Komputer mieli mi dane do wielkiego podsumowania moich badań. Czekam. Wyszłam po wodę do kwiatów, odwiedziłam przybytek, napiłam się i przemyślałam, jak się wywinę z pracy w deszcz bez parasola. A ten ospale żuje i jeszcze nie wydał na ekran mojego ponad dwuletniego starania, więc zerknęłam na stronę i podpisuję.
Przed kolejnym tygodniem zrobiłam sobie dzień leżenia plackiem w łóżku. Niedziela pod pierzynką czasem się przydaje. Zapracowana matka i mrówka naukowa powinna czasem poleżeć bez ruchu dla regeneracji. Ludzie nie umieją odpoczywać. Od czasu, jak odpuściłam martwienie się na zapas, odpoczywam naprawdę pełnym ciałem, świadomością i obserwuję, albo i nie, co się dzieje. Jak nie wybiegam myślą w to, co będzie, nie obarczam się nadmiernie i jest mi lekko, stabilnie, efektywnie. Jak jest niedziela i ciemno, to leżę. Oglądam filmy na netflixie, od czasu jak się przeprosiłam z telewizją, ale tylko z internetu i na monitorze, bo odkryłam, że wreszcie powstają filmy ciekawe, intrygujące, po które nie trzeba iść na niszowy festiwal. Wchłaniam chwilę leżąc i nie obarczam się zanadto, że moje ciało nie trenuje jogi, nie spożywa witamin, nie uczy się 7 języków i nie bierze udziału w aktywnym wychowywaniu następnego, podobno- jak mówi znajomy geofizyk, co się w publicznej telewizji udziela – ostatnim pokoleniu ludzkiego gatunku. Prawdziwe? Gdzie tam. Doszliśmy do granic, ale wciąż się odwracamy od faktów tworząc kolejne, wygodne wątpliwości na przeczekanie. Szymon nie ma złudzeń, bo zmierzył. Wolę wierzyć jemu, niż tym, co się odwracają. Matka Ziemia już się przegrzewa od dawna, ale leżąc w niedzielę nie martwię się tym, nie wybiegam na ulicę uświadamiać, walczyć, zdobywać poparcie. Za to kiedy rozmawiam, nawet w pracy, gdzie ludzie światli, znają fakty, analizujemy to co widzimy, jakie są wykresy, jakie dane, jaka ich wrażliwość, to widzę, że mamy proszę państwa, pozamiatane. Tak, że jak ktoś zrobił pewną inwestycję może się zdziwić za parę lat, a jego dzieci tym bardziej. Wielopoziomowy temat, wart poznania.
Świadomość ludzi, z jakimi przebywamy albo nas stymuluje, albo zubaża. To widać, czuć i każdy wie, jaki wpływ ma na niego środowisko ludzkie, a także ekologiczna powłoka. Smog, spaliny, koty i podpaski w Wiśle. Takie wydawałoby się nieistotne drobiazgi. Plastik, ciągle powielane opakowania, fabryki z dziećmi w Bangladeszu. Jak sobie wyobrażam moje dzieci przy maszynie, dowolnej, to dopiero do mnie trafia, że żyję w enklawie luksusu.
O jest! Wypłynął na powierzchnię 🙂 Ależ piękny. Nie zamieszczę, żeby nie odstraszać.
Kolega co pisał doktorat u Szymona mówi, że jesteśmy ostatnim pokoleniem co w miarę swobodnie pije wodę. Pustynie, żar i, jak mi się wydaje, przemoc z tym związana w walce o dostęp do różnych niezastępowalnych rzeczy, jedzenia, energii. Smętne te nasze rozmowy. Już widzę, jak robią z Szymona nawiedzonego świętego od plagi klimatycznej. Znajoma przy okazji powiedziała w zamyśleniu, że jakby w rzeźniach były szklane ściany, to ludzie nie jedliby tyle mięsa co teraz. CO2 i metany, jakoś nie mamy wrażliwości na te sprawy. I wiedzy jednocześnie.
Leżę więc sobie i myślę, w przerwie między odcinkami, co ja mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej sama ze sobą. I wymyśliłam, że nie zamierzam się karać np. niejedzeniem mięsa, bo lubię i potrzebuję, to podstawa, bo z poczucia winy jeszcze się nic dobrego nie urodziło, ale odpowiedzialnie sprawdzam co mogę wyrzucić poza nawias nawyków. Oddałam samochód do lakiernika i pomykamy z Iwem autobusem. Jakiś czas się nada taka gimnastyka. Segreguję śmieci, inna sprawa co śmieciara i odpowiednia instytucja z nimi robi, ale na to nie mam wpływu. Na razie. Mówię, dzieciom, przyjaciołom, co uważam. O badaniach, jakie widziałam, a do których pewnie nie mają czasu sięgnąć. O udokumentowanych zagrożeniach np. nanocząstkami, co przenikają błony komórkowe i barierę krew-mózg. Bez straszenia, obiektywna wiedza. Z drugiej strony mówię o tym, że lubię zieleń, kontakt z życiem w chaosie przyrody, bez regulacji rzek, lasów, wygładzania, prostowania i dymienia. Tak się złożyło, że dziś jestem ubrana na zielono, może mnie to nastraja. A może moi przyjaciele z pracy, bo mają wrażliwość na wszystko i ostrożne podejście do newsów, jak te rodem z superekspresów.
