O miłości i smutku

Miłość kojarzy nam się ze szczęściem, wyjątkowym szczęściem jakiego w życiu można doświadczyć. Co zrobić kiedy to szczęście odchodzi? Pozwolić, pozwolić, żeby odeszło. Miłości nie da się zamknąć w klatce potrzeb, pragnień, przyzwyczajeń. Jeśli odchodzi, to znaczy, że nie miała być dłużej, że wyczerpała się, zmęczyła, albo po prostu nie była sobą, czyli miłością właśnie. Na miłość od człowieka się nie czeka, ona nie mówi: „zaraz wracam”. Zamyka drzwi i znika. Nie warto siedzieć pod drzwiami i płakać. Bo miłość, jeśli ją czujemy naprawdę, zawsze w nas będzie i jeśli jej pozwolimy, otworzy w nas drzwi do prawdy, jaka drzemie w każdym. Miłość nie odbiera siły, miłość nas napełnia mocą do zmian, jakie są konieczne w naszym życiu, żebyśmy byli lepsi, pełniejsi, mądrzejsi i czulsi dla siebie nawzajem.
Miłość, która wchodzi w życie zawsze jest piękna. Może boleć jeśli naprawia w nas pewne rany, oczyszcza i wyzwala, ale też ujawnia to, jacy jesteśmy na prawdę, po to żebyśmy zdołali sami coś naprawić. A kiedy odchodzi ten kogo kochaliśmy, zostaje tylko kochać go i cieszyć się, żeśmy mieli szczęście, żeśmy się poznali, odnaleźli w tym życiu. Miłość staje się tym, co w nas zmieniła idąc i przenikając nasze istnienie, kiedy była w pewnym sensie nami. Kiedy błądziliśmy z nią i kiedy żeśmy się odnajdywali. Kiedy lecieliśmy na jej nurtach powietrznych, albo spadaliśmy w dół, w wody wodospadu. Kiedy żyliśmy za dwoje i nie baliśmy się niczego. Miłość dodawała energii, mocy, spełnienia każdej cząstce życia w nas i budziła do dobra, do podążania za palcem nieskończoności.
Miłość odchodzi z różnych względów. Czasem nie ma na nią miejsca, czasem z czymś się wyklucza, jak z cierpieniem innych, którzy także kochają. Czasem jest złudzeniem, jakie nam się przyśni, a czasem jest naszą karmą. Niezależnie jak i kiedy przychodzi i odchodzi miłość, kochać zawsze warto.
Boimy się miłości. Nie czujemy się pewnie, kiedy odbiera kontrolę, zaciąga nas w rejony jakich nie znamy, walczy z naszymi przekonaniami i obnaża słabe strony. Dlatego Miłość bywa tak wielkim cierpieniem. Jesteśmy wobec niej bezbronni. Jak dzieci przed tytanem serca i rzeczywistości. Ona wszystko zmienia w rytm, który nas rozpiera do większej wrażliwości. Kiedy odchodzi, czujemy się jak żółw bez skorupy porzucony na brzegu. Całkowicie odkryci, bez zabezpieczenia. I choć czujemy się tak słabi bez niej, jej brak to tylko wskazówka. Miłość bowiem przychodzi, by nam pokazać jak w naszym własnym wnętrzu stworzyć dla niej miejsce, by chciała w nim zamieszkać. Ten, kto takiego miejsca nie ma w swoim sercu i widzi miłość tylko w innych, na zewnątrz, jakby pozyskiwał obcą energię, zwykle ją traci. Miłość chce zostać w miejscu w jakim spokojnie czeka na nią stół i krzesło, jakiś las, albo weranda, okno i komin, pościel, albo śpiwór, dowolnie. Nie komfort jest ważny, ale dobra atmosfera na miłość. Pragnienia, oczekiwania, osądy jaka być powinna, albo co daje, ją odstrasza, gubi. Idzie tam, gdzie nie wiąże się z nią wymagań, potrzeb i niezaspokojonych tęsknot. Tam gdzie czuje się wolna, nie spełnia niczyich wyobrażeń, jest sobą i jest ważna, taka jaka jest. Bo miłość zawsze daje, tylko my czasem nie umiemy brać, wplątani w sieć iluzji czym miłość ma być, co nam się wydaje, czego nas nauczono, a nie to czym ona jest naprawdę.
Miłość mieści w sobie wszystkie uczucia. Smutek, żal, rozczarowanie, radość, ekstazę, pożądanie, spokój. Jest jak mistrz, który dobiera to, co najbardziej nas oczyści do zobaczenia prawdy o nas samych i tym co nas otacza. Miłość nie jest źródłem nienawiści, tylko jej brak, który doskwiera. Ci, którzy nienawidzą w miłości, albo nie kochali, albo są więźniami swojego cierpienia.
Co jakiś czas wypływa ze mnie, wybija, źródełko miłości w postaci smutku. Patrzę wtedy na świat jak na obraz, który mnie nie dotyczy. Następuje coś w rodzaju obcości. Wszystko się toczy wokół, a ja stoję i patrzę, pozwalam się wydostawać najgłębiej zakopanym ranom i płaczę. Rzadko w życiu płakałam autentycznie. Miałam tak zblokowane uczucia na półodczuwanie, że nie umiałam się otworzyć na głębsze rejony, gdzie nie da się zejść tak od razu. Teraz pozwalam sobie płakać i nie czuję z tego powodu wstydu. Nie czuję też żalu, że nie robiłam tego wcześniej, widocznie nie umiałam, nie byłam gotowa, nie byłam dość silna, żeby to znieść, by wydobyć i rozpuścić to, co najgłębsze. I po każdym takim nurkowaniu w siebie wynoszę na powierzchnię kamienie, które mnie gną do ziemi, które nie pozwalają wybierać tego, co dla mnie samej jest najlepsze, które przechylają łódź mojego życia skręcając tam, gdzie nie chcę.
Robię to sama, ale też wpadam czasem na kogoś, kto tak, jak dziś Ania, zamiast ze mną śpiewać, dała mi lekcję oczyszczania czakr i rozluźniania. Kiedy intonowałam dźwięki, czułam jak się łączę po kolei z każdą swoją cząstką, jaka chciała być w tym śpiewie wyrażona. Pokochana, nawet ta, będąca źródłem smutku. Ciekawa rzecz, bo chociaż całą drogę do domu przepłakałam, jadąc i niewiele o tym myśląc, że kieruję, a wokół tysiąc rozpalonych maszyn w upale, kiedy weszłam do domu, czułam spokój i ciepło swojego serca. Usiadłam na balkonie obok bzu, w moim maleńkim ogrodzie i się wyciszyłam. Smutek okazał się drogą do ukojenia, do kontaktu z moją wewnętrzną mocą. I teraz, choć go czuję, czuję też, że akceptując smutek, staję się silniejsza. On także przeminie, jak wszystko co we mnie i na zewnątrz. Jak każda emocja, zapala się i gaśnie, a ja idę dalej. Ważne, że idę czując, bo tak jest prawdziwiej i, wbrew pozorom jaśniej.

