Wierszyk okolicznościowy na Dzień Kobiet

Na Dzień Kobiet, Drogie Panie,
rano zjem słodkie śniadanie:
kawa z pianką, bułka z dżemem,
na pytania powiem: „Nie wiem”.

Zatopiona w myślach wszelkich
kupię kwiaty i brukselki,
pójdę raźnie popracować,
by wieczorem potangować
przy pigwówce od Damiana
co jest lepsza niż śmietana.

Włożę kieckę i obcasy
z dziewczynami pierwszej klasy
na milongę z białą tandą
zajedziemy całą bandą.

Wytańczymy siódme poty
wykręcając swe pivoty,
robiąc ocho i boleos
z pełnym wdziękiem milongeros.

Po północy chwiejnym krokiem
i zeszklonym tańcem wzrokiem
odmelduję się z Pałacu,
by obudzić się … na kacu.

6 marca 2019

O neurotyczności współczesnego świata

Współczesny świat dąży do zaplanowania. My dążymy. Tak boimy się zaskoczeń, chaosu, że planujemy, ograniczając potencjalne wystąpienie porażki, łykamy suplementy, a plany ograniczają dostęp wielu nieprzewidzianych zdarzeń i ich konsekwencji, niekoniecznie niewłaściwych. Neurotycznie staramy się zapanować nad pogodą, pracą, rodziną, życiem społecznym. Mamy ambicje i wyobrażenia, jak to wszystko co nas otacza powinno działać, na koniec mamy oczekiwania, żeby nasz obraz się wcielił i cała nasza energia idzie w realizację zaplanowanego oczekiwania.
Pokażę to na przykładzie dzieci. Z neurotycznością pragniemy, żeby im było lepiej niż nam, żeby uniknęły pułapek, w które, jak sądzimy wpadliśmy i chronimy, chorobliwie dbając i ograniczając dziecięcą fantazję do bycia sobą, a nie naszym wyobrażeniem w drodze do idealnej dla nich przyszłości. Moja córka ma talent plastyczny i jest bardzo bystra. Wymyśliłam sobie, że można to połączyć w dobrej pracy i skierowałam ją w kierunku architektury. Przez dwa lata chodziła na rysunek przygotowujący do egzaminu, ale kiedy przyszło do zdawania, powiedziała „Basta!”. I chwała jej za to, że się nie dała. Wybrała inny kierunek, swój własny. Powiedziała mi, że nie jest dla niej ważny status społeczny, kasa, ani moje poczucie spełnienia dobrze swojej roli, bo o wiele lepiej ją spełniam, kiedy córę wspomagam w realizacji jej własnych pasji. Odpuściłam, przebolałam i zobaczyłam w sobie, że tak bardzo się starałam w dobrych intencjach, ale własnych. Mam jednak dość pokory i zaufania do córy, żeby nie biadać, a dać jej przestrzeń na samodzielne działania. Są rodzice, którzy nie umieją przestać kontrolować dzieci. Od podstawówki i wkładania śniadania do plecaka, aż do dorosłości i wyboru życiowej drogi, partnera, kraju zamieszkania. W swojej neurotyczności trzymają sznurki życia dziecka żeby sobie udowodnić, że ich rola jest dobrze obsadzona i ważna, że tylko oni mogą dziecku dobrze tę drogę wyznaczyć. Każde dziecko zaś to indywidualność i kiedy rodzic je spłaszcza do własnych wyobrażeń, zubaża je i pozbawia własnego zdania, zaufania do siebie i do świata.