Wbrew pozorom nie martwię się za bardzo co nas, jako gatunek czeka. Niektórzy twierdzą, że ludzkich odnóg ewolucji było już w historii ziemi wiele i wcześniej, i za naszej pamięci antropologicznej, żeśmy dali w kość neandertalczykom, bo byli zbyt przyjaźni. A teraz przyszło na swoich. Jak nie wojna to plaga, albo katastrofa ekologiczna. Zastanawiam się kiedy nadejdzie spokój. Kiedy będę mogła powiedzieć, że zaliczam się do rasy ludzi rozumnych, a nie ewoluujących wciąż obiektów człekokształtnych ogarniętych obsesją zdobywania kontroli nad wszystkim i niszczenia tego, czego się nie rozumie i co wystaje poza schemat. Taka kobieca fanaberia widzenia świata jako całości, powiązań, możliwości. I w obliczu tego, że kobiety od 100 lat mogą brać udział w wyborach myślę, że może nadeszła pora na zmianę optyki, na łagodne dryfowanie do bardziej naturalnego celu, jakim jest zdrowe środowisko wszelakie, tolerancja, wolność, współczucie? Nie walkę, nie straszenie prawem, nie grożenie sobie nawzajem. Od kiedy kobiety zaczęły się trochę bardziej liczyć w historii, nie te co pojedynczo pociągały za sznurki w imieniu nieudolnych mężczyzn od czasów starożytnych, ale te co z odkrytą przyłubicą idą do działania, mam coraz więcej optymizmu. Podziwiam je i wspieram. Dlatego przyznam, że prawie zawsze głosuję na kobiety chyba, że nie da się inaczej, bo ich nie ma na listach wyborczych. Można powiedzieć fetysz, ale ja widzę ile kosztuje praca na rzecz czegoś z jednoczesnym prowadzeniem gospodarstwa domowego i często jeszcze wykonywaniem zawodu. Jak się tym kobietom udaje to znaczy, że warto je wspierać. Taką mam filozofię wyborczą, osobistą i nie namawiam, żeby ją powielać, każdy ma swój gust i przekonania, jak się wyrazić na forum społeczeństwa.
No to zaraz zmierzę się z deszczem, naturalnym, choć niewyjaśnionym do końca fenomenem fizycznym, procesem opadania kropel z nieba. Wiedzieliście, że deszcz to nadal zagadka? Tak jest, jeszcze nie powstał model fizyczny, mamy przypuszczenia, symulacje i teorie, ale twardych dowodów, jak to się dzieje, że pada, nie ma. Taki świat jest zagadkowy. Poświęcam tę refleksję wszystkim tym, co się mają za rozumnych. Bo rozum jest ograniczony i potrafi zawieść do lokalnego piekła. Mądrość zaś wynikająca z tego co czujemy, co jest ważne, jest uniwersalna i krzepka. Warto ją przedstawiać, zmagać się w dyskusjach, nie oddawać pola dyletantom, broniąc tego, co w nas wybrzmiewa. Jesteśmy tylko ludźmi i będziemy się spierać. Oby te spory prowadziły nas do zrozumienia, nie wytrzebienia przeciwnika. Co dedykuję wojującym ekologom i industrialistom, zdrowym i chorym, lewicowcom i prawicowcom, tańczącym i lewonożnym, aktywnym i leniwym, homo i heterykom, młodym i starym, po prostu ludziom, takim jacy są i jacy mogą być… akceptującym, mądrym i odważnym.
Autentyczność
Ludzie nie są autentyczni, bo nie znają siebie. Kreują się za to na postaci z bohaterskich albo świętych wizerunków wszelakich. Nie oceniam nikogo, ani za wizerunek jakiego kurczowo się trzyma w swoich ograniczeniach, ani za to kim naprawdę jest. Bo jak się przejdzie przez swoje małe piekiełko cienia, przestajesz oceniać. Widzisz więcej i więcej akceptujesz w innych, ale nie dajesz się ponieść iluzjom ani wrogości. Współczucie pojawia się samo, jako rezultat rozpoznania ludzkich słabości.
Poznałam kiedyś człowieka tak zniekształconego duchowością, że latał wyłącznie w rejonach nieba. Ciągnęło go do ziemi, ale nie umiał się z nią zjednoczyć. Ziemia była dla niego złem. Wyprojektował na mnie swój cień braku osadzenia w materialnym świecie. Szukał winnego swoich porażek życiowych, złamanej kariery, utożsamił mnie ze swoją matką, co go tłamsiła w młodości i usiłował mi wmówić, że posiadł mądrość, większą niż moja. Niewiele wtedy wiedziałam o duchowości, czułam tylko, jak moje ciało boleśnie odpowiada na jego słowa, co były jadem niespełnienia. Mówimy czasem, że spotkaliśmy toksycznego człowieka, wampira energetycznego, a co bardziej religijni widzą demony i opętania. Nie ma czegoś takiego moi drodzy. Nie ma nic co widzimy poza nami. To co robią inni ludzie to ich sprawa. Zawsze możemy się odgrodzić, jeśli tego nie robimy, to nasz wybór, nasze brzemię jakie sobie wkładamy na plecy. Zniekształcenia rzeczywistości to codzienność, to człowieczeństwo. Mam swoje i wolę mierzyć się ze swoim niż nosić czyjeś demony.
Dla mnie kluczowym momentem, jak do tej pory, było zobaczenie swojej autentyczności w każdym aspekcie, jasności i ciemności. Każdy ma ciemność, wyparte pragnienia, zsuwające nas w zmęczenie. Walka z cieniem to bardzo energetyczny proces. Lepiej wejść w cień, rozejrzeć się i poddać. Pozwolić sobie na bycie nieświętym. Im dłużej widzę ludzi wraz z ich cieniami, tym więcej widzę jasności w nich. Męczy mnie natomiast wszelka budowa systemów służących do tłumienia rozpoznania co jest cieniem w człowieku. Nazywanie grzechów, pokuty, wytykanie a jednocześnie bezsilność wobec rażącego zła autentycznego. Człowiek, który mnie próbował oświecić swoją duchowością miał ogromne narcystyczne ego. Wytykał ludziom ich błędne przekonania nie widząc swoich błędów. Koronnym dowodem na fałsz jego postawy była jego postawa w relacji z bliskimi. Bliskie relacje bowiem obnażają naszą autentyczność. Ktoś może się kryć za maską pozorów, ale ponad wszelką wątpliwość zdarza się, że rano zaspany coś rąbnie wewnętrzną prawdą. I wtedy bliscy widzą, ale widzą też ci co przepracowali podobne demony i sytuacje. Dlatego tacy, co się skrupulatnie kryją, zbierają włosy z podłogi w sypialni po wizycie kochanki, kręcą licznikiem kilometrów w pracy, uśmiechają się jak nieświadome niczego dzieci, żeby ich nie ganić, nie zranić za ich nieodpowiedzialność, w końcu docierają do granic swojej prawdy. Bo kryją się ci co nie mają odwagi powiedzieć:”Kochanie, ciąży mi to, że muszę utrzymywać całą rodzinę i nie mam czasu na pójście z synem na piłkę. Czy możesz pójść do pracy?”, albo „Jestem zmęczona byciem na każde zawołanie dzieci. Czy ktoś mnie na chwilę zastąpi?”, albo „Nie czuję się przy tobie mężczyzną. Czy to się da zmienić?”