13.05.2018

O miłości karmicznej

Jest magiczna dla mnie godzina 22:22. Z jakichś powodów bardzo lubię tę chwilę każdej doby i cieszę się mogąc zauważyć jej nadejście. Dziś, kiedy pomyślałam, że chcę napisać o miłości karmicznej wybiła właśnie ta chwila, można więc powiedzieć, że mam pozwolenie od kosmosu na opisanie tego, co niekiedy się zdarza i jest prawdziwym wstrząsem w życiu.
Miłość karmiczna nie musi być prawdziwą miłością, trwałym uczuciem, prowadzącym do związku. Zdarza się tym, którzy mają to zdarzenie zapisane w karmie i służy do odszukania w sobie dróg do siebie, do załatania dziur w skomplikowanej sieci naszych losów i osobowości. Miłość ta przychodzi niespodziewanie, zwykle wtedy, kiedy zupełnie się jej nie spodziewamy, choć potem, kiedy przyglądamy się serii wypadków odkrywamy, że były pewne zapowiedzi jej pojawienia się i dziwimy się, że nie dostrzegliśmy ich w porę. Czym taka miłość różni się od innych? Że nie sposób się jej oprzeć. Można mieć poukładane życie, dom, pracę, szczęście wszelkie, rodzinne, zawodowe, ale kiedy przyjdzie, zmiecie wszystko niezależnie od tego, jak jesteśmy silni i jak mądrze w życiu postępujemy. Jest pewnikiem na osi naszego losu, jeśli jest nam pisana, nie ominiemy jej, nie unikniemy. Jedyne co można zrobić w przypadku takiej miłości, to nie zamykać oczu i mimo, że niesie ona w zawrotnym tempie uczucia, zdarzenia i zmienia, niepowstrzymanie wszystko wokół, trzeba patrzeć i badać. Bo miłość taka zwykle jest bolesna, a boli tam, gdzie coś nas uwiera, coś nie pozwala być wolnym, szczęśliwym, prawdziwym.
Pewna kobieta powiedziała mi, że pokochała tą miłością człowieka, który początkowo ją tylko irytował. Wywrócił jej świat na długie lata nieformalnego związku. Prawie wycieńczona dobrnęła do końca lecząc następnie całe ciało, otarła się o raka, anemię. Teraz jest jak skała silna i niezależna. Wspomina tę miłość, jak etap w życiu, jakiemu się poddała bez możliwości przeciwstawienia. Ktoś inny opowiedział mi, że mimo iż słyszał najgorsze rzeczy o człowieku, którego pokochał znienacka, i tak nie umiał w nie uwierzyć. Nie widział tego, co wszyscy z boku widzieli, że jest to straceńcze uczucie, bez możliwości powodzenia. Jest to miłość do pewnego stopnia niespełnialna i trzeba się liczyć z jej magią, siłą i rozpiętością. Kiedy przechodzi obnaża, wszystkie nasze niedoskonałości w miłości własnej. Jest jak pożar, który wypala stare rany, żeby na nowo powstał w nas potencjał do kochania, ale w zgodzie z sobą, jeśli tak nie kochaliśmy, albo kiedy uczucia miażdżyły naszą osobowość.
Jak się pojawia? Widzisz kogoś i całkowicie wpadasz. Czasem nie od razu, po tygodniu, miesiącu, czujesz, jakby cała przestrzeń zaginała się w kierunku tej osoby. Staje się ona atraktorem tak dosłownym, że pragnienie przebywania z nią staje się kwestią życia lub śmierci. Wewnątrz tego stanu czekają jednak nie cudowne spełnienia z romansów, ale ból i obdzieranie ze skóry naszych lęków. Dłubanie w traumach, ponurych wspomnieniach, które wcześniej wyparte, nagle spać nie dają i idziesz przez ten gąszcz cierniowych krzewów coraz bardziej świadomy tego, że nie czeka cię raj a przepaść w dolinie szaleńców.