Neurotyczność otacza nas wszędzie. W pracy planowanie zadań, w domu zakupy, pranie, plany na miesiąc, rok, dekadę, plany emerytalne, wakacyjne, towarzyskie, kalendarze spuchnięte od wydarzeń i ciągłe napięcie związane z wypełnianiem tych punktów na mapie czasu. Bo jak coś się poślizgnie, obsunie w misternej pajęczynie zdarzeń, w dążeniu do celu, zapomni, nie daj boże, to poczucie winy sięga zenitu i znów gonimy, żeby dopaść do mety. Niektórzy w planowaniu biją innych na szyję i głowę, bo mają już zaplanowane całe życie swoje i swoich bliskich. I dążą, pocą się, złoszczą kiedy nie idzie jak miało być. Winią, karzą siebie i innych za niepowodzenia w spełnianiu się tego koncertu marzeń.
Patrzę na moje koty i myślę, że gdyby miały świadomość poznawczą i porównawczą, to by bez przerwy kręciły głowami z bezbrzeżnego zdumienia, po co i dlaczego my tak neurotycznie brniemy w schemat, żyjąc pod dyktando wypełniania kolejnych pól na schodkach życia. Czy brakuje nam wyobraźni, żeby pojąć, że dostaliśmy życie po to, by z niego czerpać, a nie biec z innymi szczurkami w wąskim kanale do ścieku, koniecznie na przedzie?
Zatrzymanie jest w naszym świecie niewyobrażalne, bo szkoła, szef, pensja, partner, uff … niewykonalne, a poza tym kiedy wszyscy biegną łapiąc po drodze co popadnie, stajemy się frajerami na końcu stawki i wmawiamy sobie, że dla nas już nic nie zostanie. Kiedy opadamy z sił, tracąc wiarę, rozglądamy się w poszukiwaniu pomocy i widzimy, że zatrzymali się tacy, co ich poraził piorun bezdomności, szaleństwa albo objawienia, że „Bóg jest miłością i nic więcej nie ma”. Oświeceni guru łapią nas wtedy za ręce i nogi proponując swoje usługi obdarzenia cudownymi mocami uzdrowienia, skaczą po scenie jak szamanka voodoo i przekonują, że wystarczy zapłacić za technikę oddychania, wypierania niepowodzeń, rozluźniania powięzi, śpiewu i wyrażania emocji, dzięki którym prędkość zbliżania się do celu się podwoi. Gotówką najlepiej, bo często nie chcą płacić podatków.
Kiedy się zatrzymałam mnie też dopadły różne wampiry. Potykałam się idąc kiedy wszyscy biegli, nogi tak były nieprzyzwyczajone do wolnego poruszania. Byłam natomiast na tyle czujna, że się nie wywaliłam, a w chwili największego załamania się położyłam i leżałam. W końcu wstałam i odkryłam, że życie idzie nie w jakimś uniwersalnym tempie, ale w moim, że jestem kreatorem, ale nie niewolnikiem swoich wyobrażeń, że nie pocę się do ról, ale się spełniam powoli, że nie mam oczekiwań, ani marzeń. Zamiast się neurotycznie zapracowywać podziękowałam tym, z którymi praca była nieefektywna. Otworzyłam się na innych, bez oczekiwań. I przyszli. Stojąc na poboczu autostrady samorozwoju zrozumiałam i odczułam, że ludziom da się sprzedać wszystko co przyniesie im chwilową ulgę w odpowiedzialności za ich własne wybory. Jak mąż cię zdradzał z kochanką w twoim łóżku, to jakaś zdolna terapeutka wytłumaczy ci za odpowiednią sumę w ustawieniach, że to konsekwencja miłości teścia do kobiety jaką kochał, ale inną poślubił, albo że to wibracyjna energia jakiej mąż nie był w stanie się oprzeć, albo karma, albo tarot pokaże, że mu chodziło o pieniądze itd, tylko uwierz, skoro zapłaciłaś. Najtrudniej ponieść prawdę, że mężczyzna, który tak zdradza zwyczajnie, przyziemnie i najprościej nie kocha cię naprawdę, a to, że od ciebie nie odszedł to znaczy, że cię potrzebuje, bo nie czuje się kompletny. Brzytwa Okhama bezlitośnie, ale precyzyjnie wyznacza granice prawdy i iluzji, jakie tworzymy wokół zdarzeń dla nas zbyt bolesnych, żeby je przyjąć na raz.
