cień, kiedy do niego sięgam. Mój cień jest mroczny, głęboki i gorący. Składa się z wielu moich traum, ran, strachów i ich skojarzeń. Dopóki cień siedzi w nieświadomości, rządzi twoim światem. Mój cień bywa ostry, kiedy widzę jego działanie. Nie uchronisz się przed cieniem, dopóki go nie poznasz, dopóki nie zrozumiesz z czego powstał. Mój cień czekał, aż mu oddam szacunek i uwagę, inaczej by mnie pożarł, bez dwóch zdań, naprawdę. Jest tak wielki, że mogłabym nim wypełnić cienie kilku istnień. Dlatego zamiast milczeć, usuwać mu się z drogi, wypierać jego siłę, stanęłam z nim twarzą w twarz. I nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz poczułam jak przeze mnie przepływa jego ciemna energia. Myślałam, że mnie uniesie nad ziemię. Powiedziałam mu wtedy: „Wiem, że istniejesz”. I poszłam z nim drogą wgłąb siebie. Świadomość jest jasna i piękna, ale prawdziwe bogactwo mieszka po ciemnej stronie Księżyca. W moim cieniu zachwyca mnie każdy mój aspekt. Kiedy z respektem na niego patrzę i mówię: „Ucz mnie – naucz mnie siebie”. To jak taniec z czarnoksiężnikiem w najczarniejszą noc pod strzelającym lawą wulkanem. Kiedy pojawia się lęk i nie chcę iść, przyciska mnie do ziemi i leżę bez tchu i nadziei. Ale wtedy dochodzi do mnie o wiele mocniejsze niż słabość wyzwanie: „Wstaniesz. I pójdziesz jak zawsze, kochanie.” I wiem, że wszystko mogę przeżyć. Tego nauczyłam się w moim cieniu.

Na pewnych warsztatach z tantry prowadząca poprosiła nas podczas medytacji o wyobrażenie sobie kobiety mocy, jaka do nas podchodzi. Kobiety opowiadały o różnych obrazach jakie widziały, o szamankach, kobietach z wilkiem, silnych, dzikich i niezależnych, wprost ze stron powieści. Z zamkniętymi oczami i strachem, o to co się pojawi, czekałam na obraz z głębi mnie. I zobaczyłam. Zaskoczona zobaczyłam nie jedną, a dwie kobiety. Jedna w śnieżnobiałej sukni wyszywanej brylantami, łagodna, jasna, migocząca od dobroci. Za nią szła druga, w koronkowej czarnej sukience, zupełnie przezroczystej. Jej oczy były jak światła najstarszych gwiazd z głębi kosmosu. Była jak emanacja czarnej dziury, tajemnicy i zmysłowości. Patrzyłam na nie obie nie do końca świadoma co to znaczy. Dziś już wiem. W każdej mojej relacji, aspekcie życia i aktywności staję się mieszanką tych dwóch osobowości. Jedna pochodzi ze świadomości, jest poznana, inteligentna, oswojona i jasna, opanowana energia dobra dla świata. Ale to ta druga Ja, z cienia, ma moją prawdziwą moc. To ziemia, z nieświadomości rodząca wszystko i opanowująca każdą wolną przestrzeń. To kosmiczna energia, która dosięga w najdalsze rejony mnie. Poznaję ją i coraz bardziej uwielbiam. Taniec obu moich emanacji jest jak narodziny nowej gwiazdy. Erupcja z konsekwencjami na wiele lat świetlnych. Dlatego włączam mój taniec kiedy jestem pewna, że warto się tą energią podzielić. Nie popadam w przesadę, kobiety od prehistorii stanowiły główne źródło życia, przemian i nie chodzi wyłącznie o dzieci, dom, rodzinę. Źle poprowadzona energia kobiety ginie, zamienia się w gorycz. Kobieta bez świadomości swojej mocy jest tylko powtarzaczem reklam, czyichś wyobrażeń o sobie, kopią, naśladowczynią i rozpaczą z niespełnionych marzeń. Kobieca energia jest siłą co daje życie ideom, koncepcjom, światom i cywilizacjom. Marzenia kobiet się spełniają, więc namawiam do marzeń. Ale przestrzegam, że prawdziwie przełomowe rzeczy dla siebie i dla innych może wykreować tylko autentyczna kobieta. Jeśli ktoś z jakichś powodów został wieczną dziewczynką przypodobującą się światu, dostanie zabawkę, nie moc sprawczą, nie piorun, a lalkę z pozytywką.