Szczerość. Taka trudna sprawa. Mówienie prawdy, kluczowe dla miłości. Wszystkie półprawdy to kłamstwa. Wolność w miłości jak ktoś chce być zależny i polegać na kimś, albo rodzicielstwo, jak ktoś ma problemy z powodu nieukochania wewnętrznego dziecka, to proste drogi do problemów. Wszystko da się rozwiązać, nawet sytuacje krytyczne, ale podstawą zawsze jest szczerość. Mężczyznom generalnie trudno się przyznać do słabości tak, jak kobietom do siły. Zamiast wisieć jak plastikowa lala na ramieniu, kobieta może iść sama. Facet za to może czasem popłakać i to jest autentyczność. Jesteśmy ludzcy, każdy stan radości i smutku jest dla nas. Jak ci zmarła bliska osoba to masz prawo być w rozpaczy, nie strugaj twardziela i znajdź sposób na wyrażenie każdego uczucia, jakie do ciebie przychodzi. Jak nie chcesz całować kobiety choć ją zaprosiłeś na randkę, a ona jakoś tak się słania, to mów o tym. Nie zawsze taka konfrontacja jest przyjemna, ludzie siedzą głęboko w swoich wyobrażeniach, jak powinniśmy się zachowywać, ale przekonałam się, że autentyczność tak działa, że zaraża. Niedawno kolega powiedział mi, że podobało mu się, że w kinie śmiałam się na całe gardło nawet w kontrowersyjnych momentach filmu. Po prostu jak mnie coś śmieszy to się śmieję. Nie przejmuję się tym, co ludzie myślą. Każdą szczerość można odpowiednio przekazać. Jak ci żona przytyła i nie masz ochoty na seks z nią to nie udawaj, że idziesz pobiegać, porozmawiaj z nią. Jak ktoś czegoś w tobie nie rozumie to nie zakładaj, że jest głupi, ma swój własny system pojęć. Chcesz być zrozumiany, przemów jego językiem, ale się nie zniekształcaj, nie dopisuj sobie cech jakich nie masz, bo zaciemniasz swój prawdziwy potencjał. Kobieta mocna zawodowo, która się przeobraża w domu w kuchtę, bo boi się reakcji męża, co sunie finansowo brzuchem po ziemi, to droga do porażki w relacji. Jak facet, co sobie wmawia, że ona wszystko mu zawdzięcza, bo zrezygnował z kariery. A po co taka farsa. Szczerość jest wtedy, kiedy ona mimo, że wpada w szpilach i siada do obiadu to ceni, że jest zrobiony. A facet w kuchennym fartuchu co miał czas i zrobić zakupy, i wyskoczyć na pływalnię, może być bardziej spełniony w swojej roli niż nie jeden korporacyjny szczurek. Czas na zmiany myślenia, bo inaczej zadręczymy się nieautentycznością, nieszczerością. Mój znajomy lubi wyższe kobiety. Jak jego partnerka chodziła w szpilkach to był o głowę niższy od niej, ale czuł się bardzo męski i na miejscu niż suchy koszykarz. Skonfrontujcie się z tym obrazem w sobie. Jakiej cechy nie umiecie ujawnić choć jest w was autentyczna? Co wam doskwiera, bez udawania i poszukajcie przyczyn. Może chcecie wyjść na męczennika, bohatera, świętą, nieskalaną, matkę Polkę na przykład? Co wam wmówiono, może to, że z taką autentycznością to się lepiej nie wychylać? Takie stłumione autentyczności pokazują, jakie mamy wzorce, jakie mamy więzy i kajdany. Nie uświadomione kajdany prowadzą do takich przekłamań rzeczywistości: „Też bym chciała mieć BMW, ale nie zarobię na nie, bo nie wierzę w siebie, więc wyjdę sobie za mąż za faceta co mnie będzie woził”, albo „Wezmę sobie za żonę taką, co mnie nie zdradzi, to będę miał kontrolę. Nie ważne, czy ją kocham. Ona kocha mnie, to wystarczy, resztę się dopowie.”, albo „Moje dziecko spełni dla mnie wszystkie moje niespełnione marzenia”. Czas przestać. Czas się nie wybielać, ale przyjrzeć sadzy tam gdzie przywarła. Każdy kto prał wie, że są gorsze plamy do wywabiania. Ale chodzenie z plamą i wmawianie światu, że to nie plama, tylko dekoracja, jest jak herezja, jak kpina z prawdy. W końcu świat się połapie i wytknie w najgorszym dla nas momencie. Plamy dla porządku są całkiem ok, kiedy robimy im miejsce i świadomie je wkładamy w mozaikę naszej osobowości. Ktoś, kto się sztukuje samochodami w brakach w poczuciu męskości, może prawdziwie o tym powiedzieć z żartem: „Wolę moje gładkie ferrari, bo mnie nie puszczająści kantem”. Ale na taki autentyczny żart stać nas dopiero wtedy, kiedy przyznamy się przed sobą do własnej słabości, albo nieumiejętności, niewiedzy. Wtedy nasze ego nie karmione strachami przed ujawnieniem naszych słabych miejsc staje się pomostem między rozumem a uczuciami, wygasa jego władza nad nami. W kontakcie ze sobą stajemy się kolorowymi wachlarzami uczuć, emocji, mądrości, świadomości, stajemy się sobą, takimi jakimi jesteśmy naprawdę, wyłuskani z masek własnej małości. Wtedy stajemy się indywidualnościami i od tej pory, z każdym dniem stajemy się autentycznie niepowtarzalni nie poprzez dążenie do jakiejś wydumanej doskonałości, ale poprzez dochodzenie do prawdy.