Neurotyczność w wielu aspektach życia pokazuje, że tak boimy się zatrzymać, że nie żyjemy w ogóle. Albo myślami jesteśmy w przeszłości, wciąż rozrywani podjętymi wyborami, albo usiłujemy sobie wykreować przyszłość. Chwila obecna, ta chwila, w jakiej piszę na klawiaturze, nam umyka, a tylko ona jest prawdziwa, tylko ona składa się punkcik do punkcika na naszą wieczność. Wszystko co minęło znika, co będzie – nie wiemy. Jedna z moich mądrych przyjaciółek powiedziała mi kiedyś:”Ludzie chodzą do jasnowidzów po to, żeby się nie bać wytworzonych we własnych głowach smoków”. Chcemy zapewnienia, że przyszłość będzie zgodna z naszymi oczekiwaniami. Wielokrotnie przekonałam się, że to co przyszło w zastępstwie moich marzeń, było o wiele cenniejsze, głębsze i choć dalekie od moich wyobrażeń, wnosiło w moje życie nową energię i mądrość. Kiedy fiksujemy się na planach, tracimy lekkość, elastyczność, zamykamy się na szansę otrzymania czegoś niewyobrażalnie innego.
Neurotyczność współczesności wyraża się również w dążeniu do doskonałości. Nie cenimy średnich rozwiązań, zachmurzonych dni, oczekujemy, że życie będzie przyjemne, łatwe albo, jak mówią warsztatowcy od rozwoju, że będzie wreszcie energia, sukces i spokój. (O sukcesie jeszcze kiedyś wspomnę. Słówko majstersztyk.) Życie nie po to jest, żeby w nim panował tylko oświecony spokój. Nie jesteście mniej oświeceni od mnicha buddyjskiego tylko dlatego, że on siedzi w medytacji całe dnie. Życie po to jest, by go doświadczać na wszystkich poziomach, rodzinnym, w relacjach, w pracy, w pasjach, w samotności i wśród ludzi. Nie żeby planować własny rozwój – w tym miesiącu rozwinę kobietę wewnętrzną i rozliczę się z rodzicami, popracuję nad pozycją drzewo w jodze, odbędę warsztaty z wystąpień publicznych i wejdę na K2 – nic w tym stylu. Podstawową prawdą, jaką współczesny świat nam zakłamuje neurotycznością strachliwego planowania, jest to, że życie nas prowadzi. To my się opieramy, uciekając przed życiem, przed uczuciami. Idziemy w komfort. Jak wszyscy lecą na skraj tej grani, to my też, w razie co – byliśmy w stadzie, więc nas nie ocenią z zewnątrz, a ci wszyscy co się zatrzymali i nie spadli, pewnie nie mieli dość bohaterskiej odwagi w samounicestwieniu.