Dla mnie taka miłość była dobrą lekcją spokoju, jaki nastąpił po niej i tego, że człowiek, który przyszedł, był na tyle próżny, że mimo pozornej dużej samoświadomości i wiedzy oraz mojego zaufania, okazał się tak samo niezdolny do właściwej oceny sytuacji. Wyszłam z tej matni z przekonaniem, że moje filary świata może i były podkopywane, ale nie były zgliwiałe. Wartości jakie w głębi siebie wyznaję zostały na mocnym fundamencie mojego istnienia. Wyszłam więc z lekcją, nie z porażką i zamknęłam ten etap z uczuciem oszołomienia, ale też radości jaką mam z każdego dnia, kiedy tej osoby w moim życiu nie ma. Bo osoby takie przychodzą do nas z miłością karmiczną nie po to, aby nas kochać, ale żeby nas wytrącić z pozornego ładu, stanu komfortu, jaki nam nie służy. Kiedy wyprosimy je, świat cały staje się w jednej chwili pełen możliwości i odkrywamy w sobie zapał do nowych zadań. Odczuwamy lekkość, jakiej przy nich nigdy byśmy nie osiągnęli. Ta miłość potrafi być krótka, trwać parę miesięcy, albo lata. Najtrudniejsza jest wtedy, gdy połączy dziećmi. Jest to zarazem wyzwanie i nadzieja dla takiej miłości, bo może ona się zmieniać, wyzwolić innego poziomu uczuć, jeśli znajdziecie w niej potencjał do rośnięcia w głębi siebie samych. Miłość karmiczna otwiera i zamyka rany, i im mniej się jej opieramy, tym szybciej przechodzi.
Nie zostawia pustki, ale żyzna pole do obsadzenia kwiatami, ziołami, do wyzwolenia zupełnie nowego potencjału. Nie da się bowiem wlać nic nowego do pełnego naczynia. Miłość karmiczna ulewa z nas to, co nam nie sprzyjało i pozwala na ponowne napełnienie czymś co w nas zakiełkuje. Sama odchodzi i z perspektywy czasu widzę, że warto ją wykorzystać na zbudowanie w sobie nowych elementów, odświeżenie piękna i szczęścia, jakie w każdym z nas drzemie i przełamanie barier, niepotrzebnych nikomu w wejściu jeszcze głębiej w siebie.
Ważne, aby się tą miłością nie obwiniać, bo nie zależy od nas, ale od nas zależy, jakie nadamy jej znaczenie w życiu, kiedy przemija. Ja w sobie odkryłam nieprzebrane morze śmiechu nad tym, jak naiwna byłam na początku tej miłości, i łagodną dumę z siebie kiedy odważnie jej odmówiłam, gdy przyszedł kres jej ważności. Im więcej czasu przelewa się między nią a moją obecną chwilą widzę więcej jasności w karmicznej roli tej miłości w moim życiu, a to daje mi energię i pobłażliwość, lekkość i cierpliwość, pełnię i elastyczność w kolejnych etapach, chwilach życia. Nikt kto nie przeżył takiej miłości, pewnie nie pojmie dosadności jej wpływu na wnętrze człowieka. Dość powiedzieć, że z moją szamańską siłą, mentalną mocą, jaka się we mnie obudziła, podniosłam poziom swojej świadomości i, z każdym dniem jestem coraz bardziej szczęśliwa tym tylko, że jestem zwyczajnie, po prostu … sobą.