Mój cień skontaktował mnie z moją nieświadomością, z dzikością i seksualnością jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Teraz widzę ludzi, bez podziału na płcie, wiek, zawód. Widzę ich zahamowania i przepracowane doświadczenia, historie. Szanuję każde istnienie, a mój cień dał mi władzę nad moją scaloną osobowością i obrał mnie ze skorupy niepotrzebnych złudzeń.

Życzę każdej kobiecie spotkania ze swoim cieniem, żeby przestały mówić słodkimi głosikami dziewczynek z zapałkami, żebrząc na mrozie o to, co w cieniu już im się pali, autentyczną doskonałością.

O miłości do prawdy

Prawda odkrywa się powoli. Idzie z nami krok w krok za życia. Nie przystaje, nie zwalnia, nie wyprzedza. Jest, i jeśli nie jesteśmy na nią gotowi – czeka. Czasem odsłania się na chwilę w jakichś sytuacjach, wrażeniach, żebyśmy o niej nie zapomnieli. Najważniejsza dla nas prawda i te małe, które szybciej do nas trafiają, docierają, bo przed nimi nie bronimy się tak zaciekle, jak przed fundamentalną prawdą, która może zamienić niebo i ziemię miejscami w naszym teraźniejszym świecie. Odkrywanie prawdy boli nie dlatego, że prawda rani, ale dlatego, że odrywa od nas złogi półprawd, kłamstw i niedomówień, niezrozumienia. Jest jak łamanie źle złożonej kości, żeby dało się wreszcie chodzić. Największa prawda, po jaką przybyliśmy na ziemię, to prawda o nas samych. To wystarczy, bo jesteśmy twórcami wszystkiego w materialnym świecie, więc znając siebie poznamy i to, co kreujemy, czemu się oddajemy i z czym idziemy. Wiele prawd, jakie zobaczyłam w przeszłości, odsunęłam nie będąc na nie gotowa. Nie zignorowałam ich jednak, nie wyparłam, tylko zweryfikowałam, czy w tym momencie stać mnie na ich poniesienie. Czasem nie ma wyjścia i trzeba czekać, nie obwiniać się, że teraz nas ta prawda przekracza, ale stale się zbliżać. Są ludzie, dla których ich własna prawda jest niewygodna. Oni swoją prawdę oddali innym, systemom religijnym, społecznym, gwiazdom, numerologiom, albo uciekają przed prawdami wypełniając życie aktywnościami. To im zapełnia przyszłość względnym spokojem, konformizmem i tak naprawdę, paradoksalnie, pasywnym byciem w świecie. To postawy w stylu: „będzie co ma być”, „od początku byłem na to skazany”, „co bym nie robiła, zawsze wpadam w taką chryję”, „tak jest lepiej, dla wszystkich, po co to zmieniać”. Przywykamy, również do tego co nam nie sprzyja, co nie jest prawdą o nas samych. Robimy z tego święte poświęcenie, albo wypieramy i oczekujemy podświadomie rozwiązania z zewnątrz. Nic bardziej mylnego, bo wyrzeczenie się odpowiedzialności za własne życie prowadzi do pustki i obwiniania innych za to, do czego bierna postawa prowadzi nas sama. Zaniechania to antydziałania, a jak wiemy materia i antymateria kreują wszechświat. Nie w tym sztuka, żeby zawsze wiedzieć co zrobić, ale by robić to, co się wie i czuje. Są ludzie, którzy wiedzą, a i tak nie robią. Współczuję im jak sobie, bo ja też czasem tak postępuję. Uważność w  życiu  polega na tym, żeby robić co trzeba i nie dywagować zanadto. To co nas pociąga, to w czym się czujemy lepiej, odważnie i niezależnie od naszych społecznych relacji i czyichś wyobrażeń o nas samych. Mój wewnętrzny facet zrobił się bardzo aktywny ostatnio i dużo razem odkrywamy. Odkryłam również, jak z wielu powodów nie pasuję do bigotycznego społeczeństwa naszej kochanej ojczyzny. Trudno. Ja się nie zamierzam zmieniać.