Sądzę, że nasza neurotyczność w życiu, ciągłe planowanie, podsumowywanie przeszłości, analizowanie na rozum jak tu następnym razem uniknąć przeciwności, ma głębokie podłoże lękowe. Najwięcej planów i analiz przeprowadzają ludzie siebie niepewni, nie mający do siebie zaufania. Jakie mają lęki? Każdy może sobie sam odpowiedzieć. Mój lęk wynikał z negatywnego oceniania siebie. Braku własnej wartości. Moja neurotyczność doprowadziła do tego, że niosłam na plecach cały zaplanowany świat, wybory swoje, dzieci, bliskich dorosłych, bo sądziłam błędnie, że mam wpływ na zachowania otoczenia, że mogę tak zorganizować przestrzeń, że będę kontenta. Energia jaką wkładałam w każdy dzień, puściłaby z dymem w wybuchu kolejną Hiroszimę. Kiedy zwolniłam, wyszłam z koleiny, potykając się o różnych fałszywych ludzi, zobaczyłam jaką mam siłę. Teraz idę w poprzek, w zupełnie innym kierunku niż przez ostatnie lata. Praca ta sama, ale inna, dzieci te same, ale inna relacja, ja ta sama, i nie ta sama. Kiedy świadomie, bez zakłamania podchodzę do swoich uczuć, intencji, prawda pojawia się samoczynnie i ona prowadzi mnie do zrozumienia mojej rzeczywistości, nie do wygodnych projekcji. Nie ciągnie mnie więc do iluzji, np. takiej, że jak się napocę w życiu, to dostanę w prezencie spokój spełnienia. Spokoju doświadczam tyle ile trzeba, niepokoju również. A każdy niepokój, to wskazówka, gdzie jeszcze przeciekam, gdzie ucieka mi moja miłość własna.
Nie uciekam przed neurotycznością współczesnego świata, co zalecają wszelkiej maści oświecone trendy rozwojowe, w stylu:”Załóż sandałki i leć do Indii, tam się odprężysz i znajdziesz spokój wewnętrzny. Spróbuj techniki xyz – to jest czadowa zmiana, świat stawia na głowie”. Widzę neurotyczność, również w rozwoju osobistym, latanie na warsztaty, jogę, gongi, byleby się nie zatrzymać i nie spotkać ze sobą. Łatwiej się wyłączyć jakąś modną metodą. Neurotyczność widzę i jej doświadczam w kontaktach z ludźmi, w relacjach. Umiem też zobaczyć jak mnie czasem kopnie. Nie obrażam się na nią, jak na niesforne dziecko. Neurotyczność jest szansą. Kiedy się pojmie swoje intencje życia w neurotycznym świecie, neurotycznego podchodzenia do jego aspektów, przychodzi czas na wybór, zmianę, na refleksję i na odkrywanie samego siebie, a nie magiczne oczekiwanie oświecenia. Przychodzi głęboka konieczność nie brania udziału w owczym pędzie neurotyczności wynikającej z zakłamania wartości współczesnego świata. Przychodzi odpowiedzialność za przeszłość i zgoda na przeżywanie życia w każdej odsłonie, uniesień i bólu, niepokoju i wzruszeń. Odkrywa się, że nie ma dobrych i złych chwil, są chwile o mniejszym i większym wpływie na nas. W tej akceptacji jest i miłość uniwersalna, i moja własna, i stabilność, i niestabilność. Jest przepływ energii życiowej między biegunami przeciwnych emocji, racji. Jak ktoś dąży do bezpiecznego siedzenia w centrum komfortu bez uczuć, bez zmiany, w masce zdystansowanego do życia guru, kupionej na targu rozmaitości rynku rozwoju osobistego, i trzyma się tego rękami i nogami, nawet kiedy widzi, że to go zubaża, że życie omija go w swym bogactwie doświadczeń, może tak zostać w zgodzie ze sobą, ale niech rozważy czy nie lepiej kupić trumnę i się położyć. Zużyje mniej energii i grabarzowi da zarobić. Podobnie jak ten, co pędzi na oślep w wyścigu cywilizacyjnego stada.