9.04.2018

O miłości i przyjaźni

Czy jestem swoim prawdziwym przyjacielem?
Co robi przyjaciel, kiedy przychodzisz i mówisz o sobie? Zawsze wysłucha. Czy ja siebie zawsze słucham?
Przyjaciel patrzy z miłością i nie ocenia. Czy ja siebie oceniam?
Przyjaciel radzi nie pod wpływem emocji, ale z troską. Czy ja się troszczę o siebie, czy ponoszą mnie emocje?
Przyjaciel mnie przytuli, kiedy trzeba. Czy ja siebie tulę?
Przyjaciel czasem wstrząśnie z życzliwością. Czy ja to umiem?
Przyjaciel zawsze wybaczy. Czy ja sobie wybaczam?
Przyjaciel czasem milczy kiedy chcesz odpocząć. Czy ja czasem milczę?
Przyjaciel da ci czas na reakcję, nie pospiesza, robi ci przestrzeń na wybór. Czy ja się zatrzymuję przed wyborem?
Przyjaciel nie musi być nieomylny. Czy ja sobie pozwalam na omylność?
Przyjaciel się stara. Czy ja się staram?
Przyjaciel zawsze da ci drugą szansę. Czy ja ją sobie daję?
Przyjaciel kocha cię bezwarunkowo. Czy ja tak się kocham?
Przyjaciel nie grzebie w starych błędach. Czy ja je zostawiam?
Przyjaciel chce dla ciebie dobrze, dba o ciebie. Czy umiem to wykorzystać?
Przyjaciel mówi ci prawdę. Czy ja ją sobie mówię?