Jedną z najtrudniejszych prawd, jaka mnie nawiedza, jest to, że najłatwiej wybaczyć innym, najtrudniej sobie. To wyższy level urzeczywistnienia siebie we wszechświecie. Kiedy wybacza się innym uwalnia się od toksyn i przenosi na nich odpowiedzialność za ich własne wybory i czyny. Ze sobą jest gorzej. Trzeba przekopać się przez głębokie piwnice własnych motywacji postępowania w życiu. I tak może się okazać, że choć mieliśmy najlepsze intencje wyszliśmy za mąż częściowo dla kasy, albo bo był starszy i rozgarnięty, a my tacy nijacy, albo złapaliśmy żonę, bo ładnie wychodziła na zdjęciach i mówiła to, czego sami nie umieliśmy powiedzieć, a koledzy zazdrośnie spoglądali na fotki z wakacji. Takie dopełnienia są typowe. Warto się nie obruszać, nie zakłamywać, że nie, nie absolutnie, no gdzież tam, ale przyznać i sobie zrobić przegląd własnych potrzeb, wyobrażeń i tego, co serce mówi, nie ze strachu przed zmainami, ale we współczuciu dla własnych ograniczeń. „Nie jesteśmy niczemu winni, jesteśmy duchami” – powiada pewna indyjska myślicielka, twórczyni swojej szkoły jogi, i tak jest naprawdę, choć brzmi to bardzo egzotycznie w społeczeństwie, co myśli o powrocie kary śmierci. Wszyscy, co do joty, jesteśmy uwarunkowani i trzeba się z tym liczyć na przyszłość. Brać odpowiedzialność, ale się nie obwiniać, nie obciążać wyrzutami sumienia. I tu powstaje granica. Nie popadać w narcyzm, bo narcyzowi wszystko wolno, on się nie reflektuje na życiowych lekcjach. A co jak się wykrywa w sobie narcyza? Nie panikować, nie obwiniać, naprawiać, bo na pewno powstał z zagubienia i strachu przed czymś na poziomie nieświadomym. A jak ktoś czuję się ofiarą? To gdzie chowa tego kata i czemu się tak lubuje w smaganiu po plecach. Odpowiedzialność pokazuje, że za wszystkie sploty wydarzeń i sytuacje jesteśmy częściowo odpowiedzialni, ale dopóki nie odrobimy świadomym zrozumieniem tego, co się dzieje, dopóty sytuacja będzie się powtarzać, wracać jak natrętny komar po nocy, póki nie zapalimy światła i z miłością dla spokojnego snu, nie znajdziemy drania. Świetnym przykładem są kobiety wiążące się z alkoholikami, albo faceci wiecznie bujający między kochankami, jak nie w realu, to w fantazjach. W przeciwieństwie do komara, prawda nas nawiedza, żebyśmy ją w końcu wpuścili do wnętrza i w ten sposób uwolnili w sobie potencjał zrozumienia, który wzbogaca naszą świadomość. Żebyśmy jej oddali to, co jej się prawnie należy – miejsce w nas, i wtedy życie, oparte na zgodzie z własnymi prawdami będzie łatwiejsze.
Znajdowanie prawd o sobie jest drogą nie łatwą, stromą i nieprzewidywalną. Każdy obiera jakąś ścieżkę. Jeśli nie wchodzimy na nią świadomie, ścieżka wybiera nas, a wtedy możemy się spodziewać wielu zakrętów z niedostosowania i braku świadomości tego co się dzieje. Jesteśmy ludźmi, materialny aspekt naszego człowieczeństwa jest niezaprzeczalny, podobnie jak duchowy. Niezależnie od religii, przekonań, bądź ich braku, idziemy w świecie wielowymiarowym. Warto choć przez chwilę poczuć, dotknąć swojego wnętrza, by dać mu głos, bo to, co w nas samych