Jedna chwila

Jedna chwila
jedno uderzenie serca
struchlałam jak silne
nie spodziewałam się
że jeszcze żyję
że moje serce bije

Jakby w próżni
zadrgała iskra energii
wyginając łukiem
każdy mój mięsień
w parabolę
smutku

Spazmatycznie
chciałam
uniknąć rozpaczy
a ona trwała
z czułością prostując
zmęczone napięcia
aż odetchnęłam
głęboko pewna
że ja
co się dziś zbudzi
będzie mocniejsza.

18 luty 2019

pękło mi niebo na pół

pękło mi niebo na pół
to się zdarza
powiedział strażak
wchodząc po
drabinie
przez okno

niech pani nie rozpacza
tylko pójdzie tam
gdzie niebo jest całe

co pan opowiada
jeśli pękło
to globalnie
nie ma gdzie się podziać

to niech pani zostanie
patrząc tylko w dół

o nie, jestem jeszcze młoda
bez nieba nie potrafię

żyć …

18  luty 2019

Szukam lata

Szukam lata
z zimowym skupieniem
w ciemności chmur nad ziemią
w czasie przed i za mną
niech się odnajdzie
wreszcie
w teście przyjaźni
w mocniej zachodzącym słońcu
w wyobraźni
niech się przebierze
za zimę
i wyśle ją na wakacje
w ciepłe kraje
żebym mogła znów
zasnąć w twoich ramionach
na plaży
bez słów
bez skojarzeń
w bezczasie …

12 luty 2019

11 luty 2019 cd.

A jednak płyta główna padła w wyniku przegrzania. Prawdziwy pomór. No to pozamiatałam dziś parę spraw administracyjnych i powiem tylko, że jak na jazzowy dzień to jest nieźle. Popchnięte prawie wszystko.
Dziecko mnie wczoraj pogoniło w pisaniu.
– Ostatnio nie piszesz.
– Nie piszę, bo działam – odparłam, ale poczułam się powoli, po prawniczym bloku innych latorośli na pisanie, zobligowana.
– A co?
– Bo nie mam co czytać.
Tonie w książkach z filozofii i historii łagrów syberyjskich Gruzińskiego, brr… w śniegu po kolana, ale widać jakiś dodatkowy kanał kontaktu ze mną jest jej potrzebny. Nie wystarczają rozmowy o stoikach, epikurejczykach i hedonistach w łazience podczas mycia zębów. Chyba jest trochę tak, że jak piszemy, dookreślamy się, a ponieważ ja jestem bezbożnie szczera w tym, co zamieszczam, więc dziecko mnie poznaje bardziej moimi własnymi słowami. Ja też byłam ciekawa ludzi z mojej rodziny, kiedy jako dziecko wypytywałam o różne rzeczy. Nie każdy odpowiadał. Takie czasy. Zwierzała mi się tylko jedna i druga babcia. Pytałam o wojnę, o to przekleństwo przez jakie przeszły. Każda inaczej, ale każda w stratach bezpieczeństwa, więzi, rodzicielstwa, bliskości i młodości.
Dzieciom to przekazuję w jakichś rozsądnych dawkach, nie dlatego, że to za ciężkie doświadczenia dla nich ale, że nie zawsze chcą wiedzieć. Widać do grzebania w przeszłości trzeba mieć jakiś gen ciekawości, wścibskość rodową i być gotowym na zupełnie zwykłe wiadomości, nie przygodowe bajki o szalonych ciotkach wynalazcach, albo kuzynach – książętach z nieprawego łoża szlacheckiego.
Właściwie, to chciałam napisać o tym, że ostatnio było mi niezwykle przyjemnie, kiedy moja najstarsza córa powiedziała, że cieszy się, że jestem już w domu. Pomyślałam, że może coś chce załatwić, a ona na to:
– Fajnie, że jesteś, bo tęskniłam.
Takie to było czułe i piękne, aż się zawiesiłam w uczuciach na chwilę. Daję dzieciom to, co czuję w ramach rodzicielstwa, ale autentycznie. Dlatego bywam cicha i spokojna, ale też rozsierdzona i miotająca słowa. Cóż, nie jeden współczesny, wyedukowany na nowych teoriach rodzic, by się obłożył włosienicą i powędrował do Częstochowy na klęczkach, gdyby się złapał na moich metodach u własnych dzieci. Popełniłam mnóstwo błędów wychowawczych i pogrążałam się w poczuciu winy, dopóki nie zrozumiałam, że naprawiać nie należy dzieci czy naszych stosunków z nimi, a stosunek nas samych do swojego wnętrza. W bliskości ze sobą, w otwartości na błędy, na odrabianie lekcji jest prawdziwa magia przemiany. Wiem, że nie za każdym razem zrobię to, co będzie najlepsze dla moich dzieci, ale się przyglądam i wyciągam wnioski. Mam też takie doświadczenia, że ludzie zafiksowani na właściwe, ich zdaniem, wychowanie dzieci, przygotowujący się do rodzicielstwa, jak do podróży kosmicznej, nie są wcale bardziej efektywnymi rodzicami. Rzeczywistość jest silniejsza niż wszystkie wyłożone w książkach schematy.
A Chet Baker, czyli Piekarz, snuje się w tle z nostalgią i z lekka mi czas umyka, umyka…