Mój wewnętrzny przyjaciel ma niezwykłą magiczną moc odmieniania mnie na lepsze. Kiedy się do niego zwracam jest jak najwspanialszy towarzysz życia. Dba o mnie niezależnie czy sama potrafię, warto się dokopać do jego mocy i poczuć, jak wiele strachów, cierpień znika, kiedy stoi się w tym świetle. Przyjaciel na zawsze z sedna istnienia, Jestem swoim przyjacielem i to mnie odmienia.

 

22.03.2018

Dualizm

Nasz mózg tak został pomyślany, żebyśmy zdołali wyłapywać wzory, które paradoksalnie sami tworzymy, będąc jednocześnie artystą i materiałem. Nie ma w tym żadnej sprzeczności jeśli się zastanowić. Dualizm jest pozorny, jeśli dopuszczamy, że jesteśmy wyłącznie ciałem, to tak pojmujemy rzeczywistość jako dualną. Ale jeśli założymy, że posiadamy ciało do istnienia, ciało jakie sami stwarzamy, badamy sobą tworzone przez nas otoczenie, dualizm znika. Jestem osobą, która kreuje rzeczywistość wewnątrz siebie. To jedność z założenia. Nie jestem osobą, ale procesem z możliwością kontroli tego co robię, poprzez czas i porównywanie zmysłami, które zresztą także tworzę, i sygnały, i bodźce. Stop. Wystarczy na dziś tej abstrakcji.

 

1.03.2018

Przed końcem

Kiedy nie zostanie już nic
gdy powietrze oderwie się zmęczone od ziemi
i świat stanie w pomarańczowej łunie
zrobię krok
tyle wystarczy
by sięgnąć księżyca
w przedśmiertnym tańcu ciał niebieskich

I tylko modlę się
by to nie była wiosna
żeby trawa nie rosła
i kwiaty, których byłoby mi żal
zostawiać
jak gasnących w ogniu wspomnień
deszczowego powietrza
i spojrzeń moich dzieci.

14.08.2018

O miłości i kwiatach

Kwiaty lubią dla mnie rosnąć. Nie zawsze tak było. Kiedyś schły mi nawet kaktusy, bo się za bardzo starałam, żeby żyły. Potem odpuściłam, stwierdziłam, że jak nie chcą, to nie muszą rosnąć … i wtedy odżyły. W pracy zadżungliłam dwa pokoje, jeden, który opuściłam i drugi, w którym pracuję. Co jakiś czas wywożę, albo rozsadzam, przycinam. Mam taras z mini ogródkiem i sadzę. Róże, dziurawiec, michałek, bez, dzikie wino, pnącza, maliny, zioła. Wkradam się do pokoju Córek i słyszę: „Mama, tylko nam tu nie stawiaj, nie będziemy podlewać.” Odpowiadam, że dobrze, że tylko na ich parapecie jeszcze jest miejsce i, że ja sama zadbam. Jak w domu nie mam miejsca, to w pracy jest korytarz do zagospodarowania i chętne dusze co lubią kwiaty i dżungla im nie przeszkadza. To w większości kobiety, ale w Kansas dzieliłam pokój na uniwersytecie z kolegą, który miał swój ogród wewnątrz i wspaniale było pracować z kimś, z taką pasją w oku do kwitnienia (patrz zdjęcie obok 🙂 – królestwo Brenta).