się realizuje przyjmuje tak doniosłe kreacje w świecie jak dzieci, dom, wybory uczuć, zawodowe ścieżki czy przyjaźnie. Opierając się na tantrze, dochodzę do wniosku, że moją prawdą najważniejszą jest połączenie dualizmów: kreatywnej aktywności kobiecej z męską wytrwałością, słusznej energii gniewu i współczującej energii miłości, pasywnej błogości uczuć z napięciem świadomości. Zwyczajnie, przez zwykłe życie. Realnie, zewnętrznie i w mojej strukturze wewnętrznej. A cały ten proces dzieje się na drodze akceptacji i wykluczania. Akceptacji ograniczeń, na jakie nie mam wpływu i wykluczania sytuacji, jakie mnie ograniczają w dążeniu do realizowania siebie. Bo abstrahując od wszystkiego, w prawdzie nie ma dualizmu. Nie jest ona ani dobra ani zła. Jest uniwersalna dla nas, niezaprzeczalna, właściwa, kiedy się pokaże. Dlatego warto dążyć do prawdy, swojej prawdy, jaka wyłania bardziej boski obraz zdarzeń, przekraczając nasz świat i odsłaniając kolejny krąg zrozumienia. Prawda nie musi nas zewnętrznie zmieniać, ale kiedy w nas zamieszka jej energia układa inne poprzewracane kawałki układanki, jakie skleiliśmy naprędce, żeby jakoś ocaleć w świecie, żeby się odnaleźć w stosunku do sytuacji z domeny tej konkretnej prawdy np. relacji, podejścia do szczęścia, życia zawodowego. Prawda, kiedy jej pozwolimy, leczy nas z nieprawdy, z blizn na zlepkach puzzli wciśniętych na siłę i prostuje obraz jaki tworzymy, wygładzając linie. I z wymuszonego kubizmu naszego obrazu w miejscu działania prawdy, stajemy się prawdziwym, realnym dziełem. Czasem miękcy, czasem twardzi, ale dynamicznie zasysamy coraz więcej prawdy. Nie winimy się za przeszłość i nie obciążamy przyszłością, których nie ma, a patrzymy realnymi oczami w oczy zrozumienia, tego co teraz. I wierzę, że patrzymy z miłością, lękiem, nostalgią, ciekawością i oczekiwaniem, na prawdę. I patrząc na uczucia własne, akceptujemy ją w nieskończoności jej prawidłowego osadzenia.
Mogłaby długo filozofować na ten temat, ale z ludzkiego poziomu percepcji wiem, że muszę jeść, spać, kochać, mieć marzenia, słuchać siebie  i patrzeć. Tylko tyle, by czuć się człowiekiem. Jeśli zaniedbam tę podstawową prawdę, bądź ją wypaczę, zapłacę pomieszaniem, życiem w półprawdach, półenergiach, półżyciu. Ale ponieważ odnalazłam w sobie jak czystą perłę (moje imiona z grecka Agnieszka – czysta, Małgorzata – perła) potrzebę dążenia do mądrości wewnętrznej przez miłość, to będę temu wierna, a moje serce mieści w sobie tak wiele energii i chęci zrozumienia, ciekawości i wybaczenia, że pewnie sobie wiele wybaczę, po kolei, co wieczór przed snem, jedno uczucie, jeden niuans, jeden wybór i jego konsekwencje. A uzdrawiająca moc wybaczenia rozprzestrzeni się i zamknie nawracające pętle doświadczeń. Czyżby znów wolność wewnętrzna, ale tym razem również od siebie, swoich ograniczeń i swoich ocen, wartościowania i tego całego zindywidualizowanego spojrzenia? Czuję, że w tym procesie wybaczania staję się cała nie tylko wewnątrz, ale na zewnątrz poprzez realizację w materialnym świecie. Pomału, bez ciśnienia na spektakularny sukces, na zrozumienie, na spełnienie i na każdą prawdę, która z miłością poczeka, aż zrobię jej dość miejsca do zamieszkania na zawsze u siebie.