A Thousand Kisses Deep – Leonard Cohen / moja wersja tekstu niezgodna z oryginałem
To tylko sen
kolejny sen
co wraca budząc świt
za oknem deszcz
szumiący bzem
i zapomniany rytm
nie pytasz mnie
o nic,
no cóż,
i zbierasz się bez słów
nie wtrącasz się
w pochmurność brwi
w głęboki grymas ust
to tylko noc
kolejna noc
złożona z ciemnych chwil
zamykasz drzwi
nie mówisz nic
nie czekasz na mój film
i choćbym dziś
znalazła klucz
do serca swego wrót
odejdziesz tam
gdzie nie ma już
grymasu moich ust
świat sunie w cień
i tak jest lżej
niż mogłoby nam być
w ciemności jest
nieważny ten
grymasu kwaśny tik
odwracam twarz
gdy zbliżasz się
choć czuję ciepło ust
nie wierzę że
coś zmieni się
w przestrzeni naszych snów
zasypiasz znów
zmęczony dniem
znikając aż po świt
nie wtrącam się
to co wiem
w grymasie ust twych tkwi
nie szukam cię
nie szukasz mnie
spinamy razem dni
realność śpi
spokojnym snem
nie cieszy nas już nic
czy znajdę drzwi
do przyszłych dni
za które ciężko wyjść
gdzie nie ma słów
co budzą znów
grymasy czyichś ust
i czasem mam
poważny żal
co niesie mnie bez sił
że przeszłość nam
zgubiła coś
grymaśnie burząc mit
To tylko sen
kolejny sen
co wraca budząc świt
za oknem deszcz
szumiący bzem
i zapomniany rytm
nie pytasz mnie
o nic,
cóż,
i zbierasz się bez słów
nie wtrącasz się
w pochmurność brwi
w głęboki grymas ust.
20 listopada 2018
Można wszystko
Można w szaleńczym tańcu życia
roztrwonić siebie i rozsądek
cudowną bajkę brać do picia
stronić od myśli, rwać porządek.
Można z rozsądku prać marzenia
ustawiać dni jak drogowskazy
wiązać spojrzenia i uczucia
nie mówić, patrząc na rozkazy.
Można iść drogą bezcelowo
można zaniechać oczekiwań
można nie tęsknić i żyć zdrowo
można nie kochać, można mijać.
Można zasłonić okna nocą
nie patrząc w gwiazdy bez sumienia.
Można umierać, albo płonąć
każdemu inna Matka Ziemia.
20 listopada 2018
Nowa rzeczywistość
Nagle otworzyła się przyszłość
w której mogę powiedzieć wszystko
a autentyczność moich słów
brzmi
kakofonią harmonii uczuć
bez wstydu, winy, fałszywej skromności.
Ktoś zagościł w moim
sercu
Usiadł na tronie jak
król
i nakazał puścić wszystkich do domu
sprzątaczki, kuchty, żołnierzy i błaznów.
I kiedy wszystko opustoszało
w najpiękniejszej sukni
zatańczyłam z nim
wyśnione
tango.
A serce z radości
nie przestawało się śmiać.
26 października 2018
Pożoga
Jowisz w Skorpionie
Jowisz w Strzelcu
spalone pole
pusta chata
za widnokręgiem
zieleń wzmaga
stoję zmęczona
w starych szmatach
Już odpłynęły
gęsi polskie
łabędzie białe odleciały
mgła nad polami
gęsty opar
otula zmysły
koi rany
Przyszłość w bliskości
zatrzymana
czeka na wypełnienie
treścią
w ciemnych porankach
zakopana
pokryta szadzią
jasna przeszłość
Już mnie nie wiąże
cień dąbrowy
ani pierzyna
przodków duma
ani idee
ani mowy
ani pogoda
ani smuta
Dawniej na wskroś
przebita krzyżem
splątana cierniem
i rozpustna
rozkopująca
ciemne groby
i jak wichura
plagoustna
Dziś patrzę w serce
prostym wglądem
odrzucam fałsze
i porządek
zostawiam myśli
ludzi, słowa
jestem gotowa
żyć od nowa.
13 listopada 2018
O miłości do polskości
O polityce nie będę pisać, bo po pierwsze mnie nie wciąga, za bardzo kwaśna jest od ambicji i maskowania prawdy. Ale o polskości z okazji tego stuletniego święta się pokusiłam trochę wyciągnąć z zanadrza własnych refleksji. Polacy są jak krasnoludy Terrego Pratcheta, gdzie dwóch ich siedzi, tam trzy opinie, a i tak zrobią dokładnie przeciwnie. Wszelkie święta narodowe omijam łukiem, mimo zacięcia do historii, o której lubię słuchać, dyskutować i się edukować np. w pracy, bo moi koledzy mają szeroką wiedzę nie tylko z zakresu nauk ścisłych. Kolega chemik rzuca np. imionami kalifów arabskich z okresu wczesnego rozwoju imperium muzułmańskiego na Bliskim Wschodzie i obecnej Hiszpanii, kolega fizyk interesuje się kolejami rozwoju silnej państwowości polskiej w unii z Litwą i wpływu mniejszości żydowskiej na rozwój miast i handel. Jest o czym rozmawiać, spierać się i dumać potem. Wszyscy jesteśmy Polakami i na swój sposób jesteśmy dumni z tego, każdy ma inne opinie i o historii, i o teraźniejszości, ale bardzo się lubimy, więc każda nasza dyskusja posuwa nas w zrozumieniu tego, co było wcześniej płynne, jak to, że Batory mimo, że nie Polak i języka nie znał, okazał się lepszym królem niż jakikolwiek wytytułowany przedstawiciel polski, bo szlachta sprywatyzowała się skutecznie w majątkowości, zapominając o patriotyzmie i interesie polskiej państwowości. Konsekwencje wyboru Batorego można rozumieć również jako lekcję tolerancji dla inności, że ktoś podejmując się stanowiska, niekoniecznie musi być nasz, polski, aż do kości włącznie z DNA, ważne jak robi swoją robotę. Polacy mają jedną wadę nieprzepracowaną zbiorowo. Kompleksy związane z przeszłością, z zaborcą, z niewolą, z poddaństwem. Wpływa to na nas wielowymiarowo. Po pierwsze totalny brak zaufania do siebie, zespół bitego dziecka i mesjanizm, czyli podparcie naszych porażek ideą, jakiej się nie da skalać, podważyć. Nie przez przypadek święcimy wydarzenia okupione krwią do ostatek, a podbojów nie umiemy uszanować. Niedawno kolega powiedział mi o świetnej koszulce, jaką widział. Portret Żółkiewskiego z podpisem: „Wakacje spędzam w Moskwie”. Gdybyśmy zaczęli śmiać się i cieszyć z naszych zwycięstw, a nie opłakiwać w gniewie nasze upadki, bylibyśmy lżejsi o pięćset lat z okładem.