Dziś wracając z plaży zboczyłam ze ścieżki w koniczynę i uplotłam wianek. Całą drogę do domu przeszłam w wianku na głowie, rozpuszczonych włosach i długiej sukience. Idąc czułam się jak Gaja i myślałam nad swoją innością. Każdy z nas jest inny, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Nawet jednojajowe bliźnięta mają inne linie papilarne, osobowości. Ale inność jest dla nas trudna. Dla mnie była, bo mieszkałam w bardzo małej miejscowości, gdzie wszyscy starali się być tacy sami. Rodzice biedzili się z moją innością, bali się wytykania palcami, bo mój temperament i wyobraźnia były zbyt widoczne. Dlatego dziś idąc po tej miejscowości przystrojona w wianek uświadomiłam sobie jak trudno jest czasem przyznać się do swojej inności. Przeszłam ze spokojem obok sąsiadek, co w latach przeszłych nie dawały mi spokoju plotkami, a one z uśmiechem komplementowały kwiaty. „Jak Świtezianka” – ktoś rzucił. Tak, teraz, kiedy odegrałam rolę, matki, żony, można mnie trochę bardziej „stolerować”. A moja tolerancja? Dzięki temu, że zawsze czułam się inna, mam głęboką niewzruszoną tolerancję dla inności. Dla homoseksualizmu, dla ludzi samotnych i grających na nosie społecznym rolom, dla tych religijnych i tych niezrzeszonych, dla ojców w chustach i motocyklistów, dla kobiet pracujących i zatrudnionych w domu, dla starych narzekających i młodych lśniących od nihilizmu. Mam takiego sporadycznego rozmówcę w pracy, z którym się wymieniamy uwagami na temat tego co jest normalne. Kiedy już przebrnęliśmy przez opcje seksualne, debatujemy nad normalnością faceta bez nogi. Normalna wg tego pana jest dwunożność. A ja ją obalam. I tak sobie dyskutujemy, 30 sekund w windzie, 15 w drodze do kadr, albo na korytarzu idąc na lunch. Tylko z tego go znam i tylko o tym rozmawiamy. To dla niego ważne, a mnie się w głowie bardziej układa, co ja sądzę na temat normalności i czy wg tego pana ja sama jestem normalna. Nie chodzi o to, by przekonać go do mojej wizji, ale by zobaczyć co się samemu myśli. Taki test poglądów i przekonań. Dla mnie cała gama ludzi jaka mnie otacza, w tym niewidzący, niesłyszący, blondyni i bruneci, kolarze i biegacze górscy, entuzjaści samochodowi i pływacy, kajakarze, niezależnie od płci, antyklerykałowie i oazowicze, nie znoszący dzieci i mający ich na tony, wszyscy są normalni, choć inni. I każdy z nich ma swoją historię. Każdy w swoim tempie idzie przez życie, w swojej postaci i przekonałam się na sobie, że im szczerzej siebie każdy z nich wyraża, tym lepiej dla niego, niej i dla innych. Inność to nic innego jak nasza wewnętrzna manifestacja. Czasem jest silna, bo im sięgamy głębiej w siebie, tym stajemy się zewnętrznie bogatsi. Gdyby ludzie robili szczerze to co chcą, w granicach nie krzywdzenia innych, żyłoby nam się prościej. Nie bylibyśmy postaciami wykreowanymi przez obrazy ludzi o nas samych. Takimi fantomami. Im bardziej w nie się wikłamy tym mniej nas zostaje. Tym bardziej się odcinamy od tego co nas wyraża, wzbogaca jako ludzi. Czasem praca wymaga noszenia garnituru, ale nie marnujmy wolnego czasu na zmuszanie się do grania w golfa dla lepszego wizerunku w pewnych towarzystwach. Z wyobrażeń warto się wyrwać, bo tkwią w nas od dzieciństwa. Znam człowieka, który przypłacił takie spełnianie swoim życiem czyichś wyobrażeń depresją, inny jest samotny i zgorzkniały. Za życiem w roli stoi bowiem strach przed swoją innością. Nie każdy ma odwagę wziąć łopatę i pokopać w sobie. Ale ci co wiedzą co ich uszczęśliwia, a tego nie robią, tracą szansę na bycie autentycznym, unikatem w skali światowej. Każdy wyraża jakąś inność, zwaną przeze mnie talentem. Talent do bycia duszą towarzystwa, talent do wnikliwego słuchania, talent do rozśmieszania, talent do szycia, do uczenia, do grania na giełdzie i wdrażania nowych technologii, talent do pielęgnowania kwiatów albo ludzi w szpitalu. Jeśli ktoś wie o swoich talentach i z nich nie korzysta, to szkoda. Traci dużo szczęścia.