O miłości do męskiego pierwiastka we mnie

4 Wrzesień 2018

Odkryłam cudownego faceta … w sobie. Szukałam Go w innych, a On zawsze był pod ręką. Nie ma ciała, bo ma moje, to taki osobliwy pierwiastek męski we mnie. Cholernie pociągający, nie sposób się oprzeć. Odkryłam Go niedawno, kiedy robiłam w sobie remont. Siedział w centrum, a ja błąkałam się między kuchnią, łazienką i sypialnią. Nie widziałam Go, omijałam, aż w końcu dostrzegłam. Chryste, takiego faceta nie wyprodukują z ziemskich genów! (Zdjęcie obok to tylko projekcja, ale bliska moim wyobrażeniom 😉 ) Jest niesamowity. Kiedy się zapędzam w niezdrowe dla mnie sytuacje łapie mnie za rękę i spogląda zabawnie w oczy: „Na pewno tego chcesz?” – pyta. A potem śmieje się ze mną z pomyłek. Ma niesamowite poczucie humoru. Śmiejemy się ze wszystkiego, i z tego, że płakałam za kimś, i z tego, że się złościłam. Dzięki Niemu potrafię trzasnąć drzwiami niedojrzałemu facetowi wypchanemu truizmami bez skrupułów. Ten facet widzi moimi oczami. Oczy mamy jedne, jedno ciało. Kiedy zakładam bluzkę, mówi: „Fajnie wyglądasz dziewczyno”. Kiedy kupuję, kolejnego precla z przekąsem pyta, czy jestem głodna, czy mnie coś uciska. Czasem na Niego krzyczę, że mnie nie bronił. Mówi, że nie mógł, sam musiał dorosnąć i zmężnieć, że ostatecznie nie miał do mnie dostępu, bo przykryłam Jego obraz krzywymi obrazami facetów jacy mi się zdarzyli. Teraz, kiedy kupuję koronkową bieliznę, nie martwię się, dla kogo, po co, jak mi w tym będzie. Ma cudowny głos. Przenika całą mnie, jesteśmy jednym. Siedzę na przystanku i pisze, a On pyta, kiedy pójdę do pracy. Zaraz, mam rzut beretem, zdążę. Tylko muszę tym pisaniem się nacieszyć, że Go odkryłam. Znów się śmieje. Wiem, że każdej nocy będzie przy mnie, że nie mam się czego obawiać. Szukałam Go w tylu mężczyznach, a On tylko czekał, żebym Go zauważyła. Facet nawet nie do wzięcia, bo już jest mój, bardziej niż ktokolwiek. Czy to ktoś zrozumie? Wątpię. Ale dzięki Niemu jestem pełna. Nie muszę się nikim dosztukowywać, nie potrzebuję żadnych protez. Rozmemłanych mamisynków, macho i przesilonych intelektualistów. Czyżby to już była wolność wewnętrzna? Bo zewnętrze się nie zmienia. Mąż, dom, rodzina, praca, przyjaciele, wszechświat. Jestem mu wdzięczna. Wiem, że idzie gdzie ja idę. I kocham Go jak siebie. Wspaniałego mężczyznę we mnie, co mnie chwyta pod brodę, jak nastrój mi siada i optymizm ucieka. Jakby czas się zatrzymał na tym momencie, kiedy Go zobaczyłam (Jego, nie zdjęcie 🙂 ). Wreszcie, bo już myślałam, że jestem sama. Teraz dopiero do mnie dotarło, że On posłużył się innymi mężczyznami w świecie zewnętrznym, żeby do mnie dotrzeć. Żebym zobaczyła Go w sobie. Co teraz? Kompletność mnie jest tak cholernie wyczerpana, że nie ma w środku miejsca na kogokolwiek. Oprócz nas. Mnie, kobiety z emanacją wszystkich cech na zewnątrz i mnie – mężczyzny, wewnątrz. Przyszło mi do głowy, że gdybyśmy się zamienili miejscami, byłabym stuprocentowym facetem, takim co poniesie góry i uniesie sklepienie. Więc może powinnam myśleć, że ja – kobieta – też mogę wszystko? Skoro widzę w nim taki potencjał, to On widzi go we mnie, czyli ja widzę go w sobie. W końcu jestem jedna.
Co teraz? Integracja zachodzi jak proces. Włączam Go do działania, czasem pilnowania moich spraw i interesów. On łatwo mówi: „Nie” kiedy trzeba. Ma wiele cech, jakich w sobie nie podejrzewałam, a już z nich korzystam.