I biorąc pod uwagę te wszystkie bolączki karków, co muszą swoją dumę narodową wybić zbiorowo kijem na plecach tęczowego pokolenia hipsterów żyjących w opozycji do tzw. wartości patriotycznych, wolę na święto pojechać do ludzi, co mają o historii pojęcie, co sami coś z tą historią robią z pasją, żeby poczuć czym naprawdę jest patriotyzm poważny, zrównoważony i, jak najbardziej jasny.
11 listopada to przede wszystkim koniec I wielkiej Wojny Światowej, w czasie której zamordowano wiele ludzkich istnień, eksperymentowano z gazami bojowymi i medycyną na polach walki, z nową bronią i technologią w ogóle, kiedy ukazało się nowe oblicze ludzkości, jakie wielu pewnie nie śniło się nawet w najcięższych koszmarach na globalną skalę. Dość tego, że Amerykanie po 3 latach tego szaleństwa postanowili jednak się włączyć i zażegnać oraz na nim skorzystać wizerunkowo i finansowo. Udało im się jak zwykle, bo to naród, który myśli przyszłościowo. Wraz z grupą znajomych 11 listopada znalazłam się na byłym froncie I wojny, gdzie armia carska broniła dopiero co wybudowanej linii kolejowej Tłuszcz-Ostrołęka. Walki odbywały się w pobliżu Różana i Kruszewa w lasach, w jakich chodziliśmy szukając grobu żołnierza, który padł w tamtejszych okopach. Nie wiedzieliśmy czy go znajdziemy, pojedyncza mogiła w usianym dołami po ostrzale artyleryjskim lesie. Marek – nasz gospodarz, i serdeczny kolega, zaprowadził nas najpierw na spacer do pobliskiej szkoły, jaką miano oddać 1 września 1939 roku. Piękny budynek, przemyślana architektura, świetny klimat. Szkoła jest zamknięta od 10 lat. Podczas wojny stacjonowali tam Niemcy, zwani dla niepoznaki historycznej hitlerowcami, ewentualnie faszystami, wymienianymi obecnie bez nacji. Kolejny problem Niemiec z akceptacją wielokrotnej agresywności politycznej w Europie. Jak wielu innych zresztą. W końcu pierwszą wojnę wywołali Serbowie. Weszłam na teren budynku nielegalnie, przez okno. Wewnątrz zostawiono wszystko, jakby ludzie umknęli stamtąd przed chwilą po ogłoszonym alarmie atomowym. Myślę, że podobnie wygląda Czarnobyl, talerze na stole, buty przed domem. Tutaj: kreda w klasie, dzienniki i książki, gazetki, misie, kasety, płyty edukacyjne, katechizm, złamana świeczka i wiszące na ścianach kwietniki oraz kalendarze. Marek chciałby zrobić w tej porzuconej szkole muzeum I Wojny Światowej, bo takiego nie ma w Polsce podczas, gdy mają je Amerykanie. Byłam tam nawet parę lat temu w Kansas City. Gmina budynek szkoły sprzedaje. To duży koszt, inwestycja. Mam nadzieję, że kiedyś się Markowi uda zrealizować to marzenie, bo na 11 listopada wolę pojechać w takie miejsce, niż patrzeć przez okno na race na ulicach.
Mogiła była w lesie, krzyż z doczepionymi kwiatami. Dzieci odkopały ją z liści, dekorowały nimi krzyż z listewek. Kasia mieszkająca nieopodal stwierdziła, że trzeba wyszykować solidny brzozowy i może dzieci, które przyjadą do niej na obóz jeździecki, zrobią płotek dookoła grobu w ramach zajęć. To bardziej do mnie przemawia w sensie cnoty patriotyzmu niż apele w szkołach, armaty na pl. Piłsudskiego w Warszawie, warty przy grobie Nieznanego Żołnierza przez wojsko, ale i przez służby skarbowe. Swoją drogą skąd się wzięło coś takiego, czy ktoś zauważył ten mezalians, policja, wojsko, służby wszelkie mundurowe i skarbówka, a w jakich wdziankach? Może ktoś oglądał w telewizorze, to mi powie. Przy mogile w lesie na drzewie jest krzyż wyrznięty w korze i pomalowany na biało, żeby jak mogiła polegnie, wskazywał na to szczególne miejsce. Marek sądzi, że pochowano ich tam więcej. Młodych chłopaków – Polaków z carskiej armii, padłych pod ostrzałem prusackim w 1915. Carscy, a nasi, zauważcie. Ci po drugiej stronie też byli nasi po części, z Wielkopolski, Śląska, Pomorza, zawędrowali na Mazowsze, do macierzy.
Po spacerze zajechaliśmy do Kasi. Zupa dyniowa jej produkcji jest świetna. Marcin na FB zamieścił relację z naszej wycieczki i, jeśli ktoś chce uświęcić kulinarnie 11 listopada to jest tam oryginalny przepis. Zupa dyniowa na święto niepodległości jest bardzo adekwatna, na czasie i nasza, choć przepis francuski, od rodowitego Francuza, męża Kasi.