Idąc dziś nasłoneczniona i pełna migotliwej radości myślałam, jaka czuję się wolna od tego jak moją inność odbierają ludzie, którzy w czasach dzieciństwa i młodości byli mi tak nieprzychylni. Zupełnie mnie to nie obchodzi. Dlatego usiadłam na maleńkim balkonie domu moich rodziców i napisałam o tym co czuję, w wianku na głowie. Zawsze będę trochę dziwna, szalona w ten bezpieczny sposób, ale wam powiem, że wyrażanie siebie, to podstawa zdrowia społecznego i koloru, jakiego brakuje kiedy się zamykamy w klatkach szarego systemu codziennych zjadaczy chlebów.

Ps. Na koniec dnia, w porze zachodu słońca, poszłam na mostek niedaleko domu, gdzie pierwszy raz umówiłam się z chłopakiem i rzuciłam mój wianek do wody. I wianek tam został. Susza odebrała ruch potoczkowi. Wokół zielono i cicho, tylko pył na drodze. Niepoprawny romantyzm mam w sobie.

Przekora rzekła

Chyba pójdę
do buddyjskiego piekła
tyle komarów zasiekłam
i mięso jadłam
byłam nieumiarkowana
w miłości
radości
smutku
i romantyzmie …

Może mnie skażą
na nowe życie
w innej
strunie wszechświata?

I tam nareszcie
na przekór wszystkiemu
będę latać!

16.08.2018

O miłości i sercu

 

Jestem sercem mojego wszechświata. Kiedy czuję lęk świat odpowiada strachem, kiedy czuję spokój – ciszą, kiedy się śmieję dźwięczą nawet kolory. Ostatnio zobaczyłam taki obraz mojej rodziny: jestem w centrum i wszystko przeze mnie przepływa, uczucia, emocje, energia, działania; mój mąż jest głową, analizuje, myśli, przetwarza, wdraża; moje córki – ręce, moje nogi – synowie. Luc Besson niewiele się mylił w swojej wizji. Jestem nie piątym, a szóstym elementem. Numerologiczna podwójna trójka po zsumowaniu. Scalam wszystkie żywioły. Jestem ziemią, ukorzeniam wszystkich. Mój mąż to zodiakalna woda, nawadnia, użyźnia. Moje córki duchowy ogień i powietrze. Jedna oczyszcza, druga nadaje lekkość mojemu istnieniu. Moi synowie to podwójny ogień przy moich stopach, jak dwa silniki odrzutowe. Dlatego moja rodzina jest tak żywa, dynamiczna. Lecimy razem w przyszłość. To ważne, żeby będąc sercem, nieść pozytywną energię we wszystkie strony. Udrażniać przepływ dobrej woli i odprowadzać zmartwienia w ziemię korzeniem, z dala od żywego ciała moich bliskich. Dlatego moje wewnętrzne serce musi być mocne i mądre, żeby kierować tym wszystkim. Serce pierwsze rozumie świat, przy całym szacunku dla mózgu. Ono rozpoznaje jaka jest waga zdarzeń, siła wiatru zmian, rozrost przekonań i barier. Dzięki niemu intuicja prowadzi nas w stronę światła, dobra, które serce czuje w sobie. Odróżniając to co złe od tego co dobre, przesyła emocje jak pochodnię do mózgu, który kieruje tym, co materialne, wykonalne, osadzone tu, w świecie.