11 luty 2019

Po prostu znów padł mi komputer. Tym razem system, więc dane na dysku przetrwały. Podejrzałam je na powłoce. Są, ale póki sławetny cyrulik komputerowy – Piotr – nie uruchomi mi jakiegoś szczątka systemu, leżę.
Teoretycznie da się popracować na czymś innym, na laptopie, czy gdzieś po sąsiedzku, ale … Mam dziś taki dzień, że nie wyrywam się do pracy. Dziś jest dzień na refleksję. Reflektuję się więc zapamiętale i z wielką czułością do wszystkich aspektów siebie. Słucham jazzu, trąbki Chrisa Botti i oddycham. Postanowiłam sobie, jakiś czas temu, nie szarpać się więcej z życiem, z przeszkodami, z trudami, z regułami, z nagłymi wyskokami zza rogu, z chodnikiem pod nogami i stromizną. Jak mam przed sobą wysokie wzniesienie to wzdycham u podnóża, czasem zaklnę sążniście, a potem sama się z siebie śmieję, że taka jestem w tym prawdziwa. W tym wścieku jaki mnie ogarnia, ale pozwala prawie zaraz rozładować stres bez odkładania złogów na później i wyzwala mnie do działania. Jeśli chcę zadań. Dziś podjęłam kilka kolejnych decyzji w ważnych sprawach. Bieżących, przeszłych, a do przyszłych się nie zabieram. Jak podchodzą – robię. A jak nie, nie robię i nie zamartwiam się tym. Decyduję, wybieram i patrzę. W pewnym momencie życia przestajemy się tak zawrotnie spieszyć z udowodnieniem sobie, że nasze życie ma jakiś sens, że coś jesteśmy warci. Dopiero wtedy, ten sens naprawdę przychodzi. Dopóki naciskamy, staramy się, żyjemy w intencji, że trzeba, że muszę, bo dzieci, bo autobus, bo praca, bo lot, bo konferencja, wszechświat opiera się jak może, żebyśmy w końcu wyczerpani i leżący na deskach swoich starań, zdołali zrozumieć, gdzie leży ten sens i, że większość życia żyjemy w projekcjach umysłu, że musimy coś sobą udowodnić.
Każdy ma inne coś, do czego dąży. Udowadniamy, że jesteśmy coś warci, do czegoś zdolni, istotni. Zbieramy różne doświadczenia, jak jagody do koszyczka w lesie życia i czujemy, że to właśnie jest sens. Dzieci, mąż, żona, firma, zawód, dom, albo samochód, błysk w oku sąsiada, kuzyna, szefa. Nikt nie wie, gdzie jest granica tego gromadzenia, gdzie zaczyna się pełnia, do której, jak sądzimy, dążymy. Nie da się tego nauczyć, nikt nie podał algorytmu do wyznaczenia, gdzie kończy się ta gonitwa… bo przecież większość z nas i tak wciąż, bezustannie się stara, z dnia na dzień, z przedmiotu na przedmiot, z zaszczytu do zazdrości.
Zaryzykuję, bo spróbuję przekazać doświadczenie pełni, jakie ja miewam. To nie pełna pełnia, ale najbardziej aktualna kompletność, jaką mam. Moja pełnia to nie koszyk pełen rzeczy, jakie uzbierałam w życiu, zaszczytów, całkiem uzasadnionej dumy z wielu sfer mojego życia, ale to, że umiem ten koszyk zostawić w lesie i żyć mimo to, pełna przekonania, że jestem warta wszystkiego najlepszego w życiu, bo na to zasługuję. Nie dlatego, że się starałam, walczyła, poświęcałam, ale dlatego wyłącznie, że jestem. Co więcej, że jestem właśnie i absolutnie taka – jaka jestem, wstydliwa do tanga, i odwrotnie do przyjaźni, zakochana w muzyce i pięknie, bojąca się bólu i smutku, poświęcająca się i obdarowywana, wściekła czasem jak osa i spokojna jak przestrzeń kosmiczna. A Chris Botti sączy mi do ucha nektar nieskończonej harmonii … Nawet tę moją niepoprawną, romantyczną, zakręconą duszę, co mnie wodzi na rezolutne manowce, kocham, choć nie muszę. Kiedy coraz bardziej szczerze mówię, robię i myślę, nic mnie nie ogranicza. Ani szczęście, ani nieszczęście. Ani opinie, ani rozsądek. Zawsze czułam, że do czegoś dążę. Od dzieciństwa wiedziałam, przeczuwałam. I teraz wiem do czego i wszystkim życzę takiego