Wieczorem wracaliśmy pustymi drogami do domu. Nowa droga ekspresowa na trasie S8, niedawno oddana, bardzo przyspiesza przejazd. Udało się skończyć ten odcinek, mimo zmian politycznych, pokrzykiwania na poprzedników i robienia sobie własnego korytka dla popasu marionetek politycznych, zbijania potencjału na świętach narodowych i kościelnych, wstydzenia się za prezydenta, czy innych świecznikowych smutasów. Nasuwa mi się taka refleksja, że to, jak czujemy swoją polskość to nasza indywidualna sprawa. Każdy może czuć przynależność bądź jej brak. Kiedy mój kolega Włoch jada z nami pierogi w pokoju socjalnym, bo je lubi najbardziej, a my wchłaniamy wtedy spaghetti czuję, że nie mamy barier w osobistych kontaktach. Tam, gdzie jest relacja człowiek – człowiek, nacja negatywnie wpływa tylko wtedy, kiedy pozwalamy na podkreślenie różnic, co nas separują, ale dla odmiany można również podkreślić wspólne wartości, co nas spajają w działaniu, życiu jako aktywności. I na koniec powiem, szczególnie do Polaków, bo z tą koncepcją mamy prawdziwy problem: Myślenie o przyszłości nie wyklucza pamiętania, nie wyklucza świętowania poświęcenia przeszłych pokoleń, ale wymaga zrozumienia i akceptacji odmienności warunków, w jakich one żyły i walczyły, często zwykłą codziennością, pracą, uczeniem w kompletach, czytaniem i pisaniem poezji, tworzeniem muzyki za granicą nie istniejącego państwa. Powstania Warszawskiego nie dało się zatrzymać, niech nikt się nie łudzi, ale dawać je jako przykład postępowania, wiedząc, jaka była jego konsekwencja, to duże zaślepienie. Oddaję cześć dziewczynom i chłopcom, kobietom i mężczyznom, dzieciom, którzy oddali życie za moją wolność, za moje obecne bezpieczeństwo. I w ogromnym poszanowaniu ich postaw moje życie zamierzam przeżyć pamiętając o tej cenie, w najlepszy sposób, jak należy, czyli w szczęściu, dobrobycie, ku pożytkowi, radości mojej i innych ludzi, Polaków i nie Polaków, którzy mnie otaczają, którzy jak ja, mogą mieć swoje własne cele i iść w zgodzie ze sobą w kierunku przyszłości. Bo niezależnie od przekonań wiemy, że czas płynie liniowo, nie zawraca. Tylko przyszłość nas czeka, tylko ona. I niech w szlachetnym świetle przeszłości Polski, nasza mądrość i serce da nam przyszłość co będzie wyjątkowa, będzie wartym pamiętania, przez kolejne pokolenia, doświadczeniem.
Śniadania piątkowe z Iwem

Ostatnio dużo pracuję. Wygrałam projekt, o który się starałam, kończę publikację i szykuję konferencję jednocześnie. Mało przebywam w domu, dlatego staram się czas, który spędzam z dziećmi spędzać efektywnie, nie na ilość, ale jakość. Spędzam go również tak, żeby i dla mnie było to przyjemne. Wiele razy widziałam rodziców, którzy stoją pod placem zabaw nudząc się piekielnie, albo zblazowani, zmęczeni siedzą z dziećmi w domu. Sama się do nich często zaliczałam. Mogę powiedzieć, że częściowo dzięki temu, że moje dzieci wyrosły, ale również zmianie mojej optyki, zaczęłam inaczej spędzać czas z dziećmi.
Dziś odwożąc córkę do szkoły poczułam, że nawet taki zdawkowy kontakt ze mną jest dla niej ważny. Siedzimy w jednym pojeździe, ona słucha muzyki, ja jestem. Czasem o coś spytam, czasem ona, nie narzucamy się sobie, każda ma swoją przestrzeń. Kiedy wysiada na tramwaj, widzę w lusterku jej włosy w kolorze magenta, jak wesołe światełko unoszące się w porannej mgle. Staram się być, bo przy niektórych, szczególnie starych dzieciach, inaczej już nie będzie, dopóki same nie zechcą, same nie przyjdą, a wtedy trzeba być uważnym na to, co mówią i, przede wszystkim, nie oceniać ich świata, jaki same dla siebie przędą. Dzięki temu, przyjdą z największymi obawami i, dzięki temu, wysłuchają co mamy do powiedzenia.
Syn jedzie ze mną dalej i w piątki, kiedy jest mniejszy ruch, zwykle lądujemy na śniadaniu w małej knajpce niedaleko szkoły. Zamawiamy kanapki, herbatę albo kawę, ciastko z malinami albo czekoladą i siedzimy. I znowu, choć inaczej, jestem. Syn mi mówi ile punktów zebrał w grze, w którą gra, że postać z niej nazywa się „Shadow”, a ja patrzę jak wywija kosą ścinając ninję co go napada i pytam, czy mu nie przeszkadza, że to takie drastyczne. Bo dla mnie jest drastyczne. Mówi: „Co ty mama, w to wszyscy grają, a mój kolega Luka, to w 3 miesiące to przeszedł i nie hakował gry.” Faktycznie, jak widzę, to musi być wyczyn. W czasie rozmowy, która z mojej strony jest bardziej słuchaniem, wysypują się wszystkie ważne informacje, o kartkówce z biologii, że pani nie uczyła pierwiastków, a z tego sprawdza, że on nie chciał do klasy językowej, bo lubi panią od matmy, że kolega z tej klasy kończy dziś wcześniej i się nie spotkają po lekcjach, że był na łyżwach z prawie narzeczonym siostry. Piję herbatę, przekąszam i się uśmiecham. Nie oceniam, nie mówię, zrób tak, albo siak. Mój syn jest mądry, jak nie będzie wiedział – zapyta. Wolę, żeby sam błądził, żebym go wspierała jak się zapętli, niż kierowała jego kroki. Jest dość duży na to, żeby świat rozpoznać. Nie obruszam się, jak mi powie, jak ostatnio: „Nie lubię cię.” Pytam za co? „Za wszystko.” Ma prawo. Po dobie przychodzi, kiedy po masowaniu naciągniętej stopy zrobi mu się błogo i mówi: ” Wiesz, jednak cię lubię, tylko tak mówiłem, bo byłem zły na ciebie za coś.” I to też przyjmuję. Nie wymuszam zwierzeń: „Kochasz mamusię, a tatusia?”, bo wierzę, że ludzie którzy wymuszają uwagę dziecka, pozory uczuć, przywiązanie, szacunek i uśmiech, kształtują w nich błędne przekonanie, że nie mogą czuć tego, co czują naprawdę, nie mogą o tym powiedzieć. Jak mnie córka słownie boksuje czasem, że jestem nielogiczna i nie rozumiem jej potrzeb, mówię, że ma rację, bo nie jestem nią i widzę świat inaczej. W moim świecie jest tak, i wszystko dla mnie jest tam logiczne, ona może widzieć świat odwrotnie zgoła. Pozwalam na to, ale bronię swojego spojrzenia i jestem tu jak skała, bo wtedy ona wie, że jak się potknie, nie będę jej zarzucała, że zrobiła błąd, tylko dam jej się na mnie oprzeć. Dlatego nie oceniam, mówię faktami. Ludzie nie lubią się konfrontować, unikają tego, dzieci również, wolą się bawić niż ponosić konsekwencje swojego postępowania. Warto do nich mówić, ale też im dawać pole na wyrobienie błędami bicepsów, które kiedyś posłużą, do kształtowania swojego świata, może, a nawet zwłaszcza, wbrew naszym wyobrażeniom.