Kiedy serce jest zmęczone, osłabione, słabnie każda część organizmu. Rywalizacja między sercem i mózgiem nie ma sensu, sens ma tylko współpraca. Mózg dba o ciepło, ochronę serca, a ono dostrzega, czuje, tłoczy, zasila ręce w chwytaniu, nogi w chodzeniu i mózg w myśleniu. Serce przez emocje włada całym organizmem. Jeśli mózg nie słucha serca,  zaniedba, serce obumiera, albo zamienia się w czerwonego karła i wypromieniowuje nienawiść, zamiast łagodnie wspierać organizm. Niekiedy mózg i serce nadają na innych falach. Informacja przepływa wtedy błędna, albo niepełna. Kiedy mózg złośliwie odcina dopływ tlenu do serca ograniczając mu zasoby życia, serce zanika. Kiedy serce blokuje dopływ krwi do mózgu, mózg zatruwa się toksynami i nie działa prawidłowo podejmując niewłaściwe decyzje. Zbyt małe serce, niedojrzałe, nie odżywi dojrzałego mózgu, zbyt dojrzałe serce nie nadąży pulsacją za zbyt młodym mózgiem. Nie ma to nic wspólnego z wiekiem, ale ze sposobem funkcjonowania, wizją, wibracją. Warto szukać wspólnych punktów styku dla obu tych najważniejszych organów tworząc rodzinę i warto słuchać co podpowiadają, kiedy kogoś spotykamy. Szczerość z samymi sobą pozwala wtedy uniknąć rozczarowania, pochopnych decyzji i zmartwień, albo stresujących kontaktów z ludźmi w togach. Warto nadawać swojemu sercu szczerą wizję swoich potrzeb, pragnień, oczekiwań, żeby wydobyte na zewnątrz stały się inspiracją dla kogoś podobnego. Splatanie ludzkich losów, kiedy tylko spełnianie społecznych ról jest celem, to trucizna dla serc i mózgów. Z czasem narasta wypaleniem i skłonnością do szukania winnych w innych.

Patrząc na moje dzieci i męża widzę, jak odpowiedzialna jest rola serca. Musi ono dbać o siebie, żeby żyć w zgodzie ze sobą, z prawami natury, energią świata, czuwając nad wszystkimi. Musi też dobrze wiedzieć kiedy przestać tłoczyć energię i pozwolić na odpłynięcie autonomicznej istoty – dziecka – we własnym kierunku. Połączenie energetyczne umiejętnie wygaszone, to duża sztuka dla rodzinnego organizmu. Pozostaje więź, niteczka mentalnego połączenia, tkana wspomnieniami z okresu dzieciństwa, kiedy linia jego życia była zależna od nas. Lepiej jednak nie zaplątywać tej nitki kotwicą do jego nogi, nie pozwalając samodzielnie kształtować swojej rzeczywistości, wspierając raczej jego zaradność, a nie przywiązanie. Nota bene, przywiązanie zyskało tu jasne znaczenie leksykalne.
Moje serce żywię więc spokojem i harmonią, kiedy tylko mogę. Oddaję się temu co dla niego dobre i pozwalam rosnąć, żeby zdołało wykarmić z troską całą rodzinę tym, co w nim najcenniejsze, moją do wszystkich miłością.

Głos

Księżyc zmienia się co noc
mój kot chodzi po ulicy
ja piszę
wciąż cię słyszę
w moich myślach
wciąż słyszę twój głos

Śpiewasz mi w piosenkach
kolory zmieniają ton
coraz głośniej
ciszej
słyszę

Co mam odpowiedzieć?
Nie wiem
Słucham i niosę w sobie słowa
jak mrugnięcia gwiazd
w galaktyce ciszy

A czas mnie zmienia
do siebie
jakiej zawsze
pragnęłam.

14.08.2018

Przyzywam z nieba
jasne anioły
ślą mi przejrzyste spojrzenia.
Stoję ubrana w ziemskie ciało
w oparach zapomnienia.

Myśli
jak hałas autostrady
toczą przez głowę zwątpienia,
i tylko czasem
zwolniona z lęku
uwalniam się od istnienia.

I wtedy chwila
i wieczność to jedno
nie rozpoznaję twarzy
i jest mi całkiem
wszystko jedno
co jeszcze się wydarzy.

Dokąd zabiorą mnie ziemskie nogi
i czy opowiem to komuś,
bo poza ciałem
z przestrzeni utkana
jestem nareszcie
w domu.

14.06.2018