spełnienia, jakiego potrzebują. Ja swojego dla siebie nie wymyśliłam. Ono nie przyszło mi z głowy, ale z serca, trochę bezwiednie, trochę je zapraszałam, w takiej właśnie formie. Nawalczyłam się już o wiele rzeczy. Teraz stoję i czekam, patrzę, uśmiecham się i okazuje się, że to co mam mieć, samo przychodzi. Nie naciskam, nie wybiegam. Jak chcę, to biorę, a czasem nie biorę. To trudno przekazać, ale kiedy się nie ma potrzeb, to nie oznacza, że niczego nie potrzeba do życia. Chodzę do pracy, bo lubię i zarabiam na siebie i dzieci. Konsekwencja i tyle. Nie robię z pracy misji wyzwolenia świata, ani pokazywania, że jestem jakaś poważniejsza, albo trochę warta. To co w ludziach najgłębsze, nawet cierpienia i ich prawda, potrafią mnie przyciągnąć bardziej niż splendor, marka, zadowolenie z siebie. Ten kto przekroczył pewną granicę spojrzenia w swoje głębie w szczerym, prawdziwym skupieniu, temu żaden przejaw iluzji wartości nie zawróci w głowie. Co więcej, nie będzie to też temat do wyśmiania, do umniejszenia ludzi, co dalej pragną. Mądrość nie drwi z nikogo, ani pożądania tych, co ich pobudza sensem kolejna dębowa szafka, bo widząc prawdę, widzimy poprzez współczucie, a okiem miłości można ludzi zobaczyć na wielu poziomach, w jakich wyraża się ich osobowość. I każdy ma swoje miejsce, swoją rolę do odegrania, choćby taką, żebyśmy dzięki nim zobaczyli, że nam nie przyświeca podobna sprawa, idea czy sposób na życie.
Miałam kiedyś sen, o którym obiecałam napisać. Przyszłam na lekcję tanga do zwykłej szkoły podstawowej. Było pusto wewnątrz, więc wyszłam na plac przed szkołą i zobaczyłam rzędy krzeseł ustawionych pod chmurką na trawiastym boisku, jak w prowizorycznym amfiteatrze. Niebo zachmurzone zupełnie jak dzisiaj, pogoda ponura, na trawie topniał śnieg. Wczesna wiosna. Podeszłam do pierwszego rzędu, w którym siedziała już publiczność. Wszystkie miejsca zajęte. Wzięłam krzesło z tylnego rzędu do pierwszego, postawiłam cokolwiek krzywo i usiadłam. Rozejrzałam się i zobaczyłam mężczyznę obok siebie. Siedział z nogą na nodze i patrzył na trawnik przed nami.
– Co to będzie za przedstawienie? – spytałam.
Odwrócił się do mnie całym ciałem i powiedział patrząc mi głęboko w oczy:
– Wszystko jest teatrem.
Poczułam uderzenie mentalne tym stwierdzeniem, jakby postrzelono mnie w tym śnie i gwałtownie obudziłam się.
Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę, że wszystko wokół jest teatrem, w którym odgrywamy swoją rolę. Odgrywamy rolę człowieka, który w swoich ograniczeniach idzie w kierunku świadomości, zrozumienia swojego istnienia. Może brzmi to trochę zbyt radykalnie, ale wszyscy wokół, bliscy i dalsi, są tylko, i aż statystami na planie akcji, sytuacje to sceny, akty, przedmioty to rekwizyty. To co w teatrze życia jest najpiękniejsze i najtrudniejsze to odegrać siebie, swoją rolę najszczerzej jak się potrafi. Nie udawać, bo publika wychwyci fałsz, a co ważniejsze, my go wychwycimy. Być jak najprawdziwszym sobą i grać zapamiętale w skończonej w czasie sztuce autointrospekcji, autokreacji wyborami, odnajdywania swojego niepowtarzalnego rdzenia – prawdy. I w nagrodę, że doszłam w mojej drodze aż tutaj, youtube mi nuci teraz przypadkowy utwór z listy, jaką właśnie dla mnie stworzył – piosenkę Leonarda Cohena w interpretacji Chrisa Botti, cudna kombinacja talentów. Piosenkę, której oryginał przeedytowałam bawiąc się jakiś czas temu pisaniem nowych tekstów do piosenek obcojęzycznych. Ciekawy zbieg okoliczności. Więc dołączam tę interpretację w linku dla tych, co czują łagodny jazz, co czytają i idą własną ścieżką. Do siebie.