W piątki siadam do śniadania z synem dla relaksu, nie jako wielki nauczyciel życia, przewodnik, guru w pąsowym ubranku i sandałkach, ale też nie kumpel z podwórka. Jestem mamą, jaką sama chciałabym spotkać w dniach mojego dzieciństwa. Nie mam też parcia na bycie idealną mamą. Jestem po prostu autentyczna, nawet jeśli rąbnę jakiś błąd, a mam ich za sobą cały worek, nie obarczam się winą, tylko uczę na co dzień z obserwacji, jak to co robię działa. Również czy mi to służy, bo nie ma nic gorszego od metody postępowania wyuczonej z książki, przez którą rodzic się stara włożyć kolejną maskę super bohatera rodzicielstwa. Dzieci jak busola wykryją takie oszustwo i wskażą północ z komunikatem prosto z uczuć rozpoznawalnym dla empatycznych osób jako :”Winter is coming”. Trzeba się dobrze czuć w swojej roli, nie fałszować falsetem swojego prawdziwego ja, nie zaciskać dziecka pragnieniem, nie oceniać, ale i nie obarczać się i jego przeszłością co przemknęła. Jak puszczam suchara to dzieci mówią z politowaniem, ale i cieplutko: „Mama …”. A ja się uśmiecham, bo czasem specjalnie rzucam coś konfrontacyjnego.
Dziś w naszej knajpce sprzedawczyni powiedziała mi: „Ja już się nie mogę doczekać, jak będę z córka tak siadywała, jak pani z synem.” Pomyślałam, że nie ma na co czekać, bo trzeba łapać każdą chwilę z dziećmi, zanim odejdą do swoich wszechświatów. Poza tym, może córka tej pani będzie chciała spędzać czas inaczej? Nie ma co się nastawiać, raczej obserwować. Każdy etap rozwoju dzieci ma swoje możliwości i ograniczenia, jest inny. Warto się spytać bobasa, czy woli poskakać w parku trampolin, uczyć się walki kendo, a nie pakować go w narty, jak się nie chce ślizgać, bo to dla nas było marzenie dzieciństwa. Ale jak zechce posiedzieć z tobą w knajpie przed szkołą, bo mimo poważnych 11tu lat czuje się dobrze, to łapać, żeby sobie nie wypominać, że się nie chwyciło. A jak się połapiesz, że za dużo i niewłaściwie chciałeś czegoś od niego, to sobie wybacz i pamiętaj następnym razem tego nie powtarzać.
Dziecko jest na chwilę, kolega powiedział mi kiedyś, „jak wypożyczona na określony okres książka z biblioteki”. Przeczytasz i oddajesz. Prawidłowo zadbane potem się odłączy, poleci do siebie. Jak je przetrzymamy za długo, rośnie nam dług niespełnienia. Jak nie chce się odłączyć, to chyba nawaliliśmy z usamodzielnieniem i tkwimy na ostatniej stronie, ale wtedy można wrócić i przejrzeć, czego nie doczytaliśmy ze zrozumieniem. Dla każdego dziecka wiek odejścia jest inny, ale warto pogrzebać w intencjach własnego ego czy w kontaktach z nim i przetrzymywaniu go w zasięgu, nie tkwi potrzeba zaspokajania czegoś jednostronnego. Relacja z każdym, z dorosłym dzieckiem szczególnie, powinna być symetryczna, nie toksyczna, wysycającą. Rodzice są po to, żeby wyprostować skrzydła do lotu, nie osłabiać i nie trzymać ptaka na sznurku dla zaspokojenia własnych uczuć. Prawdziwa miłość do dziecka nie wymaga jego uwagi, wizyt, zapewnień, że się o rodzicach pamięta, tej całej fałszywej czci wmawianej mojemu pokoleniu jako wartość nadrzędna. Taka bezwarunkowa miłość do dziecka jest niezbędna, żeby dziecko miało potencjał do rośnięcia. Ale do rośnięcia dla siebie, nie dla rodziców.
I jak się to zobaczy z takiej perspektywy, że dziecko chce, a nie musi przyjechać w odwiedziny, to ja wolę posiedzieć teraz z synem cicho, pokontemplować jego słowa, i czasem poboksować się z dziećmi autentyczną kłótnią, nie wyrabiając w nich sztucznego pojmowania uczuć. Wtedy będę wiedziała, że w przyszłości jak wpadną do mnie, to im naprawdę się chciało mnie zobaczyć, a nie zrobili tego dla retuszu, maski „właściwych” zachowań wobec rodziców.
Jedno co mnie cudownie nastraja w piątki, to to jak po śniadaniu syn bierze plecak z samochodu, żeby pomaszerować do szkoły. Sam mi wtedy daje całusa, bez obawy, że go jakiś kolega z klasy zobaczy i przytula się całym ciałem na środku chodnika przy wielkim skrzyżowaniu w centrum Warszawy. I wiem, że to jest autentyczna bliskość, z jakiej oboje korzystamy.