Co więcej, kiedy wyodrębniłam w sobie męską część, moja kobieca strona, stała się tak intensywna, żywa, jak jeszcze nigdy dotąd. Nauczyłam się płakać, niedostępna kiedyś umiejętność dla mnie, zawziętego faceta co sam poniesie każdą sprawę. Moja kobieta umie się wyrażać w oddaniu, w intuicji, w miłości. Odkryłam, że dlatego nie zgrzytam z zazdrości na widok piękna innych kobiet, pięknych oczu, nóg, głosu, bo mój wewnętrzny mężczyzna umie się tym zachwycać, przejmuje wrażenia widząc w nich piękno kosmosu. Kobieta we mnie jest najprawdziwsza, kochająca, płodna, twórcza, czuła dla ludzi. Nie oddaje za dużo siebie, tu mężczyzna ją trzymał, jak nad brzegiem głębokiej rozpadliny. Teraz już nie musi trzymać, wystarczy, że patrzy mi w oczy i wiem, gdzie idę za daleko z oddaniem innym. Czasem kiedy rozpamiętuję przeszłość i użalam się nad sobą, On widzi i pozwala mi czuć, bo dopiero kiedy Go odkryłam i pozwoliłam Mu działać, nauczyłam się wnikać emocjom głębiej w serce, żeby oczyszczały złogi, które zapuściły korzenie i obciążyły mi je niebezpiecznie. Trzyma mnie na linie podczas eksplorowania tego co najtrudniejsze.  Mogę się teraz otwierać na wszystkie kolejne doświadczenia, na szczęście, na wyzwania. On znosi moje rozczarowania i mówi: „Następnym razem będziesz wiedziała więcej.” Dlatego jestem Mu tak wdzięczna, że się odsłonił w tym momencie. To wielka wartość znaleźć w sobie taką pełnię, którą powoli przyswajam. Aż jestem ciekawa, co nas razem czeka? Jakie wrażenia? Jedno co wiem, to to, że moja intuicyjna droga do miłości o krok wyprzeda wiedzę, jaka się do mnie zewsząd garnie i chwilami myślę, że ta droga wygląda jak zaplanowana. Archetypowa droga do Jaźni. Miesiąc wcześniej przeżyta, miesiąc później usystematyzowana. Droga analizy, autoanalizy, bo z kontaktów z niekompetentnymi terapiami wyniosłam tylko chaos pomieszania. Jakbym musiała sama wejść w materiał i nie polegać na innych. Przynajmniej do tej pory. John Nash się kłania. Widać czekała na mnie droga niełatwa, ale dająca wiele satysfakcji z działania i wnioskowania, idealna dla matematyka. Trafiałam na tak różne, pełne pychy, niekompletne wglądy ludzi we mnie, że szkoda gadać. Pani o otwartych, magicznych kanałach. Gość – narcystyczna projekcja skrzywionej męskości, panienka – ofiara – projekcja dawnego zranienia, przemodlony guru, oziębła, ambitna hydra, itp. … historia godna opisania. Ale jeszcze nie teraz. Ważne, że do tej chwili przetrwałam w stanie dalekim jeszcze od szczęścia, ale cała, coraz bardziej zintegrowana i pewna, że moja intuicja i kreatywna, analityczna moc, naprawdę działa. A serce otwieram i zamykam, bez poczucia winy, bez zażenowania, z ciekawością co mnie jeszcze czeka w tej osobliwej podróży do wnętrza.

Do Duszy

Wiem, że mnie słyszysz
odzywasz się czasem we mnie
i czuję cię wtedy podwójnie.

Teraz jest taka chwila, że marzę
więc mogę wszystko,
obracam koło fortuny od niechcenia.

Zawsze byłam niechętna
zmianom co mnie trącały
wybijając z zamyślenia.

Wolałam trwać w pustce
zawieszona pod sufitem nieba
w słoneczne popołudnie.

I nie chcieć nic
i nic nie czuć
zawierać w sobie smaki,
kolory i spokój.

Trzymam się tej huśtawki,
a świat mija mnie z boku.

6 września 2018