Znów we mnie śpiewa

Znów we mnie śpiewa nieproszona
łagodna nuta do rozstania,
jak liście jesiennego drzewa
w kolorach serca kołysana.

I idę za nią w łzach schowana
tłumioną pustką samotności
a wokół świergot, szczebiotania
fasada ruchu i radości.

Nie mam gdzie zniknąć przed kurtyną
oczu wpatrzonych w ból codzienny.
Nie umiem zasnąć i odpłynąć
choć łódź gotowa i mój sternik.

7 luty 2019

Do ciebie z przyszłości

Energia smutku mnie wypełnia
Energia żalu i pragnienia
Zapamiętale ich nie zmieniam
Sunąc powoli się odmienia.

Już mogę patrzeć za straconą
Za porzuconą, zapomnianą,
Zamykam drzwi rozdziałów życia,
Nostalgii mówię znów: Dobranoc.

Powoli zmienia się osnowa
Tego co kształtowało przeszłość.
W zgodzie wypuszczam z rąk wspomnienia
Zaczarowaną prostą ścieżką.

Kiedyś opowiem o tym pięknie
Albo zapomnę bez wyrzutów
Kwiecistym szlakiem kierowana
Pójdę w cichości i bez butów.

Stanę na końcu mlecznej drogi
Po brzegi wypełniona treścią,
Z mądrości zrobię ciąg przyszłości
Z doświadczeń rydwan, sunąc lekko.

I nim obejrzę się za siebie
Wszystko co było, jest i będzie
Stopi się w jedno oka mgnienie
I będę z tobą, bo tam będziesz.

30 stycznia 2019

Pozwól mi w siebie wierzyć

Pozwól mi w siebie wierzyć
Nawet, gdy nie istniejesz
Niech moje słowa płyną
i kończą się jasnym celem.

Nawet jeśli stworzyłam
Twój obraz z nici nicości
Jest taki wierny marzeniom
Tak pełen namiętności,

Że trudno się go wyrzec
I iść samotną doliną.
Pozwól mi siebie zgłębiać
Godzina za godziną.

Daj sobie zaistnieć w czasie
Albo poza nim, nie ważne
Rozpoznam zapach i barwę
I oczy twoje poważne,

Co mnie powiodą przed siebie
Najgłębszą mądrości drogą
Tylko mi pozwól wierzyć
Że jesteś, że czuwasz obok.

30 stycznia 2019