Wszystko czego sobie nie dałam
Wszystko czego sobie nie dałam
wszystko czego potrzebowałam
przyszło wychodząc z oceanu uczuć
jesteś tym jedynym
którego widzę idąc
w miłość
Nawet jeśli szydzą z niej moje strachy
i nocą kryję się przed nią w bólu
docieram do siebie
z twoich ramion
a ty mnie wspierasz
czysty duchu
I kiedy wszystko z serca zdejmę
bez lęku widząc swoje wnętrze
ocean uczuć wróci do mnie
i mnie uniesie
i obejmie
Będę czekała idąc brzegiem
na łódź co do mnie cię przyniesie
lekkiego pełnym swym spełnieniem
pięknego kształtem fal
w bezkresie
I wszystko będzie nowe, czyste
jak słońca refleks nad szczytami
więc teraz spij spokojnie w łodzi
ja nadal czuwam nad falami.
7 listopada 2018
O miłości do Mojego Cienia
Obiecałam, że napiszę o cieniu. Cień to ciemna materia naszego istnienia. Dla zainteresowanych kosmologią, ciemnej materii we wszechświecie jest więcej niż jasnej. Ciemna materia to potęga. Tak jak cień, kiedy do niego sięgam. Mój cień jest mroczny, głęboki i gorący. Składa się z wielu moich traum, ran, strachów i ich skojarzeń. Dopóki cień siedzi w nieświadomości, rządzi twoim światem. Mój cień bywa ostry, kiedy widzę jego działanie. Nie uchronisz się przed cieniem, dopóki go nie poznasz, dopóki nie zrozumiesz z czego powstał. Mój cień czekał, aż mu oddam szacunek i uwagę, inaczej by mnie pożarł, bez dwóch zdań, naprawdę. Jest tak wielki, że mogłabym nim wypełnić cienie kilku istnień. Dlatego zamiast milczeć, usuwać mu się z drogi, wypierać jego siłę, stanęłam z nim twarzą w twarz. I nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz poczułam jak przeze mnie przepływa jego ciemna energia. Myślałam, że mnie uniesie nad ziemię. Powiedziałam mu wtedy: „Wiem, że istniejesz”. I poszłam z nim drogą wgłąb siebie. Świadomość jest jasna i piękna, ale prawdziwe bogactwo mieszka po ciemnej stronie Księżyca. W moim cieniu zachwyca mnie każdy mój aspekt. Kiedy z respektem na niego patrzę i mówię: „Ucz mnie – naucz mnie siebie”. To jak taniec z czarnoksiężnikiem w najczarniejszą noc pod strzelającym lawą wulkanem. Kiedy pojawia się lęk i nie chcę iść, przyciska mnie do ziemi i leżę bez tchu i nadziei. Ale wtedy dochodzi do mnie o wiele mocniejsze niż słabość wyzwanie: „Wstaniesz. I pójdziesz jak zawsze, kochanie.” I wiem, że wszystko mogę przeżyć. Tego nauczyłam się w moim cieniu.
Na pewnych warsztatach z tantry prowadząca poprosiła nas podczas medytacji o wyobrażenie sobie kobiety mocy, jaka do nas podchodzi. Kobiety opowiadały o różnych obrazach jakie widziały, o szamankach, kobietach z wilkiem, silnych, dzikich i niezależnych, wprost ze stron powieści. Z zamkniętymi oczami i strachem, o to co się pojawi, czekałam na obraz z głębi mnie. I zobaczyłam. Zaskoczona zobaczyłam nie jedną, a dwie kobiety. Jedna w śnieżnobiałej sukni wyszywanej brylantami, łagodna, jasna, migocząca od dobroci. Za nią szła druga, w koronkowej czarnej sukience, zupełnie przezroczystej. Jej oczy były jak światła najstarszych gwiazd z głębi kosmosu. Była jak emanacja czarnej dziury, tajemnicy i zmysłowości. Patrzyłam na nie obie nie do końca świadoma co to znaczy. Dziś już wiem. W każdej mojej relacji, aspekcie życia i aktywności staję się mieszanką tych dwóch osobowości. Jedna pochodzi ze świadomości, jest poznana, inteligentna, oswojona i jasna, opanowana energia dobra dla świata. Ale to ta druga Ja, z cienia, ma moją prawdziwą moc. To ziemia, z nieświadomości rodząca wszystko i opanowująca każdą wolną przestrzeń. To kosmiczna energia, która dosięga w najdalsze rejony mnie. Poznaję ją i coraz bardziej uwielbiam. Taniec obu moich emanacji jest jak narodziny nowej gwiazdy. Erupcja z konsekwencjami na wiele lat świetlnych. Dlatego włączam mój taniec kiedy jestem pewna, że warto się tą energią podzielić. Nie popadam w przesadę, kobiety od prehistorii stanowiły główne źródło życia, przemian i nie chodzi wyłącznie o dzieci, dom, rodzinę. Źle poprowadzona energia kobiety ginie, zamienia się w gorycz. Kobieta bez świadomości swojej mocy jest tylko powtarzaczem reklam, czyichś wyobrażeń o sobie, kopią, naśladowczynią i rozpaczą z niespełnionych marzeń. Kobieca energia jest siłą co daje życie ideom, koncepcjom, światom i cywilizacjom. Marzenia kobiet się spełniają, więc namawiam do marzeń. Ale przestrzegam, że prawdziwie przełomowe rzeczy dla siebie i dla innych może wykreować tylko autentyczna kobieta. Jeśli ktoś z jakichś powodów został wieczną dziewczynką przypodobującą się światu, dostanie zabawkę, nie moc sprawczą, nie piorun, a lalkę z pozytywką.
Mój cień skontaktował mnie z moją nieświadomością, z dzikością i seksualnością jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Teraz widzę ludzi, bez podziału na płcie, wiek, zawód. Widzę ich zahamowania i przepracowane doświadczenia, historie. Szanuję każde istnienie, a mój cień dał mi władzę nad moją scaloną osobowością i obrał mnie ze skorupy niepotrzebnych złudzeń.
Życzę każdej kobiecie spotkania ze swoim cieniem, żeby przestały mówić słodkimi głosikami dziewczynek z zapałkami, żebrząc na mrozie o to, co w cieniu już im się pali, autentyczną doskonałością.
